Od ponad dwóch lat jestem z cudownym mężczyzną. Chociaż nasze pierwsze spotkanie nie zapowiadało, że w przeciągu 2 miesięcy zaprzyjaźnimy się i pokochamy, to jednak życie pokazało jakie bywa zaskakujące.
Nie będę wdawać się w szczegóły, bo to byłaby opowieść, która zapełniłaby całą książkę, więc ograniczę się do jednego tematu.
Pomimo tego, że wydajemy się być dokładnymi przeciwieństwami (ja - ekstrawertyk, on - introwertyk), to idealnie się uzupełniamy i dogadujemy. Tego samego chcemy i razem dążymy do tego samego celu. Ponieważ mamy świadomość, że w gniewie i złości może paść wiele przykrych słów, więc wolimy w spokojnej rozmowie wszystko sobie wyjaśnić i przedyskutować. Owszem, były momenty, że było blisko kłótni ale decydowaliśmy odłożyć dany temat na inny czas, bo nic dobrego nie wyniknie ze złości na siebie.
Druga sprawa, że on jest z natury spokojnym i cierpliwym człowiekiem. Wyprowadzić go z równowagi jest ciężko, ale jak już się to zrobi, to lepiej kryć się... co prawda nie doświadczyłam tego na własnej skórze, ale tak słyszałam od niego.
Wszystko wydaje się idealne i super, ale gdy o tym mówię, to słyszę komentarze, że albo kłamię (obowiązki bez kłótni zwyczajnie nie istnieją) albo to nie jest poważny związek i patrzymy na siebie idealnie i nierealnie.
Czy faktycznie o niedojrzałości związku świadczy fakt, że przedkładamy godziny szczerych rozmów i kompromisy nad kłótnie i złość na siebie?