Cześć,
jestem osobą dość otwartą. Niby lubię to co robię. Studiuję mam 24 lata. Nie mam jednak chłopaka, ani takiej grupki znajomych , do kórej mogłabym spontanicznie napisać, wyjść. Prawie każdy w związku lub zajęty. Ja też mam dużo roboty, ludzie myślą,że jestem pilną studentką ( jestem) że czas poświęcam tylko na naukę. A ja właśnie mam problem z przystosowaniem się do rzeczywistości.
W liceum i na początku studiów nie miałam problemu ze znajomymi i z chłopakami. Byłam młoda, nie zwracałam uwagi np na wykształcenie, na to jak ktoś wygląda.Chodziło o to, żeby dobrze spędzić czas.
Jednak na 3 roku studiów pojechałam na rok za granicę na erazmusa. Pojechałam tam sama. Musiałam się sama ogarnąć, być odpowiedzialna za siebie. Nie był to taki normalny imprezowy erazmus. Ja uczyłam się 6 razy w tygodniu, szkoła była dość trudna, ludzie skupieni. Ale właśnie. Ludzie. I tu jest problem. Poznałam fantastycznych ludzi, otwartych, widziałam jak różni się życie w moim mieście od tego tam. ( wylądowałam w wielkiej metropolii). Widziałam jak oni żyją, jakie mają możliwości, jakie panują stosunku student-profesor, jaka jest inna mentalność. Bardzo szybko wkręciłam się w to towarzystwo, lubili mnie, ja ich. Fajnie spędziłąm cały rok. Uważam, że była to jedna z najlepszych przygód w moim życiu jak do tej pory.
Jednak po powrocie coś mi się stało. Szarość i brud mojego miasta, monotonne życie, ta sama uczelnia, ci sami znajomi- to zaczęło mi bardzo przeszkadzać. Rozmawiałam z osobami bliskimi na te tematy, w pewnym momencie ogarnęłam się. Stwierdziłam,że taka jest moja rzeczywistość. Że muszę docenić to co mam. I na razie muszę się jej poddać. Od momentu erazmusa coś się ze mną stało. Widzę wszystko na około siebie. MAM PORÓWNANIE. Jestem miła do starych znajomych, poznałam nowych. Ale to nie jest to. Ciągle porównuję tamtą rzeczywistość- mimo, że miałam strudne studia, problem z mieszkaniem, nie miałam łatwego życia z tym co mam teraz- ten sam dom, ci sami znajomi, moje szare, brudne miasto, nieciekawa ulica na jakiej mieszkam i cała okolica. Już czuję że przymieram.
Kiedy wyjeżdżam z miasta odżywam na nowo. Czuję się wolna, czuję że żyję. Obecnie kończę studia- chciałabym się wyprowadzić. Moi znajomi wolą zostać w moim mieście. Nie wiem co mam robić. Czy gonić za marzeniami, sama w innym mieście? Zostać tutaj i przełknąć całą rzeczywistość?
Wszystko mi się kumuluje. Przez te analizy nie idą mi studia, chodzę zdołowana, nie uśmiecham się- nie mogę znaleźć faceta. Chodzę zestresowana. Znajomi wymieniają ile nie mieli chłopaków/dziewczyn. A ja nadal stoję w miejscu. Czuję, że coś mnie omija a nie wiem co...
Czuję, że coś jest nie tak. Nie ze mną- bo kiedy wyjeżdżam z mojego miasta mam innych znajomych. Lubię też sama chodzić po mieście, poznawać ludzi. Ale coś jest nie tak z moim środowiskiem. Wszyscy są mili, uczynni, znamy się, opowiadamy sobie o wszystkim. Ale ja czuje, że to nie to. Nie wiem dlaczego. Czuję, że przestałam tu pasować. Mimo,że ludzie mnie lubią i bardzo dobrze się dogadujemy.
Rodzice i najbliższe osoby twierdzą, że mam spróbować wyjazdu- jak się nie uda, mam gdzie wrócić.
A mnie też ciągle trzyma taka myśl- a może nie wyjadę do pracy bo może spotkałabym tu faceta? nie miałabym już tak pozajmowanych dni studiami więc wychodziłabym częściej. Ale z drugiej strony w innym mieście też przecież jakiś ludzi bym poznała... Nie wiem sama co robić. Kończę studia 1 stopnia i mam półroczną przerwę. Chcę ją jakoś wykorzystać. Odnaleźć siebie. W domu rodzinnym czuję się jak dziecko a nie kobieta, Studiuję z osobami młodszymi. Czasem ich zachowanie bardzo na mnie wpływa. Nie mam odskoczni od studiów, bo zwykle spędzam na nich całe dnie a kiedy wracam jestem zmęczona.
Nie wiem co robić. Mam mętlik.
Wiem, że moi znajomi tego nie rozumieją. Oni idą prosto przez życie 3+2, chłopak praca dom dziecko firma. A ja jakoś nie chcę tego, chcę poznawać, dowiadywać się o sobie, poznawać innych ludzi. Kiedy mam to robić jak nie teraz. Czuję, że jestem młoda a już w życiu nic mnie nie spotka fajnego. Zdołowałam się, że w moim mieście nie spotkam fajnych ludzi. Bo wszyscy i tak się znają ze studiów. W moim mieście jest największy odsetek starych ludzi. Z Mojego miasta młodzi wyjeżdżają. Ja w innym miastach w Polsce łatwiej dogaduję się z ludźmi w moim wieku, widzę że nawet inaczej się ubierają i na ulicach jest ich więcej! Uśmiechają się.
A ja na ulicach mojego miasta widzę tylko szarzyznę, pełno starych ludzi. Młodzi emigrują. Nie wiem co mam robić! Nie wiem czy zostać czy spróbować wyjechać...
Nie wiem co mam robić. Pomóżcie.
PS. aha, chyba ogólnie za bardzo się stresuję i spinam. Biorę życie zbyt poważnie. Starsi znajomi mają luz, nie stresują się. Nie wiem czy wynika to, że nadal studiuję i czuję presję. Nie wiem. Starsi znajomi przed 30 r,ż nie przejmują się niczym. Robią swoje. Kiedy z nimi rozmawiam są wyluzowani. A ja cały czas się wszystkim przejmuję. Tym czy zaliczę sesję, egzamin, jak to wpłynie na moje CV, co się stanie z pracą w przyszłości. A teraz życie jest proste. Znajomi otwierają firmy pracują, mają pomysł i zarabiają 3 -4 tysiące. A są prawie w moim wieku. Nie wiem co się dzieje. ZOstałam wychowana tak, że praca jest ważna, że człowiek pracuje aby żyć. Fajnie jak jest hobby. Ale zwykle ludzie harują w pracy. Moi rodzice tak samo. Mam haruje, tata się nie przejmuje.
Nie wiem od kogo mam brać przykłąd. Nie wiem co powinnam zrobić z życiem. Czy np ten wyjazd by mnie nakierunkował na to co wolałabym robić? Już się w tym gubię.
Po prostu nie mogę wyluzować. I to się tyczy i sfery damsko męskiej ( bo od dawna jestem sama) i studiów, pracy - bo stresuję się rekrutacjami,wyścigiem szczurów, kto lepszą pracę dostanie, a kto nie...