Witajcie!
Jak pisałam w dziale "Poznajmy się" byłam (i mam nadzieję nadal pozostanę
) studentką. Studiowałam zaocznie, żeby móc pracować i zarabiać na własne utrzymanie w dużym mieście. Bardzo ambitnie do tego podeszłam. Na początku szło mi bardzo dobrze, choć wynajęcie mieszkania kosztuje bardzo dużo, a jedzenie to wcale nie "grosze". Do tego opłaty za studia, a zarobki "bez doświadczenia" (a nawet i "z") nie duże. Ale nic, trochę pomagała mi mama w opłacaniu szkoły i jakoś dawałam radę. Gdy brakowało, zawsze ktoś pomógł. No właśnie. A cel był taki, że ze wszystkim poradzę sobie sama.
Teraz, po 3 latach studiów pedagogicznych, 3 latach pracy z dziećmi, mam problem ze znalezieniem pracy dajmy na to w przedszkolu. Szybciej znalazłam pracę nie mając "potwierdzonego" doświadczenia. Ale wtedy miałam akurat szczęście.
Brakuje mi pieniędzy, bo nie pracuję od lipca. Nadal wynajmuje mieszkanie, dzięki pomocy innych. Ale mam już tego dość. Nie chcę, żeby ktoś mi potem wypominał, że mnie "utrzymywał". Dobija mnie fakt braku pieniędzy w portfelu, choć nigdy ich tam nie było za wiele.
Czasem sobie myślę, że byłam/jestem głupia. Nie chcę tu nikogo obrażać, bo wiem, że studenci dzienni też czasem pracują. Czasem jednak żałuję, że nie poszłam np. na dzienne. Rodzice opłacaliby mi mieszkanie albo akademik, studia byłyby darmowe a jeślibym pracowała to na własne potrzeby. Śmiać mi się chciało z ludzi na zaocznych, którzy NIE PRACOWALI, rodzice płacili im za studia a w tygodniu oni odpoczywali
Ale w pewnym sensie im zazdrościłam. Nie chciałam mieszkać już w domu, dlatego wyjechałam do innego miasta, ale zaczynam tego żałować. Zaoczni u mnie najczęściej mieszkali z rodzicami, jeśli pracowali to "u siebie" w mieścinie i cała wypłata była "na czysto", bez czynszu czy innych opłat.
Boli mnie tylko to, że nawet jeśli młody człowiek chce się usamodzielnić, chce pracować, chce studiować, to nie daje mu się takich możliwości.
Chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat.