Witajcie,
Nie jestem kobietą, ale postanowiłem skorzystać z Waszych rad. W moim życiu
pojawił się pewien problem, związany z właśnie kobietą i niestety nie bardzo
sobie z nim radzę. Piszę anonimowo, dlatego że jest to temat bardzo
nieprzyjemny i nie chciałbym aby ktoś mnie albo moją wybrankę w jakiś sposób
skojarzył, mam nadzieję że zrozumiecie. Otrzymałem wiele rad od moich
najbliższych przyjaciół, ale muszę brać pod uwagę że dla nich ważne jest moje
dobro, dlatego chcę poznać Waszą opinię - kobiet, które nie znają ani jej ani
mnie, więc mogą być w miarę bezstronne.
Spotykam się ze wspaniała dziewczyną od ponad pół roku. Jest bardzo ciepła,
miła i pogodna, w miarę dobrze się dogadujemy. Jest rozsądna, zaradna
i samodzielna. Pokochałem ją - tak mi sie przynajmniej wydaje.
Niestety po jakimś czasie, około 3 miesiącach znajomości zaczęły się pojawiać
pewne problemy. Otóż kłopotem były sprawy łóżkowe. Nie wdając się w szczegóły
pozwalała się rozbierać, mogłem jej sprawiać przyjemność na różne sposoby.
Ale w momencie, gdy chciałem się rozebrać albo sięgnąć do szafki po
prezerwatywę, zakrywała się mówiąc "przepraszam" i czar pryskał. Nawet mnie
nie dotykała (poza przytulaniem). Pomyślałem, że jest za wcześnie, że może się
wstydzi. Ot normalna rzecz i nie zaprzątałem sobie tym głowy. Po jakimś czasie
(miesiąc, dwa) wyznała mi że została kiedyś zgwałcona. Byłem wstrząśnięty, ale
jakoś się z tym pogodziłem, chociaż targała mną na początku wściekłość (oczywiście
na tego, kto to zrobił, nie na nią). Jedyne co wiem, że stało się to zanim się
poznaliśmy, ale nie znam żadnych szczegółów, a bałem się ją dalej wypytywać.
Później wyjechaliśmy wspólnie w góry i zaczęły się dalsze problemy. Potrafiła
długo milczeć, była smutna bez wyraźnego powodu i płakała. Po powrocie zaczęła
mnie trzymać na dystans, przestała do mnie przyjeżdżać (mieszkamy około 100 km
od siebie), rozmowy były krótkie i zdawkowe. Po miesiącu takiej "terapii",
udało mi się od niej wyciągnąć, że wystraszyła sie poważnego związku i
dorosłości, chociaż w takich już była (wiem przynajmniej o jednym). Było to
trochę zaskakujące jak na jej wiek - 25 lat. Próbowałem ją jakoś przekonać, żeby
jednak spróbowała, a ona wciąż powtarzała, że nie potafi i sie boi.
Postawiłem sprawę na ostrzu noża, mówiąc że jeśli się boi związku, to się po
prostu rozstaniemy, bo w taki sposób nie ma to żadnego sensu. Było dużo płaczu
i przekonywań z jej strony, żebym dał jej szansę. Umówiliśmy się, że
przyjedzie do mnie o tym porozmawiać za kilka dni. Nie przyjechała.
Zadzwoniłem już lekko poirytowany, bo po prostu odczułem to jako traktowanie
mnie niezbyt poważnie. Wyjaśniła, że chciała do mnie przyjechać, ale bała
się mojej reakcji. Rzeczywiście tego dnia moja reakcja nie była zbyt dobra,
byłem szorstki i stanowczy, ale to chyba zrozumiałe, czułem się po prostu
oszukany. Zresztą jak mogłem się poczuć jeśli dziewczyna prosi o spotkanie aby
wszystko wyjaśnić, a później się na nie nie stawia.
Po którymś smsie od niej w środku nocy, w końcu zgodziłem się na spotkanie,
ale pod warunkiem że będzie jeszcze tego samego dnia. Przyjechała. Długo
rozmawialiśmy, ja postawiłem warunki co musi się zmienić. Doszliśmy do
porozumienia (przynajmniej tak mi się wydawało) i postanowiliśmy, że damy
sobie drugą szansę.
Od tego czasu minęło trzy tygodnie. Wygląda na to, że wszystko jest w miarę w
porządku, rzeczy które oczekiwałem że się zmienią, zmieniają się (chodziło mi
głównie o zlikwidowanie dystansu, który między nami stworzyła i normalne w
miarę możliwości widywanie się).
I to jest tło całej historii. Zanim przejdziecie dalej i zaczniecie mnie
oceniać lub nawet obrzucać błotem (Wasze prawo, myśleć co chcecie o mnie),
proszę zrozumcie że...
Gwałt jest dla mnie rzeczą niepojętą, tragedią tak wielką, że nie jestem w
stanie sobie wyobrazić nawet ułamka tego co czuje kobieta, która jest ofiarą.
Nie potrafię ogarnąć zmian w jej psychice i tego jak to na nią wpływa. Jestem
świadom tego, że zniszczenia jakie z tego wynikają, będą trwać do końca życia
i mogą wpłynąć (a z pewnością wpływają), na każdy nawet najmniejszy aspekt jej
życia. Pamietajcię też, że kocham osobę o której piszę.
Podczas kolejnego przytulania się w łóżku, sytuacja znów zaczęłą się
rozgrzewać, ale w momencie kiedy chciałem czegokolwiek spróbować (chociażby
zdjąc spodenki), to tylko kiedy poczuła na nodze dotknięcie mojego członka
(nie widziała, że zdjąłem spodenki), sytuacja się powtórzyła. Nie miałem o to
pretensji. Pytałem tylko co mam z tym wszystkim zrobić, żeby dała mi jakieś
wskazówki to stwierdziła, że "powinienem ją pogonić". Oczywiście nie miałem
zamiaru tego robić. Trochę poleżeliśmy i powiedziałem jej, że mam dużo pytań i
chciałem część z nich zadać, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Skwitowała to
tylko tym, że nie chce o tym rozmawiać.
I jest pat. Nie mogę nic zrobić, nie wolno mi o nic pytać. Chciałbym jej jakoś
pomóc, jakoś ją wesprzeć, ale też dowiedzieć się czegokolwiek, co pozwoliłoby
mi to wszystko jakoś ogarnąć, ale nie mogę bo się ode mnie odgradza.
Z drugiej strony jestem tylko człowiekiem i boję się, że frustracja doprowadzi
do czegoś niedobrego. Staram się być na tyle cierpliwy i wyrozumiały na ile to
tylko możliwe. Nie jestem święty i czuję że dłużej niż kilka miesięcy nie
wytrzymam.
Doradźcie coś zanim zwariuje....
Dziękuje