Witam Was wszystkie
Jestem tu pierwszy raz. Chciałabym podzielić się moją historią i poprosić o pomoc, poradę..cokolwiek bo nie daje już rady. Swojego męża poznałam w styczniu 2001 roku. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Narzeczeństwo było super. Dwa i pół roku póżniej w grudniu 2003 wzieliśmy ślub.Byliśmy bardzo szcęśliwi. Nie widzieliśmy świata poza sobą. Z czasem wszystko zaczęło się zmieniać.....Zanim napisze co dalej...do jednego musze sie Wam jednak przyznać. Od początku naszego związku byłam zazdrosna, podejrzliwa. Wynika to chyba z tego, że mam bardzo niskie poczucie własnej wartości mimo iż, wiele osób mi mówiło, że jestem ładną i mądrą dziewczyną; utalentowaną (gram na fortepianie, skończyłam studia muzyczne),nigdy nie miałam wrogów, zawsze otaczało mnie mnóstwo przyjaciół. To ja zawsze wysłuchiwałam kazdego i radziłam co robić.Nie potrafie poradzić sobie z zazdrością. Tak było od początku związku. Dziennie sobie mówię:nie pytaj go o wszystko; nie sprawdzaj komórki....bo to go dobija ale jak przychodzi co do czego to tego nie robie nie wiem czemu...to takie trudne, silniejsze ode mnie. Nie wiem gdzie szukać żródłatego. Dzieciństwo miałam w zasadzie udane. Dopiero w wieku 17 lat przeżyłam tragedię - nagle zmarła moja mama, a potem mój brat. Zostałam z tatą, który jest najukochańszym człowiekiem na świecie. Zastąpił mi matke i ojca. Bardzo to przeżyłam. Poczułąm się ogromnie samotna, jakby ktoś wyrwał mi serce. Może tu szukać żródłą....Mojego męża pokochałam ogromną miłością. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego (tak jak kiedyś życia bez mamy). KOntrolowałam go bo myslałam, ze tylko w taki sposob bede go miała na zawsze przy sobie. Wiem..postąpiłam ogromnie egoistyczne. Ale strach przed utrata ukochanej osoby był silniejszy od racjonalnego myślenia. Zanim poznałam męża w wieku 21 lat,byłam w 3 związkach ale w żądnym z nich nigdy nie byłam o nikogo tak zazdrosna jak o mojego męża. Szukałam tego jedynego i znalazłąm. Mojego męża pokochałam z całego serca i tak jest do dziś, mimo tego co się stało.
W wieku 16 lat poznałam fajną dziewczynę (ładną, zgrabną, starszą ode mnie), która stałą się moją najbliższą przyjaciółką (taką od serca). Przeżyłyśmy razem naprawdę dużo (związki z facetami, impraezy, wyjazdy, tajemnice, zaufanie..... Kasia była moją świadkową a ja jej i następnie matką chrzestną. Jej ufałąm równie slnie jak męzowi i powierzałąm sekrety. W 2007 r (4 lata po moim ślubie i dwa lata po jej ślubie) stało się coś okropnego. Moja przyjaciółka zainteresowała się z wzajemnością moim mężem. Pisali sms, spotylai sie i całowali. Trwało tylko 2 tyg i do niczego więcej nie doszło. To było ogromne rozczarowanie, żal, straciłąm totalnie zaufanie do niej i męża. Rok sie do niej nie odzywałam. To było strasznie trudne. Mieszkamy w jednej kamienicy (4 sąsiadów). Nie da się nie widzieć. W dodatku jej mąż pracuje w jednej firmie z moim mężem. Facetom przyszło łątwiej. Wybaczyli sobie juz po 2 mies. Ja nie potrafiłąm. PO roku zaczęłąm się odzywać. POmyślałam tzreba wybaczyć. Kazdy popełnia błedy. Ta decyzja byłą moim najgorszym błędem jaki w życiu. popełniłam. Wybaczyłam jej i swojemu męzowi. Od 2008 do 2010 było super. Zbliżyliśmy się do siebie znowu. Stwierdziłam, ze nawet wyszło nam to na dobre. Z nią kolegowałam się znowu, moze nie az tak głęboko jak keidyś ale często spotykaliśmy sie w 4. Gdy zaszłą w ciązę, stwierdziłąm, ze zmieniłą się, ze uz nigdy niemgłaby być już moim zagrożeniem. Zgodziłam sie zostać matką chrzestną. Naprawde znowu zaufałam. W 2010 r w jej życiu było burzliwie (stalę kłótnie....itd). Przyszły wakacje i stało się. Znowu zaczeli się spotykać......wszystko trwało 4 mies. (romans, sex, u mnie w dmu, w moim aucie, u niej w domu). Ukrywali się...ale ja doszłam do wszystkiego. Intuicja podpowiedziałą mi, ze coś jest nie tak. Znowu obudziła sie zazdrość we mnie. Zaczełam ich sprawdzać (kom, emaile, portale społęcznościowe,a nawet śledzić) byłam jak detektyw i doszłam do wszystkiego. Na początku wmawiali mi ze jestem chora psychicznie...potem mąż do wszystkiego sie przyznał. Dostał od losu coś okropnego...popadł w depresje (obecnie od ponad roku bierze tabletki). Błągał bym mu wybaczyła. Nie miałam serca zostawić go w takim stanie. Dałąm mu drugą szansę. Ale nie tylko dlatego. Nasza rodzina jest skąplikowana. Nasi rodzice (mó ojciec i jego matka sa razem - sa małżeństwem, bardzo sie kochają, pobrali sie 2 lata po nas). Wybaczyłam mu. Od roku żyjemy razem i staramy się zeby było dobrze. I tu zaczyna się moj problem dlacezgo postanowiłąm opisac swoją historię na forum. Były wzloty (wspólne wieczory, wczasy...) ale tez i upadki. Po tym jak mąż zaczął brać tabletki zaczeły się jego problemy z libido. brak porządania, sex raz w tyyg a nawet rzadziej. Zaczelismy o tym rozmawiać. I co sie okazało. Mąż po 10 latach zaczął mi zarzucać, że on w sexie oczekuje czegoś innego; ze ja planuje, jestem przesadną romantyczką (kąpiel, świece, sypialnia) a on chce spontanu, kobiety z adrenaliną. Podsumował, ze nie spełniamy swoich oczekiwań. dlaczego wcześniej tego nie powiedział, nie rozumiem. Od miesiąca jest tragicznie. Nie ma sexu, ja ciąghle zagaduje a on nic...zwala na tabletki. Ja go tak kocham mimo tego co zrobił. Boje sie odejść. Mmay kredyt mieszkaniowy, rodzice...i wogóle do dupy to wszystko. Nie wiem co ja mam robić. Z jednej strony chce z nim być a z drugiej myśle czy nie ułożyć sobie życia od nowa. Chce go znienawidzieć a nie potrafie. POmóżcie co ja mam zrobić.
sory, ze tak dużo słów. Moze nikt z was do końca tego nie przeczyta. Ale ja musiałam sie wygadać.
Pozdrawiam was :-(