Spełnione Marzenia - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 38 z 114 ]

1 Ostatnio edytowany przez pantusia (2012-12-30 22:05:24)

Temat: Spełnione Marzenia

Witam, czy każda z nas ma jakieś marzenia? bo ja mam ich wiele, ale to jest największe.
Kupiłam stary dworek do remontu, z duchem poprzedniej właścicielki, oj!! co się tam działo!!



                                        Spełnione marzenia

                                 



       - Jestem już gotowa! Krzyknęłam do męża ? czekam w samochodzie- dodałam zamykając drzwi.

Nie mogłam się już doczekać, kiedy będziemy na miejscu. Byłam pełna obaw reakcji mojego męża na to, co dla niego przygotowałam. Jak zareaguje na mój pomysł i czy uda mi się go przekonać do kupna tego dworku. Pytania kłębiły się po mojej głowie, ale przestałam na razie o tym myśleć.
-Mam nadzieję że tam trafisz? ? powiedział Zbyszek siadając do samochodu ? nie mam zamiaru błądzić kochana - dodał  przekręcając kluczyki w stacyjce.
Przyznam że kiepski ze mnie pilot, ale drogę dobrze zapamiętałam. To jakieś czterdzieści kilometrów od Krakowa. Bałam się tylko że przeoczę ten mało widoczny zakręt który prowadzi do celu.
       -To tu! Zawołałam do męża ? skręć w prawo
Zbyszek wykonał manewr kierownicą  i znaleźliśmy się już na wąskiej drodze, prowadzącej do dworku.
     ?Daleko jeszcze? Mąż  spojrzał na mnie badawczo.
     ?Jeszcze chwilka -odparłam wypatrując niewielkiego wzniesienia
      -O, tam-wskazałam ręką na majaczące się zabudowania.
Kiedy dojechaliśmy już na  miejsce, serce zaczęło mi mocniej bić.
-Co to jest? Zbyszek uchylił okno i spojrzał na mnie przerażony.
-To nasze marzenia ? odpowiedziałam wysiadając na drżących nogach z samochodu
         -Wanda,- wydusił z siebie,- gdzie ty mnie tu przywiozłaś? co to ma być? wracamy! Nie zostanę tu ani chwili.
-Oj przestań- przełknęłam ślinę, bo z tych nerwów zaschło mi w gardle
-Długo będziesz  się dąsać? ? pogłaskałam mojego lubego po ramieniu ?skoro tu już jesteśmy,  warto oglądnąć to miejsce ? prawda?
Po chwili staliśmy oboje przed drzwiami wiekowego domu, nieco zniszczonego, lecz pełnego uroku jak na taką budowlę.
-Przecież to ruina ? kobieto, co cię opętało ?
No cóż, przyznam że obiekt moich marzeń nie wyglądał najlepiej. Stara waląca się weranda i mocno zniszczony dach, nie dodawał uroku temu dworkowi.
         - Chodź, wejdziemy do środka ? powiedziałam do męża i wyciągnęłam duży rzeźbiony , lekko zardzewiały klucz.
Zamek otworzył się z lekkim oporem, drzwi zaskrzypiały i już po chwili znaleźliśmy się w chłodnym pomieszczeniu.
          - Zobacz tu był kiedyś salon.... wskazałam ręką na duży pokój z kominkiem.- A tu, była kuchnia, na co wskazywał stary kaflowy piec i duży żeliwny zlew.- Tam zapewne, było pomieszczenie dla służby ? spojrzałam na mały skromny pokoik, po drugiej stronie salonu.
Po drewnianych schodach udaliśmy się na piętro, gdzie było jeszcze kilka mniejszych i większych pokoi
         - I  co ty na to? ? zapytałam męża, który już nieco się uspokoił.
         - Co ja na to?- spojrzał na mnie zrezygnowany- to nie dla nas dziewczyno.
         - Dobrze, porozmawiamy jeszcze o tym, a teraz chodźmy na zewnątrz ? mam dla ciebie niespodziankę ? powiedziałam.
Podeszłam do bagażnika i poprosiłam Zbyszka żeby go otworzył.
  - Co tam jest? Zapytał zaciekawiony.
W środku, z pomocą mojego syna Piotrka zapakowałam mały dwuosobowy namiot, dwa dmuchane materace i śpiwory.
         - Co masz tu zamiar zostać na noc?- zapytał zaciekawiony.
         - Tak, odparłam tajemniczo ? a to jeszcze nie koniec mojej niespodzianki
W bagażniku stała  turystyczna lodówka i gril. Zobacz do środka -spojrzałam na męża któremu wrócił na nowo humor.
Wiedziałam że teraz niczego mi już nie odmówi. Dobrze się przygotowałam do tej wycieczki. W lodówce były smakowite szaszłyczki soczysta karkówka, kiełbasa na grila i zimne piwko.
       - I jak? Zapytałam ? podoba ci się moja niespodzianka?
       - No powiem ci ? oznajmił mój mąż ? że mnie naprawdę zaskoczyłaś ? dodał otwierając z trzaskiem puszkę z piwem.
         -Teraz to mogę zostać tu na noc ?ale jeśli myślisz że uda ci się mnie przekupić co to tej kupy gruzu, to się kochaniutka mylisz- dodał całując mnie delikatnie w czoło.
To on się mylił, byłam pewna że zmięknie, wymaga to tylko trochę czasu ? pomyślałam.
Zbyszek przebrał się w luźne bermudy i założył letnie klapaki. Ja natomiast rozłożyłam koc na miękkiej trawie w cieniu wysokiej starej sosny.
Dzień był wyjątkowo piękny, słońce świeciło dość mocno, i wiał lekki wiaterek.
Patrzyłam z przyjemnością na krzątającego się męża. Kochał grilować, to jedno z zajęć które wykonywał z pasją.
         - Wiesz co?..... skoro mamy tu zostać do jutra ? powiedział zasłaniając dłonią oczy przed słońcem, - to myślę że trzeba dokupić jeszcze butelkę wody i coś słodkiego
          -Dobrze, odpowiedziałam
          -To ja skoczę do tego sklepu co mijaliśmy po drodze dodał zapalając samochód.
Zostałam na chwile sama, wkoło panowała cisza, zbawienna cisza, z dala od gwaru miasta w którym niestety musimy mieszkać. Zawsze marzyliśmy  z mężem że jak przejdziemy na zasłużoną emeryturę to przeniesiemy się gdzieś za miasto. Od kilku lat zbieraliśmy  pieniądze na kupno małego domku, dzięki mojemu teściowi który sprzedał swoją działkę pod budowę autostrady, dostaliśmy pokaźną sumkę, która powiększyła w dość znaczny sposób nasze oszczędności. Nagle w tych rozmyślaniach ogarnęło mnie przerażenie.
- Jak ja mu to powiem? Jak ja mu to powiem, że dałam już zaliczkę? Ta myśl nie dawała mi spokoju.
Na szczęście moje rozmyślania przerwał powracający ze sklepu mój luby.
           -Jestem ! krzyknął tak głośno, jakbym była głucha.
   -Cii... przyłożyłam palec do ust, zakłócasz ciszę ? dodałam.

Resztę dnia spędziliśmy na grilowaniu, karkówka wyszła znakomicie a szaszłyczki palce lizać .Mój mąż nawiązał tylko raz do kupna dworku .Starał mi się  usilnie wyjaśnić że to rudera i koszt remontu znacznie przekroczy, nasze zasoby finansowe. Nie miałam sumienia psuć nastroju.
           -Zostawię to do jutra ? pomyślałam
Kiedy skończyliśmy biesiadować, Zbyszek położył się na kocu i zasnął jak dziecko, a ja postanowiłam obejrzeć bliżej  dworek .Dopiero teraz zauważyłam że w małym zagajniku miedzy leszczynami, stoi kamienny stół i solidne drewniane ławy. Blat był popękany a  w szczelinach zielenił się mech..
Usunęłam suche liście ze stołu i przysiadłam na chwilkę na jednej z ławek.
Z tego miejsca widać były całą okolicę. Zielone łąki, przepasane świeżo zaoranymi połaciami ziemi, wyglądały jak wielka szachownica, a w koło rozpościerały się gęste  lasy. Widok kojący skołatane nerwy. Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze postąpiłam, czy nie podjęłam pochopnie decyzji. Byłam naprawdę z godziny na godzinę coraz bardziej przerażona, co powie mój mąż.
         - Hej hrabianko, gdzie jesteś?- Usłyszałam nawoływanie Zbyszka
         - Już idę do ciebie- odpowiedziałam.
Mój mąż właśnie zabierał się za rozkładanie namiotu Słońce już zaszło i zbliżał się wieczór.
         - Musimy się z tym uporać jak najszybciej- oznajmił ? po ciemku raczej nic nie zdziałamy, prawda hrabianko? Ha, ha, pewnie w pierwszym wcieleniu, byłaś szlachcianką, skoro tak cię ciągnie do starych dworów, ha, ha.
          - Czy możesz sobie darować te twoje złośliwości? -wyrzuciłam z siebie.
          - No dobrze już dziubeczku, żartowałem tylko- spojrzał na mnie trochę zawstydzony.
Namiot był wyjątkowo łatwy do złożenia,  pompką od samochodu napompowałam materace i umieściłam wraz ze śpiworami do środka.
Przypomniałam sobie że mam dwie oliwne lampki w samochodzie, jak przyjdzie wieczór i zrobi się ciemno, będą jak znalazł.
Upalny dzień i emocje związane z nowym miejscem, spowodowały że usnęliśmy z natychmiast.
Rano obudził mnie jakiś ruch na zewnątrz, rozsunęłam zamek od namiotu i wyjrzałam. Obok reklamówki z wczorajszymi resztkami z grila, posilał się wcześniej poznany już prze ze mnie pies.
Kiedy byłam tu pierwszy raz z agentem od nieruchomości, to kręcił się w pobliżu.
               -Bary, witaj piesku, zawołałam cicho żeby nie zbudzić Zbyszka.
Psiak rasy mieszanej, przypominający wilczura, podniósł łeb z nad papierowego talerzyka i oblizując się ze smakiem, pomachał mi na powitanie ogonem.
Podeszłam do niego ostrożnie, bo mimo wszystko jeszcze tak dobrze się nie znaliśmy. Ostatnio przekupiłam go kanapką z salami.
             -Pamiętasz mnie? ? zapytałam czochrając go między uszami
W zamian za te czułości, dostałam soczystego całusa w nos.
             - Z kim ty tam rozmawiasz, usłyszałam głos z namiotu.
     -Mamy gościa, sam zobacz!
Mój mąż wyczołgał się z niezbyt wygodnego pomieszczenia i rozprostowując z trzaskiem kości spojrzał  na mnie z przerażeniem.
              -Czyś ty kobieto zwariowała na dobre! Krzyknął.
Pies podkulił ogon i uciekł za ogrodzenie.
               - Dlaczego tak krzyczysz ? spojrzałam na męża z wyrzutem ? spłoszyłeś to biedne zwierzę. Ja go znam, poznaliśmy się jak byłam tu  pierwszy raz - wyjaśniłam.
Przywołałam z powrotem Barego, z podkulonym ogonem, prawie czołgając się, podszedł do mnie i wystraszony, przyglądał się Zbyszkowi.
                - No spokojnie piesku, spokojnie, nie zrobię ci krzywdy -powiedział mąż, głaskając delikatnie psiaka po karku .Pies uspokoił się, widząc ze nic mu już nie grozi i na dowód sympatii do nowo poznanego pana, pomachał ogonem, parskając przy tym śmiesznie swoim roześmianym pyskiem.
Wyglądało na to, że  będzie padać, złożyliśmy namiot i resztę sprzętu zapakowaliśmy do bagażnika. Na koniec jeszcze dokładnie wszystko sprawdziłam i weszłam do samochodu. Zbyszek przebrał swoje turystyczne ubranie i usiadł za kierownicą.
                 - A gdzie twój pupilek? Nawet się z nami nie pożegnał- powiedział mąż przekręcając kluczyki w stacyjce.
Na te słowa usłyszeliśmy ciche skomlenie. Odwróciliśmy się jednocześnie. Na tylnym siedzeniu zwinięty w kłębek leżał pies i patrzył na nas błagalnym wzrokiem.
                 - Chyba nie myślisz zwierzaku, ze cię ze sobą zabierzemy- no zmykaj! Zawołał mąż w stronę psa i otwierając tylne drzwi delikatnie popychał go do wyjścia.
Bary niechętnie opuścił samochód, a mnie zrobiło się go żal, jednak nie zareagowałam w żaden sposób na to co się dzieje, mając na uwadze to co czeka mnie w domu, jak powiem całą prawdę o moich poczynaniach związanym z dworkiem. Ruszyliśmy w powrotną drogę, deszcz zaczął już na dobre padać, odwróciłam się jeszcze do tyłu żeby sprawdzić czy wszystko zabraliśmy.
              - Zbyszek! Krzyknęłam w kierunku męża- on biegnie za samochodem. Zatrzymaliśmy się na poboczu, pies stanął w bezpiecznej odległości, wyszłam szybko do niego a za mną mąż.
              - Co my teraz zrobimy? Zapytałam jakby sama do siebie
Deszcz padał coraz intensywniej, pies stał skulony i cały drżał.
              - Boże  nie możemy go tak zostawić ? powiedziałam do męża- on nie ma nikogo, z tego co się dowiedziałam od sklepowej, jego właściciel wyjechał za granicę i zostawił tego biedaka.
               -Dobrze- rozłóż koc na siedzeniu i niech wskakuje- powiedział Zbyszek.
       -No chodź piesku, jedziesz z nami ? zawołałam szczęśliwa z takiego obrotu sprawy.
Nie trzeba było drugi raz powtarzać, pies jednym susem znalazł się z powrotem na siedzeniu i wtulił zmoczony nos w welurowy cieplutki koc.

Tak jak przeczuwałam, mój mąż na wiadomość o zaliczce, dostał po prostu szału .Wrzeszczał w niebogłosy i wymachiwał rękami, od czasu do czasu pukając się palcem w czoło co oznaczało tylko jedno, że jestem niepoważna i niespełna rozumu. Siedziałam cicho w fotelu, bojąc się mu przerwać.
Nie pomogły tłumaczenia ze to była okazja, że mam już nawet tanią ekipę do naprawy dachu i werandy. Przez następne dni nie odezwał się do mnie ani słowem. Na całe szczęście, Bary skutecznie rozładowywał zważoną atmosferę.
Zbyszek polubił tego sympatycznego psiaka. Po dokładnej toalecie, pies prezentował się okazale. Kiedy go wykąpałam, jego sierść błyszczała i wyglądał jakby był rasowym wilczurem .Ja zaraz na drugi dzień kupiłam mu smycz z obrożą i patrzyłam z zadowoleniem, jak psina wyprowadza swojego pana na spacer. Te spacery na łąki, były balsamem na mocno nadszarpnięte nerwy mojego męża.
Po tygodniu, musiałam wrócić do tematu .Mijał termin sfinalizowania transakcji. O dziwo, emocje opadły i uzgodniliśmy wspólnie, ze skoro tak się stało, to kupujemy dworek.
Już w sobotę pojechaliśmy tam znowu, żeby zorientować się czego brakuje i zrobić listę najpotrzebniejszych rzeczy.
Zbyszek spojrzał na nasz dworek i powiedział.
               -Oj, dużo mnie roboty tu czeka, oj duuużo!
Odetchnęłam z ulgą, widziałam ten jego błysk w oczach, cieszył się, lecz starał się to ukryć przede mną. Zaraz na wstępie zajął się elektryką, bo najważniejszy był przecież prąd.
Uzgodniliśmy, że poszukamy w starociach mebli do renowacji, takie sprzęty mocno zniszczone, nie były drogie, a mój mąż kiedyś, będąc w Austrii zajmował się odnawianiem staroci.

Pierwszym naszym zakupem, był żyrandol. Wypatrzyłam go w jednym z takich małych krakowskich sklepików .Był pięcioramienny wykonany miedzi. Z każdego z ramion, zwisały szklane koraliki. Po dokładnym wypolerowaniu, prezentował się pięknie. Zaraz powiesiliśmy go w naszym salonie i zrobiliśmy próbę generalną .Kiedy mąż zapalił światło, szklane koraliki odbijały się na ścianach, niczym tęcza Widziałam zadowolenie na twarzy mojego męża i wiedziałam że teraz już nie żałuje podjętej decyzji.
Potem nabyliśmy w komisie skórzaną sofę do spania. Porządkowanie dworku zabierało sporo czasu i czasami musieliśmy zostać na noc . 
Ale skoro był już prąd, to właściwie było wszystko .Poprzednio mieszkało tam starsze małżeństwo i to właśnie oni przystosowali ten wiekowy dwór do dzisiejszych czasów. Po ich śmierci, córka która od lat mieszka w Ameryce, postanowiła sprzedać  dom. A że zależało jej na czasie, zażądała nie wygórowanej ceny.                   
Z tygodnia na tydzień przybywało mebli .Stołki z wysokimi oparciami,  duży okrągły stół, na pięknie rzeźbionych nogach, kredens do kuchni, wszystko to w mgnieniu oka, nabierało błysku w sprawnych rękach Zbyszka.
Zaprzyjaźniony stolarz naprawił werandę i wymienił zbutwiałe deski na schodach. Czekaliśmy tylko na ekipę od dachu, bo był już początek sierpnia i coraz częściej padało. Zamówiłam cykliniarzy, którzy doprowadzili dębowy parkiet do dawnej świetności. Powoli stary dworek, nabierał rumieńców.
Moi synowie Marcin i Piotrek wraz z dziewczynami, pomagali w każdy weekend. Każdy z osobna wybrał sobie pokój na górze i solidnie przystosowywał go do zamieszkania.
Cieszył mnie zapał, mojej rodzinki, aż miło było patrzeć na ich zaangażowanie w pracy
Niestety do zamieszkania, jak na razie nadawał się tylko nasz salon .Chłopcy pracując, mieli tylko czas na koniec tygodnia i tylko wtedy mogli coś robić w swoich pokojach.
Postanowiłam zrobić parapetówkę, przywieźliśmy z Krakowa kilka materacy i pożyczone śpiwory. Pomyślałam że jest sporo miejsca na dole i moi goście pomieszczą się, gdyby chcieli zostać na noc.
W końcu przestało padać. Zaprosiłam siostrę z jej przyjacielem, synów z dziewczynami i mamę.
Oczywiście kupiliśmy większego grila,  a w prodiżu upiekłam szarlotkę.
Byłam bardzo szczęśliwa, wyjątkowo dobrze czułam się w tym miejscu.
Coraz częściej  szukałam wymówki, żeby nie wracać do domu.
Pierwszy przyjechał Piotrek, wypatrywałam go z daleka, pełna obaw .Dopiero niedawno zrobił prawo jazdy .Kiedy zobaczyłam jego samochód odetchnęłam z ulgą.
                 -Cześć mamuś, podszedł do mnie i przywitał mnie całusem.
Za nim wyszła z samochodu Marzenka, moja przyszła synowa.
-    Dzień dobry pani Wando.
                -Witajcie dzieciaki- jak tam panie kierowco
                -Spoko - odpowiedział Piotrek zapalając papierosa
Bary witał się z gośćmi, szczekając radośnie usiłując przy tym każdego uraczyć swoim psim buziakiem.
                 -Pomóżcie tacie w rozpaleniu grila- powiedziałam i wróciłam do kuchni. Przez uchylona firankę w kuchennym oknie, obserwowałam przygotowania do naszej parapetówki.
Kiedy wszyscy już dojechali, zaczęło się wspólne grilowanie .Każdy przywiózł ze sobą jakiś drobiazg w prezencie na nowe mieszkanie.
Lucyna zrobiła piękne koronkowe serwetki na komodę. Marcin z Agnieszką kupili na pchlim targu dwa mosiężne świeczniki, mama  wyszukała gdzieś na placu targowym, stojące lusterko w złoconej oprawie, a Piotrek z Marzeną podarowali nam duży kolorowy wazon na kwiaty.
Moja siostra, zwiedzała dom cmokając przy tym z podziwu.
              -Ale ci zazdroszczę Wanda - to wspaniałe miejsce, takie tajemnicze i magiczne-powiedziała rozglądając się z zachwytem w koło.
              -Dziewczyny- usłyszałąm wołanie mojego męża, chodźcie tu do nas bo wszystko już gotowe.
               -Już idziemy- odpowiedziałam.
Siedzieliśmy do późnego wieczora, humory dopisywały moim gościom.
Nalewka własnej roboty, smakowała wszystkim i nikomu  mimo wieczornego chłodu nie było zimno.
Mój obszerny salon wypełnił się dmuchanymi materacami, mamę ułożyłam na sofie, jak przystało na seniorkę rodu. Reszta towarzystwa  położyła się w śpiworach.
Do późnej nocy, opowiadaliśmy sobie  historie o duchach i snuliśmy różne wersje na temat pierwszych właścicieli tego starego dworu.
Rano wstałam pierwsza, nie ukrywam że byłam nie wyspana, ale patrząc na moja śpiącą rodzinkę zaraz zapominałam  o wszystkim.
Włączyłam termę w łazience, tak żeby woda zdążyła się nagrzać i zabrałam się za szykowanie śniadania dla moich gości.
Pierwsza obudziła się Lucyna, delikatnie wysunęła się ze śpiwora, tak żeby nie zbudzić Tadzia..
             -Cześć siostra, powiedziała prawie szeptem, przymykając drzwi od salonu.
             - Dzień dobry -jak się spało?- zapytałam
             -No wiesz, nie było to królewskie posłanie, na przyszłość proszę o osobny materac, Tadziu niestety całą noc się wiercił , a na dodatek w duecie z mamą, dawał niezły koncert na dwa głosy- powiedziała Lucyna przeciągając się leniwie.
To prawda,  seniorka słynęła z głośnego chrapania, wakacje z jej udziałem były koszmarem, ale to przecież nie jej wina i w końcu to nasza  kochana mamusia, więc przymykaliśmy oczy na wszystkie niedogodności.




-To co, idziesz pierwsza do łazienki? ? zapytałam.- Bo jak wstaną wszyscy, to zrobi się tłok.
-Tak masz rację, idę doprowadzić się do ładu.  A co szykujesz na śniadanko? - spytała zaglądając mi przez ramię.
Właśnie kończyłam kroić bekon na jajecznicę. Na szczęście kupiłam kiedyś u Cyganów wielką patelnię, co jak pamiętam wywołało wybuchy śmiechu mojego męża i nie kończące się pytania, na co mi taka miednica. A teraz, ta właśnie miednica przydała się jak znalazł.
-Jajecznicę na bekonie -powiedziałam wsypując skrojone kawałki bekonu na patelnię.
-Ha, ha- zaśmiała się Lucyna. ? A skąd masz taką wielką patelnię?
-Ha, ha - odpowiedziałam jej tym samym.- A mam i tyle. Gdyby nie ta patelnia to czekałabyś w kolejce na śniadanko, prawda?
-Sory, ale jak żyję nie widziałam takiego śmiesznego i w takich  gabarytach sprzętu gospodarstwa domowego. Toż to chyba dla wojska.
Po tych słowach Lucyna udała się do łazienki, a ja wróciłam do przygotowania rodzinnego śniadania. W salonie słychać już było gwar, co znaczyło, że wszyscy już wstali.
-Agnieszka! Wychodź już ? wołała Marzena.
-Zaraz, dopiero weszłam - słychać było głos z łazienki.
- Cześć mamo - Marcin wszedł do kuchni i nachylił się nad patelnią- czyżby jajecznica na bekonie?
-Tak, ale błagam was pospieszcie się, bo nic z tego bekonu nie zostanie, jak tak wiecznie będę go odsmażać.
Kiedy wszyscy zasiedli już przy kuchennym stole mogłam w końcu podać śniadanie. Cała rodzinka była w doskonałym humorze. Moje przyszłe synowe rozmawiały o ciuchach, Zbyszek zamęczał Tadzia informacjami na temat samochodów, mama jak zwykle gderała, że wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu, Marcin z Piotrkiem wyszli na zewnątrz zapalić papierosa, a moja siostra Lucyna, gdzieś znikła.
-Lucka! Gdzie jesteś? ?zawołałam.
-Tu, na górze- usłyszałam odpowiedź.
Weszłam na piętro i znalazłam ją w jednym z pokoi.
-A co ty tu robisz?- zapytałam.
-Zwiedzam, a co? Przecież to stary dwór, a nie jakiś pokoik hotelowy, prawda?
-Widzę siostra, że jesteś na serio zauroczona tym miejscem, prawda?
-Masz rację, czuję tu dobre fluidy. To miejsce jest zarazem tajemnicze ale i szczęśliwe.
-Hi, hi - uśmiechnęłam się pod nosem- chyba nie sprawdzałaś tego swoim wahadełkiem?
-A jak myślisz??
Wiedziałam już, że miałam rację, moja siostra wierzyła w takie zjawiska, dlatego wahadełko miała w torebce, na każdą okazję.
-I co? - zapytałam- krąży tu jakiś duch?
-Możesz się śmiać, ducha tu pewnie nie ma, ale ten dom kryje w sobie jakąś tajemnicę.
-A możesz uściślić? Bo nadal nie wiem, co jest grane.
-Niestety rozczaruję cię, wahadełko tego nie powie, sama musisz się dowiedzieć czegoś na temat pierwszych właścicieli tego dworu - powiedziała chowając błyszczący przedmiot głęboko w torebce.
- Tak jest, proszę pani. Zajmę się tym w najbliższym czasie, ale teraz chodźmy już na dół, bo mama przebiera nogami i wszystkich popędza do powrotu.
Tak jak przypuszczałam, mama zdominowała cała rodzinkę. Nie było mowy, by ją przekonać do pozostania na obiad.
-Oj, dziecko,  ty też jesteś pewnie zmęczona, a oni wszyscy muszą jutro wstać do pracy. Czas najwyższy, żeby już wracać - nalegała.
Podziękowałam wszystkim za przybycie oraz prezenty i po uściskach i życzeniach bezpiecznej drogi pożegnałam z żalem moich gości. Dochodziło południe, słońce od czasu do czasu przebijało się przez gęste ciemne chmury. Wyglądało na to, że będzie po południu burza.
-Zmęczona?- usłyszałam za plecami głos Zbyszka
-Tak trochę, ale myślę, że było super, prawda?
-Oczywiście, że było super, kochanie.
Mąż objął mnie serdecznie i pocałował w policzek. Jednak zauważyłam na jego twarzy zmęczenie. W końcu nie mieliśmy już po osiemnaście lat. Zbyszek zobowiązał się do sprzątnięcia kuchni, a ja wywietrzyłam salon i włączyłam telewizor, sadowiąc się na wygodnej sofie. O tak, to było mi teraz bardzo potrzebne.
Poczułam silne szarpnięcie, otworzyłam zaspane oczy i zobaczyłam pochylającego się męża.
-Hej! Pani na włościach, czy wydała pani już dyspozycje służbie?
-O matko! - która to godzina?- zerwałam się z sofy przecierając zaspane oczy.
-Mamy już dziesiątą wieczór, śpiąca królewno. Wstań to ci pościelę.
Dokonałam szybkiej toalety i z wielką przyjemnością wsunęłam się pod kołdrę.
Trudy minionego dnia  i nieprzespanej nocy sprawiły, że usnęłam jak dziecko. W środku nocy obudziła mnie szalejąca burza, błyskawice rozświetlały ciemnogranatowe niebo a silny porywisty wiatr szarpał drewnianą okiennicą okna w salonie.
-Zbyszek- obudź się, szturchałam nerwowo męża, aż otworzył oczy.
-Co się dzieje?- zapytał półprzytomnym głosem.
-Straszna burza, nie słyszysz?- dodałam z wyrzutem.
-I co z tego, mruknął pod nosem i odwrócił się do mnie plecami.
-Jak to co z tego?- zaraz wiatr wyrwie nam okiennicę z zawiasów, czy to ci nie przeszkadza? ? powiedziałam, już mocno podniesionym głosem.
Mąż niechętnie wstał z sofy i podszedł do okna. Musiał je otworzyć szeroko, by dostać się do zaczepów drewnianej okiennicy. Wiatr wdarł się do salonu miotając przy tym firanką  zawieszoną w oknie. Na zewnątrz lało jak z cebra, w pewnym momencie strzelił piorun, zobaczyłam na niebie złowrogą błyskawicę, która jakby ostrym skalpelem przecięła kłębiaste chmury. Skuliłam się jak mały wystraszony psiak i z nosem wtulonym pod kołdrę obserwowałam zmagania mojego męża z szalejącym żywiołem. W końcu udało mu się, wrócił na sofę i ziewając, pogłaskał mnie po głowie mówiąc
          -Śpijże już dziecko- bo nie zniosę już drugiej nieprzespanej nocy. Po czym wtulił się w poduszkę i po chwili usłyszałam jego miarowy oddech.
Zazdroszczę mu właśnie tego, że potrafi tak szybko usnąć, ja natomiast byłam kompletnie wybita ze snu. Przypomniałam sobie opowieść Marcina o starym dworze w którym dokonano morderstwa. Mąż zabił tam swoją żonę zrzucając ją ze schodów, a potem zakopał zwłoki w ogrodzie. Moja wyobraźnia zaczęła pracować na przyspieszonych obrotach. Jestem w starym dworze, są schody, jest ogród. Boże! A może tu też ktoś kogoś zabił?- pomyślałam. Muszę jak najszybciej dowiedzieć się wszystkiego o pierwszych właścicielach tego domu, inaczej nie zaznam tu nigdy spokoju, a przecież nie tak miało być.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Spełnione Marzenia

Patusia,
Kilka uwag "Byłam pełna obaw reakcji mojego męża na to, co dla niego przygotowałam, jak zareaguje na mój pomysł?" Z tego zdania zrób co najmniej dwa. Byłam pełna obaw itd jakoś mi nie pasuje, może "OBawiała się reakcji mojego męża. Czy spodoba mu się mój pomysł- propozycja taka smile
"-O, tam-wskazałam ręką na majaczące się zabudowania." Na majaczące zabudowania bez się
"-Długo będziesz  się dąsać? ? pogłaskałam mojego lubego po ramieniu ?skoro tu już jesteśmy,  warto oglądnąć to miejsce ? prawda?- Długo będziesz się dąsać?-Pogłaskałam lubego po ramieniu- Jak już jesteśmy, może warto obejrzeć? Prawda?
Przecież to ruina ? kobieto, co cię opętało ?- Przecież to ruina! KObieto co cię opętało?

Generalnie styl masz fajny. Dialogi prowadzisz fenomenalnie, aż miło. Wymaga drobnej korekty, chyba jak każdy tekst. Potem spróbuję jeszcze trochę go porozbierać smile Pozdrawiam. A i staraj się budować krótsze zdania. Te rozbudowane potworki, to chyba zmora każdego nowicjusza, moja też. Ale ja już mam swoją piłę, która tnie smile

3

Odp: Spełnione Marzenia

Pantusia:
Uwagi merytoryczne. Jeżeli to był dwór, to starsze małżeństwo nie mogło go doprowadzić do cywilizacyjnego stanu z dzisiejszych czasów, no chyba że mieli już po ponad 100 lat. We dworach prąd był już przed wojną. Bieżąca woda i centralne ogrzewanie jeszcze wcześniej. Jeżeli chcesz coś napisać, to raczej bym poszła w kierunku cudownych żeliwnych kaloryferów i instalacji. W poniższym linku znajdziesz sporo informacji, które ubogacą twoje opowiadanie
http://www.dwory-polskie.pl/x.php/1,3/Polskie-Dwory.html

Druga sprawa. Z tego co się zorientowałam, bohaterka jest już na emeryturze i zaprasza na parapetówkę mamę? Czy taka kobieta może jeszcze mieszkać sama, musi być w bardzo zaawansowanym wieku/
I jeszcze najpierw operujesz opisami, siostra synowie, mama. POtem pojawia się Lucyna, Marcin z Agnieszką itp. W którymś momencie musisz ich przedstawić, bo czytelnik się gubi. Zakładam, że Lucyna to siostra, ale pewna nie jestem.

Do dalszej części polecam informacje o księgach parafialnych smile Nawet w najbardziej zapyziałych wiochach są to niezwykle rzetelne dokumenty, No i oczywiście czekam na więcej:) Mam chrapkę na bardzo ciekawą historię protoplastów dworu.

Reklama

4

Odp: Spełnione Marzenia
Agrafka1234 napisał/a:

Pantusia:
Uwagi merytoryczne. Jeżeli to był dwór, to starsze małżeństwo nie mogło go doprowadzić do cywilizacyjnego stanu z dzisiejszych czasów, no chyba że mieli już po ponad 100 lat. We dworach prąd był już przed wojną. Bieżąca woda i centralne ogrzewanie jeszcze wcześniej. Jeżeli chcesz coś napisać, to raczej bym poszła w kierunku cudownych żeliwnych kaloryferów i instalacji. W poniższym linku znajdziesz sporo informacji, które ubogacą twoje opowiadanie
http://www.dwory-polskie.pl/x.php/1,3/Polskie-Dwory.html

Druga sprawa. Z tego co się zorientowałam, bohaterka jest już na emeryturze i zaprasza na parapetówkę mamę? Czy taka kobieta może jeszcze mieszkać sama, musi być w bardzo zaawansowanym wieku/
I jeszcze najpierw operujesz opisami, siostra synowie, mama. POtem pojawia się Lucyna, Marcin z Agnieszką itp. W którymś momencie musisz ich przedstawić, bo czytelnik się gubi. Zakładam, że Lucyna to siostra, ale pewna nie jestem.

Do dalszej części polecam informacje o księgach parafialnych smile Nawet w najbardziej zapyziałych wiochach są to niezwykle rzetelne dokumenty, No i oczywiście czekam na więcej:) Mam chrapkę na bardzo ciekawą historię protoplastów dworu.

Dzięki, Agrafko dałaś mi sporo cennych uwag, z których na pewno skorzystam.
Co do mamy, to hi, hi, ma 85 lat i jest wiecej sprawna niż ja, a ja za dwa latka na emeryturę.
Ale te żeliwne kaloryfery, to dobry pomysł.
UFFF... czeka mnie duuużo pracy, ale ja to lubię, jeszcze raz dziękuję i czekam na dalszą korektę.
Pozdrawiam wraz z Antoniną.....?????

5

Odp: Spełnione Marzenia
pantusia napisał/a:
Agrafka1234 napisał/a:

Pantusia:
Uwagi merytoryczne. Jeżeli to był dwór, to starsze małżeństwo nie mogło go doprowadzić do cywilizacyjnego stanu z dzisiejszych czasów, no chyba że mieli już po ponad 100 lat. We dworach prąd był już przed wojną. Bieżąca woda i centralne ogrzewanie jeszcze wcześniej. Jeżeli chcesz coś napisać, to raczej bym poszła w kierunku cudownych żeliwnych kaloryferów i instalacji. W poniższym linku znajdziesz sporo informacji, które ubogacą twoje opowiadanie
http://www.dwory-polskie.pl/x.php/1,3/Polskie-Dwory.html

Druga sprawa. Z tego co się zorientowałam, bohaterka jest już na emeryturze i zaprasza na parapetówkę mamę? Czy taka kobieta może jeszcze mieszkać sama, musi być w bardzo zaawansowanym wieku/
I jeszcze najpierw operujesz opisami, siostra synowie, mama. POtem pojawia się Lucyna, Marcin z Agnieszką itp. W którymś momencie musisz ich przedstawić, bo czytelnik się gubi. Zakładam, że Lucyna to siostra, ale pewna nie jestem.

Do dalszej części polecam informacje o księgach parafialnych smile Nawet w najbardziej zapyziałych wiochach są to niezwykle rzetelne dokumenty, No i oczywiście czekam na więcej:) Mam chrapkę na bardzo ciekawą historię protoplastów dworu.

Dzięki, Agrafko dałaś mi sporo cennych uwag, z których na pewno skorzystam.
Co do mamy, to hi, hi, ma 85 lat i jest wiecej sprawna niż ja, a ja za dwa latka na emeryturę.
Ale te żeliwne kaloryfery, to dobry pomysł.
UFFF... czeka mnie duuużo pracy, ale ja to lubię, jeszcze raz dziękuję i czekam na dalszą korektę.
Pozdrawiam wraz z Antoniną.....?????

Zapomniałam dodać, że kupiliśmy ten dworek od drugiego właściciela, który przerobił go na dzisiejsze czasy.

6

Odp: Spełnione Marzenia

O matko, to ten Dworek istnieje??? Myślałam, że to fikcja literacka! Ty się nie zastanawiaj tylko gnaj do proboszcza i czytaj księgo parafialne! Może się okazać, że pewne daty naprowadzą cię na ciekawsze historie niż jesteś w stanie wymyślić. A przy okazji, czy w okolicy rosną stare lipy i dęby?

7

Odp: Spełnione Marzenia
Agrafka1234 napisał/a:

O matko, to ten Dworek istnieje??? Myślałam, że to fikcja literacka! Ty się nie zastanawiaj tylko gnaj do proboszcza i czytaj księgo parafialne! Może się okazać, że pewne daty naprowadzą cię na ciekawsze historie niż jesteś w stanie wymyślić. A przy okazji, czy w okolicy rosną stare lipy i dęby?

Agrafko
Zeżarło mi tekst do ciebie, nadal czekam, na rozwiązanie problemu.
Ale jeśli się nie pojawi, to jestem winna Ci wyjaśnienia.
Buuuuuu!!! pezpraszam, ten dworek kupiłam w swoich marzeniach, ale istnieje, tuż za Krakowem, byłam tam i wszystko wiem na jego temat. Teraz nie mam pojęcia co dalej robić? ale idę na całość!!
Jeśli moje dalsze części się powielą, to trudno.
Wysyłam.
Pozdrawiam Cię Agrafko.

8 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-02 17:22:05)

Odp: Spełnione Marzenia

Rano wstałam kompletnie rozbita, w salonie panował przejmujący chłód, nasunęłam kołdrę wysoko pod brodę i przypomniałam sobie  swoje ciepłe przytulnym mieszkanko w Krakowie .Dworki są piękne i tajemnicze ale mają jedną wadę, wymagają wielkich nakładów finansowych aby je ogrzać. Zasoby drzewa do kominka topniały w składziku na opał, jak śnieg. Z przerażeniem uświadomiłam sobie w jak zastraszającym tempie ubywają i topnieją również nasze pieniądze na koncie. Zbyszek miał rację mówiąc, że wartość tej wspaniałej posiadłości wzrośnie wielokrotnie. Coraz częściej nachodziły mnie myśli, że popełniłam błąd decydując się na taki krok, Jednak było już za późno, musiałam się z tym pogodzić Odgoniłam od siebie dołujące myśli. Czas wstawać, pomyślałam i z niechęcią wysunęłam stopę z pod ciepłego posłania. Brr... jak tu zimno i wilgotno! Zarzuciłam welurowy szlafrok i udałam się do kuchni. Deszcz przestał padać i powoli zaczęło się rozjaśniać .Czas wracać do domu, tyle mam spraw do załatwienia, stwierdziłam i włączyłam ekspres do kawy. Uzgodniliśmy z mężem że zaraz po śniadaniu wracamy. Na szczęście burza nie wyrządziła wielu szkód, oprócz kilku połamanych gałęzi owocowych drzew nic więcej nie ucierpiało po wczorajszej ulewie .Sprawdziliśmy dokładnie czy wszystko w porządku i ruszyliśmy w powrotna drogę.

              -Nareszcie w domu- powiedziałam do męża siadając w wygodnym fotelu, tak tu cieplutko.
              -A cóż to? Nie lubimy już naszego domku na wsi, powiedział mój mąż z nieukrywaną ironią.
Zbagatelizowałam tę jego wypowiedź ,  nie miałam nastroju na niepotrzebne dyskusje.
             -Wanda! Telefon ci dzwoni w torebce, zawołał Zbyszek.
Uporałam się z zamkiem mojej przepastnej torby i odszukałam komórkę.
             -Tak słucham?
Po drugiej stronie usłyszałam głos Lucyny.
              -No co tam? Przeżyliście burzę? Zapytała siostra.
              -A... daj spokój, koszmar! Miałam niezłego boja, myślałam  że wszystko się zawali i pochłonie nas ziemia.
              -Ha, ha, siostra czytasz za dużo kryminałów, może weź się za jakieś romansidło- powiedziała Lucyna wyraźnie rozbawiona.
Nie miałam dziś ochoty do żartów, najwidoczniej opanowała mnie chandra.
Od poniedziałku, pogoda wyraźnie się popsuła, padał deszcz i było bardzo zimno. Postanowiliśmy z mężem że zostajemy w Krakowie. Ja miałam parę ważnych spraw do załatwienia na miejscu, a Zbyszek obiecał teściowej że odmaluje jej pokój.
              -Uporasz się z tym do końca tygodnia?- zapytałam
              -Nie mogę ci tego obiecać, stwierdził mój mąż- raczej nie licz na to że pojedziemy na naszą posesję w tym tygodniu.
              -Ale zapowiadają poprawę pogody - powiedziałam zawiedziona obrotem sprawy.
              -Nie możesz  po prostu jechać busem?- zadzwoń do Lucyny , może będzie miała ochotę wybrać się tam  z tobą.
              -To dobry pomysł - powiedziałam.

Moja siostra  z entuzjazmem, przyjęła zaproszenie na weekend. Zabrałam ze sobą Barego i w sobotę zaraz z samego rana spotkałyśmy się na przystanku. Lucyna ubrana na sportowo jak przystało na turystkę, zjawiła się o określonej porze. Spojrzałam na nią i starłam się ukryć moje rozbawienie .Prawdziwa turystka, pomyślałam, sztruksowe rybaczki, zielona ortalionowa kurtka, adidasy , plecaczek i...... dyndające w uszach kolczyki z perłą. Lucyna nie przywiązywała wielkiej wagi do makijażu, jest zwolenniczką naturalności, ale jej uszy musiały być zawsze ozdobione. Kochała wszelkiego rodzaju, zawieszki, klipsy i kolczyki, Miała ich niezliczone ilości. Zawsze mówiła że, jak  sobie ich nie założy to czuje się naga. No cóż do tego sportowego stroju te ozdoby z perłą pasowały jak kwiatek do kożucha.
Nadjechał  w końcu bus, zapytałam kierowcę, czy zabierze nas z psem, nawet się zgodził. Moja siostra wsiadła pierwsza a ja zaraz za nią. Zamknęłam drzwi i usadowiłam się z Barym, obok siostry.

             -To nie drzwi od stodoły- usłyszałam, chyba pisze nie trzaskać drzwiami- powiedział mocno zdenerwowany kierowca.
Miałam mu wypalić coś w rodzaju, ze to nie kareta, ale byłam z psem więc ugryzłam się w język
           
Pojazd był mocno zdezelowany, sklecony z kilku wraków, skrzypiał, kołysał się na każdym wyboju. Spuściłam zasłonę miłosierdzia, kierowca widocznie bał się, że mocniejsze zamknięcie drzwi grozi ich urwaniem. Wreszcie dojechałyśmy na miejsce. Wysiadłyśmy  na małym rynku obok starego drewnianego kościółka.
                -Wanda! Lucyna złapała mnie za rękę- chodźmy do tego kościółka- powiedziała zaaferowana, może dowiemy się czegoś na temat twojego dworku i jego prawowitych właścicieli.
Była dopiero dziesiąta rano, miałyśmy mnóstwo czasu, dlatego bez oporu przystałam na jej propozycję. Niestety kościół był zamknięty, na drzwiach widniał napis że msza odbywa się tylko w niedzielę i święta o godzinie dwunastej.
               -Trudno- powiedziała Lucyna, skoro tu już jesteśmy, to zwiedzimy cmentarz- dodała.
Przywiązałam psa do ławki przy kościółku i poszłyśmy na groby.
Na nasze szczęście, brama cmentarna była otwarta. To był stary cmentarz, według dat na nagrobkach już od dawna nie chowano tam zmarłych. Moja siostra przystawała przy każdym grobie.
              -Zobacz, wskazała ręką na mały grobowiec z wykutym w kamieniu aniołem, który w dłoniach trzymał owalne zdjęcie, przedstawiające twarz małej dziewczynki.
Pod spodem wykuto napis, który z wiekiem wytarł się już w paru miejscach.
Lucyna ubrała okulary i nachyliła się nad grobem czytając na głos.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Powiększyłaś grono aniołów kochana córeczko, nam zostawiłaś tylko ból.
                       Ur. 15 IV 1900 r.  Zm. 3 VIII 1903.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Obserwowałam kontem oka, moją siostrę, była bardzo wzruszona, odwróciła się i wytarła oczy chusteczką.
               -Siora- ty płaczesz? ? zapytałam.
               -Chyba sobie żartujesz- odpowiedziała- łzawią mi oczy, ostatnio często siedzę na komputerze i to dlatego.
Wiedziałam że to nie prawda, Lucyna jest bardzo wrażliwa, każda rodzinna tragedia tak ją wzrusza.
Zwiedzanie cmentarza zajęło nam dobre dwie godziny, przystawałyśmy nad każdym grobem. Lucynie zabrakło już chusteczek na jej zmęczone komputerem oczy. Musiałam to przerwać.
             -Idziemy- zwróciłam się do siostry, która zatrzymała się nad wielkim rodzinnym grobowcem- mamy dwa kilometry do pokonania, pieszo, dlatego jutro po mszy tu jeszcze wrócimy.
Poddała się, opuściłyśmy cmentarz i skierowałyśmy swoje kroki na znaną nam już drogę do mojej posiadłości.
My kobiety z miasta, miałyśmy problemy z dotarciem do celu. Już w połowie drogi nogi odmawiały nam posłuszeństwa, tylko psiak biegł w podskokach
             -Wanda! Zatrzymajmy się na chwilkę, buty mnie obtarły i nie mam już siły- powiedziała Lucyna, siadając na brzegu przydrożnej kapliczki.
Sama byłam zmęczona, ale nie było innego wyjścia, musiałyśmy tam jakoś dotrzeć.
            -Dobrze- zaraz może złapiemy jakąś okazję- pocieszyłam siostrę.
Ale jak na złość nikt nie jechał w tym kierunku.
Nagle w oddali zauważyłam zbliżający się samochód, zdesperowana wybiegłam na środek drogi, machając nerwowo rękami. Samochód zatrzymał się z piskiem opon.

           -Co to? Życie pani nie miłe!- powiedział kierowca, przez uchylone okno.
           -Bardzo pana przepraszam, ale mamy jeszcze sporo drogi do domu- czy mógłby nas pan podrzucić? ? ale mamy psa ? powiedziałam.
           - Nie ma sprawy- mężczyzna zaprosił nas do środka- a gdzie to panie mieszkacie?- zapytał.
           - W tym starym dworku- wyjaśniłam.
Lucyna była szczęśliwa, usadowiła się od razu po stronie przystojnego kierowcy, nie dając mi możliwości wyboru.
           -To panie nie boją się mieszkać na takim pustkowiu? Zapytał nasz wybawca.
           -A dlaczego miałybyśmy się bać? Zapytałam.
           - To odludne miejsce, a ludzie raczej wolą mieć w razie czego kogoś w pobliżu- tłumaczył. Ten dworek nie miał wielu chętnych, dlatego bardzo mnie dziwi że takie delikatne niewiasty spędzą tam noc.
Po tych słowach dostałam gęsiej skórki na całym ciele, co miał na myśli? Czy coś wie? Ale Lucyna zareagowała natychmiast na jego słowa.
          - Czy wie pan coś na temat tego miejsca?- zapytała
          - Właściwie niewiele, tyle co dowiedziałem się od teściowej. Podobno mieszkała tu kiedyś matka z ułomną córką- kontynuował- kobieta kazała sobie postawić wysoki mór, nie wiedzieć dlaczego. Nie przyjmowały gości, a każdy komiwojażer został przepędzany. Nikt z okolicznych mieszkańców nie widział na oczy córki właścicielki dworu.
            -To naprawdę ciekawe- ale niech nam pan powie- czy nikt tu nikogo nie zamordował? Zapytałam.
            -Ha, ha! Kierowca był wyraźnie rozbawiony moim pytaniem. -Spokojnie, umarły śmiercią naturalną - dodał zatrzymując samochód tuż przed wzniesieniem gdzie stał mój dworek.
Podziękowałyśmy za podwiezienie i dotarłyśmy w końcu do celu. Otworzyłam żelazną bramę. Dopiero teraz zauważyłam że  mur okalający posesję jest tak wysoki, że nikt z zewnątrz nie mógł widzieć co dzieje się na dziedzińcu.
Zaraz napaliłyśmy w kominku, w salonie była wilgoć i trzeba było trochę poczekać aż się ogrzeje całe pomieszczenie. W Krakowie zrobiłam kotlety na obiad, ziemniaki były, ogórki kiszone  i gin z tonikiem mroził się w lodówce  Co nam jeszcze brakowało - pogaduszek, tak po prostu zwykłych pogaduszek. Nadawałyśmy  z  siostrą na tych samych falach, dlatego nigdy nie nudziłyśmy się w swoim towarzystwie.
Po obiedzie udałyśmy się do leszczynowego zagajnika zaopatrzone w szklanki z ginem rozcieńczonym tonikiem  i kostkami lodu. Na nasze szczęście, pogoda była wymarzona.
            - Co ty na to, co powiedział ten facet?- zagadnęła mnie siostra przechylając szklaneczkę z jej ulubionym trunkiem.
Bo jeżeli chodzi o gin z tonikiem, to piłyśmy go, w wyjątkowych okazjach. Lucyna jest pisarką, wydała już kilka książek i każda z nich była oblewana tym właśnie trunkiem. Teraz też była okazja, miałyśmy zadanie do wykonania, musiałyśmy sprawdzić wszystko to co jest związane z tym miejscem.
             - Nie wiem - odparłam szczerze.
             - Wiesz, to naprawdę ciekawa historia z tą ułomną córką, czy była aż tak bardzo szpetna, że matka się jej wstydziła?- powiedziała Lucyna, obracając w dłoni kryształową szklankę. Doszłyśmy do wniosku, że jutrzejsza msza, pomoże nam w odnowieniu duchowym i być może dowiemy się czegoś na temat tej kobiety i jej córki.
Resztę dnia spędziłyśmy na zwykłym leniuchowaniu, Lucyna czytała książkę a ja zebrałam w tym czasie, kosz gruszek z myślą że jutro zrobię z nich mus.
Przed nocą, sprawdziłyśmy wszystkie drzwi, czy są pozamykane. Nie ukrywam że słowa naszego rozmówcy, zasiały w nas ziarno niepokoju.
Przeżycia minionego dnia i trunek którym raczyłyśmy się do wieczora, sprawił że nie miałyśmy problemów z uśnięciem.

Rano, obudził mnie gwar rozśpiewanego za oknem ptactwa, spojrzałam na śpiącą  siostrę, która przykryta po sam czubek głowy spała kamiennym snem.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc wystające ucho z kolczykiem Dama pod każdym względem - pomyślałam, nawet w łóżku. Nie chciało mi się wstawać, ale ktoś w tym towarzystwie musiał pełnić obowiązki służby, a ktoś musiał być panią na włościach. Dziś to ja byłam ta nisko urodzona a szlachcianką była oczywiście dama z perłą. Poszłam szybko do łazienki żeby włączyć farelkę. Znając skłonności mojej siostry do częstego zapalenia pęcherza  wolałam nie ryzykować. Zamknęłam drzwi żeby ciepło nie uciekało i udałam się do kuchni.
Bary podniósł łeb ze swojego posłania i zamerdał na powitanie ogonem.
             - Cześć psiaku- chcesz siusiu?
Pies zerwał się natychmiast i podbiegł zadowolony do wyjścia.
             - Idź, powiedziałam  otwierając szeroko drzwi.
Poranny chłód wdarł się do środka, jednak mimo tego zapowiadała się ładna pogoda. Włączyłam ekspres do kawy i zabrałam się za robienie kanapek na śniadanie.
             - Jak tu zimno!- usłyszałam głos z salonu - Wanda może zapalisz w kominku?
             - A nie poprzewracało się w główeczce? ?zapytałam, patrząc na siostrę która szczelnie okryta kołdrą wciąż marudziła.
             - Niestety musimy oszczędzać - proszę pani - w łazience zagrzano, czas na poranną toaletę bo śniadanie czeka.
Po tych słowach wróciłam do swoich zajęć. Bary szczekał pod drzwiami, informując mnie że potrzeby fizjologiczne zostały załatwione.
              - Wygląda na to że musimy wyjść dwie godziny wcześniej żeby dotrzeć tam na dwunastą - powiedziała siostra z pełnymi ustami.
               - Myślę że jest na to rozwiązanie, Piotrek z Marzeną przywieźli tu swoje rowery- pojedziemy tam na dwóch kółkach- co ty na to?
               -To świetny pomysł, Lucyna była wyraźnie zadowolona z takiego obrotu sprawy.
Były jeszcze dwie godziny do dwunastej, siedziałyśmy więc z siostrą w salonie i ustalałyśmy plan dnia.
           - Zabiorę aparat - powiedziała Lucyna - porobimy parę zdjęć - co ty na to?
           - Dobry pomysł ? powiedziałam - ten kościółek jest wart uwiecznienia.
Sprawdziłyśmy dokładnie rowery, Lucyna dopompowała koła i ruszyłyśmy w stronę rynku.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, kościół wypełniony był już wiernymi. Msza trwała około trzydziestu minut. Po ogłoszeniach parafialnych, okoliczni mieszkańcy powoli opuszczali to piękne zabytkowe miejsce.
         - Idziemy - zwróciłam się do siostry, która biegała po dziedzińcu robiąc niezliczoną ilość zdjęć.
W środku oprócz kościelnego, który gasił po kolei wszystkie palące się świece, nie było już nikogo.
          - Szczęść Boże - zwróciłam się do mężczyzny odwróconego do nas plecami.
          - Szczęść Boże- odpowiedział starszy pan - czy mogę w czymś pomóc?- zapytał.
Przedstawiłyśmy w skrócie cel naszej wizyty, mężczyzna wysłuchał nas dokładnie i kazał poczekać, po czym udał się do zachrystii.
Po około piętnastu minutach wrócił do nas z uzyskaną zgodą na rozmowę z obecnym proboszczem. W kancelarii parafialnej czekał sympatyczny proboszcz obecnej parafii. Wyglądał na jakieś osiemdziesiąt parę lat.
         - Witam panie - Ignacy mówił że macie jakąś sprawę do mnie -  powiedział, poprawiając się wygodnie na krześle.
Po krótce wyjaśniłam o co nam chodzi. Proboszcz, kiwał głową ze zrozumieniem, po czym stwierdził że nie może nam pomóc.
          - Dlaczego? Zapytałam zawiedziona.
          - To są archiwalne dane - nie mam uprawnień do ujawniania ich osobom postronnym- wyjaśnił.
Jednak byłam nieugięta, próbowałam przekonać księdza o naszych jak najlepszych zamiarach, w końcu kiedy pokazałam akt własności dworku, zmiękł.
Wydał dyspozycje kościelnemu, instruując go z jakiego okresu ma wyszukać księgę. Po paru minutach które wydawały się wiecznością, poznany przez nas Ignacy, wrócił z pokaźną w rozmiarach, starą oprawioną w skórę księgą
Staruszek wertował pożółkłe kartki, mrucząc coś pod nosem, a my z Lucyną siedziałyśmy z wypiekami na twarzy, czekając na jakieś wiadomości.
W końcu na jednej ze stron zatrzymał swój wzrok i kościstym zniekształconym artretyzmem palcem zaznaczył umieszczony tam wpis.
         - Właścicielką tego dworu, była Antonina Bilewska, oraz jej córka Konstancja.
Poczułyśmy z siostrą niesamowity przypływ adrenaliny. W końcu miałyśmy pierwsze interesujące nas fakty.
          - Czy są pochowane na tym cmentarzu?- zapytałam.
          - Tak - Ignacy zaprowadzi panie na grób - powiedział staruszek zamykając delikatnie księgę.
Pożegnałyśmy proboszcza, który dał nam do zrozumienia że czas wizyty dobiegł końca.
Grobowiec znajdował się na samym końcu starego cmentarza. Był bardzo zaniedbany i widać było że czas zrobił swoje. Napis na płycie nagrobnej z powodu minionych lat  prawie nie nadawał się do odczytu. Poznany przez nas kościelny, tłumacząc się obowiązkami oddalił się w stronę kościoła.
Stałyśmy z siostrą nad wiekową mogiłą w całkowitym milczeniu, cisza panująca na cmentarzu przerywana była od czasu do czasu, pięknym a zarazem żałosnym śpiewem ptaka, który stosownie do miejsca dawał swój koncert.
Grób jak na tamte czasy kamienny, z licznymi pęknięciami, krył w sobie tajemnicę którą chciałyśmy koniecznie poznać. Lucyna po zrobieniu kilku zdjęć, przystąpiła do odszyfrowania prawie niewidocznego napisu. Po usunięciu zeschłych liści, zaopatrzone w małą lupkę, próbowałyśmy odczytać prawdopodobne daty urodzenia i śmierci kobiet.
       - Spójrz - wygląda na to że Konstancja. Córka Antoniny zmarła pierwsza- powiedziała Lucyna
Faktycznie, zachowała się część imienia dziewczyny i końcówka jej daty urodzin. Wyglądało na to że urodziła się w 1914 r. Datę śmierci na nasze szczęście można było bez najmniejszego trudu odczytać. To był maj 1937 r.
         - To straszne - powiedziałam wzruszona naszym odkryciem - miała około 23 lata - co się musiało stać, że tak młodo zmarła?
         - Może to jakaś dziedziczna choroba? Ten facet z samochodu mówił, że Antonina urodziła ułomne dziecko.
Lucyna miała rację, z tego co opowiadał poznany przez nas mężczyzna, wynikało, że w dworku mieszkała matka z niepełnosprawną córką.
Po chwili zadumy, przeszłyśmy do rozszyfrowania napisu umieszczonego, poniżej. Przesuwając palcami po zagłębieniach napisu, udało nam się odczytać wyrytą datę ur. i śmierci Antoniny.
Matka Konstancji urodziła się w 1897 roku a zmarła w 1939 r. Mając 42 lata.
          - Popatrz, zmarła dwa lata później - to takie tragiczne i wzruszające- powiedziała Lucyna.
Kiedy tak stałyśmy nad grobem analizując fakty, podeszła do nas kobieta która od pewnego czasu przyglądała nam się z uwagą.
         - Widzę że spotkałam tu w tym szczególnym miejscu pokrewne dusze-powiedziała wyciągając dłoń na powitanie.
         - Nazywam się Grażyna Masłowska - przedstawiając się, uścisnęła po kolei nasze dłonie. Zastanawiałam się dlaczego, jesteście panie zainteresowane tym grobem który i ja często odwiedzam.
         - To znaczy że ma pani jakieś informacje na temat tych kobiet? -zapytałam.
         - Coś niecoś  wiem, tyle co  opowiadała mi babcia, a jej przekazała prababcia.
          - To znakomita wiadomość! Lucyna aż krzyknęła, zasłaniając usta z przerażeniem uświadamiając sobie, że nie jest to miejsce na takie głośne zachowanie.
Wyjaśniłam nowo poznanej znajomej, że jestem teraz właścicielką dworku w którym mieszkały Antonina z Konstancją.
          - To teraz wszystko jasne - kobieta uśmiechnęła się pokazując przy tym śnieżnobiałe zęby. Widzę że mamy te same zainteresowania, to moje klimaty. Musimy się kiedyś spotkać i porozmawiać o tamtych zamierzchłych czasach.
          - A co pani sądzi o dzisiejszym wieczorze? - zapytałam z nutką nadziei. Zapraszam do siebie, jeżeli nie ma pani oczywiście innych planów?
     
          - To dobry pomysł ? odpowiedziała.
          - Czy odpowiada osiemnasta? Zapytałam.
          - Oczywiście, może być osiemnasta.
Pożegnałyśmy naszą znajomą i po zapaleniu kilku zniczy na grobie, ruszyłyśmy w powrotną drogę.

Ostatkiem sił dotarłyśmy w końcu do domu. Nie da się ukryć, że dawno nie jeździłyśmy na rowerach, więc wszystko nas bolało. Bary oparty przednimi łapami o wejściową bramę szczekał radośnie na nasze powitanie.
            - Cześć Baruś - stęskniłeś się za pantusią - zwróciłam się do podskakującego śmiesznie psiaka.
Mój pupil uraczył nas soczystym całusem, po czym podbiegł w podskokach do drzwi, dając nam do zrozumienia że czas zająć się jego miską.
             - O matko! Padam z nóg - powiedziała Lucyna siadając na sofie w salonie.
Ja także ledwo powłócząc nogami, dołączyłam do niej  rozcierając obolałe łydki.
             -To nie dla mnie ? stwierdziłam - czas pomyśleć o jakimś małym samochodziku dla mnie.
             -To prawda - musiałaś się z tym liczyć, nabywając dom w tak odludnym miejscu - powiedziała siostra
             - Myślałby kto?- ty pewnie wszystko robisz według ustalonego szablonu - powiedziałam z przekąsem.
Ale ona miała rację, decydując się na kupno domu w takim miejscu, powinnam o tym pomyśleć. Nie było czasu na rozczulanie się nad sobą, mamy przecież gościa  wieczorem i mimo tego że chętnie przystałabym na mały odpoczynek, musiałam o tym zapomnieć.
          - Pomożesz mi z tymi gruszkami? - zwróciłam się do siostry.
          - A mam jakieś wyjście? - Lucyna podniosła się z sofy i suwając ledwo nogami udała się w stronę kuchni.
Bary stał przed miską, przekrzywiając komicznie głowę. Na nasz widok ożywił się wyraźnie trącając pyskiem pustą miskę.
          - I na dobitkę jeszcze ten głodomór - to mnie chyba przerasta -powiedziałam wsypując do miski suchą karmę.
Pies z wielkim apetytem, pochłaniał w zastraszającym tempie pachnące kuleczki, na koniec chlipiąc głośno, wypił prawie wiadro wody, rozlewając jej sporą część na podłogę.
          - No cóż - zwróciłam się do psiaka - średnio tu pasujesz kochany, twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia - powiedziałam czochrając go miedzy uszami. 
Nawet szybko uporałyśmy się z pracą, gruszki na nasze szczęście były bardzo dojrzałe i szybko się rozprażyły. Nagle zadzwonił telefon, to był Zbyszek.
          -Halo!- Jak tam dziewczyny? - zapytał
Opowiedziałam mężowi w telegraficznym skrócie, o naszej wizycie w kościele i poznanej na cmentarzu kobiecie.
         - To znaczy że nie wracacie dziś?- zapytał
         - Niestety - odłożyłyśmy powrót do jutra, taka okazja już się może nie zdarzyć - dlatego umówiłyśmy się z panią Grażyną na dzisiejszy  wieczór.
        -To żałuj że nie wracasz, szykuję właśnie kolację przy świecach - ale skoro wolisz spędzić czas w babskim towarzystwie a nie z mężczyzną twojego życia to trudno, będę musiał sobie kogoś zaprosić żeby sobie umilić czas.
         - Myślałby kto - a gdzież ty znajdziesz taką jak ja?- zapytałam wyraźnie rozbawiona przechwałkami mojego lubego.
         -To fakt - takiej jak ty szukać ze świecą - bo muszę przyznać że życie z tobą może nie jest zbyt bezpieczne, ale pewnikiem zabawne.
         - Z kim ty tak długo pytlujesz?- zapytała Lucyna wchodząc do kuchni z ręcznikiem na głowie.
Gestem podniesionej ręki, dałam jej do zrozumienia że już kończę rozmowę.
         -Aha! Zapomniałem ci powiedzieć że dzwonił wczoraj Wojtek - kontynuował dalej rozmowę mój mąż.
Wojtek to brat Zbyszka, trzynaście lat temu wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych, kupili tam mieszkanie i pracują w małej fabryce kosmetycznej.
         - Kiedy mu powiedziałem o naszym zakupie, to od razu mnie wkurzył -powiedział - wyobraź sobie, zaczął mi prawić  morały, mówił że to nierozważne beznadziejne i widocznie nie mamy na co wydawać pieniędzy.
         - Niech sobie te uwagi zostawi dla siebie - powiedziałam zdenerwowana- to nasza sprawa, nie jego, na co wydajemy swoje pieniądze.
          - Spokojnie! Nie wiesz jeszcze wszystkiego - kiedy opowiedziałem mu o naszym dworku i za jaką cenę go kupiliśmy, zmienił zdanie i zobowiązał się do przesłania pewnej sumki na nasze konto.
          - To super! Zapiszczałam do słuchawki - proszę cię idź do tego sklepu gdzie widzieliśmy tę komodę i zarez......
Mój mąż przerwał mi w pół słowa.
          - Hola, hola! Kochana - zapomnij o swojej komódce - idzie zima i trzeba zabezpieczyć dom, uszczelnić okna i kupić opał - powiedział Zbyszek.
Miał niestety rację, zachowywałam się jak rozpieszczone dziecko, to on w naszym związku myślał na szczęście racjonalnie, ja natomiast miałam wiecznie zwariowane pomysły, które mój małżonek delikatnie wybijał mi z głowy.
          - O której jutro będziecie? to wyjadę po was samochodem - Zbyszek delikatnie zmienił kłopotliwy temat.
          - Myślę że o dwunastej będziemy w Krakowie.
          - To do jutra, pa.
Lucyna zdjęła ręcznik z głowy i przesunęła palcami po krótko ostrzyżonych na jeżyka włosach.
          - Ja już jestem gotowa, a ty? - wyglądasz tragicznie w tym wyplamionym fartuchu, a czasu zostało niewiele - stwierdziła.
Rzeczywiście spojrzałam na zegar, dochodziła siedemnasta a ja w polu - pomyślałam.
          - Nie bądź taka mądra - kiedy ty siedziałaś w łazience, ja musiałam mieszać owoce żeby się nie przypaliły. Miałaś dziewczyno czas na toaletę - prawda?
          - Byłam tam tylko chwilkę, bo jako kobieta prześlicznej urody, nie potrzebuję żadnych dodatkowych zabiegów kosmetycznych, w przeciwieństwie do ciebie - ha ,ha.
           - Zaraz ci przyłożę jak nie przestaniesz! - powiedziałam machając ścierką nad jej głową.
Zrezygnowałam z mycia włosów, bo w przeciwieństwie do siostry potrzebowałam więcej czasu na fryzurę. Ograniczyłam się tylko, do pogrubienia tuszem rzęs i przypudrowaniem nosa.

9 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-04 05:41:27)

Odp: Spełnione Marzenia

cd.

Wróciłam szybko do kuchni żeby sprawdzić co mamy w lodówce na przyjęcie naszego gościa. Na szczęście zostało jeszcze trochę ginu i kawałek sernika.
          - Nie jest źle - powiedziałam do siostry, która układała w wazonie polne kwiaty, w błękitnym kolorze i delikatnym zapachu. Przyznam że ten skromny bukiet prezentował się pięknie  w zestawie z kremową, mocno wykrochmaloną serwetką od Lucyny na wiśniowym lśniącym blacie stołu w salonie.
Bary zerwał się z poobiedniej drzemki i szczekając głośno podbiegł do drzwi.
Wyjrzałam przez kuchenne okno, właśnie nadjeżdżał  jakiś samochód.
        - Przyjechała!- krzyknęłam w stronę salonu - Lucyna musisz jej otworzyć bramę!
Siostra potykając się o psa który jak zwykle musiał być pierwszy, podbiegła do bramy. Pani Grażyna stała w bezpiecznej odległości od wejścia osłaniając się pokaźnych rozmiarów torebką.
        - Czy on gryzie?- zapytała mocno wystraszona.
        - Proszę się nie obawiać - Lucyna starała się uspokoić kobietę - najwyżej zaliże panią na śmierć - to naprawdę poczciwe psisko. Po chwili zastanowienia, nasz gość witał się serdecznie z pożal się Boże obrońcą.
         - Jak Pani widzi - powiedziałam ?zapraszając gościa do salonu -  do obronnego psa to mu jeszcze daleko.
Kiedy ja szykowałam aromatyczną herbatę i układałam kawałki sernika na małych deserowych talerzykach, moja siostra zabawiała w ty czasie panią Grażynę rozmową.
       - To fascynujące że, jest pani pisarką!
       - No jakoś tak wyszło - Lucyna zmieszała się lekko, machając przy tym ręką. Muszę Pani zdradzić, że Wanda też nieźle pisze - za moją namową, postanowiła spróbować swoich sił - a powiem, że nawet jak na amatorkę, nieźle jej to wychodzi.
        - Szkoda że przyjechała Pani samochodem - chciałyśmy uczcić to spotkanie ginem ? powiedziałam.
        - Oj! Gdybym wiedziała? - no cóż trudno, pozostała mi w takim razie ta  pyszna herbatka.
Tak więc, my z siostrą sączyłyśmy cierpki trunek z kryształowych szklanek, a nasza znajoma musiała zadowolić się bezalkoholowym płynem. Po chwili plotkowania na różne tematy, postanowiłyśmy mówić sobie po imieniu.
         - Myślę Grażynko, że czas na twoje informacje - podniosłam się z krzesła i podeszłam do pokojowego kredensu na którym stały dwa świeczniki. Zapaliłam świece, w salonie panował już półmrok, zrobiło się naprawdę nastrojowo Usadowiłyśmy się wygodnie na sofie, w kominku leniwie palił się ogień, trzaskające po wpływem żaru drzewo wpływało na nas wyjątkowo kojąco.
Grażyna, zaczęła w końcu swoją opowieść, na którą czekałyśmy z wypiekami na twarzy.

        - To wszystko co usłyszycie teraz dziewczyny, może być prawdą ale może też być tylko przypuszczeniem, że tak właśnie było. Jak to w życiu bywa, plotka przekazywana z ust do ust czasami zmienia fakty. Ale zawsze można z tych wiadomości wyciągnąć przypuszczalne wnioski.
        - Grażynko! Nie trzymaj nas tak długo w niepewności- powiedziałam poprawiając się na sofie - opowiadaj jak to było.
        - Dobrze - więc słuchajcie. Antonina pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Wraz z rodzicami i bratem mieszkali w pięknym dworze, którego niestety nie będziecie miały okazji zobaczyć, bo został  całkowicie spalony w czasie pierwszej wojny światowej. Jak wiemy z historii, takie dwory w tym okresie były wykorzystywane przez stacjonujące tam wojska. W tym właśnie czasie dwór w którym mieszkała rodzina Antoniny zajęli legioniści z pułku Józefa Piłsudzkiego. Nasza szlachcianka miała wtedy jakieś siedemnaście lat. Na piękną dziewczynę zwrócił szczególną uwagę jeden z legionistów - tak opowiadała służba zatrudniona w tym dworze. Młodzi zakochali się od razu w sobie. Chłopak miał niezwykłe zdolności manualne, rzeźbił w drzewie przepiękne figurki dla swojej ukochanej, były to przeważnie ptaki. Dziewczyna była tak zauroczona legionistą, że nie zwracając uwagi na konsekwencje, wymykała się ukradkiem przy każdej okazji, żeby spotkać się z ukochanym. Lecz wojna była okrutna, wojsko otrzymało rozkaz do wymarszu i nadszedł czas na rozstanie. Antonina zapewniona przez chłopaka że wróci tu po nią jak tylko skończy się wojna i poprosi o jej rękę. Na pożegnanie wyrzeźbił  jej piękne serce z lipowego drewna. Kiedy chłopak opuścił dwór, dziewczyna zamknęła się całkowicie w sobie .Ojciec był bardzo zaniepokojony jej zachowaniem, lecz nie domyślał się w żaden sposób co było powodem że córka tak się zmieniła.
Jednak stało się to najgorsze. Po pewnym czasie Antonina uświadomiła sobie że jest w ciąży. Do pewnego czasu, udawało się jej ukryć swój sekret przed rodzicami, ale matka jak to kobieta odkryła tajemnicę swojej córki. To był najgorszy okres w życiu naszej szlachcianki. Wzburzony ojciec aby uniknąć wstydu przed rodziną, wywiózł dziewczynę do ubogich krewnych na czas rozwiązania.
           - Ufff... muszę się napić, bo zaschło mi w ustach - mówiąc to Grażyna    przechyliła filiżankę z niedopitą herbatą.
Kiedy nadszedł czas rozwiązania - kontynuowała - wezwano miejscową akuszerkę. Wszystko właściwie przebiegało dobrze, mieszkające w tym domu kobiety pomagały jak tylko potrafiły w narodzinach dziecka.
Po kilku godzinach urodziła się Konstancja, radość była tak wielka, że dziewczynka przekazywana była z rąk do rąk. I wtedy stało się nieszczęście, jednej z kobiet dziecko wyślizgnęło się z objęć i spadło na podłogę. Na całe szczęście żyło. Natychmiast posłano po okolicznego doktora, który stwierdził na miejscu, że dziewczynka ma złamany obojczyk. Lekarz zaopatrzył złamanie tak jak potrafił, lecz nie zrobił tego profesjonalnie, co okazało się później. Rodzice Antoniny na wieść o porodzie przyjechali po córkę próbując ją przekonać do oddania dziecka bezdzietnej rodzinie. Rozżalona dziewczyna, nawet nie chciała słyszeć o przekazaniu córeczki w adopcję. Zażądała od rodziców części swego spadku, obwiniała ich za to że gdyby została w domu, dziecko przyszłoby na świat w lepszych warunkach i można było uniknąć nieszczęścia jakie ją spotkało. Nie pomogły tłumaczenia ojca i płacz matki że wszystko będzie można jeszcze naprawić, że znajdą jej wspaniałego kandydata na męża i urodzi jeszcze nie jedno dziecko. Antonina jednak była nieugięta.
      - To straszne!- powiedziała Lucyna, dopijając resztą ginu, tak prawdę mówiąc to były okropne czasy - cholerna ciemnota i zakłamanie. Jak można było tak postąpić?
       - To prawda - powiedziała Grażyna - najważniejszy był honor, reszta się nie liczyła.
       - Słuchajcie! Może zrobimy krótką przerwę - powiedziałam, skoczę do kuchni i przygotuję coś na ząb, co wy na to?
W czasie kiedy szykowałam tuńczyka z kukurydzą i majonezem, moją popisową sałatkę, Lucyna z Grażyną wyszły na zewnątrz rozprostować kości.
Przy kolacji zapytałam Grażynę czy ma kogoś znajomego, co mógłby za oczywiście odpowiednią opłatą, doglądać domu w czasie naszej nieobecności.
      - Wanda! Po co mamy szukać, przecież ja z wielką przyjemnością zajmę się twoim dworem i to całkiem za darmo, przecież tu mieszkam i mam samochód.
     - Naprawdę? Podniosłam się gwałtownie z krzesła które z wielkim hukiem przewróciło się na podłogę. Bary wybudzony z drzemki, zerwał się na równe nogi i z podkulonym ogonem, uciekł do salonu.
      - Nie wiedziałam ze jesteś taka narwana - jak tak dalej pójdzie, to zniszczysz wszystkie meble i nie będzie czym się opiekować - powiedziała Grażyna, śmiejąc się przy tym serdecznie.
Po skończonym posiłku, wróciłyśmy do salonu, na dalszą część opowieści.
          - Antonina postawiła na swoim i została u krewnych - kontynuowała nasza znajoma. Konstancja dorastała wśród biednych dzieci, ale nie to było najgorsze, źle zrośnięty obojczyk spowodował duże zniekształcenia kręgosłupa, na plecach dziewczynki pojawiał się garb który z latami się powiększał, a na dodatek tego dziewczynka utykała na jedną nogę. To były najgorsze lata życia Konstancji, okoliczne dzieci śmiały się z jej kalectwa, nazywając ją garbuską i kulawką. Dziewczynka aby uniknąć szykan i drwin, prawie nie opuszczała swego pokoju. Kiedy skończyła dziesięć lat, Antonina, nie mogąc znieść cierpienia swojej córki, postanowiła się wyprowadzić. Zakupiła dworek w odludnym miejscu i kazała postawić wysoki mur w koło domu aby jej córka mogła spokojnie dorastać. Zatrudniła kucharkę i służącą, oraz guwernantkę, która zajęła się jej edukacją.
          - To wszystko wyjaśnia, ta jej ułomność była skutkiem nieszczęśliwego wypadku, a nie jakiejś dziedzicznej choroby, jak z początku myślałam - Lucyna splotła dłonie na kolanach i na moment się zamyśliła.
          - O! Rany! Grażyna spojrzała na zegar - to już dziesiąta?
Faktycznie, nawet nie zauważyłyśmy że czas tak szybko upłynął. Mimo naszych prób nakłonienia jej do pozostania jeszcze jakiś czas, odmówiła. Musiałyśmy się poddać.
Na pożegnanie nasza nowo poznana koleżanka, obiecała ze wróci jeszcze do tej historii, przy następnym spotkaniu. Odprowadziłyśmy ją do bramy. Kiedy samochód ruszył, Bary przeciskając się między moimi nogami puścił się pędem za oddalającym się Srebrnym Nissanem.
           - Bary! - Krzyknęłam przerażona - wracaj!
Ale po psie nie było już śladu, zapaliłam światło na werandzie i wypatrywałam jego powrotu, lecz bezskutecznie. Było już bardzo ciemno, zbliżała się noc, za namową siostry wróciłam do domu zmartwiona zachowaniem Barego.
         - Wróci - Lucyna próbowała mnie pocieszyć ? zobaczysz, że wróci.
         - No, nie jestem tego taka pewna - powiedziałam ze smutkiem w głosie, z nami też tak było, wtedy także pobiegł za naszym samochodem. Jeszcze chwilę stałam w oknie wypatrując uciekiniera, jednak na próżno. Zrezygnowana poszłam do łazienki, chciało mi się płakać, przyzwyczaiłam się do tego sympatycznego psiaka.
        - Wanda - usłyszałam wołanie mojej siostry - długo tam będziesz?
        - Możesz  dać mi chwilę spokoju - powiedziałam łamiącym się głosem.
        - A mogę na moment do ciebie wejść? - Lucyna nie czekając na odpowiedź, uchyliła lekko drzwi, przez które Bary próbował wcisnąć swój śmieszny pysk.
         - O ty powsinogo! Gdzie byłeś? Zawołałam próbując opanować cieknące ze szczęścia łzy.
         - Mówiłam że wróci - powiedziała Lucyna - on tylko jak przystało na dobrego gospodarza odprowadził gościa do domu. Bekso, przestań się już mazać i wychodź z łazienki, bo usnę tu pod  drzwiami tak jak stoję.

10 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-04 20:25:48)

Odp: Spełnione Marzenia

W tę noc, nie mogłyśmy usnąć z nadmiaru wrażeń minionego dnia. Próbowałyśmy sobie wyobrazić ten salon, w którym ponad sto lat temu, mieszkały matka z córką. Lucyna nagle poderwała się z sofy i wyszła do kuchni.
            - Co tam szukasz-? zapytałam zdziwiona jej zachowaniem
            - Zaraz ci pokażę- usłyszałam odpowiedź.
Po krótkiej chwili, wróciła na miejsce z wahadełkiem w ręku. Była dokładnie dwunasta w nocy.
             - Sprawdzimy to miejsce - powiedziała podnosząc rękę do góry z srebrzystym przedmiotem.
              - Zobacz jak szaleje!- siostra wpatrywała się z uwagą w wirujący przedmiot.
              - I co z tego? Spojrzałam na nią ziewając.
              - Uruchom swoją wyobraźnię dziewczyno, takie zachowanie wahadła, świadczy tylko o jednym ,że to miejsce przepełnione jest niesamowitą aurą- kumasz?
Zamknęłam na moment oczy i próbowałam sobie wyobrazić, jakąś scenę z tamtego okresu. Piękna kobieta siedząca na wygodnym wyściełanym fotelu, prowadzi rozmowę ze swoją córką.

**************************************************************************************************************
             - Jak minął  dzień? Konstancjo - czy pani Róża jest zadowolona z twoich wyników w nauczaniu.
             - Tak matko - nawet dziś miałam pochwałę.

W salonie panował półmrok, ciężkie aksamitne zasłony, były zasunięte do połowy dużego salonowego okna. Obok matki, na skórzanej otomanie siedziała dziewczynka. Upięte wysoko włosy perłową klamrą dodawały jej szczególnego uroku. Konstancja była bardzo podobna do matki, ale duże brązowe oczy, wyrażały niesamowity smutek. Wyglądało na to że rzadko się uśmiecha. Poza w której siedziała Konstancja, wskazywała na jakieś problemy w postawie. Dziewczynka miała duże zniekształcenie prawego barku. Jej kolorowa  welurowa sukienka była mocno naciągnięta w jednym miejscu.

            - Jadę dziś do miasta, masz jakieś życzenie?- Chciałabyś dziecko żebym ci coś kupiła? Zapytała matka podnosząc się z fotela.
            - Nie mam żadnych życzeń, matko- odpowiedziała ze smutkiem w głosie dziewczynka.

             -Wanda co ty śpisz? Lucyna położyła rękę na moim ramieniu.
             -Mówiłaś żebym uruchomiła swoją wyobraźni ę- prawda? Właśnie przeniosłam się w czasie i jestem teraz z Antoniną i Konstancją, mówiąc to zamknęłam ponownie oczy. Nagle wyobraziłam sobie ciche pukanie do drzwi.

              - Proszę, powiedziała kobieta.
Do salonu wszedł odświętnie ubrany młody mężczyzna. Jego śnieżnobiała koszula z wysokim mocno wykrochmalonym kołnierzem, znakomicie komponowała się z ciemną karnacją młodzieńca. Całość stroju uzupełniały, kremowe obcisłe spodnie i wysokie do kolan skórzane buty, tak wybłyszczone, że można by było, spokojnie się w nich przejrzeć jak w lustrze.
     
          - Konie zaprzężone, jaśnie pani - powiedział mężczyzna nisko się przy tym pochylając.
Antonina wstała z fotela i zarzuciła na plecy pelerynę w kolorze ciemnej zieleni, która współgrała kolorystycznie z atłasową suknią, o barwie zielonego groszku, przyozdobioną licznymi falbankami.

          - Czy naprawdę nic nie chcesz/ Konstancjo? Bo następna moja podróż do miasta, będzie dopiero za jakiś miesiąc, zastanów się.
Dziewczynka podniosła się z sofy i wyginając nerwowo palce swoich dłoni, spojrzała na matkę.

          - Bo ja..., no... bo ja... chciałabym.. no...
          - A wyduś że dziecko w końcu o co ci chodzi, bo tracę już cierpliwość! Powiedziała matka podniesionym głosem.
          - Jeśli mama pozwoli, to chciałabym kawałek materiału - wyrzuciła z siebie jednym tchem, wystraszona dziewczynka, widząc zniecierpliwienie swojej matki.
           - Aha, to o to ci chodzi? Potrzebujesz po prostu materiału  na nową sukienkę dla swojej lalki? Oczywiście że ci przywiozę, pójdę do pani Adeli, wiesz - tej  co szyje dla nas stroje i poproszę ją o to. Na pewno znajdzie jakieś resztki w swoim magazynie.
           - Klemensie - kobieta zwróciła się do stojącego obok chłopaka ,jaką mamy dziś pogodę? Zapytała.
           - Świeci słońce jaśnie pani i nie wygląda na to że będzie padało ? odpowiedział.
           - Konstancjo proszę cię, wyjdź do ogrodu, jesteś taka blada.
Dziewczynka odprowadziła matkę do powozu i chowając się za wysokim murem obserwowała jak odjeżdża.


**************************************************************************************************************
W salonie panował zaduch, podeszłam do okna aby je uchylić, na kominku dogasały palące się świece. Odwróciłam się żeby je zdmuchnąć i  stanęłam przerażona, świece były zgaszone. Po plecach przeszły mi ciarki - jak to możliwe? Przecież jeszcze przed chwilą się paliły? Wróciłam do sofy i koniecznie chciałam podzielić się tym zjawiskiem z Lucyną, ale ona spała jak suseł z książką w ręku. Jeszcze przez chwilę nasłuchiwałam jakiś odgłosów, jednak oprócz głośnego chrapania Barego nic już nie usłyszałam.
Rano przy śniadaniu, opowiedziałam siostrze co przydarzyło mi się w nocy.
          - Mam na to dwa wyjaśnienia - powiedziała Lucyna dopijając kawę. Świece mogły zgasnąć od podmuchu wiatru, jak otwierałaś okno, albo - ściągnęłaś tu nieświadomie, dusze tych dwóch kobiet.
         - Przestań! Nie wierzę w duchy, choć..... nie przypominam sobie żeby w nocy był wiatr.
          - No właśnie, czyli druga wersja jest jak najbardziej możliwa. Z tego co dowiedziałyśmy się od Grażyny, w tym dworku rzadko gościła radość, raczej sadząc z przekazów nie było to szczęśliwe miejsce. Mieszkała tu przecież samotna, nieszczęśliwa matka z  córką. Odgrodziły się od świata tym wysokim murem, nie przyjmowały żadnych gości. Teraz ten dom tętni życiem, dzięki naszej rodzince. Myślę że te dwie kobiety są ci wdzięczne za to, że ożywiłaś to miejsce, w którym spędziły resztę swojego życia - powiedziała Lucyna.
       - Powiedzmy że masz rację, ale wolałabym osobiście żeby ten dom nie nawiedzały jakieś duchy. No! czas się zbierać, bo daleka droga przed nami- zakończyłam temat.
Po dokładnych sprawdzeniu, czy wszystko jest w porządku, zamknęłyśmy bramę i ruszyłyśmy w powrotną drogę.

11

Odp: Spełnione Marzenia

Pantusiu.
Wpadłam tylko na chwilę. Niestety przez kilka dni nie mogę przyjrzeć się Twoium tekstom. Dziecko mi się poważnie rozchorowało. Jak już wszystko wróci do normy, dam znać

12

Odp: Spełnione Marzenia

Witam moje czytelniczki.
Ponieważ widzę , że mam trochę wyświetleń, mam pytanie.
Czy nadal powinnam umieszczać teksty? bo jeśli to jest nudne, to dam sobie spokój.
Czekam na jakieś odpowiedzi.

13

Odp: Spełnione Marzenia
Agrafka1234 napisał/a:

Pantusiu.
Wpadłam tylko na chwilę. Niestety przez kilka dni nie mogę przyjrzeć się Twoium tekstom. Dziecko mi się poważnie rozchorowało. Jak już wszystko wróci do normy, dam znać

Trzymaj sie Agrafko, mam nadzieję ,że to nic poważnego z twoim dzieciakiem.
Pozdrawiam.

14

Odp: Spełnione Marzenia
pantusia napisał/a:

Witam moje czytelniczki.
Ponieważ widzę , że mam trochę wyświetleń, mam pytanie.
Czy nadal powinnam umieszczać teksty? bo jeśli to jest nudne, to dam sobie spokój.
Czekam na jakieś odpowiedzi.

Wnioskuję z dalszych wyświetleń, że mam do czynienia z gośćmi, czyli.... nawjam dalej.

15

Odp: Spełnione Marzenia

Na nasze nieszczęście padał deszcz, nie miałyśmy ze sobą parasolek i w połowie drogi byłyśmy już całkowicie przemoczone pewnej chwili z piskiem opon, zatrzymał się jakiś samochód. Przez uchylone okno, wyjrzała znajoma twarz poznanego w dniu przyjazdu mężczyzny.
          - Witam panie! Zawołał, jedziecie do Krakowa? Zapytał.
          - Tak! odpowiedziałyśmy prawie jednocześnie.
          - To zapraszam do środka, powiedział otwierając drzwi samochodu.            Właśnie też się tam wybieram, z miłą chęcią zawiozę panie na miejsce.

Zostałyśmy wybawione. Szczerze mówiąc, wizja powrotu busem z przemokniętym psem nie wyglądała optymistycznie. Rozłożyłam dyżurny kocyk na tylnym siedzeniu. Bary wskoczył zwinnie do środka i ułożył się w swojej ulubionej pozie. Lucyna zajęła miejsce obok kierowcy. Po drodze zrelacjonowałyśmy Piotrowi, bo tak miał właśnie na imię nasz znajomy, spotkanie z Grażyną i streściłyśmy w skrócie  historię którą nam opowiedziała. Oczywiście przemilczałyśmy sprawę zgaszonych świec na kominku, żeby nie narazić się na śmieszność. Mężczyźni raczej podchodzili sceptycznie do takich zjawisk, co innego my kobiety obdarzone dużą wyobraźnią, mogłyśmy na różne sposoby interpretować takie wydarzenia.
Zadzwoniłam do Zbyszka że będę wcześniej w domu i żeby po mnie nie przyjeżdżał, bo znajomy podwiezie mnie pod sam dom. Mój mąż nawet się ucieszył z takiego obrotu sprawy, bo rozbierała go właśnie grypa i wolał zostać w domu.
Rozstałam się z Piotrem i Lucyną, która na pożegnanie  szepnęła mi do ucha.
          - Nie uważasz że to dziwny zbieg okoliczności, akurat w momencie kiedy wracałyśmy, pojawił się Piotr - czuję tu opiekę Antoniny, powiedziała mrużąc znacząco oczy.
Zadzwoniłam domofonem, żeby mąż otworzył drzwi, ale nikt nie odbierał. Trochę się zaniepokoiłam, bo przecież miał nigdzie nie wychodzić. Bary pierwszy pokonał przedpokój i pobiegł do męża, który leżał w łóżku przykryty kołdrą po same uszy, i nie patrząc na ubłocone łapy wskoczył na wersalkę, zostawiając brudne ślady na jasnej pościeli.
Przywitania nie było końca. Zbyszek zasłaniał się ze wszystkich stron przed szczęśliwym psem który za wszelką cenę chciał uraczyć go swoimi buziakami.
        - Bary! Krzyknęłam, schodź  natychmiast!
Pies skulił się i z wyrzutem w oczach, opuścił w końcu mojego męża chowając się pod stół. Patrzył na mnie zdziwiony, bo nie wiedzieć czemu pantusia tak go nakrzyczała.
         - No tak, nie było mnie w domu tylko dwa dni, a ty przez ten czas zdążyłeś się rozchorować. Gdzie się tak załatwiłeś?
         - Robiłem przy samochodzie do samego wieczora i nawet nie wiem kiedy mnie zawiało ? wyjaśnił.
Zbyszek pozostał jeszcze dwa następne dni w łóżku, ale dzięki  mojej fachowej  opiece wracał szybko do zdrowia.
W piątek zadzwoniła Grażyna z wiadomością, że jej mąż bardzo chętnie zajmie się dworkiem w czasie naszej nieobecności. Powiedziałam jej, że w sobotę tam będziemy i zaprosiłam ich do siebie na kawę żeby wszystko omówić. Lucyna niestety nie mogła z nami jechać, dostała z wydawnictwa swoją książkę do korekty i musiała się z tym szybko uporać, a takie poprawki zajmują czasami więcej czasu niż napisanie całej książki.
Krzysiek, mąż Grażyny okazał się całkiem sympatycznym facetem. Z rozmowy wynikało że to  dusza towarzystwa. Podczas spotkania zabawiał nas różnymi,  zabawnymi  historyjkami. Nie pamiętam już  kiedy tak się ubawiłam.

Grażyna dopijając resztkę kawy, zaproponowała mi wycieczkę.
        - A gdzie mnie zabierasz?- Zapytałam
        - Niespodzianka- odpowiedziała tajemniczo.
Zostawiłyśmy naszych panów i zabierając ze sobą Barego który stał już w progu drzwi, ruszyłyśmy do samochodu.
Po drodze moja znajoma milczała, co wzbudzało we mnie narastającą w czasie jazdy ciekawość, na myśl o obiecanej niespodziance. W pewnym momencie zatrzymała samochód.
        - Dalej musimy iść pieszo - powiedziała.
Przed nami rozciągała się polna droga, po obu jej stronach mijałyśmy mniejsze lub większe domy. Niektóre z nich wyglądały jak piękne pałace.
W końcu Grażyna zatrzymała się i wskazała ręką, kępkę drzew jakieś parę kroków dalej.
         - Tu mieszkała Antonina - powiedziała.
Podeszłyśmy bliżej. Tak jak nam wtedy opowiadała, z dworu zostały tylko jego marne szczątki. Gdzie, niegdzie można było zauważyć resztki wystającego muru, zarośniętego dzikimi chaszczami.
Patrząc na to opuszczone i zniszczone miejsce, poczułam lekkie ukłucie w sercu. Próbowałam sobie wyobrazić tamte czasy, w których żyła Antonina. To w tym miejscu, ponad sto lat temu, zakochała się w młodym legioniście i to z tego właśnie miejsca rozgniewany ojciec wywiózł ją, kiedy okazało się ze jest w ciąży. Zrobiło mi się jej żal, co musiała wtedy czuć po rozstaniu z ukochanym i jaki  musiała mieć żal do swoich rodziców że tak właśnie z nią postąpili.
         - O czym myślisz Wanda? - zapytała Grażyna.
         - O niej - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Chodźmy już, to miejsce mnie przygnębia - powiedziałam zrywając białą stokrotkę, która rosła między omszałymi kamieniami, pozostałością po zapewne pięknym, murowanym dworze.
W powrotnej drodze moja znajoma miała wyrzuty sumienia, że mnie tam zabrała. Zapewniałam ją, że ta zmiana nastroju nie ma nic wspólnego z jej pomysłem odwiedzenia tego miejsca. Tłumaczyłam się bólem głowy. Oczywiście musiałam skłamać, żeby nie zrobić jej przykrości.
Pożegnaliśmy naszych miłych gości, przyjmując zaproszenie na następne spotkanie w ich domu. Zbyszek poszedł na górę aby uszczelnić okna, a ja usiadłam przy kominku i próbowałam sobie wyobrazić dom w którym dorastała Antonina. Zerwaną stokrotkę wsadziłam do książki, żeby ją zasuszyć na pamiątkę tamtego miejsca, do którego już nigdy nie chciałam wracać.



             ///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
                             

W dworze panował chaos. Żołnierze, przemieszczali się z miejsca na miejsce, rozmawiając przy tym bardzo głośno. Jedni czyścili broń, inni pisali listy do swoich rodzin, a reszta po prostu wypoczywała. Nie wiadomo kiedy przyjdzie czas wymarszu, dlatego każdy z nich wykorzystywał ten postój na swoje potrzeby.
         - Antonino - postawny mężczyzna zwrócił się do krzątającej się w salonie córki.
        - Tak, tatku - dziewczyna dygnęła przed ojcem jak przystało na dobrze wychowaną pannę.
        - Twoja matka jest teraz zajęta w kuchni przygotowaniem posiłku dla naszych żołnierzy. Zabierz więc tacę ze śniadaniem i zanieś do pokoju temu młodzianowi, co to wczoraj miał wysoką gorączkę. Musisz sprawdzić co z nim, bo jeszcze mi tego potrzeba, żeby w moim domu ktoś sobie pomyślał, że jesteśmy bezduszni i niegościnni.
        - Dobrze tatku, już tam idę - powiedziała Antonina zabierając ze stołu przygotowaną już wcześniej przez kucharkę, tacę ze śniadaniem.
Zapukała delikatnie do drzwi - pytając.
       - Czy można? Lecz po drugiej stronie nie było odpowiedzi.
Weszła do pokoju zaniepokojona. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Był bardzo blady, usta miał spierzchnięte od wysokiej gorączki.
Dziewczyna podeszła bliżej i położyła dłoń na wilgotnym czole chorego. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Jego czarne kręcone włosy zlepione były od potu. Chłopak otworzył szeroko oczy i powiedział.
- Czyżbym był w niebie? Bo widzę anioła.
- Mówiąc te słowa, położył swoją dłoń na ręce dziewczyny.
Antonina cofnęła się spłoszona, jej twarz oblała się rumieńcem.
       - Tatko kazał spytać jak się pan dzisiaj czuje - powiedziała drżącym głosem, unikając wzroku przystojnego młodzieńca.
      - Już powiedziałem panienko, czuję się jak w niebie - mając przed sobą anioła.
      - Widzę że wraca pan do zdrowia, przyniosłam śniadanie, czy potrzeba jeszcze czego?- zapytała, zmieszana jego słowami.
     -O tak! Chłopak podniósł głowę z poduszki - proszę tu jeszcze chwilę ze mną zostać.
     - Myślę że nadużywa pan naszej gościnności ,mówiąc to dziewczyna pospiesznie opuściła pokój, zamykając z trzaskiem drzwi. Na moment stanęła w holu i opierając się o ścianę, próbowała uspokoić silne bicie serca.
Dlaczego zrobił na mnie takie wrażenie, myślała schodząc po schodach, już dawno tak się nie czułam, jednak przyznam ze było to przyjemne uczucie, powiedziała sama do siebie.
    - No jak tam nasz chory? Z zamyśleń wyrwał ją głos ojca.
    - Dochodzi do siebie, tatku- gorączka już spadła.
    - To dobra wiadomość moje dziecko, bo już miałem wzywać medyka.

                  /////////////////////////////////////////////////////////////////////////// 

W tym momencie pod wpływem żaru, kawałek palącego się drewna upadł prosto pod moje stopy. Czyżbyś Antonino nie chciała bym poznała twoją tajemnicę? Pomyślałam, podnosząc z podłogi osmalony kawałek drzewa. Dobrze, zostawmy na razie twój rodzinny dom. Zobaczymy teraz, co dzieje się u twojej córki.

16 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-04 21:04:33)

Odp: Spełnione Marzenia

////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Konstancja skończyła właśnie  przyszywać ostatnią  falbanę do wzorzystej sukienki dla swojej lalki Odstawiła igłę z nicią i ubrała lalę, zadowolona ze swojego dzieła. Do pokoju weszła służąca.
        - Pora na kolację panienko - powiedziała.
////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
       
       - A cóż to? Nie jemy dzisiaj kolacji? Zapytał Zbyszek schodząc po schodach.
       - No tak! Pora  już najwyższa, zaraz coś przygotuję, uspokoiłam męża.
Wieczorem oglądaliśmy jakiś film w telewizji, ale był taki nudny, że zabrałam się do czytania książki. Telewizor działał na Zbyszka jak środek usypiający. W połowie filmu, mój małżonek zasnął kamiennym snem. Mnie też kleiły się oczy, odłożyłam książkę i próbowałam zasnąć. Ale przed oczami miałam wciąż tamto miejsce w które zabrała mnie Grażyna. Przeklęte miejsce.
Rano Zbyszek zarządził że trzeba zebrać jabłka. Poszliśmy więc do ogrodu zaopatrzeni w skrzynki które stały w składziku na drewno.
          - Może po obiedzie zrobimy sobie wycieczkę rowerową? Co ty na to?- powiedział mąż, z wysokiej, opartej o jabłoń drabiny.
Przystałam na jego propozycję, mieliśmy okazję zwiedzić okolicę. Samochodem nie wszędzie można dojechać, ale rowerem właściwie w każde miejsce.
Ustaliliśmy wspólnie, że wybierzemy się do lasu. Podczas jazdy na polnej wyboistej drodze, zaczęłam już żałować, że się zgodziłam na tę wycieczkę. Wszystko mnie już bolało, a szczególnie tam gdzie plecy kończą swoją  nazwę. Zatrzymaliśmy się tuż przed lasem. Zsiadłam szczęśliwa z tego nie zbyt, wygodnego pojazdu, masując obolałe miejsce. Bary cały czas nam towarzyszył, tylko od czasu do czasu, znikał na chwilę w gęstym lesie.
          - Jak tu pięknie! Poczułam zapach sosnowych drzew i zielonych jodeł. Rowery zostawiliśmy na małej polance i ruszyliśmy przed siebie. Co jakiś czas Zbyszek z wielkim entuzjazmem oznajmiał mi,  że znalazł grzyby, na które ja prawie weszłam. Po prawie pół godziny, mój podręczny plecaczek zapełnił się, kurkami, prawdziwkami i kozakami. Usiedliśmy zmęczeni na pniu ściętego drzewa i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy tętniącego życiem lasu.
W powrotnej drodze postanowiłam, że poprowadzę rower, bo nie miałam zamiaru już tak cierpieć. Mąż co jakiś czas zawracał dogadując mi, że chyba płynie we mnie błękitna krew, skoro jestem taka delikatna.
I rano znów będę miała zakwasy.
         --Cholera, zaklęłam pod nosem, już nigdy nie dam się namówić na żadną rowerową wycieczkę.
Zbyszek znalazł sobie następne zajęcie, a ja poszłam na ławeczkę do leszczynowego zagajnika

         /////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Na miejscu które teraz zajęłam, siedziała kiedyś Antonina, o czym myślała? Uruchomiłam swoją wyobraźnię i zobaczyłam kobietę trzymającą w ręku tamborek, czyli drewniane kółko, z mocno naciągniętym materiałem. Jej sprawne palce zaopatrzone w igłę z kolorową nicią misternie wyszywały na płótnie prześliczne ornamenty z kwiatów. Tuż obok na zawieszonej między dwoma drzewami, huśtawce, kołysała się dziewczynka tuląc do siebie lalkę.
I niby wszystko w porządku, piękny widok matki z córką, wyglądają na szczęśliwe, lecz to tylko pozory. Antonina co jakiś czas przerywa wyszywanie patrzy na swoją córkę. Na chwilę zamyśla się, czy wspomina teraz swojego ukochanego? Czy on ją jeszcze pamięta? Obiecał ze wróci, obiecał że się z nią ożeni. Wraca do wyszywania, jej palce są w tej chwili niezgrane, kwiatowy ornament nie idzie po wytyczonym torze, widać złość na jej twarzy, zakłuwa się igłą, kropla krwi plami biały materiał. Kobieta odkłada  zniecierpliwiona kółko, po czym już nieco uspokojona, wraca do haftu.
Konstancja, kołysze się na huśtawce, o czym marzy dziewczynka? Jest taka samotna mimo że matka kocha ją nad życie, jednak brakuje jej dzieci, roześmianych dzieci, brakuje jej koleżanki z którą mogłaby się pobawić lalkami.
Jakie to przykre, poczułam napływające do oczu łzy, jakie to tragiczne.
Konstancja zatrzymała huśtawkę, spojrzała w stronę bramy, przed którą podjechał powóz, zerwała się wystraszona i utykając pobiegła w stronę domu nie oglądając się za siebie.
Antonina odłożyła robótkę i podeszła do bramy, za którą stała jej matka.

17

Odp: Spełnione Marzenia

Witam serdecznie mam ogromną  prośbę pisz jak najwięcej i jak najczęściej jak Ci tylko czas pozwala.Czytam twoje opowiadanie z zapartych tchem co będzię dalej pozdrawiam Iwona wierna czytelniczka

18

Odp: Spełnione Marzenia
Puchata5260 napisał/a:

Witam serdecznie mam ogromną  prośbę pisz jak najwięcej i jak najczęściej jak Ci tylko czas pozwala.Czytam twoje opowiadanie z zapartych tchem co będzię dalej pozdrawiam Iwona wierna czytelniczka

Witaj Iwonko.
Dziekuje Ci za ten wpis, już miałam rezygnować z dalszych części. Same wyświetlenia o niczym nie świadczą, można wejść na dany temat, zobaczyć i powiedzieć KICHA!!!  Dlatego zrobiłaś mi wielką przyjemność tym wpisem. Postaram się wklejać nastepne części.
To książka którą zaczęłam pisać jakieś pół roku temu, przerwałam pisanie, nawet nie wiem dlaczego. Nie zawsze mam pomysł co dalej.
Aje jak mnie weźmie, to pisze i piszę, nie zwracając uwagi na nic. Dlatego  dobry redaktor, miałby tu duuuużo roboty. Jak skończę swoją książkę, to zabiorę się za poprawki, na razie mam bardzo wyrozumiałe czytelniczki, za co im serdecznie dziękuję.
Pozdrawiam serdecznie
Wanda

19

Odp: Spełnione Marzenia

Cd.

        - Witaj córko - powiedziała kobieta.
        - Witaj matko - co cię do nas sprowadza ?Zapytała otwierając żelazną bramę.
Obie kobiety weszły do salonu, matka Antoniny, usiadła ciężko na krześle, jej twarz pokryta była licznymi zmarszczkami,  zamaskowanymi  gęstą warstwą pudru. Z spod dużego słomkowego kapelusza, wystawały siwe ale bardzo gęste włosy.
        - Chciałam zobaczyć co u was, jak sobie radzicie? I czy......
        - Radzimy sobie dobrze matko i niczego nam nie trzeba, powiedziała Antonina przerywając matce w pół słowa.
        - Chciałabym zobaczyć wnuczkę - czy mogę?
        -Mario, idź po panienkę - Antonina wydała polecenie służącej.
Po chwili do salonu weszła Konstancja.
       - Dzień dobry babci - powiedziała dygając w stronę starszej pani.
       - Witam cię kruszynko, kobieta ze łzami w oczach przytuliła do siebie swoją wnuczkę. Jak ty wyrosłaś i wypiękniałaś. Jak tam twoje nauczanie? Słyszałam, że robisz duże postępy. Kobieta zadawała pytanie za pytaniem, gładząc dziecko po główce i nie dając możliwości na jakąkolwiek odpowiedź.
       - Uczę się dobrze babciu- dziewczynka w końcu została dopuszczona do głosu, lubię malować i szyć stroje dla moich lalek. Mogę ci zaraz pokazać jaką ostatnio uszyłam sukienkę dla mojej ulubionej laki i nie czekając na odpowiedź, pobiegła pokonując z trudem schody, prowadzące do jej pokoju.
Starsza pani splotła dłonie i ukryła w nich swoją twarz.
        - Boże, westchnęła  matka Konstancji - ona jest taka mądra, to nasza wina, wybacz mi córko - powiedziała, wybacz mi!
        - Czasu nie da się cofnąć matko, ja też kiedyś popełniłam błąd, zawiodłam was! Ale byłam taka młoda. Teraz za to pokutuję i muszę sama płacić za swoje błędy. Jedno wiem, że nie żałuję niczego, nie żałuję, że pozostawiłam swoją córkę przy sobie. Antonina prawie wykrzyczała te słowa, była tak wzburzona ,że nie zauważyła jak w salonie pojawiła się Konstancja.
Dziecko moje, ty nie wiesz wszystkiego, powiedziała matka do córki. Antonino, ty nie wiesz wszystkiego!
Starsza kobieta ocierając łzy, wstała z krzesła i oznajmiła.
        - No cóż myślę, że na mnie już czas. Ojciec twój nie wie że tu jestem. On nie jest taki zły, uwierz mi. On tylko chciał twojego dobra.
- Do widzenia Konstancjo, bądź grzeczna i słuchaj swojej mamy, odwiedzę cię już niedługo. Kobieta przytuliła dziewczynkę, która kurczowo trzymała za sobą lalkę, odzianą w nową, uszytą przez nią sukienkę. Ale babcia ,ocierając tylko łzy chusteczką, wsiadła do powozu i  odjechała.
      - Mamusiu, dlaczego babcia płacze? Czy coś ją boli? Bo nawet nie spojrzała na moją lalkę.
     - Tak córeczko, jak to bywa w jej wieku, pewnie ją coś boli, musimy jej wybaczyć- chodźmy już do domu bo zmierzcha.

                 ///////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Zrobiło się chłodno, wstałam z ławki  żeby przynieść sobie z domu jakiś sweter. Do naszej posesji podjechał czarny samochód.
            - Dzień dobry- usłyszałam.
Podeszłam do bramy przed którą stał dobrze zbudowany mężczyzna.
            - W czym mogę pomóc?- Zwróciłam się do przyjezdnego, otwierając szeroko żelazną bramę.
            - Można zająć chwilkę? Zapytał.
Zaprosiłam gościa do zagajnika i wskazałam miejsce przy stole.
            - Piękna okolica - powiedział rozglądając się w koło, od dawana tu pani mieszka?
            - Od maja - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale czy mogę poznać cel pana wizyty? Zapytałam.
            - Jestem właśnie na kupnie działki i powiem że to miejsce najbardziej by mi odpowiadało, powiedział mięśniak zaciągając się mocno papierosem. Mam dla pani propozycję nie do odrzucenia - zwrócił się do mnie z hollywoodzkim uśmiechem.
Kiepska robota pomyślałam - patrząc na jego śnieżnobiały garnitur zębów, musiał to wykonać jakiś partacz?- stwierdziłam. Zawsze zwracam  baczną uwagę na uzębienie, po prostu skrzywienie zawodowe. Pracowałam w stomatologii dwadzieścia lat i co nieco się na tym znam.
            - Nie rozumiem? Może pan jaśniej?
           
           - Chciałbym kupić od pani tę działkę,  proponuję nie złą sumkę, co pani na to?
Krew uderzyła mi do głowy, zacisnęłam mocno pięści i starając się opanować wzburzenie, powiedziałam.
          - Nie jestem zainteresowana pana propozycją, działka nie jest do sprzedani a- powiedziałam podnosząc się z ławki dając tym do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Myślę że się pan spieszy, wobec tego nie zatrzymuję już dłużej pana - dodałam z przekąsem.
         -Ha, ha, do gościnnych to pani nie należy - mężczyzna spojrzał na mnie wyraźnie rozbawiony. Nie usłyszała pani jeszcze ceny? Mam zamiar postawić tu pensjonat, oczywiście po wyburzeniu tej kupy gruzu, ale niech to będzie moja strata powiedział, machając przy tym ręką. Proponuję  pół miliona, myślę że taka okazja już się pani nie trafi.
       - Kupa gruzu! Krzyknęłam, co sobie pan wyobraża? - kim pan jest? żeby tak mówić. To zabytek, młody człowieku, pewnie kiedy o tym uczyli w szkole, pan wagarował - mam rację?
       - Widzę że mamy gościa, usłyszałam głos męża który właśnie pojawił się na werandzie.
       - Pan właśnie wychodzi - powiedziałam kierując kroki w stronę bramy.
       - No cóż rozumiem, taką decyzję trzeba przemyśleć -  osiłek podniósł się z ławki i sięgnął do portfela. To moja wizytówka, proszę do mnie zadzwonić, jak się pani  zdecyduje. Mówiąc te słowa położył kolorowy kartonik na blacie stołu i ruszył do swojego czarnego  BMW.
Zamknęłam pospiesznie bramę za intruzem i wróciłam do męża. Opowiedziałam mu o celu wizyty naszego gościa, używając przy tym niecenzuralnych słów.
       - Pół miliona? to spora sumka - Zbyszek zapalił papierosa, a co ty na to? Zapytał.
       - Nie było rozmowy! - rozumiesz? - zapomnij. Nawet gdyby to był cały milion, nie mam zamiaru sprzedawać dworu. Chodźmy do środka bo trochę zmarzłam.
Żeby opanować nerwy, zabrałam się za przygotowania do obiadu. Kupa gruzu, znalazł się znawca, tuman cholerny! Mówiłam sama do siebie.
        - Co ty tam mruczysz pod nosem kochanie? Zbyszek podszedł do mnie wyraźnie rozbawiony. Nie złość się, bo to szkodzi urodzi - powiedział przytulając mnie czule. Co jemy dziś na obiad? zapytał, aby rozładować napięcie.
Przez resztę dnia staraliśmy się nie wracać już do tematu. Jednak wspomnienie wizyty tego człowieka nie dawało mi spokoju. Nie podobał mi się, miał wygląd cwaniaczka z grubą forsą, co można było wywnioskować z jego markowego ubrania i grubego złotego łańcucha zawieszonego na owłosionym torsie. Czułam że tak szybko nie odpuści, już widziałam jak wraca tu z grupą podobnych do niego mięśniaków z żądaniem haraczu. Jednak postanowiłam zachować swoje obawy dla siebie, nie chcąc denerwować mojego męża. Wieczorem zadzwoniłam do Lucyny i opowiedziałam jej o porannej wizycie nieznajomego.
         - To mamy pasztet! siostra była mocno zaniepokojona moją relacją. Czy nigdy nie będzie spokoju? Tyle w koło miejsca, a on musiał sobie upatrzyć akurat twoją posesję! Lucyna prawie krzyczała do słuchawki. Wyrzuć po prostu tą wizytówkę i zapomnij o całej sprawie radziła.
Dopiero teraz przypomniałam sobie o małym kartoniku który zostawił mężczyzna. Z telefonem przy uchu, poszłam na miejsce, gdzie leżała pozostawiona przez mężczyznę wizytówka.
        - Jesteś tam? - usłyszałam pytanie w słuchawce.
        - Tak jestem, właśnie sprawdzam kto to taki.
Na wizytówce było zdjęcie samochodu, pod spodem dane właściciela.

                                    Robert Motyka
Komis samochodowy telefon- 686 18 56 19 ul Wiślana 12.
Kupno i sprzedaż samochodów, profesjonalna, obsługa możliwość negocjacji.

         -A to ci się trafił klient, siostra! - nie mogłaś trafić gorzej. Lucyna była wyraźnie zaniepokojona. Coś mi mówi to nazwisko, wydaje mi się jakbym gdzieś czytała o jakiejś aferze samochodowej, ale to może tylko moje przypuszczenia. Jak was będzie nachodził to musicie to zgłosić na Policję, dodała.
       - Mam nadzieję że już tu nie wróci, dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana jego propozycją.
Wieczorem nie mogłam zasnąć, w przeciwieństwie do mojego męża, po którym ta dzisiejsza sytuacja spłynęła jak po kaczce. W końcu zmęczona usnęłam. Tej nocy przyśniła mi się Antonina, była wyjątkowo uśmiechnięta. Wracała właśnie z łąki z naręczem polnych kwiatów. Jej kolorowa, wykonana z delikatnego tiulu sukienka, unosiła się fantazyjnie pod wpływem lekkiego wiatru. Na  spotkanie z kobietą wyszła mała dziewczynka i  utykając na jedną nóżkę, podeszła do matki wyraźnie zadowolona z jej powrotu. Kobieta odłożyła kwiaty i porywając Konstancję w swoje objęcia, zatoczyła koło wokół swojej osi, śmiejąc się przy tym serdecznie. Po chwili postawiła bezpiecznie dziecko na ziemi i trzymając jej malutką rączkę w swojej dłoni, udały się do dworu.

Rano obudziłam się całkiem rozbita, wydarzenia poprzedniego dnia zepsuły mi zupełnie nastrój. Jednak przypomniałam sobie mój sen, był taki optymistyczny, może to jakiś znak od Antoniny, że wszystko dobrze się skończy, była taka spokojna i szczęśliwa. Przyjęłam to jako dobry znak i postanowiłam już o tym na razie nie myśleć.
Wróciliśmy do Krakowa, przez następne dwa tygodnie lało jak z cebra, dlatego uzgodniliśmy z mężem, że odłożymy wyjazd do dworu, jak poprawi się pogoda.
Właściwie zapomniałam już o facecie z komisu samochodowego kiedy zadzwonił telefon.
         - Halo! Robert Motyka z tej strony, czy rozmawiam z panią Wandą?
Ciarki przeszły mi po plecach, nie odpuścił ? pomyślałam. Jak on zdobył mój numer telefonu? ? kurcze mafia jak nic.
        - Tak słucham pana - powiedziałam próbując opanować drżenie rąk.
        - Czy zastanowiła się pani nad moją propozycją? -zapytał.
Przełknęłam ślinę, bo zaschło mi w gardle ze strachu. Muszę coś zrobić, ale co? Uruchomiłam swój mózg na szybkie myślenie.
        -Halo! Jest tam pani - powiedział zniecierpliwiony.
        -Tak jestem panie Robercie, ale muszę pana rozczarować, nie zmieniłam zdania. Dworek nie jest na sprzedaż - powiedziałam. Jednak mam dla pana świetną wiadomość. Zmieniłam zupełnie swój ton, szczebiotałam jak młódka, nie dając mu możliwości dojścia do głosu. Układałam w głowie niewinne kłamstewko. Uznałam, że to było jedyne wyjście aby uśpić jego czujność.
          - Cóż to za wiadomość? - zapytał.
          - Mam dla pana świetne miejsce na pensjonat, jakieś cztery kilometry od mojej posesji. Panie Robercie niech mi pan wierzy, cudowny kawałek ziemi, blisko lasu, wspaniały dojazd -  tam kiedyś stał stary dwór i na pocieszenie nic po nim nie zostało, oprócz kupki kamieni - powiedziałam jednym tchem. Zostanie trochę kasy w kieszeni, którą musiałby pan wydać na rozbiórkę. Czy to nie rewelacyjna okazja? Zapytałam.
        - Hm.. musiałbym to zobaczyć - usłyszałam głos w słuchawce.
       - Oczywiście - udawałam całkiem spokojną, chociaż moje dłonie były mokre z nerwów. Jak tylko poprawi się pogoda, zawiozę tam pana.
       - Dobrze, proszę do mnie zadzwonić, mam nadzieję że nie zmarnuję czasu, bo jestem naprawdę bardzo zajęty. Czekam na telefon - po tych słowach na moje szczęście rozłączył się.
Łyknął przynętę, nie jest źle - pomyślałam.
Teraz muszę tylko znaleźć kogoś do pomocy, sama nie dam rady przeforsować mojego diabelskiego planu, Lucyna niestety nadal była zajęta, a na męża nie miałam co liczyć, bo tylko by wszystko zepsuł. Jest bardzo porywczy i mogło się to skończyć kłótnią. Zadzwoniłam więc do Grażyny i wszystko jej opowiedziałam. Zgodziła się mi pomóc. Ponieważ przestało w końcu padać, uzgodniłam z panem Robertem termin spotkania na niedzielę o godzinie piętnastej.
Moja znajoma przyjechała dużo wcześniej, żeby omówić plan działania.
Kiedy zjawił się  pan Motyka,  mocno zresztą  spóźniony, zaprosiłam go do salonu. Zbyszek przepraszając gości, opuścił nas tłumacząc się obowiązkami. Podałam herbatę w małych filiżankach I świeżutkie kremówki.
Przedstawiłam Robertowi moją przyjaciółkę, który na jej widok zmienił się z lwa w małego kociaka. Zerkał co jakiś czas na atrakcyjna kobietę, zapominając przy tym o dobrych manierach przy stole. Mieszał herbatę srebrną łyżeczką tak głośno, jakby wzywał wiernych na Anioł Pański po czym, oblizał ją i położył na moim czystym obrusie. Ale to nie wszystko, walczył jak lew z wierzchem kremówki, która tańczyła po całym talerzyku, a puder rozsypywał się na wszystkie strony. Boże! - gdzie on się chował? - pomyślałam. Żal mi się go zrobiło, więc postanowiłam przerwać jego cierpienia i dałam sygnał  do wyjazdu. Bary, oczywiście był chętny jechać z nami.
Pojechaliśmy tam dwoma samochodami, ja z Grażyną swoim, a on swoim. Na miejscu moja znajoma powiedziała żeby dać jej wolną rękę, mrugając porozumiewawczo oczami.
Nasz przystojniak wyszedł z samochodu i jak baletnica, próbował omijać, zwały błota, pozostałość po ostatnich opadach. Patrzyłam jak Grażyna zmiękcza naszego mięśniaka.
          - Powiem panu, że to miejsce jest magiczne, jak mam chandrę, to przychodzę tu, siadam i zaraz przychodzi wyciszenie. Niech pan spojrzy na te widoki! - czyż nie jest piękne? - chodźmy tam do góry - mówiąc to chwyciła jego dłoń i ruszyła przed siebie. Pan Motyka był jak w letargu, prawie unosił się niczym motyl podążając za nią. Wcale mu się nie dziwię. Grażynka była naprawdę piękną niewiastą. Na dzisiejsze spotkanie ubrała się na sportowo, miała na sobie białe obcisłe rybaczki, wrzosowy polar z kapturem i liliowe adidasy. Patrzyłam z zazdrością na jej długie, sięgające do ramion blond włosy i niebieskie oczy w ciemnej oprawie, łukowatych brwi. Miała czterdzieści lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Obserwowałam z zaciekawieniem teatr dwóch aktorów, w którym główną rolę grała moja znajoma i byłam pod wrażeniem jej zdolności aktorskich Motyka  ugotowany! Pomyślałam.
        - Robertowi podoba się to miejsce - powiedziała Grażyna, obiecałam, że zaraz pojedziemy do mojej kuzynki, która pracuje w Urzędzie Gminnym i przedstawimy jej sprawę. Wrócisz sama do domu?
Nasz przystojniak jednorazową chusteczką, próbował usunąć błoto ze swoich nowiuśkich adidasów, a my w tym czasie miałyśmy czas aby wymienić parę słów na osobności.
         - Nie boisz się wsiadać z nim do samochodu? - zapytałam zaniepokojona.
         - Spoko, nic mi się nie stanie, pracuję w Policji i mam za sobą szkolenie z samoobrony. Takie grabie -  sory Motyka na pewno mi nie zagrażają - dodała z rozbrajającym uśmiechem.
         - Pracujesz w Policji - nic nie mówiłaś?
         - Ha, ha, a po co miałam mówić? - nie jestem detektywem, tylko policyjnym psychologiem - wyjaśniła.

         - Policyjnym psychologiem? Zbyszek  spojrzał na mnie zdziwiony. A to dopiero nowina! - to jak jej w takim razie poszło z naszym natrętnym kupcem?
          - Znakomicie! - jadł Grażynie z ręki - odpowiedziałam.
Zrelacjonowałam mężowi przedstawienie na którym byłam jedynym widzem. Zbyszek był mocno ubawiony, aż w końcu powiedział.
          - To chyba mamy go z głowy? - możesz być już spokojna o swój dworek, prawda kochanie?
         -  No jeszcze nic nie wiadomo, zależy jak im pójdzie u kuzynki Grażyny. On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, dlatego nie ma się co cieszyć za wcześnie.
        - A Baruś jak się spisywał? Powiedział Zbyszek głaskając natrętnego psiaka, który stęskniony za panem, domagał się pieszczot.
         - Oprócz tego że pogonił kilka zajączków i skopał panu Motyce pokaźną część działki, to był grzeczny- powiedziałam.
Zostań w zagajniku, mąż spojrzał na mnie tajemniczo. Zaraz do ciebie wrócę.
Nie wiedziałam co kombinuje mój małżonek, ale z chęcią przystałam na jego propozycję, z racji tego że pogoda była piękna, a zagajnik dawał zbawienną osłonę przed palącym słońcem.
Zamyśliłam się na moment.....
///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
     -Konstancjo! Jesteś gotowa? Czas na nas, powóz czeka-powiedziała Antonina.
Na werandzie pojawiła się mała dziewczynka, w ręku miała swoją ulubioną lalkę. Była bardzo szczęśliwa. Kochała wycieczki do lasu w towarzystwie matki i swojej guwernantki.
Antonina zabierała córkę często do lasu. Dziecko musiało od czasu do czasu opuszczać mury swojego więzienia. Po każdej takiej wycieczce, wracała z wypiekami na twarzy i pełnymi kieszeniami, leśnych skarbów. Zachwycała się każdym napotkanym zwierzątkiem, słuchała z zaciekawieniem śpiewu ptaków i trudno było ją namówić do powrotu.
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

       - Czy życzy sobie pani do obiadu białe, czy czerwone wino?
Otworzyłam oczy i spojrzałam w stronę męża, który stanął przy stole w kuchennym fartuchu, trzymając w ręku dymiącą wazę, z aromatyczną zupą grzybową.
       - A to ta niespodzianka, cieszyłam się na widok mojego kelnera, bo tak szczerze mówiąc byłam głodna jak wilk, a tu na świeżym powietrzu, apetyt dopisywał mi bardzo, co też było moim utrapieniem w związku z przybywających w zastraszającym tempie kilogramów.
     - Zależy co mamy na drugie? Powiedziałam nalewając zupę do talerza.
     - Pstrąg z grila, proszę pani - odpowiedział
     - To w takim razie poproszę białe schłodzone wino, dodałam zajadając ze smakiem pyszną zupką.
Po południu odwiedziła nas Grażyna. Powiedziała że Motyka jest zdecydowany na kupno tej działki i nie będzie żadnych problemów z załatwieniem formalności. Podobno Robercik wpadł w oko jej kuzynce, która obiecała zająć się w pierwszej kolejności jego sprawą.
        - Dziękuję Grażynko, jesteś wielka!
        - Nie ma o czym mówić - odpowiedziała skromnie, to naprawdę nie było trudne.
Czyli wyglądało na to że problem mam z głowy, poczułam w końcu ulgę. Miałam tylko malutkie wyrzuty sumienia, że wskazałam mu miejsce, które dla mnie było przeklęte. Ale przecież tam ma powstać pensjonat, nie dom dla rodziny, czyli właściwie nic się nie stało. Próbowałam jakoś się usprawiedliwić.
Po odjeździe Grażyny, poszliśmy z Barym na spacer, a Zbyszek w tym czasie wrócił do rozpoczętej wcześniej pracy.
Pies był bardzo szczęśliwy, co jakiś czas przynosił mi pod nogi patyki i czekał aż mu rzucę. Kochał wszelkiego rodzaju dziury w ziemi. Potrafił tak długo kopać aż znikał cały w takim tunelu , ku mojemu przerażeniu. Bałam się
że ziemia kiedyś się osunie i może być problem.
Wracając do domu, zauważyłam Zbyszka na werandzie. Czyżby coś się stało? Pomyślałam.
           - Dobrze że jesteś - musimy wracać do Krakowa ? powiedział
           - Dlaczego? Przecież mieliśmy zostać dłużej, co się stało? - dzwoniła mama, ma jakiś poważny problem z piecykiem łazienkowym i prosiła żebym przyjechał, bo nie może znaleźć żadnego fachowca ? wyjaśnił Zbyszek.
Nie byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. To był już koniec lata i chciałam wykorzystać ostatnie słoneczne dni na wsi. Dość się jeszcze nasiedzę w mieście.
         - To jedź sam, ja nie będę wam tam potrzebna.
         - Chcesz tu sama zostać? Bo ja już dzisiaj nie wrócę, dopiero jutro.
         - Nie zostaję sama, spojrzałam na Barego który odpoczywał po naszej wycieczce. Muszę się powoli przyzwyczajać, nie zawsze będę z tobą, prawda?
         - No dobrze, ja wrócę jutro w południe.
Pożegnałam mojego męża i zamknęłam dokładnie bramę, zostaliśmy z Barym na gospodarstwie. Powoli zbliżał się wieczór, zapaliłam lampę na werandzie i udałam się do salonu. W telewizji nie było nic ciekawego, więc zabrałam się za pisanie mojej książki. Na zewnątrz zerwał się silny wiatr, zamknęłam wszystkie okiennice i wróciłam do pisania. Nagle zgasło światło, salon pogrążył się w całkowitej ciemności. Jeszcze mi tego brakowało, pomyślałam przerażona. Po omacku, natrafiłam na świecznik, dobrze że zapałki były obok. Drżącymi rękami zapaliłam świeczki. W całym domu nie było światła, pierwszy raz tak naprawdę się bałam. Co ja teraz zrobię? Spojrzałam na zegar, dochodziła jedenasta w nocy. Wydawało mi się że ktoś chodzi na górze, słyszałam wyraźnie czyjeś kroki. Boże - dlaczego nie pojechałam do Krakowa, jak ja przeżyję tę noc?
        - Bary -  choć tu do mnie - zawołałam.
Pies leniwie podszedł do mnie, wdrapał się na sofę i wtulił nos pod kołdrę. Teraz było mi już raźniej, jednak mimo wszystko trzęsłam się jak galareta. Na dworze zerwała się prawdziwa wichura. Przytuliłam się do Barego i próbowałam usnąć, ale nie było to łatwe, byłam dosłownie sparaliżowana strachem, cały czas słyszałam jakieś odgłosy na górze. Modliłam się żeby ta koszmarna noc w końcu się skończyła.
       -Antonino, pomóż mi ? wyszeptałam.
I w tym momencie w salonie zapaliło się światło. Poczułam ulgę, czyżby ona mi pomogła? -  nie wiem czy miałam się cieszyć tym zjawiskiem, czy się martwić, że mieszkam z duchami. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to moja wyobraźnia tak działa i nie ma tu żadnych duchów. Zgasiłam szybko światło i zdmuchnęłam świece. Jedyne co przyszło mi do głowy, to położyć się i zasnąć.
Rano uświadomiłam sobie, że spałam w ubraniu, byłam cała zdrętwiała, bo Bary zajął prawie całą sofę. Najważniejsze że jest już ranek i ustał wiatr. Zaparzyłam kawę i usiadłam do komputera. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałam na monitor. Wszystko co wczoraj napisałam gdzieś zniknęło. Pewnie z tego strachu nie nacisnęłam klawisz zapisz. Tylko takie znalazłam wytłumaczenie.

      - No to miałaś niezłego boja, powiedział mój mąż wyraźnie rozbawiony. Chyba nie myślisz ze to Antonina ci pomogła, to tylko twoja literacka wyobraźnia, myślę, że już nie będziesz taka chętna zostać sama, prawda?
     - Na pewno!- powiedziałam.
Mąż wytłumaczył mi że światło zgasło, bo wiatr na pewno uszkodził linię elektryczną.
    - Wandula! Pozwól tu na górę
    - O co chodzi? Weszłam do pokoju który wybrał sobie Piotrek.
    - Chciałem pokazać ci twojego ducha ? Zbyszek wskazał ręką w stronę ściany pod oknem.
W rogu pokoju siedział wystraszony gołąb, na mój widok zerwał się do lotu. Okazało się ze w czasie wczorajszej wichury, dostał się tu przez otwarte okno. Poczułam ulgę, te odgłosy które słyszałam były dziełem tego nieszczęśnika. Mąż złapał ptaka i wypuścił go na wolność, a ja poczułam się trochę zawiedziona, że w tak prosty sposób zostały wyjaśnione moje nocne przeżycia.
Lucyna obiecała, że przyjedzie do nas na dwa dni. Uzgodniłyśmy że zaprosimy Grażynę na dalszą część opowieści z tamtych czasów. Zbyszek postanowił wyjechać do Krakowa żeby zrobić zakupy, tłumacząc się tym, że nic tu po nim w czasie zlotu czarownic.
Grażynę przywiózł Krzysiek i obiecał że przyjedzie po nią o dziesiątej wieczorem.
Zrobiłyśmy sobie odpowiedni nastrój. Zapaliłam jak poprzednim razem świece i usiadłyśmy ze szklaneczkami ginu z tonikiem, czekając na dalsze informacje na temat życia Antoniny i Konstancji.
Wyobraźcie sobie, Grażyna odstawiła szklankę na stół, że podobno zaraz po wojnie, ten chłopak przyjechał do posiadłości Antoniny. Tak jak jej obiecał chciał prosić o jej rękę. Jednak zaborczy ojciec wymyślił historię o jej śmierci, nie dając mu żadnych złudzeń. Biedna dziewczyna, w tym czasie mieszkała u kuzynostwa z córką i nie miała pojęcia że jej ukochany dotrzymał słowa.
       - To straszne! Lucyna postawiła ze złością szklankę na stół rozlewając przy tym przeźroczysty trunek - jak można było tak postąpić!
      -To prawda, ten człowiek nie miał żadnych skrupułów ? powiedziała Grażyna.
       - Czyli  chłopak nie wiedział że ma córkę, a Konstancja nigdy nie poznała ojca - powiedziałam.
       - Na to wygląda, ojciec dopiero na  łożu śmierci, wyznał wszystko Antoninie i przekazał jej listy od ukochanego. Chłopak pisał do niej, ale nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi.
       - Wyobrażam sobie co ona wtedy czuła, jak musiała cierpieć z powodu kłamstw swoich rodziców - powiedziała Lucyna.
       - Powiedz Grażynko dlaczego Konstancja tak młodo zmarła?
W dalszej części opowiadania, dowiedziałyśmy się że, dziewczyna chorowała na gruźlicę, a w tych czasach ta choroba dziesiątkowała ludność, bo nie było odpowiednich leków.
       - Jednak mimo tak krótkiego życia, Konstancja zaznała odrobinę miłości - Grażyna kontynuowała swoją opowieść. Młody lekarz który opiekował się nią w czasie choroby, zakochał się w dziewczynie. To była krótka, ale gorąca miłość. Kiedy Konstancja zmarła, chłopak bardzo rozpaczał, i podobno nigdy się nie ożenił.
      - To takie smutne, Lucyna była bardzo wzruszona, los nie oszczędzał tych kobiet.
      - To prawda, obie były bardzo nieszczęśliwe - powiedziała Grażyna.
Zbliżała się godzina dziesiąta, właśnie pod bramę podjechał Krzysiek. Pożegnałyśmy znajomą i wróciłyśmy do salonu.
Lucyna poszła do łazienki, a ja próbowałam sobie wyobrazić tych młodych ludzi.

///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
     - Jest dzisiaj piękne słońce Konstancjo, zabieram cię na spacer- powiedział  mężczyzna do dziewczyny która czesała swoje gęste rude włosy.
Zakochana para skierowała swoje kroki na polną drogę. Młodzi trzymali się za ręce, byli tacy szczęśliwi. Antonina stojąc na werandzie obserwowała swoją córkę.
Spacer trwał jednak krótko, Konstancja dostała ataku kaszlu, na haftowanej chusteczce, pojawiła się krew. Matka zaprowadziła córkę do jej pokoju i podała jej ciepły napar z lipy.
       - Mamo czy ja umrę? - dziewczyna spojrzała przez łzy na matkę.
      - Wyzdrowiejesz kochanie, wyzdrowiejesz - powiedziała Antonina, ukrywając smutek, jaki malował się na jej twarzy.
Młody medyk usiadł na brzegu łóżka swojej ukochanej i pogłaskał ją po drobnej bladej twarzy. Wiedział że choroba postępuje w zastraszającym tempie, nic nie mógł zrobić, był zupełnie bezradny.
Konstancja czuła się coraz gorzej, już praktycznie nie wstawała z łóżka, aż przyszedł ten najgorszy w życiu dzień. Do salonu wbiegła zapłakana służąca.
    -Jaśnie pani! - panienka nie żyje!
    -Antonina zerwała się z fotela i pobiegła do pokoju córki, dziewczyna leżała nieruchomo na łóżku, wyglądała jakby spała.
    -Boże - dlaczego mi ją zabrałeś? Matka tuliła swoje dziecko, dlaczego?
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Przerwałam swoje rozmyślania, być może tak było? Być może tak właśnie przedstawiała się scena z życia tych kobiet. Nie wiem, ale tak sobie to wszystko wyobraziłam, to było prawdopodobne.
Z werandy usłyszałam wołanie Zbyszka, który rozmawiał przez telefon z Marcinem.
     Mąż oddał mi słuchawkę.
    - Cześć mamuśka, co tam u was?
    - Wszystko w porządku odpowiedziałam, a co u was?
    - Mamo chcielibyśmy z kolegami zrobić sobie pożegnanie lata.
    - To świetny pomysł, powiedziałam- przyjeżdżajcie, wszystko przygotuję.
    - Mamo z całym szacunkiem, ale to nie jest impreza dla was.
Przyznałam Marcinowi rację, młodzi chcieli być sami a nam pozostało spakować się i wrócić do miasta, Nie byłam z tego zadowolona, bo akurat na naszym osiedlu budowali nowy blok. Hałas młotów pneumatycznych i
przekrzykujących się robotników, doprowadzał mnie do szału. Tu na wsi naprawdę odpoczywałam, takiej ciszy na pewno nie zaznam w mieście.
Zostaliśmy w Krakowie dwa dni, które poświęciłam na sprzątanie mieszkania.
W poniedziałek zaraz z samego rana pojechaliśmy z mężem do naszej oazy spokoju. Bałam się co tam zastanę po imprezce moich synów, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Mój kochany dworek zastałam taki jaki zostawiłam. Wszystko było uprzątnięte, tylko dwa worki śmieci wskazywały na to że ktoś tu był.
Bary też kochał to miejsce, tu mógł sobie biegać do woli, a w mieście miał tylko trzy przymusowe spacery. Dlatego jak wracaliśmy na wieś, pół dnia spędzał na dworze i trudno było go zmusić do powrotu.
Usiedliśmy z mężem w kuchni przy kawie, przez okno obserwowałam szczęśliwego psiaka, który zawzięcie kopał dołek w leszczynowym zagajniku.
Nagle usłyszałam przeraźliwy skowyt, poderwałam się z krzesła i razem ze Zbyszkiem pobiegliśmy w stronę zagajnika. Bary szczekał żałośnie, kamienna ława leżała na ziemi przygniatając mu jedną z łap.
      - Spokojnie piesku, spokojnie, zaraz ci pomożemy, powiedziałam przerażona.
Zbyszek usiłował podnieść ciężką ławę, a ja w tym czasie uspakajałam cierpiącego psa. Udało się uwolnić Barego z pułapki. Mąż pobiegł do samochodu po apteczkę, Ułożyliśmy zranioną łapę na małej deseczce i owinęliśmy bandażem. Teraz trzeba było jechać jak najszybciej do weterynarza.
Bary był bardzo dzielny, po drodze tylko cichutko piszczał i próbował sobie lizać bolącą łapkę przez opatrunek.
Na miejscu okazało się że nie jest to złamanie ale pęknięcie. Lekarz założył  opatrunek gipsowy, podał lek przeciwbólowy i zalecił kontrolę za tydzień.
Wróciliśmy do domu, Zbyszek wniósł Barego na rękach i położył na posłaniu. Pies zmęczony nadmiarem wrażeń od razu usnął.
      - Jak to się mogło stać? - zapytałam męża
      - Sam nie wiem, ale ostatnie deszcze pewnie podmyły te ławy, a nasz kopacz zrobił resztę - powiedział
Poszliśmy zobaczyć miejsce wypadku .Kamienna ława leżała na boku, widać było spore pęknięcie, w jednym miejscu odpadł kawałek kamienia.
     - Popatrz! ? ta ława jest w środku pusta - powiedziałam.
     - Faktycznie? To dziwne, wygląda na to jakby była zrobiona z dwóch części, stwierdził mąż.
Spojrzałam na drugą ławę, była inna niż ta uszkodzona. Wykonano ją z całości, a tę drugą ktoś jakby scalił z dwóch części. Próbowaliśmy ją podnieść, w trakcie dźwigania pęknięcie powiększyło się i ława rozpadła się na dwie części. To co ujrzeliśmy, zaparło nam dech w piersiach, w środku leżała żelazna szkatuła.
Moje serce zaczęło bić w nienaturalnym tempie, spojrzałam na męża, był tak samo jak ja, zaskoczony tym odkryciem.
      - Znaleźliśmy skarb? - powiedział.

20

Odp: Spełnione Marzenia

Pantusia, to co piszesz jest swietne!! masz genialny sposob pisania, az chce sie do tego wracac:) pozdrawiam Cie cieplutko, buziaki

16.05.2016 2:12 Majeczka, nasz caly swiat <3<3<3

21

Odp: Spełnione Marzenia

Dzieki mery 90 za te miłe słowa, to dla mnie zielone światło do napisania dalszych części.
Dzisiaj cieszmy się skarbem, a co!!


      - To się okaże ? odpowiedziałam siadając na drugiej ławie.
W ty momencie nie byliśmy w stanie nic zrobić, patrzyliśmy tylko na nasze znalezisko i żadne z nas nie miało pomysłu co dalej. Pierwszy przemówił Zbyszek.
      - Wanda, pada deszcz, musimy wracać do domu
      - Tak masz rację, musimy wracać do domu, powiedziałam.
Mój mąż nie zwracając na mnie uwagi, zabrał szkatułę i skierował swoje kroki do domu, a ja jak potulny baranek podążyłam zaraz za nim. W kuchni rozłożyłam ceratowy obrus na stole, a Zbyszek umieścił na nim nasz skarb, po czym otworzył kuchenny kredens i wyciągnął z niego butelkę dobrego koniaku, oraz dwa kieliszki.
      - Myślę że to szczególna chwila, powiedział napełniając koniakówki złocistym płynem. Za nasze hrabianki! Powiedział i  podniósł kieliszek do góry.
      - Za nasze hrabianki! Odpowiedziałam.
Nie wiem czy lampka mocnego koniaku, czy nadmiar wrażeń, spowodował ze rozbolała mnie głowa. Miałam mieszane uczucia , czy mamy takie  prawo ingerować w tamte czasy, czy mamy takie prawo? Otworzyć tę szkatułę.
Pytania kłębiły mi się po głowie, byłam bezradna, nie wiedziałam co robić.
     - Co dalej spojrzałam na męża? To zabytek, może to gdzieś zgłosimy?
     - O czym ty mówisz kobieto! Co mamy zgłosić! Nasz dworek, nasza ziemia i wszystko co tu jest, to nasze, pojęłaś!
      - Zaraz wracam , idę po jakieś narzędzia żeby to otworzyć, a ty weź się w garść! dodał.
Zostałam na chwilę sama, patrzyłam na żelazną skrzyneczkę, która za moment miała nam ujawnić tajemnicę z prze stu lat.
      - Jestem! Mój mąż wrócił właśnie z małym metalowym dłutkiem i młotkiem.
      - To co? Zaczynamy?
Nie czekając odpowiedzi, Zbyszek zabrał się za otwieranie szkatuły. Patrzyłam na jego zmagania, zamek nie chciał się otworzyć, po chwili coś drgnęło. Wieko pod naporem metalowego dłuta puściło. Chciałam być pierwsza, otworzyłam żelazną pokrywę. W środku był prawdziwy skarb, dwa piękne medaliony, kilka bransolet wykonanych prawdopodobnie ze szczerego złota, parę pierścionków ręcznie robionych, dwa z pięknymi opalami, a reszta z kamieniami których  nie znałam. Otwarłam jeden z medalionów, w środku znajdowało się zdjęcie pięknej dziewczyny, była dojrzała, wyglądało na to że to zdjęcie przedstawia Antoninę. Drugi medalion, przedstawiał zdjęcie małej dziewczynki o gęstych kręconych włosach, to pewnie zdjęcie Konstancji. Ręce drżały mi z przejęcia, miałam przed oczami, wizerunki kobiet które tu kiedyś żyły. Ale było jeszcze coś, na dnie zobaczyłam zwinięty rulon z dobrze wyprawionej skóry, związany   był rzemieniem.
        - A to co? Zapytałam męża
        - Zaraz się dowiemy, odpowiedział i ostrym nożem przeciął supeł skórzanego rzemienia. W środku znajdowały się listy, te z zewnątrz były sklejone i tekst prawie się był rozmył, ale następne, utrzymały się w miarę dobrym stanie. Papier był nieco pożółknięty, lecz można było z powodzeniem odczytać ich treść.
       - No kochana! Teraz już na pewno nie będę miał z ciebie pożytku, te listy odsuną twojego męża na drugi tor ? mam rację? Powiedział Zbyszek przechylając lampkę koniaku.
Jego słowa słyszałam jak z oddali, nie reagowałam, byłam jak w letargu, dla mnie w tym momencie liczyła się tylko Antonina i Konstancja. Dlaczego ukryła to wszystko? Ktoś musiał o tym wiedzieć. Kto pomógł jej w przygotowaniu takiej skrytki? Jaki miała cel by to wszystko tu zostawić? Znalazłam tylko jedno wytłumaczenie na obecną chwilę. Antonina po śmierci swojej córki żyła jeszcze dwa lata, tak przynajmniej wynika z dat na grobowcu. Nie miała żadnych spadkobierców, dlatego postanowiła zostawić swoje kosztowności ludziom, którzy chcieliby zamieszkać w jej dworku. Ale wiedziała że chętnych nie było wielu. Pomyślała, że jeśli ktoś tu zamieszka, będzie próbował odrestaurować dom i wszystko w koło, wtedy dostanie od niej pomoc. Czy mogło tak być? Mogło - odpowiedziałam sobie sama na zadane pytanie.
Włożyłam wszystkie kosztowności z powrotem do żelaznej szkatułki i powiedziałam do męża.
       - Ja mam osobiście dość! Myślę że wrażenia dzisiejszego dnia, sprawiły że nie nadaję się już do niczego, czas do snu, stwierdziłam i nie patrząc na mojego lubego poszłam do salonu. Zbyszek pościelił już nam sofę. Po wieczornej toalecie, położyłam się w świeżej pościeli i usnęłam jak dziecko.
Obudziłam się w środku nocy, zaczęłam się zastanawiać czy to wszystko mi się śniło, czy to możliwe że znaleźliśmy skarb? Przewracałam się z boku na bok, uznałam że nie ma sensu tak się męczyć. Cichutko wyszłam z łóżka i udałam się do kuchni. Zapaliłam lampę naftową, bo elektryczne światło mogło rozbudzić mojego męża i usiadłam przy stole. Spojrzałam na podłogę gdzie stała metalowa szkatuła, to nie był sen, to naprawdę się wydarzyło.
Myślałam co dalej robić. Kiedy to zgłoszę w Gminie, stracę wszystko, stracę przede wszystkim cenne dla mnie osobiście, dwa medaliony z fotografiami kobiet, z którymi tak naprawdę, zżyłam się już od pewnego czasu. Nie wspomnę już o tym, że pieniądze ze sprzedaży tych kosztowności pomogłyby w znacznej części na renowację tego dworku. Zrobiłabym to również dla Antoniny i Konstancji. Pamiętam  jak pisali czasami w gazetach o znalezionych skarbach, które trzeba było zwrócić Państwu, bo to co w ziemi to własność Państwa. Ale ja nie znalazłam tego w ziemi, to zostało ukryte w kamiennej ławie, ktoś miał jakiś cel w tym, żeby tam schować  kosztowności. Zamknęłam oczy i próbowałam podejrzeć tamte czasy, usiłowałam sobie wyobrazić jak wyglądało życie Antoniny po śmierci córki.

//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
       - Klemensie, poproś wszystkich do salonu, chciałabym wam coś oświadczyć- powiedziała kobieta w czerni.
Antonina usiadła w głębokim wyściełanym  fotelu, była bardzo blada, jej podpuchnięte i zaczerwienione oczy, wskazywały na to że często płakała. Do salonu prawie bezszelestnie, weszli wszyscy którzy mieszkali w tym dworku. Dwie służące, kucharka, guwernantka i Klemens stangret.
     - Wezwałam was tu - powiedziała ze smutkiem w głosie Antonina, bo jak wiecie sami, po śmierci mojej kochanej córki, nie potrzebuję już waszej pomocy. Jestem bardzo z wami związana, ale teraz zostałam sama i wystarczy mi jedna z was i Klemens. Myślę że Maria zostanie ze mną, bo to ona do ostatniej chwili życia mojej córki była przy niej. Oczywiście każda z was dostanie odpowiednią odprawę na dalsze życie. Wiem że, że znalezieniem sobie innej pracy nie będziecie miały żadnego problemu, bo ja byłam bardzo zadowolona z waszych usług.
W salonie panowało milczenie, nikt z obecnych nie odezwał się ani słowem, tylko Maria, ocierała łzy chusteczką, starając się ukryć swoje wzruszenie i płacz.
       - Jutro Klemens odwiezie was do waszych rodzinnych domów. Po tych słowach Antonina wstała z fotela i podchodząc do każdego po kolei, wręczała zwitek banknotów, dziękując za dotychczasowa pracę.
Salon opustoszał i kobieta została sama. Wszyscy wiedzieli, że teraz nie należy jej przeszkadzać, ze trudno było jej podjąć taką decyzję, ale to musiało kiedyś nastąpić. Antonina podeszła, do sekretarzyka i wyjęła z niego plik listów, który przytuliła do piersi, mówiąc.
       - Kochany, dlaczego tak szybko ze mnie zrezygnowałeś? Dlaczego tak szybko się poddałeś. Czekałam na ciebie, czekała na ciebie twoja córka. Dlaczego tak łatwo uwierzyłeś mojemu ojcu?
////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Do kuchni wszedł zaspany Zbyszek, usiadł przy mnie i położył dłoń na mojej ręce.
      - Nie miała baba kłopotu, to znalazła skarb - powiedział
      - To prawda, nie mogę się jeszcze oswoić z tym wydarzeniem ? stwierdziłam. To wszystko jak na razie mnie przerasta, ale jedno wiem, nie oddam nikomu tego, co uważam że zostało dla nas przeznaczone.
      - Nareszcie! W końcu zrozumiałaś, że to jest przeznaczenie ,że to ty właśnie odnalazłaś to miejsce i to właśnie tobie należy się ten spadek - powiedział mąż. Chodźmy spać, bo rano będziemy nieprzytomni. Jutro też jest dzień.
Zaraz po śniadaniu zadzwoniłam do Lucyny. Moja siostra piszczała ze szczęścia do słuchawki i obiecała, że zrobi sobie dwa dni odpoczynku i jak najprędzej do nas przyjeżdża. Zawiadomiłam też Marcina i Piotrka, obiecali że postarają sobie załatwić na jutrzejszy dzień urlopy i zaraz po pracy przyjadą. Ja rzuciłam się w wir kulinarnej pracy, miałam mieć przecież gości, a tak poza tym, tylko takie zajęcie pomogło mi oderwać się na chwilę od wydarzeń z wczorajszego dnia. Pierwsza przybyła Lucyna, rzuciła mi się na szyję i powiedziała.
      - Ja to czułam, ja czułam że tu są dobre fluidy, śmiałaś się z mojego wahadełka, jednak coś w tym jest - dodała.
      - Siostra te twoje fluidy, to dla mnie jak na razie kłopot.
       -Kłopot? O czym ty mówisz! znalazłaś skarb dziewczyno, nie ważne ile jest wart, znalazłaś skarb! - dochodzi to do ciebie? -  czy tak często ludzie coś znajdują. Skarby znajduje się w bajkach, a ty jesteś w posiadaniu znaleziska z przed stu lat, w obecnych czasach, więc nie pojmuję czym ty się martwisz. Dobra, pokaż mi to, bo pęknę z ciekawości.
      - Musimy jeszcze chwilę poczekać - ostudziłam szybko zapał mojej siostry, zaraz przyjadą chłopcy, zrobimy to jak będziemy wszyscy w komplecie.
      - Biedny Baruś, Lucyna podeszła do psa, który kuśtykając próbował ją przywitać. Narobiłeś niezłego bigosu swojej pantusi - powiedziała głaszcząc go po karku.
      - A o której mają być chłopcy?
     - Myślę że do godziny, powiedziałam zapraszając siostrę do salonu.
Zbyszek zajął w tym czasie Lucynę rozmową, a ja kończyłam właśnie obiad.
      - Przyjechali! Zawołała Lucyna.
      - Cześć chłopaki, dobrze że już jesteście. Wasza ciotka ma chyba dwieście ciśnienia - dodałam.
Marcin z Piotrkiem po przywitaniu się ze wszystkimi, usiedli w kuchni.
     - Co takiego stało się mamo, że tak alarmujesz? Zapytał Marcin.
     - Co takiego się stało? - wasza matka jest w posiadaniu skarbu - powiedziała moja siostra.
     - Skarbu! Piotrek aż podniósł się z krzesła.
     - To prawda, ale to nie ja go znalazłam, tylko Bary, powiedziałam stawiając kufer na stole. Drżącymi rękami otworzyłam wieko i powoli zaczęłam wyciągać biżuterię na stół.
Lucyna była w swoim żywiole, znała się na biżuterii. Wiedziałam że zaraz dowiemy się coś na temat tych cacek z końca XIX wieku.
Pierwszym eksponatem był,  duży owalny pierścień z opalem, opleciony wianuszkiem błyszczących kamieni umieszczonych w koronkowej oprawie z białego złota.
     - To takie piękne! Lucyna nałożyła pierścień na palec swojej ręki i podniosła ją do góry. Pokaż dalej, zwróciła się do mnie, odkładając pierścionek na stół.
Teraz przyszła kolej na medaliony.
Wypukła część tych wisiorów wykonana była z emalii kobaltowej, oprawionej w srebro i ozdobionej kilkoma sztukami malutkich diamencików. Po otwarciu zobaczyliśmy zdjęcia. Jedno przedstawiało twarz dojrzałej kobiety. Jej oczy wyrażały smutek, ale były naprawdę piękne i tajemnicze. Włosy miała upięte wysoko nad czołem, poprzetykane, drobnymi koralikami i ozdobnymi spinkami. Drugi medalion wykonany tą samą techniką, zawierał zdjęcie małej dziewczynki o pucołowatych policzkach. Drobne loczki wystawały z pod koronkowego kapelusika .Dziewczynka ze zdjęcia uśmiechała się, w przeciwieństwie do swojej matki. Podałam Lucynie jedną z brosz, nikt z nas nie mógł wydobyć z siebie głosu. Siedzieliśmy jak zaklęci i słuchaliśmy Lucyny z zapartym tchem.
        - Wykonana jest z czarnej emalii i ozdobiona motywem floralnym. To styl sztuki panujący w XIX wieku. Te ornamenty składające się przeważnie z kwiatów, ptaków i motyli, stosowano najczęściej w produkcji biżuterii- wyjaśniła Lucyna.
Przyszła kolej na naszyjnik z małych perełek ze złotym zapięciem był bardzo delikatny perełki nawleczono na złoty sznurek, drugi natomiast wykonany był prawdopodobnie z białego złota, lub platyny techniką Sutasz, zaraz wyjaśnię- powiedziała Lucyna. Metoda Sutasz oznaczała tak zwany haft sutaszowy, w jedwabne sznureczki wplatano różnego rodzaju koraliki i kryształki. Słowo soutache pochodzi z francuskiego i oznacza pleciony sznurek.
         - Słuchajcie, zwróciłam się do rodziny, może zrobimy przerwę, co wy na to?
        - Szczerze mówiąc to zgłodniałem powiedział Piotrek i wstał aby rozprostować kości.
       - To są właśnie chłopy - powiedziała Lucyna, tylko brzuch ich interesuje, zero romantyzmu i szacunku do sztuki ? dodała.
       - Mamy czas siostra do wieczora, emocje trzeba sobie dawkować, a  z pełnym brzuchem będzie łatwiej, prawda?
       - Poddaję się, co tam masz na ząb? Powiedziała
       - Zapraszam na ruskie pierogi, jesteście za?
Wszyscy byli zgodni, że po moich pierogach zgłębianie tajemnicy z przed stu lat będzie łatwiejsze. Przy obiedzie prowadziliśmy ożywioną dyskusję  na temat znaleziska. Byliśmy zgodni co do tego, że skarb należy do właściciela tej posesji.
        - To co? Wracamy do lekcji historii - powiedziałam do rodzinki.
Usiedliśmy ponownie do stołu. Teraz przyszła kolej na bransoletę, była szeroka, pokryta niebieską emalią i ozdobiona drobnymi kryształkami. Lucyna podniosła ją do góry i przyglądała jej się z uwagą.
       - Jeśli myślicie że to diamenty, to was muszę rozczarować. To markazyty, naturalne minerały, i tu  ciekawostka - kamienie te są bardzo wrażliwe na wilgoć, jeśli nie będą odpowiednio zabezpieczone, potrafią się zamienić w kupę pyłu. Sama nie wiem jak przetrwały tyle lat nienaruszone, ale może to nastąpić teraz jak ujrzały światło dzienne. Biżuterię z tymi kamieniami nosiły osoby wrażliwe. Słyną z tego że poprawiają jasność umysłu, zwiększają koncentrację, poprawiają pamięć, sprzyjają relaksacji i dają odprężenie - Powiedziała Lucyna.
      -  Czy myślisz że te błyszczące kryształki rozsypią się w pył? Zapytałam.
      - To całkiem prawdopodobne, ale bądźmy dobrej myśli że tak nie będzie, siostra odłożyła bransoletę i wyjęła kilka pierścionków. Każdy z nich wykonany był z cyzelowanego złota, jak wyjaśniła Lucyna.
Jeden z nich miał oczko z różowego korala wtopionego w kwiaty, utworzone z malutkich kryształków. Był bardzo delikatny. Drugi podłużny z oczkiem z ametystu, które zajmowało właściwie całą powierzchnię pierścienia. Jak żyję nie widziałam tak dużego ametystu, był naprawdę okazały. Reszta pierścionków miała turkusowe oczka i malutkie opale.
Sięgnęłam do kufra, przyszedł czas na skórzany zwitek.
       - A to co? Zapytała Lucyna.
Ręce trzęsły mi się z przejęcia, rozwinęłam rulonik. Były to listy pisane przez niejakiego Marcela. Pisał do Antoniny, zapewniał ją o swojej miłości, obiecał że jak tylko wojna się skończy to przyjedzie do jej rodziców prosić o jej rękę. W jednym z nich pisze że został ranny i leży w szpitalu polowym. Był też list przepełniony żalem, że nie ma od niej żadnych wieści. Moją uwagę zwrócił rulonik związany cienkim rzemykiem zatopionym w laku. Rozerwałam sznurek i rozwinęłam list.
     - Posłuchajcie! Zawołałam - mamy rozwiązanie naszych obaw co do skarbu.
List pisany był kobiecą ręką, różnił się od listów chłopaka stylem i charakterem pisma.
Głos mi drżał jak czytałam jego treść.

22

Odp: Spełnione Marzenia

No nie kobieto zawału dostanę jak będziesz tak w najciekawszym miejscu przerywać ,żartowałam ale czytam dalej z zapartym tchem jak odcinki w gazecie trzeba czekać .Tylko ja strasznie niecierpliwa jestem .Mówiąc poważnie coraz lepsza ta twoja opowieść .Pisz dalej pióra ni atramentu nie żałuj pozdrawiam Iwona jeszcze bardziej wierna czytelniczka

23

Odp: Spełnione Marzenia

Ja też jestem Twoją czytelniczką i też Cię wiernie czytam smile Super ciekawie piszesz !!!

24

Odp: Spełnione Marzenia

Pantusiu, Kochana, ja taki offtop leciutki, skonczysz opowiadanie o przygodzie z Wloch?? buziaczki

16.05.2016 2:12 Majeczka, nasz caly swiat <3<3<3

25 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-08 06:07:10)

Odp: Spełnione Marzenia

Dzękuję bardzo wszystkim moim czytelniczkom, hi, hi, ładujecie moje akumulatory. A może jeszcze ktoś się tu wpisze, to bedę miała większą motywację do dalszego pisania.
Merry, postaram się, dziś po pracy zakończyc moje wspomnienia z Włoch, obiecuję!!!
A teraz, wracam do mojego dworku.

****************************************************************
                                                                                                  5 sierpień 1939 r.
Moje życie dobiega końca, po śmierci Konstancji, zostałam zupełnie sama. Nie doczekałam się spadkobierców, dlatego piszę do tego kto znajdzie list. W tym domu wraz z córką spędziłam szczęśliwe chwile, był dla nas oazą spokoju, fortem który chronił naszą prywatność. Moim pragnieniem i ostatnią wolą jest, by to miejsce przetrwało następne pokolenia, aby w tym domu panowała radość, aby słychać było śmiech narodzonych tu dzieci, ten dom powinien być schronieniem dla szczęśliwych ludzi. Pozostawiam część moich kosztowności, dla tych co będą  tu kiedyś mieszkać. Niech wam służy na wiele lat.
                Antonina Bilewska
 
Zapanowało milczenie, nikt z obecnych nie odezwał się ani słowem.
Przemówiłam pierwsza, z trudem próbowałam sklecić jakieś normalne zdanie, lecz wzruszenie i łzy spowodowały, że był to jakiś niezrozumiały bełkot.
          - Wanda, spokojnie ? Lucyna pogłaskała mnie po ramieniu.
Wzięłam się w garść, wytarłam oczy i powiedziałam.
          - Pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam tu z agentem nieruchomości, od razu wiedziałam, że to jest to. Chciał mi pokazać jeszcze inne miejsca, ale ja  czułam się tak, jakby jakiś magnes przyciągnął mnie do tego dworu. Kiedy powiedział, że ma jeszcze kilku chętnych na tę posiadłość, zaproponowałam zaliczkę. Resztę już znacie, a szczególnie ty mężu. Przeszłam ciężką drogę, kosztowało mnie to wiele nerwów, ale jak widać moje przeczucia opłaciły się.
        - Nie rozumiem, przecież zgodziłem się - powiedział Zbyszek.
        - Tak, to prawda, po tygodniowych cichych dniach - czyż nie mam racji?
        - Mamuśka, daj spokój, co było to było, dworek nie wyglądał na początku tak jak to sobie wyobrażał ojciec. Zresztą my z Piotrkiem mieliśmy podobne zdanie, myśleliśmy  że wydałaś pieniądze na marne - powiedział Marcin.
Mój syn miał rację, dwór na początku nie wyglądał najlepiej. Dlatego dałam spokój i wróciłam do rzeczywistości.
        - No dobrze , co dalej?  Zapytałam.
        - Mam pomysł - powiedziała Lucyna. Wiesz że przyjaźnię się z pewnym kolekcjonerem starej biżuterii. Karol jest znawcą, ma totalnego bzika na punkcie staroci, zaraz do niego zadzwonię. On da wszystkie pieniądze za te cudeńka - co ty na to siostra?
         - Jestem za, ale jeszcze nie teraz, chciałabym nacieszyć się moim spadkiem, odłóżmy to na inny czas, okey?
         - To co! czas  na szampana - powiedział mój mąż i wyciągnął butelkę schłodzonego trunku. Żono! Masz jakieś szkło?
Oczywiście że miałam, te szampanówki dostałam w prezencie od moich synów na czterdzieste urodziny. O matko kiedy to było? Jeden stłukłam już w tym samym dniu, ale zostało jeszcze pięć, prawie dla nas.
Mąż precyzyjnie otworzył korek, i nalał  musujący napój wszystkim po równo.
         - Wznoszę toast, za naszą spadkobierczynię!
W tym dniu czułam się jak gwiazda, Lucyna robiła zdjęcia, ubierała mnie w biżuterię, ja oczywiście zaciekle broniłam się,  tłumacząc że nie mam fryzury i odpowiedniego stroju. Ale ona sprowadziła mnie zaraz na ziemię.
       - Siostrzyczko kochana, to nie o ciebie tu chodzi, tylko o prezentację tych pięknych wyrobów, to tak jakby je umieścić na manekinie.
      - Dzięki za porównanie, zawsze byłaś szczera do bólu - powiedziałam.
- Hi, hi, Lucyna zaśmiała się szczerze - to przecież żart, chodzi mi o to żebyś miała pamiątkę siostra.
- No to jesteś bogata, to znaczy jesteśmy bogaci - powiedział Zbyszek.
To fakt, dzięki Antoninie moje życie nabrało barw. Miałam już środki finansowe na remont dworku. Nie wiedziałam tak naprawdę ile to wszystko jest warte, ale na pewno starczy na drobne naprawy.
      - Lucyna, wybierz sobie coś dla siebie, zwróciłam się do siostry.
      - No co ty! Naprawdę?
      - Oczywiście, należy ci się jakiś procent, co chciałabyś sobie wybrać - powiedziałam do zaskoczonej siostry.
Lucyna z wypiekami na twarzy, nawinęła sobie na dłoń naszyjnik z pereł i spojrzała na mnie mówiąc.
      - Wiesz że kocham perły, czy mogę zatrzymać ten naszyjnik? Zapytała.
      - Jest twój, skinęłam głową, ale z tego co wiem, nie powinno się darować
pereł, podobno przynoszą nieszczęście.
      - Dzięki siostra! Lucyna rzuciła mi się na szyję i tak mnie ściskała że aż zabolało, chyba nie wierzysz w zabobony - powiedziała przesuwając mleczno białe koraliki między palcami.
     - Dosyć! Bo mnie udusisz - krzyknęłam próbując uwolnić się z jej objęć- pamiętaj że cię ostrzegałam.
     - Teraz kolej na was chłopaki, wybierzcie sobie pierścionki dla swoich wybranek. Myślę że już czas na zaręczyny i zalegalizowanie waszych związków.
     - Dziękujemy mamo! Powiedzieli prawie jednocześnie. Piotr wybrał pierścionek z turkusem  dla Marzenki, wyjaśniając że będzie pasował do jej niebieskich oczu, a Marcinowi spodobał się jeden z pierścionków z opalem, był bardzo delikatny. Agnieszka była drobną dziewczyną, miała delikatne drobne dłonie, więc duży pierścionek źle by wyglądał na jej palcu.
Przyznam że moi synowie mają gust, sama też bym tak wybrała.
Po obdarowaniu całej rodzinki, schowałam wszystko z powrotem do kuferka i zaproponowałam spacer. Ostatnie promienie słońca zachęcały do wyjścia na zewnątrz. Bary był bardzo zawiedziony, że nie zabieramy go ze sobą, ale jego kontuzja nie pozwalała na forsowanie chorej łapy. Po drodze rozmawialiśmy cały czas o spadku. Ja snułam plany, od czego najpierw zaczniemy, po spieniężeniu biżuterii. Zdecydowałam że musimy wykończyć pokoje na górze, to teraz najważniejsze. Moi synowie z zadowoleniem przyjęli moją decyzję. Zaproponowałam żeby rozejrzeli się za meblami, ale zaznaczyłam że mają to być meble z tamtego okresu, bo dworek musi być taki, jaki był w czasach kiedy żyła Antonina.
Wieczorem zorganizowaliśmy ognisko. Lucyna pojawiła się z perłami na szyi.
         - To profanacja sztuki, powiedziałam. Bawełniany podkoszulek, zielony polar i sztruksowe spodnie gryzły się z delikatnymi perełkami.
         - No co? Wyobraź sobie ze jestem w wieczorowej sukni - powiedziała Lucyna głaszcząc naszyjnik z pereł.
         - To ja też coś założę na dzisiejszy wieczór - oznajmiłam wszystkim i pobiegłam do domu. Z kuferka wyjęłam medalion ze zdjęciem Antoniny. W chwili kiedy założyłam go na szyję, poczułam dziwny przypływ energii. Gwar dobiegający z zewnątrz nagle ucichł, stałam w salonie który był zupełnie inaczej urządzony. Na otomanie wyściełanej welurem w kolorowe kwiaty siedziała kobieta ze zdjęcia. Gestem ręki zapraszała mnie do siebie. Usiadłam obok niej. Antonina coś do mnie mówiła, lecz nic z tego nie rozumiałam. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. W pewnym momencie położyła swoją dłoń na mojej, poczułam dziwny chłód. Kobieta nagle wstała i podeszła do czarnej toaletki z dużym owalnym lustrem. Na błyszczącym blacie stało kilka kryształowych flakoników, dwie pudernice z masy perłowej i kilka pędzelków do pudru. Zabrała jeden z flakoników i podeszła do mnie. Otwarła korek ze złotym pomponikiem i zwilżyła palec perfumami. Podeszła do mnie uśmiechając się, wilgotnym palcem musnęła mnie w okolicy skroni. Poczułam delikatną woń perfum, pachniały fiołkami.
       - Wanda, dobrze się czujesz? Usłyszałam głos męża.

Znalazłam się z powrotem w moim salonie, wszystko w jednym momencie rozmyło się jak bańka mydlana.
     - Tak, odpowiedziałam, wszystko w porządku, starałam się ukryć moje podniecenie - wracamy na ognisko.
     - Co ty tam tak długo robiłaś? - zapytała Lucyna.
Nie był to czas ani miejsce, żeby opowiedzieć wszystkim co wydarzyło się przed chwilą. Sama zastanawiałam się czy moja bujna wyobraźnia tak zadziałała, czy jednak ostatnie wydarzenia spowodowały że powinnam udać się do lekarza.
Lucyna podeszła do mnie i powiedziała.
     - Siostra, masz ładne perfumy, pachną fiołkami.
Tego było już za wiele jak dla mnie, zakręciło mi się w głowie, patyk z nabitą kiełbasą wpadł do ogniska.
     - Nic się nie stało - powiedział Zbyszek widząc moją żałosną minę. Weź moją, jest dobrze upieczona.
Kiedy panowie wygaszali ognisko, ja z Lucyną usiadłam na werandzie i wszystko jej opowiedziałam.
      - To fascynujące! I wcale nie uważam że masz problemy z psychiką - powiedziała Lucyna. Przecież do dziś nie wyjaśnione są zjawiska paranormalne. Czyż nie czytałaś wiele razy o nawiedzonych przez duchy domach? O wzywanych egzorcystach którzy pomagają uwolnić zbłąkane dusze? To całkiem prawdopodobne, że tym dworem opiekuje się duch Antoniny, na twoje szczęście to dobry duch.
    - Czy naprawdę czujesz te perfumy? Zapytałam.
Lucyna przysunęła się bliżej.
    - Teraz nic nie czuję, ale zapewniam cię że tam na ognisku wyraźnie pachniałaś fiołkami - powiedziała.
    - Jakieś kiepskie te perfumy, skoro tak krótko pachną, powiedziałam.
    - A co ty byś chciała, Lucyna była bardzo rozbawiona, przez tyle lat pewnie wywietrzały.
Marzyłam teraz tylko o łóżku, zresztą wszyscy byli zgodni co do tego, że czas do snu.
Rano Marcin z Piotrkiem pożegnali się z nami i ruszyli w powrotna drogę. Lucyna postanowiła zostać do obiadu. Chciała zrobić jeszcze kilka zdjęć biżuterii dla znajomego kolekcjonera. Po południu Zbyszek podrzucił ją do busa.
         - Dam ci znać co załatwiłam z Karolem, powiedziała Lucyna wsiadając do samochodu.
Wieczorem zadzwoniła Magda, moja siostrzenica.
        - Część ciociu, mama jest w szpitalu, miała wypadek.
        - Boże! Dziecko o czym ty mówisz? Co się stało!
        - Bus którym wracała do domu zderzył się z osobowym samochodem, nikt nie zginął na szczęście, mama jest trochę poobijana, jednak zatrzymali ją na obserwację, bo uderzyła się w głowę.
         - Jezu! Zawołałam do słuchawki, ostrzegałam ja przed tym naszyjnikiem, to mówiła że to zabobony.
         - Nie rozumiem - powiedziała Magda, co ma wspólnego jakiś naszyjnik.
         - Mama wybrała sobie naszyjnik z pereł, ostrzegałam ją że darowane perły przynoszą nieszczęście, to mnie wyśmiała - wyjaśniłam.
         - Ciocia, ty taka inteligentna kobieta, wierzysz w te bzdury?
         - Możesz sobie myśleć co chcesz, możesz mnie uważać za ciemną babę, ja tam wiem swoje. W którym szpitalu mama leży? Zaraz do niej jadę.
        - W szpitalu Żeromskiego, o której będziesz? Zapytała.
        - Już się zbieram, spotkamy się na miejscu.
Zbyszek bardzo się zmartwił wiadomością jaką mu przekazałam, obiecał odwieść mnie do busa, musiał zostać w domu, bo odnawiał właśnie komodę i położył pierwszą warstwę politury.
Po drodze kupiłam kilka kolorowych czasopism, owoce i wodę mineralną. Szybko odnalazłam salę w której leżała moja siostra. Kiedy ją zobaczyłam to nie mogłam opanować płaczu. Miała owiniętą bandażem głową i podsiniałe oczy.
       - Siostra, mój Boże, jak to się stało? Zapytałam siadając na brzegu łóżka.
       - Sama nie wiem, czytałam wtedy książkę.
       - Gdzie masz te perły?- zapytałam.
       - W torebce, a co chodzi? Lucyna spojrzała na mnie zdziwiona.

26

Odp: Spełnione Marzenia

A, jeszcze na koniec, zanim wyjdę do pracy.
Jak myślicie, drogie Panie, czy, po dokładnych poprawkach, można to wysłać do jakiegoś wydawnictwa.

27

Odp: Spełnione Marzenia

Ja myślę, że taaak smile Skoro się Ciebie dobrze czyta, to dlaczego nie ? Próbuj i nawet nie jednego ale kilku wyślij ! Piszesz bardzo fajnie i ja już się uzależniłam, żeby tu wpadać i czytać dalsze części. Po wyświetleniach widać, że nie tylko ja smile

28 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-08 17:25:40)

Odp: Spełnione Marzenia
Blair32 napisał/a:

Ja myślę, że taaak smile Skoro się Ciebie dobrze czyta, to dlaczego nie ? Próbuj i nawet nie jednego ale kilku wyślij ! Piszesz bardzo fajnie i ja już się uzależniłam, żeby tu wpadać i czytać dalsze części. Po wyświetleniach widać, że nie tylko ja smile

Dizęki, Blair 32. Będzie mała przerwa, jeszcze nie teraz, ale kończy mi się tekst i muszę napisać co dalej Trochę to potrwa.

Cd.
- Wycofuję się z darowizny, te perły trafią do kolekcjonera - powiedziałam.
      - No co ty, Wanda zwariowałaś? Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Lucyna była wyraźnie zaskoczona moją decyzją.
      - Nie zmienię swojego zdania, powiedziałam tonem nie znoszącym sprzeciwu, wybierzesz sobie cos innego, mówiłam ci że darowane perły przynoszą nieszczęście, czyż nie miałam racji? Ten wypadek był ostrzeżeniem.
      - Ale one są takie piękne, wiesz ze kocham perły. Moja siostra była wyraźnie niepocieszona.
      - To kupię ci sztuczne, teraz mamy takie podróbki że nikt nawet nie zauważy że nie są prawdziwe.
     - To zwykłe zabobony, ale niech ci będzie, Lucyna w końcu się poddała.
Pielęgniarka która weszła do sali, powiedziała że czas odwiedzin się skończył. Faktycznie w tych nerwach nie zauważyłam że jest już tak późno. Chciałam zostać w Krakowie, ale moja siostra wybiła mi to z głowy. Powiedziała. że i tak jej nic tu nie pomogę, i wystarczy nam kontakt telefoniczny. Wróciłam do domu, byłam wykończona. Wyjęłam naszyjnik z torebki i położyłam go na segmencie. Miałam wrażenie jakby  perły parzyły mnie w ręce. Postanowiłam, że jak tylko wrócę na wieś to natychmiast schowam je z powrotem do kuferka.
Siostra wyszła ze szpitala już w drugiej dobie, na całe szczęście obyło się bez komplikacji, zostały jej tylko siniaki które z dnia na dzień zmieniały swoją barwę. Lucyna była wściekła, bo akurat w tym okresie miała spotkanie z literatkami we Wrocławiu, na które niestety nie mogła pojechać. Po tygodniu zadzwoniła do mnie, że Karol jest zainteresowany biżuterią i postarają się przyjechać w ciągu tygodnia.
Przyjechali w środę, kolekcjoner nie mógł oderwać oczu od wyłożonej na stół biżuterii. Zaopatrzony w małą lupkę, dokładnie i w całkowitym milczeniu przyglądał się eksponatom. Po prawie godzinie, powiedział.
       - To wspaniałe dzieła sztuki, jestem poważnie zainteresowany  kupnem części tej biżuterii. Niestety tylko części, bowiem musiałbym sprzedać swój sklep jubilerski, żeby zakupić wszystko naraz. Ale zostawię pani zaliczkę, ponieważ chce mieć prawo pierwokupu, zgadza się pani? - Zapytał.
Byłam zaskoczona sumą jaką wymienił, za kilka rzeczy z mojego skarbu. Oczywiście, że zgodziłam się na jego propozycję, nie spodziewałam się takich pieniędzy, były trzykrotnie wyższe niż nasze wieloletnie oszczędności. Umówiliśmy się w Krakowie aby spisać umowę i dokonać transakcji.
         - To podobno ja urodziłam się w czepku, jakoś nie widzę żebym miała szczęście - powiedziała Lucyna. Ty zapewne urodziłaś się w koronie, tylko nikt tego nie zauważył -  jesteś siostra bogata - dodała.
         - Siedziałam oszołomiona, nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. To niezaprzeczalny fakt, w jednej chwili moje życie diametralnie się zmieniło, dzięki Antoninie stałam się majętną osobą.
Sfinalizowaliśmy transakcję i pieniądze zostały już przelane na nasze konto. Miałam pewne obawy, czy nie pospieszyłam się ze sprzedaniem mojego skarbu, czy nie powinnam jeszcze spróbować w innym miejscu, wycenić te kosztowności. Jednak Lucyna rozwiała moje obawy. Powiedziała że jej znajomy jest uczciwym i bardzo bogatym człowiekiem. Pochodzi z zamożnej rodziny, która ma w Krakowie kilka ekskluzywnych sklepów jubilerskich. Okazało się, że Karol nie jest tylko kolekcjonerem sztuki, lecz także uznanym rzeczoznawcą w tej dziedzinie. Znajomy Lucyny skontaktował mnie z adwokatem, który obiecał zająć się sprawą zalegalizowania testamentu i wszelkimi formalnościami związanymi z podatkiem, który niestety trzeb było odprowadzić do Urzędu Skarbowego. Ale na szczęście nie musiałam się tym sama zajmować.
Był już koniec września, musieliśmy działać szybko, aby przed zimą zrobić przynajmniej część prac, związanych z remontem dworku. Zamówiłam solidną ekipę budowlaną.
Miałam już pieniądze, więc teraz trzeba było się spieszyć. Pojechaliśmy całą rodziną na zakupy. Marcin z Piotrkiem wybrali sobie stylowe tapety do swoich pokoi. Jedno z pomieszczeń postanowiłam przeznaczyć  dla mnie. Wybrałam sobie welurową, w kolorze bordo, tapetę, dobrałam do tego ciężkie story w tej samej tonacji i zamówiłam firanę do okna, uszytą na wzór z tamtego okresu. Potem przyszła kolej na stare biurko i biblioteczkę. Postanowiliśmy, że Zbyszek sam sobie nie poradzi z renowacją tych mebli, dlatego zleciliśmy to fachowcowi. Kupiłam starą  otomanę do swojego pokoju. Tapicer dokonał cudu, zmienił pokrycie na bladoróżowe i odnowił drewniane oparcia. Robotnicy okazali się bardzo solidni, robota paliła im się w rękach. Z dnia na dzień, pokoje na piętrze nabierały blasku. Jeden z nich przeznaczyłam dla mojej siostry, która sama sobie zaprojektowała jego wnętrze. Ostatni pokój przeznaczyłam dla gości. Zamówieni cykliniarze doprowadzili stary dębowy parkiet do pierwotnego wyglądu. W domu pachniało farbami i  lakierem do podłóg. Na nasze szczęście pogoda nadal dopisywała i można było pracować przy otwartych oknach. Stolarze wyczyścili balustradę przy schodach i naprawili okna. W połowie października zakończono prace w wewnątrz domu. Wypłaciłam pracowników za dobrze wykonana pracę. Teraz przyszła kolej na meble. W dzisiejszych czasach mając taką gotówkę nie było problemu z wyposażeniem domu. Część mebli zakupiłam na Allegro. Zostały nam tylko drobiazgi. Żyrandole, stojące lampy, każdy dobrał sobie według własnego gustu. Agnieszka i Marzena dopieszczały pokoje swoich chłopaków. Patrzyłam z zadowoleniem na te dziewczyny, które miały naprawdę dobry gust. Nasze pokoje otrzymały swoje nazwy. Mój był bordo, Piotrka, zielony, Marcina łososiowy a Lucyny kremowy. Pokój gościnny otrzymał nazwę słonecznego. Odetchnęłam z ulgą, teraz nie było już problemu z noclegiem. Mięliśmy w końcu z mężem salon tylko do naszej dyspozycji, kiedy odwiedzała nas rodzina. Prace na zewnątrz domu zostawiliśmy na przyszły rok. Kiedy wszystko zostało już zapięte na przysłowiowy guzik, postanowiliśmy to uczcić. W pierwszej kolejności udaliśmy się na cmentarz żeby podziękować naszej sponsorce. Każde z nas, zakupiło od siebie wiązankę kwiatów, które ułożyliśmy na grobie Antoniny i Konstancji. Po zapaleniu zniczy i chwili zadumy, wróciliśmy do domu. Bary po zdjęciu kłopotliwego opatrunku, jeszcze trochę kulał, ale z każdym dniem było co raz lepiej, jednak widać było że miał uraz do tego miejsca,  bo omijał go z daleka
Urządziliśmy sobie w tym dniu prawdziwą ucztę. Ja przygotowałam kaczkę w pomarańczach, Lucyna upiekła czekoladowy tort, a dziewczyny zrobiły sałatki. Stół uginał się od nadmiaru tych pyszności. Zaopatrzeni w kieliszki z schłodzonym szampanem zwiedzaliśmy nasz odnowiony dom. Co chwilę moja rodzinka wznosiła toast za spadkobierczynię, czyli za mnie. Byłam bardzo szczęśliwa, patrząc na zadowolone miny moich bliskich. Kiedy wróciliśmy do salonu, podeszłam do kufra i wyjęłam z niego bransoletę z markazytami.
        - Myślę siostra, że ta bransoleta ukoi twój ból po stracie naszyjnika z pereł. Jak sama twierdziłaś, te kamienie mają szczególne właściwości. Ostatnio martwiłaś się że, opuściła cię wena - prawda? Zapytałam.
       - To prawda, od prawie dwóch tygodni stoję w miejscu z moją nową książką. Nic nie przychodzi mi do głowy, totalna pustka - powiedziała
       - No właśnie, powiedziałam podając jej bransoletę, te magiczne kryształki, rozjaśniają podobno umysł, poprawiają pamięć i relaksują. Czyli ten prezent jest idealny dla ciebie, czyż nie mam racji? ? Zapytałam.
     - Zgadzam się z tobą, tylko czy to nie jest za drogi prezent jak dla mnie?
Podeszłam do siostry i przytuliłam ją do siebie.
     - Jesteś tego warta siostrzyczko- powiedziałam.
     -   Dzięki - Lucyna spojrzała na mnie z łzami w oczach.
   - Ha, ha, roześmiałam się widząc, wzruszenie mojej siostry. Ty płaczesz ze szczęścia, czy z żałości po perełkach? - Zapytałam.
   - Przestań! Lucyna wytarła chusteczką, wilgotne oczy - o perłach już dawno zapomniałam, myślę że miałaś rację i wcale nie uważam cię za ciemną babę. Ten wypadek był ostrzeżeniem i dobrze że mi je zabrałaś, a ta bransoleta jest naprawdę piękna, jeszcze raz dziękuję.
     - Co jest grane? Zapytał Zbyszek przerywając tę wzruszającą scenę z udziałem dwóch sióstr. Mieliśmy dziś się radować, a nie płakać - dodał.
Chłopcy przyznali racje ojcu, wróciliśmy więc do celebrowania dzisiejszego wieczoru. Resztę czasu spędziliśmy na konsumowaniu zgromadzonych na stole smakołyków. O dwunastej w nocy, każdy udał się do swojego pokoju. W całym domu zapanowała cisza. Zbyszek jak to w jego zwyczaju, usnął od razu, a ja jeszcze przez chwilę wróciłam pamięcią do sceny z ogniska. Czy to jest możliwe, że połączyłam się wtedy z duchem Antoniny, zakładając jej medalion? Fiołkowy zapach perfum dobrze pamiętam, zresztą Lucyna wyraźnie je czuła. Czy za każdym razem kiedy go zawieszę na szyi, ona się pojawi? Nie dawało mi to spokoju, wysunęłam się cichutko z pod kołdry i podeszłam do kuferka. Muszę to sprawdzić - pomyślałam i drżącymi rękami założyłam medalion. Stałam tak przez chwilę nieruchomo, na niebie jasno świecił księżyc, którego srebrny blask rozjaśniał wnętrze salonu. Mijały kolejne minuty, ale nadal nic się nie działo. Salonik nie zmienił się jak tamtym razem, rozglądałam się w koło, ale nigdzie nie było kobiety ze zdjęcia. Rozczarowana odłożyłam medalion na miejsce i wróciłam na sofę. Doszłam do wniosku, że scena z ogniska musiała być wytworem mojej wyobraźni, ale te perfumy nie dawały mi spokoju. Zmęczona zamknęłam oczy i próbowałam usnąć i w tym momencie poczułam zapach fiołków.
Rano postanowiłam, że wrócę pamięcią do tego dnia kiedy zobaczyłam Antoninę. Zbyszek wstał wcześniej i poszedł do przybudówki po drzewo do kominka. Na stole w kuchni ,czekało już na mnie śniadanie i zaparzona w ekspresie kawa. Byłam teraz sama, nikt mi nie przeszkadzał. Wytężyłam umysł i próbowałam na swój sposób odtworzyć tamtą scenę, z gestów i ruchu warg kobiety ze zdjęcia. Tak sobie to wyobraziłam.
Antonina zaprosiła mnie gestem ręki, abym usiadła obok niej. Z ruchu jej warg, kiedy zwracała się do mnie, wyczytałam.
//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
      - Wando, nie bądź taka wystraszona - powiedziała z uśmiechem na ustach, widząc przerażenie w moich oczach. Nic ci nie grozi z mojej strony, jestem szczęśliwa, że to właśnie ty zamieszkałaś w naszym domu.
Położyła dłoń na mojej i powiedziała.
     - Nie będę często cię niepokoić, bo zdaję sobie sprawę z tego, że dla ciebie jest to niewyobrażalne, obcować z duchami. Dlatego postanowiłam, łączyć się z tobą w inny sposób.
Wtedy wstała z otomany i podeszła do toaletki, zabrała jeden z flakoników i natarła moje skronie perfumami o fiołkowym zapachu, mówiąc.
     - Ile razy, poczujesz fiołki, to będzie oznaczać, że jestem przy tobie. Jeszcze tylko raz zobaczysz mnie, przybędę z moją kochaną córką Konstancją, ale to będzie tylko ten jeden raz, potem nie będę cię już nawiedzać.

29

Odp: Spełnione Marzenia

jezu, Pantusia, jasne, wyslij to do wydawnictwa! historia jest wspaniala! to wszystko naprawde Cie spotkalo??!!

16.05.2016 2:12 Majeczka, nasz caly swiat <3<3<3

30

Odp: Spełnione Marzenia
mery90 napisał/a:

jezu, Pantusia, jasne, wyslij to do wydawnictwa! historia jest wspaniala! to wszystko naprawde Cie spotkalo??!!

Merusia!! na miłośc Boską!! to są  tylko, moje marzenia. Tak mi przykro, ze Cię rozczaruję, ale to tylko i wyłącznie moja literacka.
fantazja.Dworek autentyczny, ale buuu, nie mój!

31

Odp: Spełnione Marzenia

Witam Pantusia.
Wiadomości czytała./ Przepraszam, że tyle czasu mnie nie było. Przejdźmy teraz do rzeczy ważnych smile
Zbyszek miał rację mówiąc, że wartość tej wspaniałej posiadłości wzrośnie wielokrotnie.- A to źle? Mam wrażenie, że chciałaś powiedzieć co innego.

Coraz częściej nachodziły mnie MYŚLI, że popełniłam błąd decydując się na taki krok, Jednak było już za późno, musiałam się z tym pogodzić Odgoniłam od siebie dołujące MYŚLI. Czas wstawać, POMYŚLAŁAM i z niechęcią wysunęłam stopę z pod ciepłego posłania.= powtórzenia
i wilgotno- jeżeli to dworek, to jest ceglany lub drewniano-murowany z domieszką gliny. Choćby tam była kostnica, to wilgoci nie znajdziesz smile, no chyba, że z dachu się leje

-Nareszcie w domu- powiedziałam do MĘŻA siadając w wygodnym fotelu, tak tu cieplutko.
              -A cóż to? Nie lubimy już naszego domku na wsi, powiedział mój MĄŻz nieukrywaną ironią-  powtórzenia


Kolczyki z perłą do ortalioniku- super, takie detale nadają barwy smile

Moja SIOSTRA wsiadła pierwsza a ja zaraz za nią. Zamknęłam drzwi i usadowiłam się z Barym, obok SIOSTRY- znowu powtórzenie. Nie będę ich tu wszystkich wrzucać, ale proszę przejrzyj tekst pod tym kątem

  -To nie drzwi od stodoły- usłyszałam, chyba pisze nie trzaskać drzwiami- powiedział mocno zdenerwowany kierowca.
Miałam mu wypalić coś w rodzaju, ze to nie kareta, ale byłam z psem więc ugryzłam się w język- świetne, samo życie

Zobacz, wskazała ręką na mały grobowiec z wykutym w kamieniu aniołem, który w dłoniach trzymał owalne zdjęcie, przedstawiające twarz małej dziewczynki.= Zdjęcia na nagrobkach to bodajże pomysł lat '70tych wcześniej tego nie praktykowano. Ewentualnie rzeźbiono anioła z rysami zmarłego, lub postać jego samego.Działo się tak też dlatego, że fotografia na początku wieku była dość droga. Rodziny miały po kilka zdjęć wyłącznie z ważnych uroczystości. Zatem małej trzeba by zrobić zdjęcie na marach, bo raczej nikt nie robił samemu dziecku fotki ot tak, a to już makabreska. Moim osobistym zdaniem, bardzo dobrze, że tych zdjęć nie było, nie znoszę nagrobkowych portretów


na komputerze- przy komputerze, no chyba, że twoja siostra używa laptopa jako taboretu, to nie mam uwag wink

Bardzo pana przepraszam, ale mamy jeszcze sporo drogi do domu- czy mógłby nas pan podrzucić? ? ale mamy psa ? jakoś nieładnie (stylistycznie oczywiście) przerób to


Bary szczekał pod drzwiami, informując mnie że potrzeby fizjologiczne zostały załatwione.-Pies na wsi, pełno ptaszków, myszek, trawka. Można pogonić, pokopać, poszczekać a on do domciu chce wracać? Łeee, nie wierzę

Msza trwała około trzydziestu minut- Pantusia, to jest wieś. Ja jestem ze wsi i jestem pewna, że jak Polska długa i szeroka, żadna msza w takim kościele w niedzielę nie trwa 30 min. Godzinę i 30 to się zgodzę


  - Dlaczego? Zapytałam zawiedziona.
          - To są archiwalne dane - nie mam uprawnień do ujawniania ich osobom postronnym- wyjaśnił.- nieprawda wierutna. Zarządzanie księgami kościelnymi należy WYŁĄCZNIE do proboszcza. Jeżeli ci kiedyś ksiądz  powie lub powiedział, że nie ma uprawnień, to wiedz, że kłamał skubany


Poznany przez nas kościelny- A nie może być po prostu Kościelny, albo Mężczyzna? Czytelnik już wie, że go poznałyście

Stałyśmy z siostrą nad wiekową mogiłą w całkowitym milczeniu, cisza panująca na cmentarzu przerywana była od czasu do czasu, pięknym a zarazem żałosnym śpiewem ptaka, który stosownie do miejsca dawał swój koncert- mało realistyczne. To nie były dla was bliskie osoby, tylko zagadka. Nie oddawałyście im czci, ale rozpracowałyście tajemnicę. W takich sytuacjach ludzie najczęściej przerzucają się pomysłami i spostrzeżeniami. Dopiero na koniec ktoś może rzucić "A może się pomodlimy?" bo poczuje, że to jednak leżą tam ludzie

poznany przez nas mężczyzna= to samo co z kościelnym

To znaczy że ma pani jakieś informacje na temat tych kobiet? -zapytałam.- A nie uważasz, że raaczej by zapytały, czy to nie jej rodzina? Taka uwaga, ale zrobisz jak chcesz.

Pożegnałyśmy naszą znajomą i po zapaleniu kilku zniczy na grobie, ruszyłyśmy w powrotną drogę.- A skąd je miałyście. Nosiłyście znicze przy sobie??? Ja je zwykle kupuję w konkretnym celu, nie kiedy się wybieram na mszę i być moze na cmentarz.

To żałuj że nie wracasz, szykuję właśnie kolację przy świecach - ale skoro wolisz spędzić czas w babskim towarzystwie a nie z mężczyzną twojego życia to trudno, będę musiał sobie kogoś zaprosić żeby sobie umilić czas.- fajne, takie męskie


polne kwiaty, w błękitnym kolorze i delikatnym zapachu= polne i niebieskie= habry i dzwonki. Nie pachną. Pachną filetowe łubiny, różowo biała koniczyna i takie śliczne różowe, co to ich nazwy nie znam. Do tego ładny aromat ma rumianek i miodunki żółte (chociaż chyba właśnie miodunki mają różne nazwy w różnych regionach)

iostra potykając się o psa który jak zwykle musiał być pierwszy, podbiegła do bramy. Pani Grażyna stała w bezpiecznej odległości od wejścia osłaniając się pokaźnych rozmiarów torebką.
        - Czy on gryzie?- zapytała mocno wystraszona.
        - Proszę się nie obawiać - Lucyna starała się uspokoić kobietę - najwyżej zaliże panią na śmierć - to naprawdę poczciwe psisko. Po chwili zastanowienia, nasz gość witał się serdecznie z pożal się Boże obrońcą.- pies moich rodziców jest taki sam smile)

Jak wiemy z historii, takie dwory w tym okresie były wykorzystywane przez stacjonujące tam wojska- Trochę jak rozprawka ze szkoły. Może po prostu: Dwór przejęło wojsko zajmując znaczną część pokoi. Jeden z legionistów zainteresował się wyraźnie młodą szlachcianką... itd. Pomyśl jak ty byś opowiedziała taką historię  np swojej babci koleżance i pisz jakbyś opowiadała

Zażądała od rodziców części swego spadku- Dziewczyna w tamtych czasach z nieślubnym dzieckiem i żąda spadku??? Co najwyżej mogła błagać ojca, żeby nie pozwolił jej i dziecku umrzeć z głodu. Wanda to był głęboki patryjarchat. Wtedy jeszcze facet mógł wszystko a kobieta, a zwłaszcza młoda i z dzieckiem, ale bez męża nic. To chyba jeszcze z tego okresu pochodziło prawo według, którego mąż mógł bić żonę kijem, jeżeli nie był grubszy od jego kciuka. W Polsce prawo wyborcze kobiety uzyskały po wyzwoleniu, czyli w 1918 roku i byliśmy w Europie niemal pionierami. Jeżeli ojciec kazałby jej oddać córkę do adopcji to by to zrobiła, albo uciekła i została wyrzutkiem bez prawa powrotu i środków do życia.

Po kilku godzinach urodziła się Konstancja, radość była tak wielka, że dziewczynka przekazywana była z rąk do rąk=w społeczeństwie uwikłanym w konwenanse, jakim była przedwojenna szlachta, nikt by się raczej bardzo z takiego dziecka nie cieszył. Ta część Twojego opowiadania wymaga dopracowania, choć tekst ogólnie bardzo wciąga.

W tę noc, nie mogłyśmy usnąć z nadmiaru wrażeń minionego dnia-bez minionego dnia. ... z nadmiaru wrażeń.KROPKA

Trochę za bogato opisujesz życie matki i córki. Żeby sobie pozwolić na stangreta, perłowe spinki i cudne etole, musiałyby mieć naprawdę pokaźny majątek. W tamtym czasie szlachta już nie była tak bogata (oczywiście z wyjątkami) Do tego to o czym pisałam już wcześniej. Samotna kobieta z nieślubnym dziecikiem. Jeżeli ojciec był łaskawy, to raczej owszem dom, ale do tego skromna pensja i proza życia. Co najwyzej , żeby dorobić sama mogła być guwernantką.

32

Odp: Spełnione Marzenia

Dzięki Agrafko, za wszystkie uwagi. Jak tylko znajdę czas, to porobię poprawki w tekscie. Jak na razie, to wrzucam na gorąco  co już kiedyś napisałam. Cieszę się, że poświęciłaś mi swój cenny czas. Co do fotografii na nagrobkach, to muszę się bronić. Na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, jest wiele wiekowych grobów z tego okresu, i uwierz mi, są tam zdjęcia. Konstancja urodziła się w domu ubogich krewnych, więc mogli się cieszyć z jej narodzin, tak myślę, co innego rodzice Antoniny.
Ale zanim skończę książkę i wyślę do wydawnictw, to bezwzględnie muszę to wszystko poprawić.
Na razie idę na żywioł, bo moje czytelniczki są bardzo niecierpliwe i hi, hi, poganiają mnie.
Pozdrawiam serdecznie
Wanda

33

Odp: Spełnione Marzenia
pantusia napisał/a:
mery90 napisał/a:

jezu, Pantusia, jasne, wyslij to do wydawnictwa! historia jest wspaniala! to wszystko naprawde Cie spotkalo??!!

Merusia!! na miłośc Boską!! to są  tylko, moje marzenia. Tak mi przykro, ze Cię rozczaruję, ale to tylko i wyłącznie moja literacka.
fantazja.Dworek autentyczny, ale buuu, nie mój!

a szkoda... bylam swiecie przekonana, ze to Twwoja historia, bo naprawde szczegolow jest tak duuuzo smile swietne jest to co piszesz i mam nadzieje kiedys dostac Twoja ksiazke z autografem jak juz ksiazka ujzy swiatlo dzienne:)

16.05.2016 2:12 Majeczka, nasz caly swiat <3<3<3

34

Odp: Spełnione Marzenia

http://wgrywacz.pl/images/902images.jpg


  Pantusiu , tak widzę Twoj romantyczny i stary dwór, duchy poprzedniczek snują się po dworze i wypatrują co zgrabniejszego fachowca, powodzenia Pantusiu,:D

Człowiek naprawdę posiada tylko tyle co jest w nim.


Oscar Wilde

35 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-11 21:14:10)

Odp: Spełnione Marzenia

Klaudusiu kochana, toś mi teraz nabiła ćwieka.
Mój dworek jest o połowę mniejszy, buuu! ale tak podoba mi się twój, że chyba wezmę ;pożyczkę i go rozbuduję.
A teraz cd.

Rozbolała mnie głowa, więc przerwałam swoje rozmyślania i dopiłam kawę.
Czy moja wymyślona wersja mogła być realną? Myślę że tak, sądząc po wczorajszej nocy, kiedy mimo założonego medalionu nie widziałam Antoniny, ale czułam zapach fiołków.
Musiałam wyjść na świeże powietrze, Bary zerwał się z posłania i podążył za mną. Zbyszek właśnie wracał ze stosem drewna do kominka.
      - Dzień dobry - powiedział, dobrze się spało?
      - Myślę że dobrze, skoro nawet nie zauważyłam kiedy wstałeś.
Musiałam wrócić do rzeczywistości, sprzątanie takiego dużego domu, zajęło mi czas do wieczora. Przysięgłam sobie, że na jakiś czas zapomnę o Antoninie i Konstancji. Udało się, więc wróciłam w końcu do pisania mojej książki. Jednak nie mogłam ruszyć z miejsca i wtedy pomyślałam, że mnie  też przydałaby się taka bransoleta z Markazytami.
Postanowiłam oglądnąć jeszcze raz pokoje na górze. Chciałam sprawdzić czy wszystko jest w porządku, bo Marcin z Piotrem zapowiedzieli się z wizytą na koniec tygodnia. Obiecali że, mają dla mnie niespodziankę.
Zajrzałam najpierw do pokoju łososiowego, należał do Marcina. Ściany wyłożone były tapetą w drobniutkie kwiatuszki na łososiowym tle. W tej samej tonacji, Agnieszka zamówiła stylowe story i gęsto udrapowaną śnieżnobiałą firankę. Nawet stojąca tam otomana była wyściełana tym samym materiałem co story. Całość tego wystroju uzupełniała mała, w kolorze ciemnego brązu toaletka. Dziewczyna Marcina ustawiła tam niezliczoną ilość mniejszych i większych puzderek i flakoników z perfumami. W rogu pokoju, stał idealnie dobrany do toaletki kredens. Politurowany blat,  Agnieszka ozdobiła porcelanowymi figurkami baletnic. Za szklaną witryną, pysznił się serwis kawowy z motywem kwiatów. Na kremowym tle filigranowych filiżanek, czerwone maki wyglądały naprawdę pięknie. Na środku pokoju, młodzi postawili okrągły szklany stolik na łukowatych złoconych nogach,  i dwa  drewniane krzesła z miękkim obiciem pasującym idealnie do otomany.
Usiadłam na jednym z nich i zastanawiałam się, czy tak mógł wyglądać ten pokój w czasach,  kiedy mieszkała tu Antonina. Może nie było tak, ale myślę że, podobnie. Przeszłam do zielonego pokoju, który wybrał sobie Piotr. Na tle ciemnozielonej tapety, rozjaśnionej szerokimi jasnymi pasami, kremowe meble idealnie pasowały. Marzenka stwierdziła że, skoro ma być tak jak w tamtych czasach, to rezygnuje z szafy. Odnaleźli z Piotrkiem w jednym ze sklepów ze starociami, duży kufer na ubrania. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć toaletki, która jest marzeniem każdej kobiety. Zakupili prostokątny drewniany stolik, ozdobiony ornamentami z liści i kwiatów. W oknie wisiała krótka sięgającą do parapetu firanka i jasno zielone story, fantastycznie upięte po bokach okna i związane szeroką szarfą. Mały sekretarzyk, dwa krzesła i stojący stary zegar, znakomicie pasowały do wystroju zielonego pokoju. Uchyliłam lekko okno i udałam się do pokoju Lucyny. Moja siostra postanowiła, urządzić go na wzór gabinetu. Chciała w przyszłości tworzyć tu swoje książki. Dlatego stało tam biurko, z niezliczona ilością szuflad, lampa z  kolorowym mozaikowym abażurem. Na blacie ustawiła stary ozdobny kałamarz, nożyk do papieru i stojak na pióra. Na ścianie wisiały reprodukcje obrazów. Jeden z nich oprawiony w złoconą ramę, przedstawiał kobietę z dzieckiem na ręku. Była bardzo piękna, jej kruczoczarne włosy kontrastowały się znakomicie z alabastrową delikatną twarzą i wypukłymi czerwonymi ustami. Dziewczynka, którą tuliła do siebie kobieta, miała na sobie niebieską sukienkę, obszytą mnóstwem falbanek. Autor tego obrazu, przyłożył wielką wagę do włosów dziecka. Miały jasno - złoty kolor, główka dziewczynki, tonęła prawie w drobniutkich loczkach. Na drugim obrazie namalowano stary drewniany dworek, stojący na tle pięknego ogrodu i stawu, po którym pływały łabędzie. Ostatni obraz wiszący nad łóżkiem, nakrytym złoconą narzutą, przedstawiał bukiet pąsowych róż w kryształowym wazonie. Kwiaty wyglądały jak prawdziwe, aż kusiło żeby je powąchać. Podobał mi się ten pokoik Lucyny, myślę że właśnie w tym miejscu, powstaną same hity literackie napisane przez moją siostrę. Słoneczny pokój przeznaczony dla gości, jeszcze nie został urządzony, nie miałam jak na razie pomysłu, jak powinien wyglądać.
Wróciłam z powrotem do salonu, na zegarze była już godzina czternasta. Musiałam przygotować obiad, bo zaraz zjawi się tu mój zapracowany w ogrodzie małżonek.
Po południu zaczęło padać, więc zapaliliśmy w kominku i udaliśmy się na sofę. Zbyszek oglądał jakiś wojenny film w telewizji, a ja wsłuchiwałam się w szum padającego deszczu za oknem. Błogie ciepełko i trudy minionego dnia sprawiły, że tym razem usnęłam od razu.
Zaraz z rana przyjechali moi synowie ze  swoimi sympatiami. Zachowywali się bardzo tajemniczo, wymieniali między sobą, co jakiś czas spojrzenia, a na moje pytanie co to za niespodzianka, Piotr powiedział że, przyjdzie na to czas i będę na pewno zadowolona. Usiedliśmy w salonie, na deser podałam lody z owocami. Chłopcy wyszli na moment, by chwili wrócić z bukietami kwiatów.
Podeszli do swoich dziewczyn i uroczyście się oświadczyli, wręczając każdej, wybrane przez siebie pierścionki. Marzena i Agnieszka były wyraźnie zaskoczone, a ja widząc te scenę aż się popłakałam. Jestem wprawdzie nowoczesną osobą, ale mam też swoje zasady. W dzisiejszych czasach wolne związki to standard, jednak bardzo mnie to bolało, że moi synowie nie spieszą się z zalegalizowaniem swoich wieloletnich związków. Dlatego dzisiejsze oświadczyny sprawiły ze poczułam się lepiej. Marcin powiedział że zaplanowali już swój ślub i chcą go wziąć tu na wsi, w starym kościele.
- Dwa śluby w jednym dniu?- zapytałam
-  A dlaczego nie? Powiedział Piotr.
- Co powie na to rodzina? Pomyślą że przy jednym ogniu chcecie upiec dwie pieczenie - powiedziałam.
- Nie dbamy o to, Marcin machnął ręką - tak postanowiliśmy z bratem, nie musimy robić wszystkiego według ustalonego szablonu.
- Mają rację, do rozmowy wtrącił się Zbyszek. Dwa śluby w jednym dniu, mogą być ciekawe, a i dla nas to będzie wygodne - prawda żono?
Właściwie to mieli rację. Obiecałam porozmawiać z poznanym wcześniej proboszczem. Śluby naszych synów ustaliliśmy na lato. Przyjęcie można zrobić w ogrodzie. Nawet spodobał mi się ten pomysł, już planowałam jak to urządzę, bo dostałam pozwolenie od synów. Z dziewczętami postanowiliśmy, że ta uroczystość będzie  wyglądać, jak w tamtych czasach. Młodzi pojadą do kościoła dwoma dorożkami. Marzena wymyśliła że obie z Agnieszka, uszyją sobie suknie na modę panującą w XIX wieku, a panowie wystąpią we frakach. Myślę że Antonina, zaszczyci nas swoją obecnością pojawiając się na ceremoni zaślubin, w mgiełce fiołkowego zapachu. Ale to miało nastąpić prawie za rok, więc miałam jeszcze mnóstwo czasu. Teraz zbliżała się zima, postanowiliśmy z mężem że w związku z wyposażeniem domu w meble i wszelkie sprzęty gospodarstwa domowego, musimy zrezygnować z mieszkania w Krakowie. Zbyszek podjął już pewne kroki z przeróbką pieców kaflowych na elektryczne. Koleżanka z pracy szukała właśnie lokalu do wynajęcia dla córki kuzynki która studiuje w Krakowie, dlatego wszystko dobrze się złożyło, ona zamieszka w naszym mieszkaniu, a my przeprowadziliśmy, się na wieś na stałe, co przyznam że, bardzo mi to pasowało.
Od prawie miesiąca, nie miałam żadnych wiadomości od Grażyny. Próbowałam
wielokrotnie się  do niej dzwonić, ale bez rezultatu. Właśnie dochodziła dwunasta w południe, kiedy zadzwonił telefon, na wyświetlaczu zobaczyłam, że to ona.
        - Halo!, witaj Wandziu - usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
        - No! W końcu się odezwałaś - co się z tobą działo dziewczyno? Od miesiąca próbuję się z tobą skontaktować - powiedziałam.
        - Wybacz, ale byłam w Warszawie. Dostałam zadanie do wykonania i w tym czasie nie mogłam korzystać z prywatnego telefonu, no wiesz, takie procedury.
        - A cóż to za zadanie? Zapytałam.
        - Psychologiczne, taką przecież wykonuję pracę, ale nic więcej nie mogę zdradzić, mimo że cię bardzo lubię, obowiązuje mnie tajemnica służbowa.
        - Oczywiście, nie było pytania - powiedziałam trochę zawstydzona.
Zapomniałam na śmierć, że moja znajoma, pracuje w Policji.
        - A co tam u was? Zapytała.
        - Moja droga! U nas totalne zmiany! prawie krzyknęłam do słuchawki, przez ten okres wiele się wydarzyło, musimy się spotkać.
        - Jesteś bardzo tajemnicza, czy możesz nie co,  uchylić rąbka tajemnicy? Zapytała.
        - Nie ma mowy, sama zobaczysz na miejscu. Czy możemy spotkać się u mnie wieczorem?
        - No jasne że, tak! Może być o osiemnastej?
        - Czekam o osiemnastej, przygotuj się na rewelacje.

36 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-12 19:31:28)

Odp: Spełnione Marzenia

Cd.

Grażyna przyjechała punktualnie. Najpierw zaprosiłam ją do salonu i pokazałam zdjęcia, które zrobiła Lucyna.
      - To piękna biżuteria, ale nadal nic nie kumam, o co chodzi?
      - Należy do mnie, no.... właściwie to należała do mnie - powiedziałam.
      - Wygrałaś w Totolotka? Zapytała wyraźnie zdziwiona.
      - Coś w tym rodzaju - powiedziałam.
Opowiedziałam Grażynie wszystko, z najmniejszymi detalami, począwszy od znalezienia skarbu, a skończywszy na zapowiadających się zmianach w mojej rodzinie. Moja znajoma słuchała tego wszystkiego, prawie z otwartymi ustami, chłonęła każde moje słowo nie próbując mi przerywać. Kiedy skończyłam,  przełknęła głośno ślinę i poprosiła o szklankę wody.
       - Otrzymałaś spadek z przed stu lat? To niewiarygodne!
       - To prawda, takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach, prawda?
Postawiłam na stole kufer z resztą kosztowności. Grażyna wyciągała powoli jego zawartość i z wypiekami na twarzy przyglądała się dokładnie każdej rzeczy
Otwarła jeden z medalionów, ten ze zdjęciem Antoniny i długo mu się przyglądała. Ręce jej drżały z przejęcia.
       - To tak, wyglądała nasza szlachcianka, była naprawdę piękną kobietą - dodała.
Zaprowadziłam Grażynę do pokoi na piętrze. Była bardzo zaskoczona ich przemianą. Najbardziej podobał jej się, pokój Marcina. Mój skrytykowała, mówiąc że jest za ubogi. Obiecałam, że jeszcze popracuję nad jego wystrojem.
Zeszłyśmy z powrotem do salonu, ja poszłam zaparzyć kawę. Przez uchylone drzwi z kuchni obserwowałam moją przyjaciółkę, jak czyta listy.
- I co ty na to wszystko? Zapytałam, stawiając na stole filiżanki z kawą.
         - Szok! To dla mnie szok!
Wytłumaczyłam Grażynie że, wszystko jest według prawa, podatek zapłacony i testament został zalegalizowany. Znajomy Karola od ubezpieczeń, zajął się wszystkim, nawet namówił mnie na zabezpieczenie pozostałych kosztowności, mówiąc że licho nie śpi. Widziałam po mojej znajomej, że jest bardzo zmęczona, dlatego nie chciałam jej dłużej zatrzymywać.
         - Widzę Grażynko że, padasz z nóg - powiedziałam. Twoje ostatnie zadanie całkowicie cię wykończyło, czy  mam rację?
        - To prawda, jestem totalnie wykończona, sorry - powiedziała Grażyna.
        - Jak to mówi mój mąż, jutro też jest dzień, dlatego zwalniam cię, oczywiście dla twojego dobra, spotkamy się jak odzyskasz formę.
Pożegnałam moją przyjaciółkę i wróciłam do domu. Jutrzejszy dzień, był dla mnie bardzo ważny. Miałam się spotkać z przyjaciółkami z pracy, akurat Zbyszek musiał coś załatwić w Krakowie, miałam więc transport. Przygotowałam sobie na to spotkanie medalion ze zdjęciem Antoniny, który idealnie pasował do  brązowej  bluzki i czarnych, eleganckich spodni.
Po śniadaniu, zabraliśmy ze sobą Barego i  wyruszyliśmy do miasta.
W pracy, spotkała mnie niespodzianka, w pokoju socjalnym stał kosz pełen pięknych czerwonych róż. Zawsze miałam dobre relacje, z pracownikami, czy to były osoby w moim wieku, czy młodzież, z wszystkimi mogłam się dogadać.
Ja także postanowiłam uczcić to spotkanie, przywiozłam ciasta z najlepszej cukierni w Krakowie i nawet zabrałam z domu ekspres do kawy, żeby moje koleżanki, wypiły najlepszą kawę pod słońcem. Oczywiście o alkoholu nie było nawet mowy, ale zaprosiłam je na najlepsze trunki do siebie, jak tylko znajdą czas. Siedząc w gronie moich znajomych, miałam wrażenie, jakbym nadal tu pracowała. Opowiadały mi o swoich przypadkach z pacjentami i prosiły o radę. Ja, jako asystentka stomatologiczna, czułam się zażenowana, ale nie ukrywam, że  nieźle to połechtało mojego ego.  W telegraficznym skrócie, opowiedziałam im moją historię. Zataiłam oczywiście spotkania trzeciego stopnia, bo stwierdziłam że, lepiej będzie dla mnie, jeśli moje koleżanki nadal będą tego zdania że, jestem  normalną   kobietę. Gdybym wszystko wyznała, to już słyszę te komentarze.
Wanda zbzikowała, to się zdarza w tym wieku, łączy się z duchami, wygląda to na typową demencję starczą. Szkoda jej.
Medalion z wizerunkiem Antoniny, przechodził z rąk do rąk, koleżanki z wypiekami na twarzy przyglądały mu się uważnie.
           - Wanda, ale z ciebie szczęściara - powiedziała Asia
           - To prawda, nawet w najskrytszych marzeniach nie sądziłam że, moje życie tak się odmieni.
Musiałam niestety pożegnać się z moimi koleżankami, miały przecież swoje obowiązki wobec pacjentów. Umówiłyśmy się że, jak tylko znajdą czas to odwiedzą mnie i zorganizujemy wieczór przy świecach.
Wróciłam do domu, Zbyszek  poinformował mnie telefonicznie że, wróci dopiero wieczorem, więc powrót na wieś, odłożyliśmy do jutra. Zaraz z rana zapakowałam potrzebne rzeczy i ruszyliśmy w powrotna drogę. Kiedy zbliżaliśmy się już do celu, Bary był  bardzo niespokojny. Kręcił się na siedzeniu, dyszał i drapał łapami po szybie samochodu.
          - Co się piesku dzieje? Powiedziałam, głaskając czule mojego pupila.
Mąż zatrzymał samochód, otwarłam drzwi, pies wyskoczył i z głośnym szczekaniem pobiegł w stronę domu
         - Nie zamknąłeś bramy? Zwróciłam się do męża.
         - Zamknąłem, odpowiedział.
Poczułam dziwny niepokój, zamek w bramie został wyłamany. Podbiegłam do werandy, była otwarta. Z bijącym sercem weszliśmy do środka.
Na widok tego co ujrzałam, ugięły mi się nogi. W środku panował totalny bałagan, wszystko porozrzucane. Na podłodze leżały ubrania, szuflady w kredensie, pootwierane. Moją uwagę, zwrócił pusty kufer leżący na sofie.
        - Boże! Zawołałam przerażona, mieliśmy włamanie!
Mąż pobiegł na górę sprawdzić czy coś jeszcze zginęło.
       - Tam też byli - powiedział, lepiej żebyś tego nie widziała. Dzwonię na Policję - powiedział.
Poradziłam mężowi żeby wstrzymał się z tym telefonem, przecież Grażyna pracuje w Policji i w pierwszej kolejności trzeba ją zawiadomić. Moja znajoma była wyraźnie poruszona tą wiadomością, wyrzucała sobie że czuje się winna tego co się stało, miała doglądać mojego domu.
     - Nie przypuszczałam że zostaniecie w Krakowie na noc, myślałam że wrócicie zaraz w tym samym dniu - powiedziała mocno zdenerwowana. Czy coś zginęło? Zapytała.
    - Zabrali całą biżuterię - powiedziałam ze łzami w oczach.
    - Boże! Nic nie ruszajcie! Zaraz tam do was przyjedziemy!
Wyszliśmy z mężem na zewnątrz, ja płakałam a Zbyszek palił papierosa za papierosem. Po godzinie, samochód policyjny podjechał na nasza posesję.  Złapałam Barego, który na widok policyjnego psa dostał dosłownie szału.
Dwóch funkcjonariuszy weszło do domu, a Grażyna dołączyła do nas.
    - Gdybym tylko mogła to przewidzieć, powiedziała próbując mnie uspokoić. W czasie kiedy byłam w Warszawie, było w tym rejonie kilka włamań do prywatnych domów.
   - Ale z skąd wiedzieli? Zapytałam.
   - Myślę że nie wiedzieli, weszli tu po prostu na tak zwanego czuja, wyjaśniła.
Po dwóch godzinach, wyszedł do nas młody policjant zaopatrzony w notes.
   - Czy może pani powiedzieć co zginęło! Zapytał.
   - Tak dokładnie, to nie wiem, opuściliśmy dom żeby nie zatrzeć śladów- powiedziałam, ale jedno co mogę stwierdzić, zginęła wartościowa biżuteria.
    - Była ubezpieczona? Policjant spojrzał na mnie  i zanotował coś w swoim notesie.
    - Tak, była ubezpieczona- odpowiedziałam, mam tu zdjęcia. Czy chce pan je zobaczyć.
    - Oczywiście, wszystko co może nam pomóc w tej sprawie jest bardzo ważne. Ale myślę, że postąpiła pani bardzo nierozsądnie. Jak można było, trzymać takie drogie rzeczy bez zabezpieczenia, może się pani pożegnać z odszkodowaniem.
      - Marek! Przestań! Wtrąciła się do rozmowy Grażyna. Możesz sobie darować te swoje osobiste uwagi? Nie twoja sprawa, zajmij się dochodzeniem, okey?
Młody policjant, wyraźnie się zmieszał słysząc słowa mojej znajomej. Na jego twarzy, pojawił się lekki rumieniec, podrapał się, trzymanym w ręce długopisem po ogolonej głowie, i powiedział.
      - Przepraszam panią, ale takie mamy procedury, oczywiście to nie moja sprawa. Ja tylko tak.... zupełnie osobiście.
      - Nie ma o czym mówić, sama wiem że zawaliłam, ale ta biżuteria miała być odebrana jeszcze w tym miesiącu, dlatego nie pomyślałam - powiedziałam

37 Ostatnio edytowany przez pantusia (2013-01-14 14:43:36)

Odp: Spełnione Marzenia

Witam ponownie.
To już ostatni fragment, jaki miałam w schowku.

Całe przesłuchanie trwało jeszcze dwie godziny. Musiałam opowiedzieć wszystko po kolei, jak to się stało, że zostałam właścicielką skarbu i komu o tym powiedziałam.
Policjanci zakończyli swoje zadanie i odjechali. Grażyna została jeszcze na chwilę.
      - Nic się nie martw, powiedziała głaszcząc mnie po ramieniu, znajdziemy ich. Mamy kilku informatorów i paserów, jak tylko ktoś będzie próbował coś sprzedać to zaraz o tym się dowiemy.
      - Tak, ale jest też możliwość, że spróbują to przetopić, wtedy nikt już mi nie pomoże!
      - Nie wydaje mi się, cena złomu jest bardzo niska i myślę, że połakomią się na sprzedaż oryginałów - powiedziała. Bądź dobrej myśli, znajdziemy ich.
Pożegnałam moją przyjaciółkę i wróciłam do domu. Tak naprawdę to nie wiedziałam od czego zacząć. Zbyszek już zdążył uprzątnąć największy bałagan, a ja usiadłam na sofie całkiem zrezygnowana. Ile razy spojrzałam na pusty kuferek, tyle razy płakałam. Musiałam zadzwonić do Karola, dostałam przecież zaliczkę która muszę mu oddać.
Ale znajomy Lucyny, nie panikował. Uspokoił mnie, że szybko trafimy na złodziei.
     - Pani Wando - Karol miał spokojny głos - jeśli będą próbowali upłynnić to w Krakowie, to po nich. Mam rozległe znajomości, żadna konkretna transakcja, nie pozostanie bez echa. Proszę zatrzymać zaliczkę, moja w tym głowa żeby odzyskać to co do mnie w części już należy. Ufam znajomym pani przyjaciółki, ale więcej ufam sobie, bez urazy.
Po tych optymistycznych słowach, nic nam nie pozostało jak położyć się spać.
W nocy przyśniła mi się Antonina, była bardzo wzburzona, chodziła nerwowo po salonie. Ja też tam byłam, siedziałam na otomanie i płakałam. W pewnym momencie podeszła do mnie i położyła swoją dłoń na moim ramieniu mówiąc.
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
        -To nie twoja wina, nie martw się! Wszystko niebawem  zostanie wyjaśnione, już ja się o to postaram.
//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Rano obudziłam się z dobrym nastawieniem, byłam prawie przekonana, że wszystko pomyślnie się zakończy. Postanowiłam już nie myśleć o włamaniu. Na obecną chwilę, temat ten zostawiłam na później.
Mijały tygodnie, nadal nie miałam żadnych wiadomości  na temat skradzionej biżuterii Aż któregoś dnia zadzwonił telefon.
To był Karol.
          - Mam już pewien ślad - powiedział. W jednym  z zaprzyjaźnionych sklepów z biżuterią zjawił się młody człowiek. Zostawił w komis, naszyjnik z pereł, nasz naszyjnik pani Wando.
        - Ha, ha, zaśmiałam się nerwowo, dobrze mu tak! Perły przynoszą nieszczęście. Teraz to tylko kwestia czasu, musimy uzbroić się w cierpliwość.
Pozostało mi tylko czekać, dlatego wróciłam do pisania mojej książki. Przyznam że kiedy piszę, to zapominam o całym świecie. Nawet nie jestem w stanie wyliczyć, spalonych obiadów. Pisząc zamykam się w świecie moich bohaterów i nic mi w tym nie jest w stanie przeszkodzić.  Tylko Lucyna to potrafi zrozumieć, mówi że jak jest wena, to wszystko nie ma znaczenia.
W tygodniu przyjechali robotnicy, o pisaniu książki nie było już mowy. Huk, kurz i głośne rozmowy, nie sprzyjały mojej wenie. Przez kilka dni, miałam totalny Sajgon w domu, gotowałam pracownikom, robiłam hektolitry kaw i marzyłam żeby ten koszmar wreszcie się skończył. W końcu nastąpiła ta upragniona chwila, Zbyszek odebrał robotę i wypłacił robotników. Odetchnęliśmy z ulgą, do domu wróciła w cisza, a błogie ciepełko zrekompensowało nam przebyte trudy z remontem zabytkowych pieców.
Listopad jest miesiącem którego nie lubię, po pierwsze że jest to smutne święto, a po drugie że ciągle pada deszcz. Ale mieszkając w moim cieplutkim, przytulnym dworku, miałam w końcu czas na pisanie. Jednak w tym deszczowym miesiącu, dostałam pomyślną wiadomość od Karola. Okazało się że po nitce do kłębka, policja dotarła do włamywaczy. Karol odzyskał to co do niego już należało i wypłacił mi resztę należności. Medalion z wizerunkiem Konstancji, wrócił do mnie. Na całe szczęście, złodzieje okazali się amatorami, dlatego tak szybko dali się złapać. Kuferek świecił pustką, ale za to moje konto powiększyło się o dodatkowe pieniądze.
Nareszcie nadeszła zima, nasz dworek otulony puszystym śniegiem wyglądał przepięknie. Ale byłe też te złe strony mieszkania na wsi. W mieście nic nas nie obchodziło, zasypane chodniki i ulice sprzątali dozorcy, a tu musiał to zrobić Zbyszek, który nie zawsze był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Postanowiliśmy zorganizować Sylwestra na wsi. Zaprosiłam rodzinkę na przywitanie Nowego Roku w naszej posiadłości. Wigilię jak zwykle spędzimy  u mamy, tylko ona potrafi stworzyć wspaniałą atmosferę tego dnia.
Mój mąż ozdobił kilka jodełek rosnących przed domem, w kolorowe światełka. Było naprawdę pięknie i świątecznie. Miałam jednak obawy, opuszczając dom w dniu Wigilii Bożego Narodzenia. Po ostatnich przeżyciach związanych z włamaniem, czułam pewien niepokój, ale na straży naszego dobytku został przecież ochroniarz Bary który na każdy przejeżdżający samochód obok naszej posesji robił niesamowity ruch, szczękając donośnie .Na odchodne dostał kilka wskazówek, które cierpliwie wysłuchał przekrzywiając śmiesznie głowę.
Wigilijny wieczór jak co roku był uroczysty, choinka, prezenty i wspaniałe potrawy wpędziły nas w dobry nastrój. Przy stole omawialiśmy pożegnanie Nowego Roku. Ja jako gospodyni ustaliłam menu, każdy miał coś przygotować tylko nasza seniorka została zwolniona z przygotowań, ona miała być gościem.
Pierwszy raz od wielu lat mieliśmy prawdziwą pachnącą lasem choinkę, wysoką aż po sam sufit. W tym dniu od rana zajęłam się przygotowaniami do Sylwestra. Kupiliśmy z mężem mnóstwo kolorowych baloników i serpentyn. Wiekowy salon, powoli zmieniał się w salę balową. Z kuchni dochodziły zapachy przygotowanych przeze mnie potraw, a w lodówce mroził się szampan. Teraz tylko pozostało czekać na zaproszonych gości. Zaprosiłam także Grażynę z mężem, obiecała że przyjadą o godzinie dwudziestej bo chcą jeszcze odwiedzić swoich znajomych z życzeniami.
Kiedy siedzieliśmy z mężem na sofie, Bary oznajmił swoim głośnym szczekaniem że ktoś zajechał pod nasz dom. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam pana Motykę który właśnie wysiadał z samochodu z kuzynką Grażyny.
- Witam panie Robercie, powiedziałam otwierając bramę
- Dzień dobry pani Wando, przedstawiam pani moją dziewczynę- powiedział, patrząc na drobną szatynkę z uwielbieniem.
Młoda kobieta podeszła do mnie i podając mi swoją dłoń, powiedziała.
       - Miło mi panią poznać jestem kuzynką Grażynki, Magda Sołecka - dodała
       - Wanda Sewioł, powiedziałam ściskając jej drobną dłoń ? zapraszam do środka.
         - Mężu! Mamy gości, zawołałam otrzepując buty ze śniegu.
Pan Robert wyciągnął z reklamówki, francuskiego szampana i postawił na stole w salonie, mówiąc.
         - Chcieliśmy złożyć państwu serdeczne życzenia na nadchodzący  Nowy Rok. To dzięki pani i tu zwrócił się w moją stronę, znalazłem swoje miejsce na tej ziemi, a także kobietę mojego życia. Po tych słowach ujął dłoń Magdy i złożył na niej szarmancki pocałunek.
Zrobiło mi się głupio, wskazując mu miejsce na budowę pensjonatu miałam zupełnie inne zamiary. Teraz już wiem jak można mylnie ocenić człowieka. Na szczęście los okazał się łaskawy i wszystko dobrze się skończyło.
Robert opowiadał o pracach związanych z budową  pensjonatu i wszystko to co było do zrobienia na zewnątrz, zostało wykonane przed zimą.
         - Pani Wando, mam żal że ani razu nie była pani zobaczyć jak powstaje moje królestwo odnowy biologicznej. Magdusia okazała się wspaniałym architektem, to według jej planu powstaje ta oaza spokoju  powiedział.
        - No, no, Grażyna nic nie mówiła że ma pani takie zdolności- powiedziałam.
         - Robert jak zwykle przesadza, skończyłam studia plastyczne i tyle ale jak państwo widzicie nie szczególnie przydało się to do mojej obecnej pracy w Gminie - powiedziała śmiejąc się przy tym serdecznie.
Sącząc schłodzonego szampana, słuchaliśmy Roberta który z wielkim zaangażowaniem opowiadał nam o swoich planach na przyszłość.
Na pożegnanie obiecaliśmy z mężem że odwiedzimy jego posesję.
        - Popatrz, zwróciłam się do Zbyszka, jak to można się pomylić oceniając człowieka po jego wyglądzie - powiedziałam zamykając za naszymi gośćmi bramę. I tu sprawdza się powiedzenie mojej przyjaciółki, opakowanie nie zawsze świadczy o zawartości.
Zbliżał się wieczór, powoli nasi goście zaczęli się zjeżdżać. W domu zrobiło się głośno a dziewczyny moich synów okupowały łazienkę. Na szczęście zdążyłam  się ubrać przed ich przyjazdem bo teraz nie miałabym najmniejszych szans.
Lucyna przyjechała z Tadziem i mamą. Nasza rodzicielka przyćmiła swoim wyglądem wszystkie kobiety. Jak zwykle wyglądała pięknie jak na jej lata.
Trzeba przyznać że mimo jej osiemdziesięciu pięciu lat, jest nadal bardzo atrakcyjną kobietą. Jednak miała jedną wadę, jak zwykle marudziła ale już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.
Marcin przywiózł ze sobą odtwarzacz i puścił muzykę. Siedzieliśmy przy stole a nogi same rwały się do tańca. Jako gospodarze, pierwszym tańcem rozpoczęliśmy bal sylwestrowy. Tylko Bary nie był szczególnie zadowolony, głośna muzyka zmusiła go do opuszczenia salonu. Z podkulonym ogonem pobiegł na piętro, zaszywając się w moim pokoju.
Grażyna wraz z mężem zjawiła się punktualnie o dwudziestej. Patrzyłam z przyjemnością na tańczące pary, nasi synowie w związku ze zbliżającym się ślubem zapisali się na kurs tańca bo  teraz taka moda. My z mężem podrygiwaliśmy w starym stylu i myślę że nam też przydałby się taki kurs.
Krzysiek okazał się naprawdę dobrym tancerzem, nie powiedział ani słowa kiedy deptałam mu po stopach, jednak widziałam w jego oczach cierpienie jakie niestety zadawałam mu z każdym krokiem.
Zbliżała się godzina dwunasta, wskazówki na antycznym zegarze w salonie, leniwie przesuwały się w kierunku godziny zero. Panowie przygotowali butelki z szampanem i petardy które mięliśmy odpalić na zewnątrz.
Na szczęście przestał padać śnieg, noc była wyjątkowo jasna, na niebie świeciły gwiazdy, było po prostu cudownie.
Wybiła dwunasta, strzelały korki od szampana, złożyliśmy sobie wszyscy życzenia pomyślnego Nowego Roku i wyszliśmy na zewnątrz. Panowie odpalali petardy, było na co popatrzeć. W mieście nie da się zorganizować takiego pokazu sztucznych ogni, dlatego pomyślałam sobie w tym momencie o Antoninie i Konstancji, to dzięki tym kobietom mogę się cieszyć tą Sylwestrową nocą. Kiedy wystrzeliła ostatnia petarda, wróciliśmy z mężem do domu, musiałam przygotować coś na ciepło, bo przyznam że trochę zmarzliśmy. Oczywiście młodzi zostali, patrzyłam przez okno w kuchni jak próbują ulepić ze śniegu bałwana, ale nic im z tego nie wyszło ze względu na siarczysty mróz Zajrzałam jeszcze do salonu, świece prawie się dopalały więc wymieniłam na nowe i w tym momencie poczułam znajomy zapach, to były fiołki. Usiadłam na sofie i przetarłam oczy, obok mnie siedziała Antonina i  Konstancja.
*************************************************************
        - Jak widzisz Wando, dotrzymałam danego ci słowa, ostatni raz nas widzisz ? powiedziała Antonina.
Konstancja wstała z fotela i podeszła do mnie, poczułam chłód, dostałam dziwnych dreszczy, po prostu trzęsłam się jak galareta. Dziewczyna zdjęła z siebie delikatny welurowy szal i okryła moje plecy.
        - Cieplej? - Zapytała nachylając się nade mną. Dzięki tobie jesteśmy z mamą bardzo szczęśliwe, o takim domu zawsze marzyłyśmy, jednak to były inne czasy, dałabym wszystko żeby teraz być tu z wami- powiedziała ocierając łzy. Bądź szczęśliwa.
****************************************************************

Po tych słowach obie kobiety, skierowały swoje kroki w stronę drzwi. Zostałam w salonie sama, sprawdziłam ręką czy nadal mam na sobie szal, nie miałam ale było mi ciepło.
Przyzwyczaiłam się już do tych paranormalnych zjawisk, jednak mimo wszystko ta niezwykła sylwestrowa noc pozostanie na długo w mojej pamięci.
Poszłam na górę do swojego pokoju. Zbyszek już spał, ale nie było dla mnie miejsca u jego boku. Z pod kołdry wystawały nogi naszego pupilka. No tak, pomyślałam - muszę skorzystać z gościnnego pokoju.
Rano spotkała mnie niespodzianka, dziewczyny wszystko posprzątały po sylwestrowych szaleństwach i zrobiły śniadanie na którym były tylko kobiety, bo panowie nawet nie chcieli słyszeć o tak wczesnym wstawaniu.

38

Odp: Spełnione Marzenia

Pantusiu

późno odkryłam tą Twoją cudną  wielowątkową powieść - koniecznie musisz ją dokończyc.
Czyta się wspaniale.
Pozdrawiam Cię.

Bujanie w obłokach zostawiam za sobą
    od lat idę twardą, wyboistą drogą.

fragment wiersza ŻYWORÓDKI pt. ŻAŁUJĘ.

Posty [ 1 do 38 z 114 ]

Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016