Witam, chciałbym się podzielić z Wami moją historią oraz poszukać wsparcia, rady. Bardzo wiele tutaj takich tematów się pojawiało i wiem, jakie opinie na ogół przeważały, jednak jeżeli macie chwilę, poczytajcie, oceńcie, dajcie mi szansę.
Moją żonę poznałem 8 lat temu, była tak naprawdę pierwszą kobietą w moim życiu, a ja jej pierwszym mężczyzną. Była zranionym ptakiem, który cierpiał z wielu powodów, ludzi, na których nie miała wpływu. Byliśmy bardzo młodzi, ona miała 16 lat, ja 19. Zaczęliśmy się ze sobą spotykać i już po paru tygodniach byliśmy razem.
Pierwsze 3 lata były cudowne, pojawiały się małe problemy, ale walczyliśmy o nasze szczęście, wydzieraliśmy je życiu i powoli wszystko zdawało się iść w dobrą stronę. Niestety potem pojawiły się problemy, zamieszkaliśmy w innym mieście, powoli oddalaliśmy się od siebie, głównie z mojej winy. Przestaliśmy się dogadywać, ja miałem problemy ze znalezieniem pracy, przytyłem. Później byłem bardzo zaabsorbowany pracą, gdy już ją znalazłem. Wtedy doszło do naszego pierwsze poważnego rozstania, ponad 4 lata temu. Wiedziałem, że to błąd mojego życia, zacząłem o nią zabiegać jak tylko potrafiłem, mimo, że mówiła, że to absolutny koniec i nie da mi już szansy, jej wielkie serce zmiękło po czasie i dała mi kolejną szansę.
Zaczęła się karuzela - pół roku bajki, potem coraz gorzej i gorzej, aż do naszego następnego rozstania. W międzyczasie trafiłem na terapię indywidualną. Jednak za każdym razem, choć wydawało mi się, że staram się bardziej niż kiedyś, jestem lepszy i lepiej nam się układa, wracałem przynajmniej częściowo, a często zupełnie do tego jaki byłem wcześniej.. Kiedy czuła się odrzucona i osamotniona, po prostu odchodziła, a ja próbowałem ja odzyskać. Ona naprawdę się starała. Potrafiła dla mnie zrobić wiele, ale w przeciwieństwie do mnie, ona to robiła na stałe. Nie cofała się.
Potrafiłem zdobywać, ale nie potrafiłem utrzymać. W końcu przy którymś razie kiedy układało nam się naprawdę dobrze, postanowiliśmy wziąć ślub. Potem nadeszło kolejne rozstanie, ale dzięki terapii dla par, niestety niedokończonej, udało nam się przezwyciężyć i ten kryzys. Wzięliśmy ślub, prawie rok temu. Później było pięknie przez jakiś czas.. Aż znów nie zacząłem za bardzo skupiać się na pracy. Najgorsze jest chyba to, że mam paskudny zwyczaj krytykowania wszystkiego. Krytykowałem więc to jakie ciuchy ubiera, co jej się podoba. Choć robiłem to nie dlatego, że chciałem ją zranić, taki właśnie był efekt. Zresztą jak mam się dziwić, skoro to moje zdanie było dla niej najważniejsze..
Osamotniłem ją, pozostawiłem sobie, bez poczucie tego, że ją szanuję i wspieram. W naiwności myślałem, ze jest dobrze, przecież dbam o to, żebyśmy mieli pełną lodówkę, czasami coś ugotuję, dzielimy się obowiązkami.. W całej tej codzienności nie dostrzegałem, że zatracam się w tym co nieistotne, zostawiając to co istotne na pastwę losu. Głowę miałem wypchaną marzeniami o tym jak umeblujemy kupione mieszkanie, o wspólnym wyjeździe za granicę, myślałem o planach nie skupiając się na tym co jest tu i teraz. Starałem się, ale starałem się za mało, dawałem wsparcie, ale zbyt mało, zamiast na duchowości skupiłem się na tym co materialne. Niby inaczej niż wcześniej, ale efekt był ten sam..
Parę dni temu moja żona powiedziała, że chce rozwodu, że nie da mi więcej szans, ma już tego dosyć. Powiedziała mi jak nienawidzi tego wszystkiego, jak nienawidzi mnie, jakim zimnym i egocentrycznym mnie postrzega. W jej słowach było wiele prawdy, ale też bólu i rozczarowania. Powiedziałem jej, że będę walczył, ona jednak nie chciała tego słuchać. Widziałem, że miota się w sobie i jest jej bardzo ciężko, ciężej nawet niż mi. Wyjechałem, żeby dać jej czas na przemyślenia, ale pisałem do niej smsy, w neutralnym brzmieniu, jednak dające do zrozumienia, że myślę o niej. W odpowiedzi usłyszałem, że to nie jest dawanie wolności i kilka innych przykrych słów. Przeprosiłem, napisałem, że będę parę dni później i, że to ostatni sms. Napisała w odpowiedzi, że to był mój ostatni błąd względem niej, a przepraszać mam siebie, za to jaki jestem.. Siedzę teraz na walizkach, będę niedługo jechał do następnego znajomego, żeby zrzucić na jego barki moje problemy.. I nie wiem co mam robić.
Moje serce mówi mi, żebym walczył i się nie poddawał, ale w jej słowach czuję to ostateczne i nieodwracalne NIE. Wiem, że potrafiłem wcześniej odzyskać jej uczucia, ale to już nie o to chodzi, ja bym chciał je utrzymać, chciałbym nie przestawać jej zdobywać czy to po pół roku czy po roku czy nawet po dziesięciu. Chciałbym, żeby ona zawsze czuła się przeze mnie kochana i wspierana. Jak zmienić tego chorego łowcę we mnie? Jak pielęgnować związek? Czy już wyczerpałem swój limit..?
Najsmutniejsze jest to, że może jeszcze miesiąc temu, choć Ona teraz uważa, że już wtedy się wszystko popsuło, mówiła mi, że ma motyle w brzuchu, jak kiedyś.