Witam, to mój pierwszy post na tym forum, więc chciałbym wszystkich serdecznie przywitać.
Przechodząc do sedna sprawy - w lutym 2011 roku poznałem dziewczynę (dalej nazywana K), było to całkowicie nieplanowane, bo przyszła z moją koleżanką do mojej szkoły, tylko na chwilę, na papierosa. Od momentu, w którym Ją ujrzałem wiedziałem, że to kobieta, z którą mógłbym stworzyć na prawdę udany związek a nawet zestarzeć się, ale z racji mojego delikatnie nieśmiałego podejścia nie potrafiłem po prostu wziąć Jej numeru i zadzwonić. Tak minęło parę dni, w trakcie których poza Nią w głowie nie miałem kompletnie nic aż do momentu, gdy ww. koleżanka napisała mi, że i ja dla K wpadłem w oko, więc przełamałem swoją nieśmiałość i tak się zaczęło. Po paru dniach się spotkaliśmy i po paru następnych stanowiliśmy już parę, wiem, że to szybko, że powinniśmy się lepiej poznać, ale oboje czuliśmy, iż znamy się od ładnych paru lat. Przez 14 miesięcy wszystko szło po prostu idealnie, żadnych kłótni, dwie lub trzy sprzeczki, które miały znaczenie na dziesięć/piętnaście minut, wspólne wyjazdy, Jej rodzice i dziadkowie uwielbiali mnie, a moi Ją, zaczęliśmy snuć plany na przyszłość, jednak nie wszystkim się to podobało. Jej przyjaciółka, o ile można ją tak w ogóle nazwać, nigdy nie uważała, żebym był dla K odpowiednim facetem, prawdę mówiąc nie wiem dlaczego, więc postanowiła zniszczyć nasz związek, ponieważ jej koledze K bardzo wpadła w oko. I niestety doprowadziła do tego zabierając Ją w miejsca z takimi ludźmi, którzy mi bardzo nie odpowiadali, przez co stałem się zazdrosny, bo wiem, że paru facetów z tamtego otoczenia starało się o Nią. I w ten sposób w maju 2012 roku zostałem sam z ogromnym bólem serca, kompletnie nie wiedziałem co ze sobą zrobić, uciekałem w alkohol i inne używki, jednym słowem w ciągu tygodnia spadłem na samo dno. Po dwóch tygodniach za namową swojej przyjaciółki zadzwoniłem do Niej, spotkaliśmy się, jednak powiedziała mi, że nie ma szans na odbudowę naszego związku, przy czym była bardzo spokojna a mną targały emocje, o których istnieniu nie miałem pojęcia, ale starałem się tego nie okazywać. Od spotkania minęło parę dni, nie odzywałem się nic, ale po raz kolejny zostałem namówiony na odezwanie się, tym razem postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę, kupiłem kwiaty i pojechałem do Niej. Początkowo utrzymywała postawę z poprzedniego spotkania, jednak w końcu pękła, rzuciła mi się na szyję, rozpłakała i powiedziała, że mnie kocha, ale zrobiła ogromną głupotę, gdyż całowała się z tym kolegą Jej 'przyjaciółki'. Uznałem, że skoro nie byliśmy razem to nie mam prawa się o to czepiać, choć żal miałem ogromny, ale mimo to się zeszliśmy. Znów było świetnie, przez parę miesięcy, bo jakoś w październiku/listopadzie zaczęło się sypać, bo przez towarzystwo w jakie trafiłem zacząłem często palić marihuanę, nie mówiłem Jej, że wychodzę z kolegami, których bardzo nie lubiła. Ona przestała mi ufać, zaczęła przeglądać mi sms'y, historię przeglądarki, maila etc. Nadeszły święta, a zaraz po nich pojechaliśmy do Paryża, na sylwestra + parę dni, znów wszystko wyglądało idealnie, w dzień zwiedzaliśmy, nocą kochaliśmy się, po czym zasypialiśmy wtuleni w siebie. Po powrocie przez jakiś czas to się utrzymywało, jednak stare towarzystwo znów mnie wciągnęło i tak nadszedł luty 2013, kiedy to mieliśmy studniówki (tak, mamy po 19 lat, specjalnie tego nie zaznaczyłem, by nikt nie miał uprzedzeń na samym początku), chodzimy do różnych szkół, więc nie spędziliśmy tego wieczoru razem, ale umówiliśmy się, że poprawiny spędzimy razem z moją szkołą a godzinę przed imprezą napisała mi, że nie jednak idzie do siebie, przez co byłem po prostu na Nią wściekły. Na dodatek słabej kondycji naszego związku w okół mnie zaczęła się kręcić koleżanka ze szkoły, która na studniówce się do mnie zalecała, ale zaznaczam z miejsca, że nigdy nie zdradziłem K, nawet przez głowę mi to nie przeszło. Przez dwa dni nie odzywaliśmy się do siebie z K aż napisała, że musimy porozmawiać, więc pojechałem do Niej, tym razem role się odwróciły, to Nią targały emocje, płakała, a ja byłem spokojny, choć serce mi pękało, nie mam pojęcia czemu nie chciałem wtedy tego naprawić, nie byłem kompletnie sobą. I tak się rozstaliśmy, nie odzywałem się, Ona pisała sms'y, że mnie nienawidzi, że nie chce mnie znać, na naszą niedoszłą rocznicę napisała mi sms'a z niedoszłymi życzeniami. Ja, z racji swojej bezmyślności, olewałem to wszystko i zacząłem się spotykać z tą koleżanką ze szkoły, żeby o tym nie myśleć, co było największym błędem mojego życia, jednak po miesiącu zrezygnowałem z Niej, bo zrozumiałem, że K jest dla mnie wszystkim. Długi czas nie mogłem się przełamać, by się do Niej odezwać, jednak w końcu to zrobiłem, jakieś dwa tygodnie temu. Tak też spotkaliśmy się parę razy na zasadach koleżeństwa, oczywiście nie obyło się bez mówienia sobie nawzajem kto i za co ma żal. Dwa dni temu zabrałem Ją na obiad, chciałem Ją przekonać, że zmieniłem się, zrozumiałem, co zrobiłem źle i chcę to naprawić, jednak powiedziała mi, że nie wróci do mnie i jak zawsze nie byłem zbyt wylewny, tak wtedy powiedziałem wszystko, co mi leży na sercu, WSZYSTKO. Tego samego dnia upiłem się i w nocy wysłałem Jej sms'a, w którym po raz kolejny powiedziałem wszystko, co czuję. Odpisała rano, trochę pogadaliśmy i powiedziała mi, że nadal mnie kocha, ale nie potrafi mi już zaufać, postanowiliśmy dać sobie parę tygodni czasu na przemyślenie wszystkiego, przez które nie będziemy się do siebie odzywać. I tak docieramy do końca historii, którą nie mam pojęcia jak kontynuować. Nie jem, śpię po maksymalnie dwie godziny, o nauce żadnej to nie ma mowy, a jestem tydzień przed maturą, którą kompletnie zawalę. Nie maltretuję Jej tysiącami sms'ów czy telefonów, teraz w ogóle się nie odzywam, bo uważam, że zasługuje na święty spokój. Zrozumiałem swoje błędy, zerwałem kontakt z towarzystwem, przez które znalazłem się na dnie, skończyłem z paleniem marihuany i na prawdę jestem gotów zrobić wszystko, by to naprawić. Kocham Ją z całego serca, nie potrafię bez Niej funkcjonować normalnie i nie pogodzę się z Jej stratą nigdy, ale obawiam się, że chyba już późno...
Sądzicie, że mam jakiekolwiek szanse na Jej odzyskanie?