do zostawiających - pytanie - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » do zostawiających - pytanie

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 86 ]

Temat: do zostawiających - pytanie

Witajcie,

Wczoraj usłyszałam od znajomego bardzo ciekawą/dziwną rzecz:

"Wiesz, lepiej jest być rzuconym niż rzucającym, nie masz wtedy żadnej odpowiedzialności".

I tak się teraz zastanawiam...na forum pełno jest wątków i wypowiedzi osób porzuconych i zdradzonych. Z każdego ich słowa wylewa się ból i cierpienie. Ale jak to jest z drugiej strony? Co czuje i myśli osoba, która zostawia swojego partnera. Mam tutaj oczywiście na myśli rozstania nie powodowane zdradą czy przemocą a tym ostatnio bardzo modnym "wypaleniem się". Czy po kilkuletnim związku, w którym coś się "wypaliło" dalej myśli się o tej osobie, chociaż w jakimś niewielkim stopniu zastanawia się co z jej życiem, jak ona się czuje, co jej zrobiliśmy naszym odejściem itp?

Czy możecie podzielić się swoimi doświadczeniami?Czy zostawiliście kiedyś kogoś bo już nie czuliście tego co wcześniej?

Pozdrawiam Was ciepło!

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: do zostawiających - pytanie

Ci, którzy się "wypalili", nie piszą na tym forum.

3

Odp: do zostawiających - pytanie
Bellatrix napisał/a:

Ci, którzy się "wypalili", nie piszą na tym forum.

Święta racja! smile

A co do rozstań...
Wydaje mi się, że lepiej jest być zostawionym wink
W sytuacji kiedy nadal Ci zależy przynajmniej nie robisz z siebie idioty powrotami itd. Ktoś mówi, że to koniec, cierpisz, ale znikasz i próbujesz zapomnieć. Duma nie pozwala więcej próbować.
Natomiast kiedy już nie kochasz, cieszysz się, że to nie Ty dobiłaś do reszty drugiego człowieka.

4 Ostatnio edytowany przez lovemurder (2013-08-03 10:33:44)

Odp: do zostawiających - pytanie
Bellatrix napisał/a:

Ci, którzy się "wypalili", nie piszą na tym forum.

Święta racja! smile

A co do rozstań...
Wydaje mi się, że lepiej jest być zostawionym wink
W sytuacji kiedy nadal Ci zależy przynajmniej nie robisz z siebie idioty powrotami itd. Ktoś mówi, że to koniec, cierpisz, ale znikasz i próbujesz zapomnieć. Duma nie pozwala więcej próbować.
Natomiast kiedy już nie kochasz, cieszysz się, że to nie Ty dobiłaś do reszty drugiego człowieka.

O kurcze, przepraszam za podwójny post, telefon mi się zaciął i wysłał dwa razy. wink

5

Odp: do zostawiających - pytanie
lovemurder napisał/a:
Bellatrix napisał/a:

Ci, którzy się "wypalili", nie piszą na tym forum.

Święta racja! smile

Właśnie.

lovemurder napisał/a:

A co do rozstań...
Wydaje mi się, że lepiej jest być zostawionym wink

Też tak uważam, chodzi właśnie o tę odpowiedzialność, o to poczucie że skrzywdziło się drugą osobę. Niech porzucający sam sobie z tym żyje, mnie 'wystarcza' samo cierpienie rozstania. Niech żyją ze świadomością, że to ICH WŁASNA decyzja. Dlatego tez żeby cokolwiek reaktywować niech porzucający się stara, bo skoro to była jego decyzja, którą musiałam zaakceptować, to i on sam musi te decyzje zmienić. W końcu ja przyjęłam do wiadomości, że to koniec, więc to nie ja mam nadskakiwać.

Tyle w teorii, choć życie pokazuje że własnie ciężko jest zachować się tak jak opisałam to w końcówce. Efekt jest taki, że cierpi się jeszcze bardziej, bo człowiek zrobiłby wszytko byleby ta osoba do nas wróciła..

6

Odp: do zostawiających - pytanie

moim zdaniem to wypalenie to jakiś pic na wodę fotomontaż

decydując się na bycie z kimś, szczególnie małżeństwo, zakłądanie rodziny, dzieci, powinniśmy być odpowiedzialni za to co robimy
za to że decydujemy się iść przez życie z kimś innym

każda miłość po jakimś okresie robi się spokojna, ustatkowana, jeśli ktoś oczekuje fajerwersków przez cały związek to zmienia partnerki/ partnerów kiedy robi się zwyczajnie, spokojnie, szuka nowych atrakcji
nie można spodziewać się motylków w brzuchu po 10 latach małżeństwa kiedy wszystko jest dokładnie znane, ale to przecież nie o to chodzi,
decydując się na bycie z kimś "na poważnie" powinniśmy być odpowiedzialni

myślę że Ci co zostawiają żony, dzieci nie czują wielkich wyrzutów, bo nie są na tyle odpowiedzialni ( co wynika z tego co wyżej napisałam ) żeby ich jakoś to wielce bolało,
może im troche głupio 

inną kwestię zajmują związki, gdzie ludzie myślą że są dla siebie odpowiedni, a zaraz się okazuje że jednak nie i się rozstają. że charaktery nie takie, przyzwyczajenia nie takie, wartości nie takie itd. wtedy boli, no ale można powiedzieć "to nie to". ale takie rzeczy nie wychodza po 10 latach, tylkko znacznie szybciej

tak myślę sobie smile

7

Odp: do zostawiających - pytanie

niewiem1104 - zastanów się, co będzie gdy staniesz przed alternatywą (upraszczając) czy skrzywdzić odejściem, czy trwać z obowiązku.
Zastanów się, czy chciałabyś by ktokolwiek był przy Tobie zniewolony zobowiązaniem.
Sama znajdziesz odpowiedź.

8

Odp: do zostawiających - pytanie
Bellatrix napisał/a:

Ci, którzy się "wypalili", nie piszą na tym forum.

Oczywiście, że nikt tu nie pisze, że jest mu źle bo "wypaliło" się w nim uczucie i musiał kogoś zostawić, ale może Wy (osoby, które teraz są porzuconymi) macie wcześniejsze doświadczenia z zostawieniem kogoś?

N4VV,

Masz w zupełności rację. Ale to, że odchodzisz od kogoś bo czujesz się jedynie zobowiązany jest dla mnie przyczyną rozstania a mi bardziej chodzi o to...kim ta osoba później dla Ciebie jest.
Nie o to dlaczego decydujesz się na rozstanie ale co myślisz o drugiej osobie później. Na pewno w takiej sytuacji jej nie kochasz, ale czy zastanawiasz się nad tym co ona czuje, czy jest to dla Ciebie normalne, że ktoś kto był przy Tobie n lat nagle znika z Twojego życia? Czy w ogóle myślisz o tej osobie?A jeśli tak, to w jaki sposób?

9

Odp: do zostawiających - pytanie

Witam wszystkich forumowiczów. Moim zdaniem bardzo ciekawy wątek, też jestem ciekawa jak to jest być osobą porzucającą wszystko co razem się tworzyło z kimś kto był dla nas bardzo, bardzo bliski. Czy po tym definitywnym końcu jest coś takiego, jakiś sentyment? Tęsknota? Czy często powracają myśli o byłym partnerze, czy on jeszcze cokolwiek dla nas znaczy?
Jestem właśnie w sytuacji takiej, że zastanawiam się nad końcem naszego związku z mężczyzną, w którym byliśmy ponad 5 lat. W tym momencie jestem bardzo rozczarowana jego zachowaniem i mój rozum mówi bym zakończyła to jak najszybciej, że nie ma sensu brnąć w to. Ale z drugiej strony czy prawdziwa miłość, którą pokochało się drugą osobę tak bardzo - tak po prostu przemija?...

10

Odp: do zostawiających - pytanie

Moim zdaniem, wyrządzamy krzywdę drugiej osobie, jeżeli jesteśmy z nią pomimo tego, że czujemy się źle w tym związku. Odpowiedzialność, to także uczciwość, wobec siebie i wobec naszego partnera.
Dużo zależy od tego jaki masz stosunek do siebie i do życia. Mimo wszystko, potrzeba czasu, by przestać myśleć o osobie, z którą łączyła nas więź emocjonalna.

11

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

... dlaczego decydujesz się na rozstanie ale co myślisz o drugiej osobie później. Na pewno w takiej sytuacji jej nie kochasz, ale czy zastanawiasz się nad tym co ona czuje, czy jest to dla Ciebie normalne, że ktoś kto był przy Tobie n lat nagle znika z Twojego życia? Czy w ogóle myślisz o tej osobie?A jeśli tak, to w jaki sposób?

Ludzie przychodzą i odchodzą - jest to normalne.
Oczywiście, że myślisz.
Osobiście myślę o swoich byłych raczej dobrze, ale też bez większych emocji - wiele czasu minęło.

12 Ostatnio edytowany przez bags (2013-08-03 23:03:47)

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

Ale to, że odchodzisz od kogoś bo czujesz się jedynie zobowiązany jest dla mnie przyczyną rozstania a mi bardziej chodzi o to...kim ta osoba później dla Ciebie jest.
Nie o to dlaczego decydujesz się na rozstanie ale co myślisz o drugiej osobie później. Na pewno w takiej sytuacji jej nie kochasz, ale czy zastanawiasz się nad tym co ona czuje, czy jest to dla Ciebie normalne, że ktoś kto był przy Tobie n lat nagle znika z Twojego życia? Czy w ogóle myślisz o tej osobie?A jeśli tak, to w jaki sposób?

Miłość to światło życia, małżeństwo i trwały związek, to rachunek za światło. Rozstanie to odsetki z tytułu najmu licznika en. elektrycznej i ich spłata rozłozona w czasie.
Niewiem1104 dzielisz włos na 4 a potem ćwiartką chcesz oblecieć cały temat yikes
Miłość, uczucia, zobowiązania z tyt. odejścia/porzucenia, to pies je drapał; sentyment! No to je to primo! tyle, że chcesz poznać temat od tej odwłokowej strony.
Jedno jest pewne, to bezmózgowie i ew. lobotomia, przy takim podejściu do tego tematu PO TWOJEMU.

13

Odp: do zostawiających - pytanie

Zgadzam sie, że nie ma co trwac w zwiazku z "litosci" ale jezeli sa jakies komplikacje, problemy to nalezy o tym rozmawiac i szukac wyjscia, kompromisu a takie odchodzenie jak to zrobil moj partner po 4 latach zwiazku i narzeczenstwa to dla mnie brak odpowiedzialnosci. Jak sie na prawde kocha to sie razem przezwyciezy wszystko

14

Odp: do zostawiających - pytanie

Zerwał ze mna definitywnie kontakt, nie chce ze mna rozmawiac. Nie było tu rzadnych zdrad ( przynajmniej z mojej strony) tylko sie kłócilismy i nie nadawalismy na tych samych falach choc bardzo sie starałam i dalej chcialam sie starac. On sie chyba poddał, dla niego sie wszystko skonczylo. Zastanawiam sie czy teskni, mysli o tym co ja przezywam itd, ze mnie bardzo mocno zranił...Ucieka w prace, zeby o tym nie myslec. Jak to jest z Wami facetami?

15

Odp: do zostawiających - pytanie

chociaż jestem teraz porzuconą, to musze przyznac że zostawiłam faceta po kilkunastu latach związku bez żalu....
nie wiem czy mozna to nazwać wypaleniem... bardzo wiele nas łączyło przede wszystkim dzieci, ale ja byłam zmeczona i nie chaciało mi się już zabiegać (chyba wypalenie) i nie wynika to zmojego chwilowego kaprysu bo jestem osobą rozumną
powiedziałam , że między nami koniec i to nie był chwilowy foch, dojrzewałam do tego długo
nie pomogły tu żadne argumenty, podjęłam taką decyzję i żeby na głowie stawał to nie był w stanie nic zmienić. dlatego śmien twierdzić (będąc teraz po drugiej stronie) że osoby które rzucają nie cierpią  jakoś specjanie. mają czas żeby przygotować się do takiego stanu rzeczy, rozważają wszytkie za i przeciw, natomiast dla tych którzy sa rzucani to jest jak grom z jasnego nieba i dlatego sobie nie radzą.
dlatego teraz mysle że te wszyskie zabiegi porzuconych są bez sensu i nie działają na tych rzucających.
ja miałam w głebokim pow... wszystkie jego żale i histerie wręcz byłam nimi zmeczona. nie ubolewałam że nagle zostałam sama w pustym łózku, a teraz jako porzucona bardzo nad tym faktem ubolewam i to jest własnie zasadnicza różnica

16

Odp: do zostawiających - pytanie
Anetsien napisał/a:

Zerwał ze mna definitywnie kontakt, nie chce ze mna rozmawiac. Nie było tu rzadnych zdrad ( przynajmniej z mojej strony) tylko sie kłócilismy i nie nadawalismy na tych samych falach choc bardzo sie starałam i dalej chcialam sie starac. On sie chyba poddał, dla niego sie wszystko skonczylo. Zastanawiam sie czy teskni, mysli o tym co ja przezywam itd, ze mnie bardzo mocno zranił...Ucieka w prace, zeby o tym nie myslec. Jak to jest z Wami facetami?

Różnie jest.
Fiasko komunikacji może być dla Twojego faceta wielką porażką. To bardzo przygnębiające uczucie. Przegraliście oboje. Ktoś sie za mało starał, ale bardzo ciężko by było ustalić kto.

17

Odp: do zostawiających - pytanie

Ja rozstałam się z chłopakiem po ponad trzech latach. I wbrew pozorom mimo że to ja byłam tą "porzucającą" nie było to dla mnie taki łatwe i bezbolesne. Zrozumiałam że go nie kocham, że to było przyzwyczajenie, oraz dużo innych czynników które wpłynęły na moja decyzję. Z pewnością Jemu jest ciężej bo to jednak jest szok dla takie porzuconej osoby, ale nie można zapominać, że porzucającym niejednokrotnie też nie jest łatwo. Każda ze stron cierpi, ale każda na swój sposób. Trzeba to uszanować. Czasem zdarza się, że to po prostu nie to i trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Lepiej zerwać niż tkwić w czymś co na dłuższą metę nie ma dla nas sensu..

18

Odp: do zostawiających - pytanie
zagubiona555 napisał/a:

Zrozumiałam że go nie kocham, że to było przyzwyczajenie,

Czasem zdarza się, że to po prostu nie to i trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Lepiej zerwać niż tkwić w czymś co na dłuższą metę nie ma dla nas sensu..

A może to jest jakaś choroba cywilizacyjna. Może to zaraza, która szerzy się w McDonaldach, gdzie stosuje się kubki, talerze i sztuśce jednorazowe. Może to ta niechęĆ do zmywania naczyń z uważnością, żeby się coś nie potłukło. Mycie naczyń i ta uważnośĆ jest bez sensu, skoro można wziąĆ nowy kartonik, a potem wyrzuciĆ go na śmietnik, ale wcześniej -zgodnie z ustawą śmieciową - posegregowaĆ śmieci, bo może komuś się jeszcze na coś przydadzą.

To się nazywa McDonaldyzacja społeczeństwo. A w Polsce prócz McDonaldyzacji to mamy jeszcze Donaldyzację.

19

Odp: do zostawiających - pytanie

A sama nigdy nie zakończyłaś związku?

Oczywiście że lepiej być zostawionym. Osoba która decyduje się na zakończenie związku przeżywa często katusze nim zdecyduje się na taki krok. A wypalenie wcale nie jest modne. Po prostu poznając człowieka coraz bardziej czasami uświadamiamy sobie, że nie z tą chcemy spędzić życie. Czy chciałby ktokolwiek tworzyć związek z przyzwyczajenia bądź litość? Rzadko trafiamy na życiowego partnera za pierwszym razem.... Trzeba więc czasem zadać trochę bólu by pozwolić znaleźć i sobie i komuś odpowiedniejszą osobę:P

20

Odp: do zostawiających - pytanie

W takim razie po co wogóle sie z kims wiązac? Na początku ludzie sie poznaja, są soba zafascynowani i jak zaczynaja sie scierac z rzeczywistoscia to uciekaja od tej calej odpowiedzialnosci, nie umieja stawic czoła problemom tylko uciekaja i stwierdzaja ze niezgodnosc charakterów, ze to nie to...

21 Ostatnio edytowany przez Anetsien (2013-08-04 11:00:18)

Odp: do zostawiających - pytanie

"Przegraliście oboje"

Usłyszałam od niego przez telefon : " powiedziałem pierwszy kocham i przegrałem". Ale nie rozumie w czym przegrał? Skoro ja chcialam zeby bylo dobrze, pomimo ze sie klócilismy i nie chcialam zeby to sie zakonczylo, nie było rzadnych zdrad tylko czasem polecialo pare słów za duzo w nerwach.

Wina za pewne jest po połowie. Jesli ja cos robiłam zle to chce nad tym pracowac i wiecej tych bledów nie powielac.

Ja nie uwazam sie za przegrana bo chcialam zeby ten zwiazek trwał nadal i zeby kazdy  nad swoimi błędami pracował i żeby razem cos tworzyc i nie uciekać od tego.

22

Odp: do zostawiających - pytanie
N4VV napisał/a:
Anetsien napisał/a:

Zerwał ze mna definitywnie kontakt, nie chce ze mna rozmawiac. Nie było tu rzadnych zdrad ( przynajmniej z mojej strony) tylko sie kłócilismy i nie nadawalismy na tych samych falach choc bardzo sie starałam i dalej chcialam sie starac. On sie chyba poddał, dla niego sie wszystko skonczylo. Zastanawiam sie czy teskni, mysli o tym co ja przezywam itd, ze mnie bardzo mocno zranił...Ucieka w prace, zeby o tym nie myslec. Jak to jest z Wami facetami?

Różnie jest.
Fiasko komunikacji może być dla Twojego faceta wielką porażką. To bardzo przygnębiające uczucie. Przegraliście oboje. Ktoś sie za mało starał, ale bardzo ciężko by było ustalić kto.

Nasuwaja  mi sie pytania do Panów.

1) Czy jest mozliwe, ze facet jest w stanie odejsc od kobiety, ktora mocno kocha z tego wzgledu ze sie nie dogaduja? Czy to tylko wymówka " niedogadywanie sie"?

2) Skoro dla faceta jest wszytsko skonczone, ignoruje mnie to po co mu nasze wspolne zdjecia z mojego komputera?Chcial tez zgrac "moja" muzyke ale mu nie zezwolilam bo przeciez moze sobie sciagnac z internetu. Kopiowal swoje dokumenty z mojego komputera na swoj dysk i przy okazji chcial nasze wspolne foto. Po co?

23

Odp: do zostawiających - pytanie

To zależy...
Zostawiłam swojego ex, bo to był toksyczny związek. On mnie nie szanował, zdradzał i wiele itp itd. Zrywałam, po czym po jego błaganiach wracałam do niego. Za 4 razem powiedziałam NIE. Zostawiłam go i nie czułam zadnych wyrzutów sumienia, nie zastanawiałam się nawet przez chwile czy dobrze zrobiłam.
Zostawiłam też innego chłopaka. Związek ogólnie był w porządku, ale facet był młodszy ode mnie, względnie niedojrzały i uznałam, że to nie to. Nie pasowaliśmy do siebie. Zostawiłam go, on uznał, ze bardzo go zraniłam i mnie znienawidził.  I powiem Wam... czułam sie źle po tym... miałam wyrzuty sumienia, że on teraz cierpi, pisał mi jak bardzo go skrzywdziłam. Wtedy uważałam, że jednak jest lepiej gdyby on mnie przykładowo zostawił. Rzeczywiście, nie byłabym odpowiedzialna, nie miałabym poczucia winy, bo to nie byłaby moja decyzja.
Często nawet można spotkać sie z sytuacja, gdzie jeden partner kocha strasznie mocno i nie potrafi odejść i w sumie czeka jedynie, gdy ten drugi podejmie decyzje o rozstaniu.
To takie uniewinnianie siebie.

24

Odp: do zostawiających - pytanie

Jak dla mnie chyba lepiej zostawiać. Kiedy miałam zamiar zakończyć związek długo się nad tym zastanawiałam, analizowałam, powoli emocjonalnie uwalniałam się od partnera. Tak więc kiedy dochodziło do ostatecznej rozmowy miałam wszystko dopięte na ostatni guzik. Oczywiście pojawiały się wyrzuty sumienia, ale w końcu mogłam odetchnąć pełną piersią. Zrealizowałam coś o czym długo myślałam, mogłam dać krok do przodu.
Kiedy byłam osobą zostawioną o wiele dłużej dochodziłam do siebie. Czułam się fatalnie jakbym nie podołała jakiemuś zadaniu. Od dłuższego czasu nam się nie układało, sama myślałam o rozstaniu, ale zawsze dawałam nam kolejną szansę. Decyzja mojego partnera o rozstaniu sprawiła, że zaczęłam roztrząsać wszystko co działo się między nami. Każde słowo, gest. Długo dochodziłam do równowagi.

25

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

Witajcie,

Wczoraj usłyszałam od znajomego bardzo ciekawą/dziwną rzecz:

"Wiesz, lepiej jest być rzuconym niż rzucającym, nie masz wtedy żadnej odpowiedzialności".

I tak się teraz zastanawiam...na forum pełno jest wątków i wypowiedzi osób porzuconych i zdradzonych. Z każdego ich słowa wylewa się ból i cierpienie. Ale jak to jest z drugiej strony? Co czuje i myśli osoba, która zostawia swojego partnera. Mam tutaj oczywiście na myśli rozstania nie powodowane zdradą czy przemocą a tym ostatnio bardzo modnym "wypaleniem się". Czy po kilkuletnim związku, w którym coś się "wypaliło" dalej myśli się o tej osobie, chociaż w jakimś niewielkim stopniu zastanawia się co z jej życiem, jak ona się czuje, co jej zrobiliśmy naszym odejściem itp?

Czy możecie podzielić się swoimi doświadczeniami?Czy zostawiliście kiedyś kogoś bo już nie czuliście tego co wcześniej?

Pozdrawiam Was ciepło!

Ja zostawiłam, bo uczucie wygasło po 6 latach, a po za ty był to bardzo trudny związek (nie chce o tym pisać bo to już przeszłość smile ). Przez jakieś 2 lata o nim myślałam codziennie, co robi, co u niego słychać... Ponoć strasznie to przeżył...widziałam to i odczułam, bo mi się odgrażał ale szybko się ocknął i znalazł sobie inną. Raczej z jego strony też już żadnego uczucia nie było a jedynie przywiązanie.

26

Odp: do zostawiających - pytanie

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

27

Odp: do zostawiających - pytanie

Fevers,

masz rację. Ludzie nie walczą o siebie, poddają się najmniejszemu problemowi, uciekają bo tak jest łatwiej i zapominają, że kolejny związek czeka ten sam etap. Nienawidzę słowa "wypalenie" i nie dlatego, że sama je usłyszałam, ale dlatego, że dla mnie czegoś takiego nie ma. Boimy się przyznać, że przestaliśmy kochać, bo czy to nie oznacza, że nigdy nie kochaliśmy a tylko chcieliśmy kochać?

Co do walki. Ja walczyłam, walczyłam 5 miesięcy nie raz słysząc, że nie mam godności i pozwalam sobie na takie zachowanie. Ale ja chciałam tej walki i dalej chcę ale przychodzi taki moment, że po prostu nie masz siły. Nie masz siły przypominać komuś o tym kim dla niego byłeś i mówić, że zamiast wypalenia można zapalić na nowo.

Nie nadążam za światem. Po prostu.  Boimy się walczyć o miłość, bo to oznacza brak dumy i godności. Po każdym rozstaniu słyszymy, że znajdziemy kogoś lepszego - Takie to łatwe.

28

Odp: do zostawiających - pytanie

I jeszcze pozwolę zacytować sobie wypowiedź jednego z forumowiczów Endar Spire. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, ale jego słowa sa piękne i pięknie do mnie trafiają.

Niestety również to dostrzegam. I to nie nawet przez wzgląd na to, że sam tego doświadczyłem, ale czytając to forum, czy nawet obserwując właśnie otoczenie jak autor wątku... człowiek dochodzi do wniosku, że przestaje być opłacalne angażowanie się w jakikolwiek związek. Modny stał się egoizm. Ludzie zatracają umiejętność kochania chyba... odkąd pojawiło się takie modne w ostatnich latach stwierdzenie jak "wypalenie się uczuć" i jak wiele osób tego stwierdzenia dziś nadużywa. Każda trudność w związku, każde ochłodzenie się relacji jest sprowadzanie do... wypalenia się uczuć. Bo tak łatwo przecież się poddać... któregoś dnia kobieta lub mężczyzna budzi się i stwierdza, że uczucia się wypaliło i on "już nie kocha"... bo jakoś tak łatwo, łatwiej niż trochę powalczyć. Albo pojawia się inna osoba, która zawraca któremuś z partnerów w głowie... i po prostu się wszystko rozpada. Ludzie zatracają umiejętność przeciwstawiania się pokusom. Kobieta nie potrafi przeciwstawić się pokusie w koledze z pracy, a mężczyzna koleżance. I potem mamy tragedie, złamane serca. Ale tego jest coraz więcej i będzie jeszcze więcej. Dlaczego? Bo mamy dziś na to nawet społeczne przyzwolenie. Mamy społeczne przyzwolenie na "układanie sobie życia od nowa". Wystarczy tak naprawdę prześledzić to forum jakie rady najczęściej przekazują forumowicze. Wręcz namacalne jest to przyzwolenie na to, żeby zamiast walczyć, budować od nowa, zamiast naprawiać, wymieniać na nowe. Instytucja małżeństwa przestała istnieć... bo przecież i tak zawsze jest rozwód. Już nie pamiętam kiedy przeczytałem/usłyszałem, żeby ktoś komuś radził słowami "nie bierz rozwodu, walcz, przysięgałaś/eś przed ołtarzem człowieku!" ... nie... dziś już mamy społeczne przyzwolenie na rozwód... często nawet z błahych powodów. Tak... to znak naszych czasów, że ludzie rozstają się często naprawdę z błahych powodów, a najczęściej z... nudów. Sytuacja ogólnie jest patowa. Dzisiaj związek, miłość, wierność... dla wielu osób niestety nie przedstawia na dłuższą metę żadnej wartości i mamy na to wszystko coraz większe społeczne przyzwolenie. Kiedyś to ludzi doprowadzała do porządku chociaż presja społeczeństwa... bo co ludzie powiedzą. I dzięki tej presji człowiek zamiast iść na łatwiznę to przynajmniej się 10x zastanowił zanim się rozwiódł... albo chociaż jeszcze raz spróbował naprawić. Jakoś tak ludziom bardziej zależało po prostu. Dzisiaj... chcesz się rozwieść? Chcesz porzucić partnera? Droga wolna... jeszcze społeczeństwo przyklaśnie, znajomi poklepią po plecach, rodzina doda otuchy... ale brak kogoś kto odważnie powie... jak jest. Niestety tak jak ktoś tu zauważył... stajemy się hedonistami. Przestajemy się liczyć z innymi, najważniejsze stało się moje szczęście i moja osoba. Czy ktoś porzucając dzisiaj partnera zastanawia się co on czuje? Przez co będzie musiał przejść? Nie no bo przecież nikt z nikim nie będzie na litość prawda... ale tu nie chodzi o litość... może o odrobinę empatii? Albo docenienia tego co się ma? Właśnie. Ludzie przestali doceniać to co mają, a zaczęli gonić za nieuchwytnym ideałem. Gonią za "tym czymś" zamiast się chwilę zatrzymać i zastanowić się nad tym co mam i postarać się docenić. Przeraża mnie to, bo nie potrafię mimo wielu chęci zaakceptować tego dokąd to zmierza, zaakceptować zasad które rozprzestrzeniły się na przestrzeni ostatnich parudziesięciu lat w społeczeństwie.

29

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

Fevers,

masz rację. Ludzie nie walczą o siebie, poddają się najmniejszemu problemowi, uciekają bo tak jest łatwiej i zapominają, że kolejny związek czeka ten sam etap. Nienawidzę słowa "wypalenie" i nie dlatego, że sama je usłyszałam, ale dlatego, że dla mnie czegoś takiego nie ma. Boimy się przyznać, że przestaliśmy kochać, bo czy to nie oznacza, że nigdy nie kochaliśmy a tylko chcieliśmy kochać?

Co do walki. Ja walczyłam, walczyłam 5 miesięcy nie raz słysząc, że nie mam godności i pozwalam sobie na takie zachowanie. Ale ja chciałam tej walki i dalej chcę ale przychodzi taki moment, że po prostu nie masz siły. Nie masz siły przypominać komuś o tym kim dla niego byłeś i mówić, że zamiast wypalenia można zapalić na nowo.

Nie nadążam za światem. Po prostu.  Boimy się walczyć o miłość, bo to oznacza brak dumy i godności. Po każdym rozstaniu słyszymy, że znajdziemy kogoś lepszego - Takie to łatwe.

Są ludzie, którym tylko wydaje się, że umieją i wiedzą co znaczy kochać. Większość według mnie wie co to znaczy być "zakochanym". Wypalenie? To tylko słowo, pod którym ludzie kryją "znudziły mi się problemy dorosłego i odpowiedzialnego życia, więc zrzucę odpowiedzialność na coś/kogoś". Dokładnie tym to jest. Ktoś, kto chce się bawić w dorosłość, kto chce się bawić w rodzinę nie powinien nigdy w tym uczestniczyć, bo nie ma predyspozycji emocjonalnych ku temu.

w kwestii poruszonej przez Ciebie walki - najważniejsze jest być fair wobec siebie i paradoksalnie - partnera. Nawet, jeśli poprzez to mamy dostać od niego/niej kolejny cios. I nigdy, ale to nigdy, nie poddać się jeśli nie mamy tej pewności, że zrobiliśmy więcej niż wszystko, by relację uratować. Ale nie na zasadzie kolejnego przekłamu, przekonania siebie, że nic więcej nie dało się zrobić, kiedy wiemy, że można było jeszcze jakąś metodę zastosować. Gdy kochamy ( nawet jeśli to uczucie przestało być odwzajemnione ), to nie ma siły na tym świecie, by nas zatrzymała w dążeniu do naprawy związku. Choćbyśmy mieli co chwilę padać ryjem w błoto, to zawsze znajdziemy siłę, by wstać i zrobić kolejny krok. I jedynie śmierć by od tego powstrzymała. To jest dla mnie definicja prawdziwej miłości. Nie okazywanie gdy wszystko jest w porządku. Okazywanie siły walki o NAS, gdy cały świat leży w gruzach.

30

Odp: do zostawiających - pytanie
Anetsien napisał/a:

...

1) Czy jest mozliwe, ze facet jest w stanie odejsc od kobiety, ktora mocno kocha z tego wzgledu ze sie nie dogaduja? Czy to tylko wymówka " niedogadywanie sie"?

Nie wiem, co znaczy "kocha" i "niedogadywanie" w Twoim świecie. Osobiście nie wejdę w trwały związek z kobietą, z którą nie mogę się skomunikować.

Anetsien napisał/a:

...
2) Skoro dla faceta jest wszytsko skonczone, ignoruje mnie to po co mu nasze wspolne zdjecia z mojego komputera?Chcial tez zgrac "moja" muzyke ale mu nie zezwolilam bo przeciez moze sobie sciagnac z internetu. Kopiowal swoje dokumenty z mojego komputera na swoj dysk i przy okazji chcial nasze wspolne foto. Po co?

Nie wiem.

Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? ...

A Ty koń jesteś z klapką na oku? Pisząc powyższe w wątku niewiem1104 trafiasz kulą w płot. Z postrzeganiem lub czytaniem coś niedobrze u kolegi, bo właśnie niewiem1104 walczyła o relację do ostatecznego wyczerpania, nie bacząc na włąsne poniżenie. Miałbyś przynajmniej tyle rozumu, by swój bełkot wstawiać w innym miejscu.

31

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

I jeszcze pozwolę zacytować sobie wypowiedź jednego z forumowiczów Endar Spire. ...

Nie chce mi się zliczać ile razy użył sformułowania "społeczne przyzwolenie" i ile razy użył słowa "społeczeństwo".  Ty się zastanów nad słowem "wewnątrzsterowność", a z czasem dojdziesz to wniosku, że Endar Spire nic mądrego nie napisał.

32

Odp: do zostawiających - pytanie
N4VV napisał/a:
niewiem1104 napisał/a:

I jeszcze pozwolę zacytować sobie wypowiedź jednego z forumowiczów Endar Spire. ...

Nie chce mi się zliczać ile razy użył sformułowania "społeczne przyzwolenie" i ile razy użył słowa "społeczeństwo".  Ty się zastanów nad słowem "wewnątrzsterowność", a z czasem dojdziesz to wniosku, że Endar Spire nic mądrego nie napisał.

Pewnie masz rację. Do tej pory żyłam w bańce miłości. Mój związek był udany, wszystkie naokoło również. Nie zauważałam tego zła, które dzieje się naokoło.

Zawsze byłam idealistką, wierzyłam w jedną jedyną miłość, nie próbowałam związków, bo wierzyłam, że czeka mnie ten jeden jedyny. Może to też był błąd. Zakochana, wpakowałam się głęboko w pierwszy związek bez żadnego doświadczenia dodatkowo z przekonaniem o wielkiej miłości.

Wiesz, zauważyłam jeszcze jedną rzecz... byłam silna i miałam silne wymagania i granice  odnośnie zdrad, powrotów, ogólnie pojmowanego szanowania partnera. W momencie kiedy w moim związku zaczął się palić grunt pod nogami te granice się...przesunęły?Nagle powrót stał się dla mnie możliwy, zdrada - jeśli fizyczna, można przepracować itd. Obwiniałam siebie za zbyt duże wymagania niepasujące do współczesnego świata. Boję się, że nie wrócę do dawnej siebie (a lubiłam dawną siebie) bo taka nie będę w stanie stworzyć związku.

33 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-08-04 18:23:20)

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

w kwestii poruszonej przez Ciebie walki - najważniejsze jest być fair wobec siebie i paradoksalnie - partnera. Nawet, jeśli poprzez to mamy dostać od niego/niej kolejny cios. I nigdy, ale to nigdy, nie poddać się jeśli nie mamy tej pewności, że zrobiliśmy więcej niż wszystko, by relację uratować. Ale nie na zasadzie kolejnego przekłamu, przekonania siebie, że nic więcej nie dało się zrobić, kiedy wiemy, że można było jeszcze jakąś metodę zastosować. Gdy kochamy ( nawet jeśli to uczucie przestało być odwzajemnione ), to nie ma siły na tym świecie, by nas zatrzymała w dążeniu do naprawy związku. Choćbyśmy mieli co chwilę padać ryjem w błoto, to zawsze znajdziemy siłę, by wstać i zrobić kolejny krok. I jedynie śmierć by od tego powstrzymała. To jest dla mnie definicja prawdziwej miłości.

Doprawdy?
Uważasz że na tym polega miłość?
By w walce o kogoś kto od nas odchodzi, kto świadomie nas zostawia i z nas rezygnuje, dawać się poniżac? Żebrać o miłość? Bo tak wnioskuje z tej wypowiedzi.

Jeśli ktoś ma odejść ...to i tak odejdzie.
Walczyć warto, zawsze warto - ale gdy jest o co.
Jeśli to ty popełniłeś błąd, stricte zawiniłeś - to walcz, wtedy jeszcze z twoją wypowiedzą się zgodzę.
Ale jeśli to ktoś z Ciebie rezygnuje... kiedy ktoś Cię już nie chce... o co chcesz walczyc?

34

Odp: do zostawiających - pytanie
ziemniaczana napisał/a:

Jeśli ktoś ma odejść ...to i tak odejdzie.
Walczyć warto, zawsze warto - ale gdy jest o co.
Jeśli to ty popełniłeś błąd, stricte zawiniłeś - to walcz, wtedy jeszcze z twoją wypowiedzą się zgodzę.
Ale jeśli to ktoś z Ciebie rezygnuje... kiedy ktoś Cię już nie chce... o co chcesz walczyc?

Widzisz, Ziemniaczana i chyba na tym polega ten mechanizm walki. Ktoś Cię zostawia i paradoksalnie to Ty chcesz walczyć o tę osobę, bo czujesz, że zawiniłaś, zrobiłaś coś przez co Cie zostawił. To wszystko dzieje się w tym pierwszym etapie po porzuceniu. Dostajesz emocjonalnego kopa. zostawił mnie - na pewno zrobiłam coś źle, popełniłam jakiś błąd - muszę to naprawić - automatycznie ja walczę. dopiero później dochodzisz do innych wniosków, ale wcześniej walczysz i albo wygrywasz albo przegrywasz.

35 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-08-04 18:44:47)

Odp: do zostawiających - pytanie
N4VV napisał/a:

A Ty koń jesteś z klapką na oku? Pisząc powyższe w wątku niewiem1104 trafiasz kulą w płot. Z postrzeganiem lub czytaniem coś niedobrze u kolegi, bo właśnie niewiem1104 walczyła o relację do ostatecznego wyczerpania, nie bacząc na włąsne poniżenie. Miałbyś przynajmniej tyle rozumu, by swój bełkot wstawiać w innym miejscu.

Pokaż mi, gdzie pokazałem, że kieruję moje słowa personalnie do Niewiem1104, a nie przedstawiając ogólny pogląd. Jeśli nie znajdujesz takiego argumentu, to proszę zamilcz. Zaś bełkotem nazwałbym Twoje paramądrości bez głębszego, duchowego znaczenia, które są niczym z medialnej braziliany. Sugerowałbym również częstsze, nawet kilkukrotne analizy tekstu, zanim "wymęczysz" coś, co ma według Ciebie uchodzić za moralne drogowskazy, ponieważ temat wątku brzmi : "do zostawiających". I pod tym kątem konstruowałem moje wypowiedzi. Tak więc...analiza tekstu Kolego. I czytanie ze zrozumieniem .

36

Odp: do zostawiających - pytanie
ziemniaczana napisał/a:
Fevers napisał/a:

w kwestii poruszonej przez Ciebie walki - najważniejsze jest być fair wobec siebie i paradoksalnie - partnera. Nawet, jeśli poprzez to mamy dostać od niego/niej kolejny cios. I nigdy, ale to nigdy, nie poddać się jeśli nie mamy tej pewności, że zrobiliśmy więcej niż wszystko, by relację uratować. Ale nie na zasadzie kolejnego przekłamu, przekonania siebie, że nic więcej nie dało się zrobić, kiedy wiemy, że można było jeszcze jakąś metodę zastosować. Gdy kochamy ( nawet jeśli to uczucie przestało być odwzajemnione ), to nie ma siły na tym świecie, by nas zatrzymała w dążeniu do naprawy związku. Choćbyśmy mieli co chwilę padać ryjem w błoto, to zawsze znajdziemy siłę, by wstać i zrobić kolejny krok. I jedynie śmierć by od tego powstrzymała. To jest dla mnie definicja prawdziwej miłości.

Doprawdy?
Uważasz że na tym polega miłość?
By w walce o kogoś kto od nas odchodzi, kto świadomie nas zostawia i z nas rezygnuje, dawać się poniżac? Żebrać o miłość? Bo tak wnioskuje z tej wypowiedzi.

Jeśli ktoś ma odejść ...to i tak odejdzie.
Walczyć warto, zawsze warto - ale gdy jest o co.
Jeśli to ty popełniłeś błąd, stricte zawiniłeś - to walcz, wtedy jeszcze z twoją wypowiedzą się zgodzę.
Ale jeśli to ktoś z Ciebie rezygnuje... kiedy ktoś Cię już nie chce... o co chcesz walczyc?

Ziemniaczana...przeczytałaś moją wypowiedź, ale chyba jej nie zrozumiałaś. Zacytowany i pogrubiony przez Ciebie cytat z mojej wypowiedzi odnosił się do osoby zostawiającej, a nie zostawianej. Jasno napisałem, że chodzi o punkt widzenia "zanim odejdziemy, to spróbujmy wszystkiego by poskładać i uratować całość".

37 Ostatnio edytowany przez ziemniaczana (2013-08-04 19:04:54)

Odp: do zostawiających - pytanie

"Gdy kochamy ( nawet jeśli to uczucie przestało być odwzajemnione ), to nie ma siły na tym świecie, by nas zatrzymała w dążeniu do naprawy związku."

Wybacz, między innymi to zdanie sugerowało mi jednak osobę zostawianą wink

A komu łatwiej? Porzucającemu czy porzucanemu?
Zależy od człowieka.
Jedno jest pewne - nie da się kontrolować uczuć ani emocji.
Jeśli przestaje się kochać - to przestaje się kochać.

Jedni mimo tego że coś się "wypaliło" czują się jednak odpowiedzialni za tą drugą osobę, za jej uczucia i sami też się męczą.

Inni patrzą jedynie na siebie. Podejmują decyzję i po prostu odchodzą, zapominają, zajmują czymś innym.

Kwestia charakteru, zasad, ideologii.

38

Odp: do zostawiających - pytanie
ziemniaczana napisał/a:

"Gdy kochamy ( nawet jeśli to uczucie przestało być odwzajemnione ), to nie ma siły na tym świecie, by nas zatrzymała w dążeniu do naprawy związku."

To zdanie kładło nacisk na fakt, że często odejścia spowodowane są niepewnym stanem emocjonalno-uczuciowym. Niepewnym w takim rozumieniu, że odchodzący sam nie jest w stanie określić, czy kocha, czy nie, czy to permanentna faza braku uczucia, czy tylko temporalne wahnięcie. I moim zdaniem w tego typu sytuacji warto podjąć "walkę", by ostatecznie albo rozpalić ten żar, który się tli ale jest przysypany popiołem rutyny, kłótni etc. lub przekonać się, że jednak już nic nie zostało w sercu. Ale bez próby walki nie da się tego określić jednoznacznie na 100%. To miałem na myśli smile

39 Ostatnio edytowany przez bags (2013-08-04 19:59:30)

Odp: do zostawiających - pytanie
N4VV napisał/a:

A Ty koń jesteś z klapką na oku? Pisząc powyższe w wątku niewiem1104 trafiasz kulą w płot. Z postrzeganiem lub czytaniem coś niedobrze u kolegi, bo właśnie niewiem1104 walczyła o relację do ostatecznego wyczerpania, nie bacząc na włąsne poniżenie. Miałbyś przynajmniej tyle rozumu, by swój bełkot wstawiać w innym miejscu.

Hola, hola uparty Don Kichocie; jeźdźcu bez głowy. Jeśli już takich porównań stosujemy, to takiemu koniowi jak Fevers - z całym szacunkiem, to Ty nawet do kopyt - a nawet do podkowy - nie dorastasz. Miecz Twój mocno wyszczerbiony, zaś lanca Twa za wieszak do prania księżniczkom służy służy, zaś zbroję Twą szubrawcy sprzedali na górce cen złomu.
My już wiemy z opowieści "stadnych" żeś coś o skakaniu przez płoty wspominał i księżniczki ratować nadal będziesz, a jakże by nie, gdy jaką spotkasz i krzyk jej usłyszysz "pójdź mi na ratunek, cny rycerzu", a oczywiście że pójdziesz jak w ogień. Coby się nieboga nie męczyła w niewoli straszliwej granat wrzucisz wink

Zanim "pociągniesz za spust" gotów do strzału między sztachety, to 3 razy pomyśl, a i analizy faktów szerszego kalibru w oparciu o tekst nie zaszkodziło by Ci dokładniej zrobić. Doświadczenia o życiu masz niemalże jak w małym palcu, tylko tak bardzo ogólnie jak nie porównując brud pod paznokciem.

40

Odp: do zostawiających - pytanie
bags napisał/a:
N4VV napisał/a:

A Ty koń jesteś z klapką na oku? Pisząc powyższe w wątku niewiem1104 trafiasz kulą w płot. Z postrzeganiem lub czytaniem coś niedobrze u kolegi, bo właśnie niewiem1104 walczyła o relację do ostatecznego wyczerpania, nie bacząc na włąsne poniżenie. Miałbyś przynajmniej tyle rozumu, by swój bełkot wstawiać w innym miejscu.

Hola, hola uparty Don Kichocie; jeźdźcu bez głowy. Jeśli już takich porównań stosujemy, to takiemu koniowi jak Fevers - z całym szacunkiem, to Ty nawet do kopyt - a nawet do podkowy - nie dorastasz. Miecz Twój mocno wyszczerbiony, zaś lanca Twa za wieszak do prania księżniczkom służy służy, zaś zbroję Twą szubrawcy sprzedali na górce cen złomu.
My już wiemy z opowieści "stadnych" żeś coś o skakaniu przez płoty wspominał i księżniczki ratować nadal będziesz, a jakże by nie, gdy jaką spotkasz i krzyk jej usłyszysz "pójdź mi na ratunek, cny rycerzu", a oczywiście że pójdziesz jak w ogień. Coby się nieboga nie męczyła w niewoli straszliwej granat wrzucisz wink

Zanim "pociągniesz za spust" gotów do strzału między sztachety, to 3 razy pomyśl, a i analizy faktów szerszego kalibru w oparciu o tekst nie zaszkodziło by Ci dokładniej zrobić. Doświadczenia o życiu masz niemalże jak w małym palcu, tylko tak bardzo ogólnie jak nie porównując brud pod paznokciem.

smile

41 Ostatnio edytowany przez smallangel (2013-08-04 21:03:33)

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

Ja mogę śmiało podpisać się pod tym. Jako tekst do ogólu, ale też z innego względu. Ja jestem taką Kobietą.
Ratowałam związek pomimo zdrady Męża. Być może miałam o tyle dobrze, ze Mąż chciał ze mną zostać, nie odszedł, ale problem był i trzeba było go znaleźć, a potem zniwelować. Potrzebowałam czasu, by to zrozumieć (przestać winić tylko Jego). I głośno piszę, że problem leżał również w mojej osobie. Nie boję się przyznać sama przed soba, że popełniłam błędy, popełniliśmy - to było kluczem do naszego sukcesu. Umieć krytycznie spojrzeć na siebie i zrobić wszystko ( w imię miłości, uczucia) by nasze małżeństwo dalej istniało. Nie lubię w życiu iść na łatwiznę - kosztowało mnie to wiele, przede wszystkim ogromnej walki samej ze sobą i swoimi przyzwyczajeniami - ale dziś jestem innym człowiekiem. Teraz czuję sie lepiej w nowym wcieleniu niż kiedyś. Nie dałam się upodlić, robiłam to z głową. I dzięki temu, odniosłam sukces i odnoszę dalej. Mąż ze mną rozmawia - nie musze naciskać, sam z siebie mówi. Bo inaczej jest w związku gdy wie się, że ktoś jest chętny do zmiany życia, a inaczej gdy ktoś - nie chce, słynne kobiece " nie bo nie" smile   

Mieliśmy bardzo dobrą droga do rozejścia, prócz miłości i rzeczy materialnych nie łączyło nas nic innego (mam na myśli dzieci).
Więc tym bardziej rodział życia (małżeństwo) można było szybko zamknąć, nie oglądając się w tył. Dalej trwamy razem smile.

niewiem1104 - czasami walka nie jest odpowiednia. Stosuje sie techniki (o ja ale to brzmi smile ), które bardziej odpychają  niż przyciągają. I pewnie tak było u Ciebie. Twoja walka, nie była tą skuteczną walką.

42

Odp: do zostawiających - pytanie
smallangel napisał/a:

niewiem1104 - czasami walka nie jest odpowiednia. Stosuje sie techniki (o ja ale to brzmi smile ), które bardziej odpychają  niż przyciągają. I pewnie tak było u Ciebie. Twoja walka, nie była tą skuteczną walką.

Smallangel,

Bardzo mnie zaintrygowały Twoje "techniki" smile możesz powiedzieć o nich więcej?

43 Ostatnio edytowany przez smallangel (2013-08-04 21:15:54)

Odp: do zostawiających - pytanie
niewiem1104 napisał/a:

Smallangel,

Bardzo mnie zaintrygowały Twoje "techniki" smile możesz powiedzieć o nich więcej?

Nie ma co o nich pisać - Kobiety tu kole w oczy moja wiedza i "techniki" big_smile.Znowu zacznie się zarzucanie, że co ja tam wiem - a no wiem. Widocznie działa jeżeli jestem szczęśliwa z Mężem smile.

I tu nie chodzi jak mi zarzucano o manipulację - chodzi o podejście do życia, a przede wszystkim do partnera.

Ps. Przejrzę sobie Twój temat smile.

44

Odp: do zostawiających - pytanie

Jestem tego samego zdania, że ludzie idą na łatwiznę i wolą wymienic partnera na nowy model zamiast podjąć sie walki i odpowiedzialnosci troche za druga osobe

Odp: do zostawiających - pytanie
bags napisał/a:
niewiem1104 napisał/a:

Ale to, że odchodzisz od kogoś bo czujesz się jedynie zobowiązany jest dla mnie przyczyną rozstania a mi bardziej chodzi o to...kim ta osoba później dla Ciebie jest.
Nie o to dlaczego decydujesz się na rozstanie ale co myślisz o drugiej osobie później. Na pewno w takiej sytuacji jej nie kochasz, ale czy zastanawiasz się nad tym co ona czuje, czy jest to dla Ciebie normalne, że ktoś kto był przy Tobie n lat nagle znika z Twojego życia? Czy w ogóle myślisz o tej osobie?A jeśli tak, to w jaki sposób?

Miłość to światło życia, małżeństwo i trwały związek, to rachunek za światło. Rozstanie to odsetki z tytułu najmu licznika en. elektrycznej i ich spłata rozłozona w czasie.
Niewiem1104 dzielisz włos na 4 a potem ćwiartką chcesz oblecieć cały temat yikes
Miłość, uczucia, zobowiązania z tyt. odejścia/porzucenia, to pies je drapał; sentyment! No to je to primo! tyle, że chcesz poznać temat od tej odwłokowej strony.
Jedno jest pewne, to bezmózgowie i ew. lobotomia, przy takim podejściu do tego tematu PO TWOJEMU.

A dlaczego pytanie jest ciekawe bo według mnie faceci po kilku miesiącach zapominają o byłej a kobiety nadal pamiętają więc coś na rzeczy jest...
To pytanie wykracza poza z góry narzuconą tzw. poprawność.

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

A dlaczego facet nie może naprawić tylko zawsze ma naprawiać kobieta koniec tego dobrego.

47

Odp: do zostawiających - pytanie
AdrianDąbrowski napisał/a:
Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

A dlaczego facet nie może naprawić tylko zawsze ma naprawiać kobieta koniec tego dobrego.

Próbować naprawiać powinna w pierwszej kolejności odchodząca osoba. Niezależnie od płci. Następnie powinno się próbować naprawić wspólnymi siłami.

48

Odp: do zostawiających - pytanie

Ja próbowałam naprawiać, 6 lat próbowałam. Odeszłam. I też mam wyrzuty sumienia, czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam.
Rozsądek mówi, że zrobiłam o wiele za dużo, że aż straciłam do siebie szacunek. Odeszłam. I wciąż myślę, tęsknię, wspominam, cierpię... Nie ma sekundy bym nie myślała. To była miłość mojego życia. Lecz on jej nie przyjął. To nieprawda, że łatwiej jest "zostawiającym".

49

Odp: do zostawiających - pytanie

Zdecydowanie wolałabym być porzuconą, niż tą która musi porzucić. Ja niestety jestem zawsze tą, która musi kończyć związek. Zawsze muszę brać na siebie tą odpowiedzialność. Nienawidzę tego uczucia. Bo kiedy jest się z kimś długo to zastanawiam się ciągle czy jestem tego pewna, wiem, że mam wybór i to jest najgorsze. Zdecydowanie wolałabym, gdyby to ktoś kończył, bo wiedziałabym że muszę po prostu zacząć od nowa, nie mam wyjścia.

50 Ostatnio edytowany przez Zwierz_ak (2013-08-06 17:17:14)

Odp: do zostawiających - pytanie
ziemniaczana napisał/a:

...
Uważasz, że na tym polega miłość?

tak naprawdę, chyba to pytanie sprowokowało mnie by tu się zarejestrować, zalogować i dorzucić do pieca.
Nie mam złudzeń, że dołożę do pieca siebie.
Że będę tu płonął, ogniem żywym, bolesnym, jasnym, obnażającym wszystko co wiem, wszystko co wiem ale boje się do tego przyznać, i wszystko to czego nie wiem, choć zapewniam Was, że tego będzie najmniej. smile nie. nie jestem zadufanym w sobie dupkiem, który pozjadał wszystkie rozumy...
nie daję sobie prawa do osądzania kogokolwiek
nie uważam, że ktokolwiek tu w tej formule, może cokolwiek jednoznacznie rozstrzygnąć
ale myślę, że można próbować posunąć się zawsze o krok dalej w tym by zrozumieć

ktoś zapyta "co zrozumieć"

siebie
kogoś
uczucia
emocje
związki
zdarzenia
miłość

jestem zwierzakiem.
Mam dorosłe dzieci, dłuuuugi staż małżeński, doświadczenie wynikające z tego stażu wzorców okolicznych, znajomych, pociotków, nieznajomych.
Mam za sobą kryzys wieku średniego
Mam zdanie na temat tego co mi się udało co nie, potrafię wskazać przyczyny. Nie mam żalu o to, że jest tak a nie inaczej. W następnym wcieleniu będzie lepiej.

i ...
przyszła do mnie miłość.

Nieproszona, nieposzukiwana, nienarzucona.
Subtelnie, krok po kroku, po części, owładnęła mną.
Jak to możliwe, można by zapytać. Doświadczenie, odpowiedzialność wzorce. Można było tego uniknąć.
Można uniknąć wszystkiego, gdy wie się jak to coś wygląda, jak działa, funkcjonuje.
Ale gdy trafia się coś o czym nie masz pojęcia, co przekracza wszelkie dotychczasowe granice odczuć i postrzegania przyszedł taki moment, kiedy  > kocham Cię < było jedynym zestawem słów, który można wypowiedzieć...
I wypowiedziałem je.
I usłyszałem taka samą wyważoną odpowiedź po czasie.

Miłość to zjawisko, o którym chciałoby się krzyczeć całemu światu
Ta taka nie jest
jest trudna bo może być widoczna tylko między nami
jest trudna bo rzeczywistość jest zobowiązaniem, które chcemy wypełniać
jest trudna bo osobowość, postawy i zasady są przeciwne
jest trudna bo nie ma perspektyw
ale jest.

Dlatego zatrzymałem się przy tym pytaniu " na czym polega miłość ".
Czy trwanie w związkach toksycznych, w imię przysięgi i dokonanego wyboru to miłość?
czy trzymanie kogoś prazy sobie "bo ja CIę kocham" to miłość?
Czy pozostawianie kogoś, bo Cię już nie kocham, to brak miłości?

Jakim bardzo mądrym, rzetelnym i uczciwym trzeba być człowiekiem, żeby móc rozumnie wykorzystywać miłość.
Czy w dywagacjach na temat rozstań, związków, zdrad nie mylimy tego co jest miłością z tym co jest świadomym kontraktem
Myślę, że Ci którzy mogą oboje z pełną konsekwencją i świadomością powiedzieć, że jedno i drugie jest dla nich tożsame są ludźmi szczęśliwymi.

Ja też jestem. Pomimo tego, że kontrakt choć może nie zagrożony, nie jest wypełniany, choć miłość się nie realizuje ze względu na zasady.
Choć boli bardzo, że zapłonęło coś z czego nikt nie czerpie ciepła, że spalam się w tym sam.

Dlatego ponowię zadane pytanie, na czym polega miłość

na euforii doznań na myśl o pobyciu ze sobą chwili
na trosce o bezpieczne dotarcie do domu
na wymyśleniu prezentu z okazji nic nie znaczącej rocznicy
na pragnieniu umycia włosów
na pamiętaniu o pójściu do lekarza
na napisaniu wierszyka o tęsknocie
na strachu przed jutrem
na...

Dlaczego w tym wątku?

Bo rozstanie to coś z czym muszę się liczyć.
A nie chcę.

Dlatego może uda mi się przeczytać coś co wzbogaci moje doświadczenia i coś poukłada...lub zmąci..


pozdrawiam Wszystkich
zwierzak

51

Odp: do zostawiających - pytanie

Animus, może jest jak piszesz, ale nie znasz indywidualnych przypadków. Wypalenie się to może i modne wyrażenie, ale na pewno opisuje ogólną sytuację w związku. Zastępuje długie rozpisywanie się. To słowo klucz dla wielu. Nie możesz generalizować, że każdemu tak łatwiej, że to norma, że wymienia się kogoś jeśli się znudzi. Nie możesz wiedzieć w ilu przypadkach miała miejsce walka o związek, rozmowy, kompromisy, próby posklejania tego. Ale jeśli się nie da? Jeśli nie czuje się już tego czegoś to czy warto to ciągnąć?

52

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

Ja zrobiłam wszystko by to sie nie rozpadło ale ile można kiedy jeden się stara a drugi tylko olewa....

53

Odp: do zostawiających - pytanie
Róża 27 napisał/a:
Fevers napisał/a:

Zabawne, że wiele z Was, kobiet, pisze, że "się wypaliło", "toksyczny związek to był" itd. A ile z Was miało w sobie tyle prawdziwej Kobiecości, by zrobić WSZYSTKO ku naprawie relacji, a nie znaleźć sobie wymówkę uciszającą wyrzuty sumienia? Terapie, rozmowy powtarzane choćby i 10 razy, stanowcze postawienie sprawy i/lub na koniec kilkutygodniowy okres przysłowiowego "wyprowadzenia się do mamusi", żeby on zrozumiał, że teraz jest ten moment, by zmienić coś w swoim życiu, albo życie zmieni to za niego. Ile z Was drogie Panie miało tyle siły i moralności by tak postąpić zamiast zawinąć ogon i udawać, że to tylko w nim leżał problem? Nie przekonuje mnie argumentacja, że to przyzwyczajenie a nie miłość. Wchodząc w związek osoba prawdziwie dojrzała wie, że wcześniej czy później spotka się z dokładnie tym problemem. Tylko już niewiele z Was umie godnie podjąć walkę o związek zamiast wymieniać na lepszy model oszukując siebie i całe otoczenie, że "to w nim był problem". Wiele kobiet mnie za moją wypowiedź zbeszta. Ale wiecie co? Mnie to nie rusza. Bo dziś pojęcie Prawdziwa Kobieta dla mnie prawie nie istnieje. Są tylko kobiecopodobne twory, które poszukują poklasku istot podobnie postępujących ( choćby na takich forach jak to ), dla utwierdzenia swojego przekłamu i uciszenia głosu prawdy. Nienawidzę kobiet działających w sposób wyrachowanych, które najpierw potajemnie przygotują sobie drogę ewakuacji, a mężczyznę stawiają z dnia na dzień w sytuacji niszczącej mu życie, do tego obciążają go poczuciem winy. Gardzę takimi kobietami. Szczerze gardzę. Jeśli do tego ktoś pisze, że woli zostawić, a nie być zostawioną, to dla mnie jest to już całkowity upadek moralny. Bo ja, w całym tym destrukcyjnym zawirowaniu, wolałbym mimo wszystko być zostawionym, ponieważ miałbym tą świadomość, że nie przyczyniłem się do złamania komuś życia i wyrządzenia mu potwornej krzywdy. Ale...każdy ma swój kręgosłup moralny i swój system wartości. Lub jego brak. Pozdrawiam.

Ja zrobiłam wszystko by to sie nie rozpadło ale ile można kiedy jeden się stara a drugi tylko olewa....

I masz czyste sumienie dzięki temu, co wcześniej czy później zaprocentuje na Twoją korzyść.

54

Odp: do zostawiających - pytanie

niewiem1104

Zadałaś pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Pierwsza kwestia - wiek. Pierwsze "miłości" niedojrzałych osób to częste porzucenia. Także mnie nie raz wydawało się, że trafiłem na miłość, gdy z czasem okazywało się, że to nie to. Rzucałem i byłem rzucany, nie przypominam sobie jednak bym spotkał się z troską - czy to moją czy tych, które mnie rzucały.

Człowiek dojrzewa i nabiera odpowiedzialności. Po dłuższym związku występuje już przywiązanie i jak się domyślam (mnie na szczęście nie było dane sprawdzać) po takim rozstaniu, o ile nie wynika z kłótni, może pojawiać się już troska, a co za tym idzie i odpowiedzialność za drugą osobę. Także przy rozstaniu.

Po ślubie. W wątku niektórzy pisali, że małżeństwo to odpowiedzialność. Racja, niestety serce nie sługa - jak więc być odpowiedzialnym kiedy "coś się wypaliło" bądź jak ktoś woli przestało się kochać, a dla bardziej marudnych, ktoś uzmysłowił sobie, że to nie była miłość?
Słyszę małżeństwa, w których jedna z osób była na tyle "odpowiedzialna" i została. Druga, teoretycznie szczęśliwa, zamiast z "odpowiedzialnym" partnerem popijać winko przy świecach płacze w rękaw przyjaciółce, siostrze, matce.
- "No mówi, że kocha, ale ja czuję, że coś jest nie tak" - pochlipuje myśląc o "odpowiedzialnym" współmałżonku, który został w domu, ogląda mecz i popija piwo.

Odpowiedzialność moi kochani, to czasem umiejętność podejmowania  trudnych decyzji. Czasem odpowiedzialność, to właśnie odejście, a nie wiązanie kogoś w toksycznym związku.
Oczywiście, że drugiej osobie, może się wydawać, że chce być mimo wszystko, choćby nie wiem co... tyle, że praktyka pokazuje, że najczęściej porzucone osoby z czasem dochodzą do siebie i, co więcej, znajdują nowego partnera, kochającego.
Chcąc być odpowiedzialnym za drugą osobę trzeba myśleć o jej szczęściu, czasem stoi to w sprzeczności z tym, co tej osobie wydaje się szczęściem.

Z taką łatwością na tym forum padają rady "Rzuć", "Walcz". Dlaczego odpowiedzialny mąż czy odpowiedzialna żona nie miała by stwierdzić "lepiej, jeśli odejdę"?

55 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-08-06 23:17:56)

Odp: do zostawiających - pytanie
Ingwar napisał/a:

Dlaczego odpowiedzialny mąż czy odpowiedzialna żona nie miała by stwierdzić "lepiej, jeśli odejdę"?

Może dlatego, że odpowiedzialność to także świadomość znaczenia wypowiadanych słów: "W zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu...i nie opuszczę cię aż do śmierci". Nie można być odpowiedzialnym na zasadzie jaką przytoczyłeś, ponieważ to stoi w konflikcie z odpowiedzialnością płynącą z przysięgi małżeńskiej, do której de facto nie można nikogo zmusić, więc jest to dobrowolna deklaracja z jednoczesnym wzięciem na swoje barki konsekwencji płynących z tego układu. Hmmm...przynajmniej odpowiedzialnością, która powinna płynąć z tych słów. Ale jak wiadomo - życie to paradoks podobny do biegunki -...często a rzadko...

Odp: do zostawiających - pytanie
kominek napisał/a:

Ja próbowałam naprawiać, 6 lat próbowałam. Odeszłam. I też mam wyrzuty sumienia, czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam.
Rozsądek mówi, że zrobiłam o wiele za dużo, że aż straciłam do siebie szacunek. Odeszłam. I wciąż myślę, tęsknię, wspominam, cierpię... Nie ma sekundy bym nie myślała. To była miłość mojego życia. Lecz on jej nie przyjął. To nieprawda, że łatwiej jest "zostawiającym".

Wieź na pociesznie że gdyby to on był na twoim miejscu to trwało by to znacznie krócej a on zapomniał by o tobie najpóźniej za miesiąc.

57

Odp: do zostawiających - pytanie
AdrianDąbrowski napisał/a:
kominek napisał/a:

Ja próbowałam naprawiać, 6 lat próbowałam. Odeszłam. I też mam wyrzuty sumienia, czy na pewno zrobiłam wszystko co mogłam.
Rozsądek mówi, że zrobiłam o wiele za dużo, że aż straciłam do siebie szacunek. Odeszłam. I wciąż myślę, tęsknię, wspominam, cierpię... Nie ma sekundy bym nie myślała. To była miłość mojego życia. Lecz on jej nie przyjął. To nieprawda, że łatwiej jest "zostawiającym".

Wieź na pociesznie że gdyby to on był na twoim miejscu to trwało by to znacznie krócej a on zapomniał by o tobie najpóźniej za miesiąc.

Skąd wiesz?

58

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:
Ingwar napisał/a:

Dlaczego odpowiedzialny mąż czy odpowiedzialna żona nie miała by stwierdzić "lepiej, jeśli odejdę"?

Może dlatego, że odpowiedzialność to także świadomość znaczenia wypowiadanych słów: "W zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu...i nie opuszczę cię aż do śmierci". Nie można być odpowiedzialnym na zasadzie jaką przytoczyłeś, ponieważ to stoi w konflikcie z odpowiedzialnością płynącą z przysięgi małżeńskiej (...)

Niektórzy ślubują też miłość i uczciwość małżeńską (wierność pominę). Jak powiedzieć, by pozostać odpowiedzialnym i uczciwym, że już się nie kocha? A może olać tę odpowiedzialność i kłamać, że wciąż się kocha? Przysięga przysięgą, a życie życiem. Ludzie popełniali i popełniać będą błędy. Nieodpowiedzialnością jest w błędzie tkwić, a nie zasłaniać się i tak już złamaną przysięgą.

59 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-08-06 23:34:10)

Odp: do zostawiających - pytanie
Ingwar napisał/a:
Fevers napisał/a:
Ingwar napisał/a:

Dlaczego odpowiedzialny mąż czy odpowiedzialna żona nie miała by stwierdzić "lepiej, jeśli odejdę"?

Może dlatego, że odpowiedzialność to także świadomość znaczenia wypowiadanych słów: "W zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu...i nie opuszczę cię aż do śmierci". Nie można być odpowiedzialnym na zasadzie jaką przytoczyłeś, ponieważ to stoi w konflikcie z odpowiedzialnością płynącą z przysięgi małżeńskiej (...)

Niektórzy ślubują też miłość i uczciwość małżeńską (wierność pominę). Jak powiedzieć, by pozostać odpowiedzialnym i uczciwym, że już się nie kocha? A może olać tę odpowiedzialność i kłamać, że wciąż się kocha? Przysięga przysięgą, a życie życiem. Ludzie popełniali i popełniać będą błędy. Nieodpowiedzialnością jest w błędzie tkwić, a nie zasłaniać się i tak już złamaną przysięgą.

Zgadza się, więc reasumując - rzecz sprowadza się do kręgosłupa moralnego i dojrzałości emocjonalnej. Jednakże zauważ, że osoba z takowym kręgosłupem odnosząc się do treści przysięgi małżeńskiej będzie siłą rzeczy próbować "pocerować" małżeństwo nim się podda, ale nie wynika to z dewocji religijnej lub bogobojności, a właśnie z reguł własnej moralności. Tak myślę. Uważam także, że w bardzo wielu małżeństwach miłość po wielu latach zostaje zastąpiona wzajemną troską i przyzwyczajeniem, ale to, że tej  miłości nie ma w formie "bezpośredniej" nie oznacza, że jest to furtka do zakończenia małżeństwa i szukania nowej miłości.

60 Ostatnio edytowany przez Ingwar (2013-08-06 23:47:08)

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

(...) będzie siłą rzeczy próbować "pocerować" małżeństwo nim się podda, ale nie wynika to z dewocji religijnej lub bogobojności, a właśnie z reguł własnej moralności. Tak myślę.

Pominąłem ten etap bo nie jest to w ogóle związane z pytaniem.
Jeśli bym nawet tego etapu nie pominął, to chcąc na pytanie odpowiedzieć, i tak musiałbym założyć, że próby naprawy spełzły na niczym. W innym wypadku nie można by przyrównywać porzucanego z porzucającym. wink

Edit. Edytowałeś, uzupełniając post, więc i ja uzupełnię.
Przywiązanie, bądź jak Ty je nazywasz, przyzwyczajenie pojawia się obok znanej nam powszechnie miłości. Troska zaś to już wprost "składnik" miłości. Sternberg nazwał ją intymnością. Bez niej miłość jest ułomna.

Zdecydowanie nie zgadzam się z tezą: "miłość po wielu latach zostaje zastąpiona wzajemną troską i przyzwyczajeniem". 
Co najwyżej, po wielu latach tylko tyle z niej zostaje.

61 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-08-06 23:50:02)

Odp: do zostawiających - pytanie
Ingwar napisał/a:
Fevers napisał/a:

(...) będzie siłą rzeczy próbować "pocerować" małżeństwo nim się podda, ale nie wynika to z dewocji religijnej lub bogobojności, a właśnie z reguł własnej moralności. Tak myślę.

Pominąłem ten etap bo nie jest to w ogóle związane z pytaniem.
Jeśli bym nawet tego etapu nie pominął, to chcąc na pytanie odpowiedzieć, i tak musiałbym założyć, że próby naprawy spełzły na niczym. W innym wypadku nie można by przyrównywać porzucanego z porzucającym. wink

Słuszna uwaga. Ale w takim razie, rozpatrując pytanie, pomijając rozważanie aspektów pobocznych pozornie niezwiązanych, ale w rzeczywistości mających bardzo duże znaczenie ( nie tylko pod katem psychologicznym ), całość odpowiedzi sprowadza się do tego, że głównym czynnikiem budującym różnicę odczuwania stanu bycia porzuconym a bycia porzucającym ... jest odczuwanie lub brak odczuwania wyrzutów sumienia. Tylko tyle. Mylę się?

W złe słowa ubrałem wypowiedź o zastąpieniu miłości przyzwyczajeniem. Troska natomiast - tu już bym polemizował. Troskę odczuwać można także wobec osób, do których nie mamy najgłębszych uczuć. Może być wtedy oparta na współczuciu, empatii itd. To już bardzo indywidualna konstrukcja wrażliwości każdego człowieka jest czynnikiem decydującym. Ale nie musi ona wynikać z miłości moim zdaniem.

62

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

(...) głównym czynnikiem budującym różnicę odczuwania stanu bycia porzuconym a bycia porzucającym ... jest odczuwanie lub brak odczuwania wyrzutów sumienia. Tylko tyle. Mylę się?

Hm, nie za bardzo rozumiem co masz na myśli. Że porzucający ma wyrzuty sumienia, a porzucany nie?
Raczej to błędna droga. Spotkałem się nie raz z sytuacją, że to porzucana kobieta czuła się winna.
Jestem przekonany, że ktoś kto rzuca partnera czy współmałżonka odczuwa tyle na ile pozwalają mu empatia i odpowiedzialność (Może coś jeszcze?).

Fevers napisał/a:

Troska natomiast  (...) nie musi ona wynikać z miłości moim zdaniem.

Oczywiście, że nie. Podobnie z miłości nie musi wynikać pożądanie czy zaangażowanie. Miłość, ta prawdziwa, to wybuchowa mieszanka tego wszystkiego. Bywa, że niestety czasem coś się ulatnia. Ogólnie mówiąc o samej miłości to bliska jest mi teoria Sternberga. Stąd negują Twoje "zamiast".

63 Ostatnio edytowany przez Fevers (2013-08-07 00:18:35)

Odp: do zostawiających - pytanie
Ingwar napisał/a:
Fevers napisał/a:

(...) głównym czynnikiem budującym różnicę odczuwania stanu bycia porzuconym a bycia porzucającym ... jest odczuwanie lub brak odczuwania wyrzutów sumienia. Tylko tyle. Mylę się?

Hm, nie za bardzo rozumiem co masz na myśli. Że porzucający ma wyrzuty sumienia, a porzucany nie?

Nie, nie chodzi mi o wpędzenie w fałszywe poczucie winy, by samemu czuć się mniej obciążonym psychicznie, a o wyrzuty sumienia spowodowane świadomością, że odchodzimy albo łamiąc zobowiązania małżeńskie, których przestrzegania sami się zobowiązaliśmy ( będąc absolutnie świadomym, jakie przeszkody pojawiają się w każdej relacji partnerskiej po czasie ), albo o wyrzuty sumienia, gdy odchodzimy aby wymienić partnera/partnerkę na nowy, lepszy model. Czyli upraszczając i reasumując - jeśli odchodzący nie ma wyrzutów sumienia ( i zakładamy, że nie będzie ich miał ), to znajduje się w znacznie bardziej komfortowej sytuacji, prawda? Natomiast jeśli wyrzutów nie ma w chwili odejścia, ale pojawią się za jakiś czas, czy to krótszy czy dłuższy, to znacznie bardziej komfortową sytuację ma ta druga strona, bo w analogicznym punkcie czasowym ma już większość problemów związanych z byciem porzuconym przerobionych, podczas gdy u porzucającego dopiero zaczynają one oddziaływać na psychikę ( nie wnikam już, co jest zapalnikiem prowadzącym do objawienia tych wyrzutów w tym momencie ).

64

Odp: do zostawiających - pytanie

Mój mąż nie ma odwagi odejść, pomimo, że nie chce ze mną być. Uważam, że większego świństwa nie można zrobić osobie, którą się kiedyś kochało, niż to aby swoim zachowaniem zmuszać kogoś do odejścia, do podjęcia decyzji za niego.
Prawie rok zajęło mi uporanie się z emocjami. Przeżyłam wszystkie możliwe stany. Na dzień dzisiejszy marzę już tylko o tym, aby w końcu zakończyć to wszystko.
Nie jest mi łatwo z tą decyzją, ciągle we mnie jest mnóstwo żalu. Mam nadzieję jednak, że i to kiedyś minie.

65

Odp: do zostawiających - pytanie
Fevers napisał/a:

Czyli upraszczając i reasumując (...)

Upraszczając i reasumując, ja myślę, że to zawsze będzie bardzo indywidualne. Chcąc generalizować, nic więcej nie wymyślę ponad to, co wyżej już napisałem. Z całą pewnością u osób młodszych przewaga (na korzyść) porzucającego nad porzucanym będzie wyraźna. U osób starszych, teoretycznie przynajmniej odpowiedzialniejszych i potrafiących bardziej rozumieć uczucia innych ludzi - już nie koniecznie.

Właśnie przypomniała mi się sytuacja. Zresztą każdy zna, takich czy podobnych, pewnie wiele. Kobieta odeszła od męża. Nie tylko nie czuła się winna, ale całą winą obarczyła męża, twierdząc, że nic poza pracą nie widział a dla niej w ogóle nie miał czasu.

Jak widać może być różnie.

Posty [ 1 do 65 z 86 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » do zostawiających - pytanie

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024