Witam,
Miesiac temu narzeczona mnie rzuciła. Powód? Do związku wdarła się rutyna, wygasła namiętność itp. Szczerze był to dla mnie szok, chociaż sam czulem, że gdzieś ta iskierka przygasa, ale starałem się jaka mogłem. Romantyczne kolacje, spontaniczne randki, nowa bielizna... Aha musze dodać, że nie kochaliśmy się od 4 miesięcy. Seks jest dla mnie bardzo ważny, moja partnerka nie miała dużego libido, ale dawaliśmy sobie rade.
Ogólnie byliśmy dobrą parą, zdarzały sie kłótnie, ale zawsze uważałem, że należy jak najwięcej rozmawiać żeby sobie z takimi rzeczami radzić. I tak mineło nam 6 wspólnych latek, od roku zaręczeni.
Jako iż bardzo chcieliśmy się pobrać, rzuciłem moją wygodną prace dla takiej gdzie zarobie więcej. Nie powiem przez ostatnie pół roku, pracowałem bardzo dużo, czas dla niej zawsze znalazłem, ale nie mogłem sobie pozwolić na częste wychodzenie z domu, min raz w tyg. W tym czasie moja partnerka spotykała się ze starą znajomą(ze mną lub nie), która zapoznałą ją z innymi ludzmi. W tym pewnego "pana", jeżeli można o nim tak mówić, ja po tym czasie nazwałbym go Lucyfer...Ale o tym później.
Sypać zaczeło sie po jednej imprezie, gdzie ten goguś się do niej cały czas zalecał. Gościa wziołem na store, ładnie mu to wypersfadowałem żeby sie odp****olil, bo za rok mamy ślub itd. Oczywiście mojej też sie oberwało, że tak sobie pozwala, flirtuje. Nie wiem, ale moim zdaniem zakochana kobieta potrafi komuś powiedzieć, żeby sobie dał spokój, a Ona lubiała być adorowana.
Kilka dni po tym incydencie moja ni z gruchy ni z pietruchy mowi "Chce miesiac przerwy". JAKBYM OBUCHEM W ŁEB DOSTAŁ! Wypytałem o co chodzi, a Ona, że nie jest pewna czy to ze mną chce spędzić reszte życia, że zawsze byliśmy tylko my, a ona nie miała czasu o tym pomyśleć...
Jeszcze nie dawno była...Wybieraliśmy pościel do naszego przyszłego łóżka, zbieraliśmy naczynia i inne pierdoły... Wtedy była szczęśliwa. Wracając do przerwy. Uszanowałem jej decyzje, przytuliliśmy się i poszedłem do domu.
Wytrzymałem 6 dni... Mówiła, że nie ma czasu żeby pomyśleć, a każdy wieczór spędzała z nimi...
Powiedziałem jej co o tym myśle, umówiliśmy się na spotkanie, zerwała...
Teraz przydałby się taki szum liści... Taka pustka, wszystkie emocje nacierają naraz. Mętlik w głowie.
Strasznie to przeżywała, ja ocierałem jej łzy. Mówiłem, że będe o nas walczył, ale grymas jaki po tych słowach pojawił się na jej twarzy spowodował, że przestałem tak mówić. Naprawde cierpiała. I NIE RZUCA MNIE DLA INNEGO! Żeby było jasne, chce być sama...
.
.
.
Tydzień po tym była z panem Lucyferem na imprezie. Jak zobaczyłem zdjecie i TA SUKIENKE, która razem wybieraliśmy właśnie na ta impreze, to serducho zrobilo "PUFFFFF". Czułem jak uchodzi ze mnie życie. Wolne w pracy, na zajecia nie poszedłem. Dół, głęboki dół...
Nie poddałem się, wziołem się za siebie i chociaż ta rana jest świeża czułem się coraz lepiej
. Do wczoraj...
Kumpel zadzwonił i mówi, że ona się z tym gachem wyprowadza, bedą razem mieszkać...Kolejny obuch w łeb! Ja przez cały czas namawiałem ją żebyśmy zamieszkali razem, ale Ona, że nie wyobraża sobie tego i tylko po ślubie... Miesiąc go kur*a zna, a już planuja mieszkać razem.
6 lat żyłem z kobieta, którą myślałem, że znam jak własną kieszeń. Zmieniła się nie do poznania... Wiedziałem, że nie wrócimy do siebie, nawet bym jej nie chciał, ale wiecie co boli najbardziej?
- bycie dla kogoś 6-letnią poczekalnią aż sie jakiś fagas nie znajdzie.
- wszystkie kocham wypowiedziane przez nią są jak noże, to wszystko były kłamstwa
- byłem gotów za nią życie oddać
I na koniec to co boli mnie najbardziej, że aż boje się patrzeć w lustro: JA!
Jak sobie pomyśle, że ją pocieszałem, ocierałem łzy, mówiłem "Przecież nie moge kochać za nas dwóch". Brzydze się sobą. Jak to idzie łatwo upodlić człowieka. Byłem powoli na prostej, teraz znowu się to zaczyna, ale ze zdwojoną siła.
Mam ochote jej to wygarnąć wszystko, te jej kłamstwa, ale najbardziej to bym z panem Lucyferem "porozmawiał". Tylko z drugiej strony czy to ma sens? Jak mnie tak, za przeproszeniem w ciula robiła to czy ona posiada jakieś sumienie?
Kumpel ma zakaz mówienia mi o niej czego kolwiek. Dla mnie ona nie istnieje. Tak teraz sobie myśle, że jak maja już zamieszkać razem to musiała z nim duuużo wcześniej kręcić. Więc możliwe, że różki już mam
.
Ja naprawdę rozumiem, że można się w kimś odkochać, szczególnie jak sie ma 22 lata, ale kłamać w żywe oczy osobe, która tyle dla Ciebie znaczyła, masakra...
Pytanie co kieruje taką dziewczyną? Naprawde chciałbym to zrozumieć, bo źle sie z tym czuje, że ja zaczynam nienawidzić. Od miesiąca już nie śpie...