największym przełomem w moim życiu był na pewno wyjaz za granicę. mieszkałam tam, ułożyłam sobie życie, ponad 5 lat i wszystko sie ukladalo cudownie. dobra praca, narzeczony, znajomi, wyjazdy, zwiedzanie świata i tak przez 5 lat, po prostu zyc nie umierać.
następny przełom początek 2011, zerwanie zareczyn, lament, placz, widomo co sie dzialo nie nede tego oposywala bo wieksozsc to zna, wtedy tez okazalo sie ze moim rodzice sie rozwodzą. od tego momnetu wszystko absolutnie wszystko bylo nie tak 
rok zylam jakbym nie żyła, plakałam nad losem rodzcow i nad swoim samym, przezywałam tragedie. zeby pomoc mamie postanowialm wrocic do polski... i tu tez koszmar, mama sie zmieniła nie do poznania przez to wszystko, konce wszystkiego wyrzucila mnie z domu. wynajelam mieszkanie, poznalam wspanialego chlopaka. myslalam ze wroce do irl jednak dla niego zostalam.
ja sama nie bylam te sama osoba, przez moja mame bardzo sie zmienilam i niestety wyrzywalam na moim chlopaku... nikt tak naprawde by tego nie wytrzymal, ja sama czulam mimo milosci do niego ze powinnam byc teraz sama.
odszedl... w grudniu, wiec minelo jakies ponad 2 m-c a ja nadal go kocham
teraz nie wiem co mam dalej robic z soba.mieszkam w miescie w ktorym nie chce mieszkac, mam prace.
mam dwie opcje, worcic do irl zaczac szukac pracy i tam ulozyc sobie zycie albo przenisc sie do innego miasta po prostu.
pewnie to wszystko brzmi chaotycznie, wiele sie zdazylo, mam mega zranione serce przez mame szczegolnie, ktora mimo moich staran nie chce utrzymac ze mna kontaktu. przez wszystkie lata byla naprawde kochjajacym czlowiekiem wiec ciezko jest z tym pogodzic, ale powli sie godze.
tyle zdazyło sie w moim życiu że czasem juz sama nie wiem jakś drogą podążać aby być chociaż trochę szcześliwszą....