Nie potrafię się porozumieć z matką, główną przyczyną jest to, że jest alkoholiczką i poza tym ma trochę trudny charakter ... Staram się, ale nic to nie daje, po prostu po pewnym czasie albo wybucham i mówię, co myślę, albo wychodzę.
Ale napiszę od początku.
Z dzieciństwa nie mam wielu dobrych wspomnień. Czułam się trochę niepotrzebna, przeszkadzająca i nie kochana. Nie pamiętam, żeby mama kiedykolwiek mnie przytuliła, nawet jako dziecko. Pamiętam, że brakowało mi uczucia z jej strony.
Tata - był cieplejszy, ale też nadużywał alkoholu, wtedy bywał agresywny czasami. Ogólnie, w lepszych momentach czułam się bardziej przez niego kochana tzn. mogłam z nim być, coś robić, pomagać, czasami mnie gdzieś ze sobą zabierał...
W wieku szkolnym bywały w domu częste libacje, pamiętam, że nienawidziłam ludzi, którzy u nas bywali i bawili się - ja nie mogłam spać w nocy, karmiłam inwentarz, który zaniedbany był, czułam się odpowiedzialna za zwierzęta.
Był czas, że gdy wszyscy pijani już zasnęli - to ja sprzątałam, zmywałam itd. ale gdzieś później wyczytałam, źe źle robię, bo oni gdy się budzą to nie widzą tego bajzlu, który narobili, tych rozlanych kieliszków, tego smrodu. Dlatego przestałam.
W szkole byłam zawsze najlepszą uczennicą ze wzorowym zachowaniem. Właściwie to byłam nieśmiała, ale zdarzało mi się zawiązywać przyjaźnie.
Zaraz po liceum gdy znalazłam pracę - przeprowadziłam się do miasta, potrzebowałam spokoju psychicznego, jakoś sobie radziłam. Gorzej było ze związkami z mężczyznami, albo niewłaściwie wybierałam, generalnie bałam się małżenstwa i skutecznie przed tym uciekałam.
Własną pracą dorobiłam się niewielkiego mieszkania, w którym poczułam swój azyl, swoje szczęście, miałam swoje towarzystwo i czułam się w miarę szczęśliwa.
Tata zmarł, mama coraz częściej i więcej piła. Moje prośby nigdy na nią nie działały, pamiętam, gdy jako dziecko, prosiłam, płakałam, żeby nie piła - niestety nie byłam dla niej na tyle ważna, żeby tego nie robić. Ważne było towarzystwo, zabawa a nie ja.
Po śmierci taty, mama sprzedała część gospodarstwa i w parę lat wszystko "skonsumowała". Ja chciałam tam mieć swój domek. Kilka lat temu związałam się z mężczyzną. W przypływie dobroci otrzymałam część ziemii, na której zbudowałam dom - z oszczędności, kredytu ...
Mamie pomagałam zawsze finansowo (chociaż ma swój niewielki dochód), ale pali, popija, ostatnio codziennie, ja robię zakupy, płacę rachunki, daję pieniądze i jest źle. Obgaduje mnie przed innymi osobami, jaka to ona biedna jest, że nie ma na nic pieniędzy, a nie widzi tego, co dla niej robię, mówi, że żałuje, że mi dała ziemię, że po co mi dom itd.
Jest mi bardzo przykro, nie mam na to wpływu, co ona wygaduje, mam dosyć. Czasami myślę, że to był zły pomysł z tą budową, ale już za późno. Mam momenty, że jej nienawidzę, później mi jej żal, uważam, że jest toksyczna, że wywołuje we mnie poczucie winy ...
Wiem, że powinnam iść na jakąś terapię dla DDA, ale boję się, że jak sobie to wszystko przypomnę to się rozkleję. Jakoś poukładałam swoje życie, mam dobrą pracę, przyjaciół, niestety nie mam dzieci, ale może uda mi się zaadoptować dziecko ...
Przepraszam, że tak chaotycznie piszę, ale tyle myśli mam w głowie ... Jak mam się uwolnić od poczucia winy? Odciąć się? A gdy zamieszkam w domu blisko niej, nie odwiedzać, nie myśleć?
Dodam jeszcze, że mam wrażenie, że mama jest czasami o mnie zazdrosna, że jest zła, że za dobrze sobie radzę, nie widzi pracy, trudu, nieprzespanych nocy (skończyłam studia, 2 kierunki), pracowałam na 2 etaty ... Ona nigdy nie pracowała zawodowo, zajmowała się gospodarstwem z różnym efektem, od śmierci taty nie robi nic tzn. nie ma inwentarza, nawet warzywek, ani jednego kwiatka nie zasieje nawet, bo jej się nie chce, interesują ją tylko imprezy, alkohol, towarzystko (nieodpowienie) ... a ja jestem zła wg niej, bo nie akceptuję jej alkoholowych rozrywek...
Tak się rozpisałam, że pewnie nikt tego nie przeczyta ...