Witam.
To nieco krępujące, ale w zasadzie nie mam się do kogo zwrócić. Byłabym wdzięczna za jakiekolwiek rady.
Mam kolegę, z którym relacje mogę określić przynajmniej jako niejasne. Nie jest to długa znajomość, raptem 8 miesięczna. Początkowo widywaliśmy się tylko na uczelni, prowadziliśmy luźne rozmowy o wszystkim i niczym. Później, kilka razy rozmawialiśmy na facebooku. Widywaliśmy się sporadycznie na imprezach, czasami podwoziłam go do domu (mieszkamy niedaleko siebie). Potem, niejako z własnej chęci, stałam się jego powierniczką i doradzałam w sprawie jakiejś jego koleżanki. Kontakt się rozwijał, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu, ale zawsze w grupie. Potem nagle coś się zepsuło. I teraz znowu naprawiło. Chyba zbyt zawile to opisuję, przejdę do sedna.
Mam z nim dobry kontakt, ale tylko w grupie. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać bez świadków. Wiem, że mamy mnóstwo wspólnych zainteresowań, podobne poglądy, śmiejemy się z tych samych żartów, ale kiedy zostajemy sami pojawia się napięcie, którego nie można przeskoczyć. Staram się rozpoczynać rozmowę albo on się stara, ale zawsze jest ona lakoniczna, jakaś taka, jakbyśmy bali się swoich głosów. Całuje mnie w policzek na pożegnanie, ale tylko kiedy jesteśmy sami.
Męczy mnie to napięcie. Nie rozumiem go, a bardzo bym chciała. O co chodzi? Dlaczego nie potrafimy rozmawiać, kiedy zostajemy sami? Jest to bym bardziej uciążliwe, że ostatnimi czasy coraz więcej osób pyta się mnie co takiego dzieje się między nami. Nie wiem co się dzieje, dręczy mnie to i nie daje spać po nocach. Jak mogłaby pozbyć się tej dziwnej bariery?
Ostatnio koleżanka zasugerowała, że może jest między nami "to coś", ale naprawdę trudno jest mi w to uwierzyć. Po pierwsze nie znamy się aż tak bardzo (co wynika chociażby z tego napięcia uniemożliwiającego prywatne rozmowy), po drugie to chłopak który mógłby mieć chyba każdą dziewczynę, gdyby tylko zechciał i ma tłum koleżanek, przy których ja sama jestem szara i nijaka. Powiedział może kilka słów, które mogłyby znaczyć coś więcej, ale byłaby to chyba nadinterpretacja z mojej strony zważając na fakt w jakim stopniu się znamy. I to nadinterpretacja zbudowana pod wpływem słów wymienionej koleżanki, bo sama bym na to nie wpadła. Proszę, pomóżcie mi, ta niewiedza mnie zabija. Czasami zastanawiam się, czy może zrobiłam coś nieodpowiedniego.