Witam!
Mam problem z moim partnerem. A właściwie nie tyle z nim, co sama ze sobą...
Przechodząc do rzeczy.
Od roku spotykam się ze starszym ode mnie mężczyzną. Od razu zainteresowaliśmy się sobą. Zaczęło się od niezobowiązującego seksu. Później z tego wyszedł związek nie wiem nawet dokładnie kiedy, po prostu przy znajomych zaczęliśmy okazywać sobie uczucia. Po paru miesiącach zamieszkaliśmy razem, to również przyszło samo z czasem (zaczęłam coraz dłużej u niego zostawać). Nigdy nie wywoływałam na nim presji, jestem zawsze szczera i mówię głośno kiedy mi coś nie pasuje, bądź mnie boli.
Tylko jedno nie może mi przejść przez gardło...
Kiedyś był żonaty. Jest kilka lat po rozwodzie, ale od tamtej pory z nikim nie mieszkał i nie był tak mocno zaangażowany uczuciowo. Przez to często niepochlebnie wypowiada się na temat małżeństwa, i jedno mnie bardzo zabolało gdy powiedział, że po co komu w ogóle ślub, na co przysięgać miłość na dobre i złe skoro i tak nic na tym świecie nie jest trwałe. Nie wiem jak opisać co czułam w tym momencie. Prawie się popłakałam, tak jakby nie wierzył w moje uczucia. Innym razem znowu mówi, że przechodzone związki też nie są dobre.
Chciała bym mu powiedzieć jak w tych momentach się czuje, ale staje mi taka gula w gardle, że nie jestem w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Poza tym nie chciała bym go urazić moimi słowami i nie wiem nawet jak mogła bym ułożyć takie sugestywne i delikatne zdanie, że nie oczekuję od niego tego, czego nie chce i nie może mi dać, nigdy nie sugerowałam mu żadnej opinii na temat małżeństwa, nie chcę też potęgować jego przykrych wspomnień.
Nie wiem, może ktoś z forumowiczów znalazł się w takiej sytuacji?