Byłam tą drugą przez jakies 8 miesiecy(od stycznia do sierpnia). Gdy spotkalam po raz pierwszy tego mezczyzne wiedzialam, ze ma narzeczona/dziewczyne, ale nigdy nie przypuszczałam, ze się w nim zakocham. Był ode mnie starszy o 9 lat. Mielismy dosc utrudnione spotkania, jego dziewczyna bardzo go pilnowala, sprawdzała mu telefon i grafik z pracy. Zawsze mowil, ze bardzo mu na mnie zalezy, ze chce miec ze mna dziecko, ze czuje sie strasznie z tym, ze nie moze sie zdecydowac czy wybrac mnie czy ja. Dawał mi tez prezenty na walentynki, dzien kobiet. Gdy sie wsciekalam i kazalam mu wybierac, z kim chce byc, mowil, ze jesli z nia zerwie i odejdzie do mnie, to jego rodzina i wszyscy, ktorzy sie o tym dowiedza znienawidzą mnie, ze jego rodzina sie na niego obrazi. Nie rozumialam dlaczego, pytalam go czemu, bo przeciez to tylko zwykly zwiazek. Do swojego mieszkania nie chcial mnie zaprosic, mowil ze stara ciotka, z ktora mieszka mnie wygoni. Pewnego razu ktoś nas "wsypał" przed jego dziewczyna, byłam wtedy pewna, ze zerwą, ale on jakos ją udobruchał, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. I tak czekalam, nie wiadomo na co. Pisal do mnie mnóstwo smsow, wypelnial cale moje zycie, nie potrafilam bez niego zyc.
Na poczatku maja poklocilismy sie, on sie spoznial na spotkanie przez kilka godzin, nie odzywal sie a potem chcial przyjechac, jak gdyby nigdy nic. Mnie to rozzłościlo, napisalam mu, ze juz moze nie przyjezdzac, bo mam teraz inne zajecia i, ze wstydu sie tylko przez niego najadłam. Chcial zakonczyc ta znajomosc, byl nieugiety mimo moich licznych przeprosin, wiec postanowilam przez jakis czas sie nie odzywac. W czerwcu sie odezwalam, zaczelismy normalnie pisac smsy, liczylam, ze wszystko naprawie. Kilka razy sie spotkalismy. Jednak on ciagle powtarzal, ze nie mozemy sie spotykac, bo ma dziewczyne, bo cos zrozumial. Ale wciaz ze mna pisal i flirtował. Na poczatku sierpnia, od przypadkowej osoby dowiedziałam sie, ze moj ukochany w pazdzierniku bierze slub i, ze o tym slubie wiadomo juz co najmniej od pol roku, jak nie wiecej. Ja oczywiscie nic nie wiedzialam. Moj luby powiedzial, ze "chcial mi powiedziec, no ale zycie". Jednoczesnie mowil, ze gdyby nie bylo dla nas szansy, to nigdy by sie ze mna nie spotykal i obwinia mnie, ze wszystko zniszczylam majowa kłótnia.
Wiem, ze sama sie wplatalam w te klopoty, zabierajac sie za zajetego faceta, taka mam nauczke, ze wiecej tego nie zrobie. Moge sie usprawiedliwic tylko tym, ze wielokrotnie odbijano mi chlopakow, wiec jest to dla mnie czyms niejako naturalnym.
Chodzi o to, ze ciezko mi zyc z tym wszystkim, uwierzylam w jego slowa, ze to moja wina i ciagle rozmyslam, co by bylo gdyby nie ta kłotnia. Czy to na prawde moja wina i zniszczylam swoje zycie? Dlaczego on mnie obwinia?