Nadrobiłam ten wywiad. Cytuję:
"Nie wyrzucono mnie, jak opowiadają moi byli koledzy. Wiedziałam, że odejdę już w lipcu, po poważnej scysji na planie. Wiązały mnie jednak umowy i musiałam poczekać. Trwałam więc do końca bawiąc się setnie, bo dopinano mi włosy, robiono ze mną różne cuda, udowadniając mi, jak bardzo beznadziejna byłam do tej pory. To był fenomenalny eksperyment, który na sobie przeprowadziłam. Zapłaciłam za to dużą cenę, ale wiem, jak to wygląda od środka - mówi dziennikarka w rozmowie z tygodnikiem W Sieci i dodaje, że producenci mieli inną wizję jej udziału w telewizyjnym show. Liczyli, że, podobnie jak Tyszka i Woliński, będzie krytykować uczestniczki w mało wyszukany sposób.
Chcieli, żeby była taka, jak w Maglu - ostra, krytyczna. Zupełnie czym innym jest jednak powiedzenie, że jakaś celebrytka udzieliła kretyńskiego wywiadu, a zupełnie czym innym ocenianie dziewczyn, które całą noc jechały PKS-em, bo nie stać ich na pociąg, mają na sobie pożyczone buty, pożyczone sukienki, nieświeże włosy i walczą o życie. Na planie zorientowałam się, że jestem obsadzona nie w tej roli, w której powinnam. Byłam pewna, że po pierwszej edycji już mnie nie wezmą do drugiej, a mimo to wzięli. Postanowiłam to wycisnąć. Byłam tam dwa lata, zarobiłam największe pieniądze w swoim życiu, kupiłam sobie iPada i pojechałam na wakacje do Rzymu. Podeszłam do tego cynicznie, bo wiedziałam, że w trzeciej edycji mnie nie będzie i byłam trochę koniem trojańskim." - OK, ja się czuję przekonana 