Ja nie mogę sie wprost doczekać
Ksiazka Kathryn Stockett jest jedna z moich ulubionych, a film to jej adaptacja.
Ksiażka mądra, fajna więc film nie bedzie gorszy
Podobno to tegoroczny kandydat do oskara ![]()
Znalazłam fajna recenzje w necie - wklejam dla chętnych ![]()
Autor: Dariusz Kuźma, Stopklatka.pl, 11 września 2011
W objęciach przyzwyczajenia
Prawdę powiedziawszy, "Służące" Tate'a Taylora mają naprawdę duże szanse na szereg nominacji w najważniejszych oscarowych kategoriach. Film jest dobrze napisany i wyreżyserowany, wszystkie elementy tworzą razem spójną całość, która przestałaby funkcjonować po usunięciu jednego z nich. Jest świetnie zagrany; oglądanie aktorskiego kwintetu Chastain-Davis-Howard-Spencer-Stone to prawdziwa uczta dla każdego miłośnika kina. Podejmuje ważny problem społeczny, który do dziś nie pozostał jeszcze całkowicie rozwiązany. Jest uniwersalny w swojej wymowie oraz wartościach, które przekazuje. I abstrahując od zbliżającej się Oscarowej gorączki, jest to po prostu film ważny.
"Służące" nie są jednak ważne dlatego, iż rozprawiają się bohatersko po raz kolejny z rasistowskimi uprzedzeniami, które po dziś dzień zbierają swoje żniwo w amerykańskim "kraju wolności i równości". W tej kategorii powstało już wiele lepszych i bardziej wymownych filmów. Tate Taylor dokonał czegoś innego, zupełnie nieprawdopodobnego. Sprawił, że temat rasizmu wyszedł poza ramy mniejszościowego dyskursu ciągniętego przez niezidentyfikowaną liczebnie grupkę obrońców praw człowieka, sfrustrowanych bezsilnością w przebijaniu się ze swoimi ideami do obojętnego narodu amerykańskiego - stał się przyczynkiem do powrotu do nieco zapomnianej przez problemy ekonomiczne debaty, który - i to najważniejsze - zrodził się zarówno w mniejszych kinach, jak i multipleksach. Nakręcony za nieduże jak na "produkcję z epoki" (początek lat 60. wyziera z każdej klatki) pieniądze, 25 milionów dolarów, film Taylora zwrócił się już ponad pięciokrotnie, przez trzy tygodnie okupując pierwsze miejsce amerykańskiego box-office'u. Na jego koncie jest już ponad 130 milionów dolarów, a na razie miał premierę jedynie w kilku krajach na całym świecie. Można oczywiście udowodnić, że na taki rozwój wypadków duży wpływ miała sytuacja w Stanach Zjednoczonych, ale prawdą jest, iż Taylor trafił swoim filmem idealnie w czas, oddając w ręce widzów opowieść subtelną i znakomicie wyważoną pod każdym względem. A to też bardzo ważna umiejętność.
Już sam fakt, iż główne bohaterki "Służących" to prowincjuszki z głębokiego południa U.S.A., na które "wielki świat" patrzy z góry, jeśli w ogóle zauważa ich obecność, stanowi perfekcyjny wytrych do serc widzów. Widzów coraz bardziej znudzonych przeestetyzowanymi opowieściami o superbohaterach, z którymi nie potrafią się utożsamić, coraz częściej odrzucających (niekoniecznie finansowo) wysokobudżetowe produkcje, które nic nie wnoszą do ich życia, na rzecz opowieści skromniejszych, acz bardziej autentycznych, a także poszukującego prawdy kina dokumentalnego. Siłą przebicia "Służących" jest wiarygodność bohaterek tego komediodramatu, kobiet, które znalazły się w sytuacji przerastającej każdą z nich, obojętnie, czy chodzi o białe "panienki z dobrych domów", czy też o czarne służące, pomiatane za swój kolor skóry i niższy status społeczny. Taylor, adaptując na ekran absolutny hit czytelniczy autorstwa Kathryn Stockett, podąża ścieżkami wydeptanymi przez dawno zapomnianych filmowych pionierów społecznej równości (pojawia się nawet aluzja do "Przeminęło z wiatrem"), ale jest na tyle odważny, iż potrafi przemycić przy okazji własny głos. Potrafi zainteresować i zainspirować.
Biała kobieta może być w "Służących" zimną suką bez sumienia, ale także liberalną, wychowaną w wielkim mieście dziewczyną, która nie boi się podążać z wiatrem zmian. A czarni nie są jedynie dobrotliwymi w swym cierpieniu ofiarami, potrafią także czynić zło. Co jednak najważniejsze, wszyscy bohaterowie "Służących" (mężczyźni również) są zagubieni w wątpliwościach, które nadciągają falami ze wszystkich stron kraju i świata. Zasklepione w wyssanych z mlekiem matki przyzwyczajeniach duże dzieci, którym zbyt wcześnie przytrafiło się własne dziecko, muszą stawić czoła przemianie całego dotychczasowego modelu życia. Niektóre będą drapać, kopać i walczyć o bezpiecznie segregowaną przeszłość swoich rodziców, próbując odrzucać każdą inność, nawet ze strony swoich pobratymców. Inne ze zrozumieniem popatrzą na nowy świat, który rodzi się na ich oczach.
A Tate Taylor wszystkie, nawet najdrobniejsze zmiany umiejętnie za pomocą kamery wyłapuje. Ukazuje pojedyncze gesty świadczące o zajadłej ignorancji przeradzającej się w brak zrozumienia, skupia się na ledwie zauważalnych czynach, które przekazują prawdę o danej postaci lepiej niż setki słów, prowadzi swoje aktorki tak, by grały niedopowiedzeniem, spojrzeniem i grymasem twarzy. Nie każe nikomu wygłaszać płomiennych przemów, pozwala przekazać emocje niewerbalnie. Jedynie kilkukrotnie ucieka się do zwiększenia dawki patosu, by lepiej zaznaczyć na ekranie jakiś mały tryumf swoich bohaterek. Taylor to symboliczny obserwator, uprzywilejowany pozycją narratora całej opowieści, który pozwala współczesnemu - i amerykańskiemu, i europejskiemu - widzowi uświadomić sobie zasadność opisywanych na ekranie zmian. Nie próbuje nieustannie podkreślać oferowanych przez film wartości, może dlatego niektóre mogą wydawać się trochę archaiczne, banalne. Poza nieco zbyt łopatologiczną końcówką nie chełpi się też atrakcyjnym wydźwiękiem całości. Pozwala widzowi samemu ocenić każdą z postaci, stosując różne kryteria moralne. Ryzykuje w ten sposób utratę jego zainteresowania, ale właśnie w ten sposób - traktując widza jako osobę inteligentną - "Służące" zyskują tak wielką siłę oddziaływania, która przywiodła do kin miliony zainteresowanych.
"Służące" to solidna, można by rzec, że klasycznie skonstruowana produkcja, która toczy się niespiesznym tempem; prosta historia osadzona w skomplikowanych czasach, nie posuwająca się do prestidigitatorskich sztuczek, by przekonać do siebie każdego widza. Żadne tam arcydzieło, a jednak film ważny, trafiający idealnie w swoje czasy. Więcej nie trzeba.