Od początku znajomości z mężem się kłócimy, całe nasze małżeństwo to jedna wielka kłótnia. Od 3 lat jesteśmy małżeństwem, od roku mamy kryzys. Kłótnie końćzyły się wykrzykiwaniem o rozwodzie. I tak też się stało. Chcę złożyć pozew rozwodowy, mam komplet dokumentów, które oflądam codziennie wieczorem. Płaczę, jest mi strasznie ciężko, patrzę na moje śpiące 2,5 letnie dziecko, które widzę, że to przeżywa i nie mogę się pozbierać. Nie wiem, czy kocham swojego męża, bardiej chyba na nie, niż na tak. Chciałąbym ratować to, ale jego obojętność pokazuje zbyt wiele. Chce żebym prosiła go o wybaczenie, żebym znów zabrała całą swoją winę na barki. Jestem kłębkiem nerwów, nie umiem cieszyć się z najmniejszej rzeczy. Uciekam od znajomych, od codziennych zajęć. Stałąm się kimś, kogo trudno określić człowiekiem, a nawet kobietą. Boję się przede wszystkim, chciałabym, żeby ktoś za mnie poszedł i złożył wniosek, bo samej brak mi odwagi. Nie wiem, czy rozwód będzie końcem świata, a będzie, czy też uwolnię się od człowieka, który dołuje mnie i gnoi moją kobiecość epitetami, że inne są piękniejsze i fajniejsze. To nie małżeństwo, to horror, a jednak, boję się.
Kobiety, czy wy wypaliłyście się po tak krótkim czasie małżeństwa? Czy zdobyłyście się na siłę, by powiedzieć dość? Nie jestem złą kobietą, czemuon ze mnie taką zrobił? Czym na to zasłużyłam?