No więc tak. mam kłopoty finansowe i to ogromne a do tego dochodzą kłopoty z brakiem porozumienia się między synem a ojcem, między córką a ojcem a ja jestem w środku.Gdy walczę o każdy grosz iłatam dziury to wtedy wyskakuje mój mąż z jakimiś ansami w stosunku do dzieci (już dorosłych) i wali mi się cały świat na nowo.świat kyóry próbuje normalizować i robię to w zasadzie sama bo mąż udaje że nie wie jak mi jest ciężko.Najlepiej raz na pól roku zrobić szewską awanture i zbojkotować jedzenie i dom i się gdzieś wynieś.Takie imprezy są od początku naszego małżeństwa systematycznie na wiosnę i jesień.Przez resztę roku jest jako tako.Czasami nawet miło.Nie wymagam od niego dobrego chumoru na co dzień ale ja też nie mam już 20 lat by patrzeć na jego zdziwiania.Kłopoty są przez to że ma firmę i długi powstały w wyniku braku płynności finansowej.To nie to że nie pracuje bo pracuje ciężko ale zawsze dla niego najważniejszą była i jest praca a nie egzekwowanie kasy.Zawsze to ja robiłam a teraz jest coraz trudniej wydębić własne pieniądze.Płacą na raty i z ogromnymi opóżniniami.No to w tym momencie powstają u nas dziury.Syn pracuje z ojcem już od wielu lat i długo był spokój z nimi. czasami tam jakieś nieporozumienia, ale teraz jest coraz gorzej od momentu gdy syn zachorował.Ma dietę którą staramy się przestrzegać, ale ten sobie czasem wypije piwo a ostanio zjadł marynowane grzbki, których mu też nie wolno jeść.I nic by z tego nie było tylko że mąż je sobie otworzył i zostawił w lodówce.I tu był problem.Odczuwam że nie chodziło o zdrowie syna ale o jego grzybki.Są to dla mnie bzdury, ale piszę po to żeby dać przykład bezsensowności awantur.Z córką zaś nie może się dogadać bo Ona jest ateistką.Tylko problem polega na tym że skoro tak bardzo wierzy to dla czego teraz tak unika kościoła.Kiedyś było inaczej.Teraz i ja biore tabletki bo i mnie wkońcu wyskoczyło ciśnienie a to nam się z synem dostało że jesteśmy lekomanami.Opisałam w skrócie zasadniczy mój problem na nowym wątku bo mój pt.beznadzieja zamknęla moderatorka gdyż nie wiedziała o co chodzi.Nie pisałam tam o tym bo po co ludzi angażować w takie kłopoty,ale teraz napisałam bo jestem zdołowana a gdzies się muszę wygadać.Oczywiście każde anse i awantury większej lub mniejszej treści są po alkoholu.I to nie po jakejś dużej wódce ale wystarczy kilka piw.Ja też już mam tego momentami dość i żebym była odważniejsza to skończyłabym to już dawno,
Tak to opisałam w wielkim skrócie.Pewno różne awantury bywają w domach ale ja myślałam że mnie to ominie.Zarzuca mi że jestem nadopiekuńcza w stosunku do dzieci.Może i tak, ale on nigdy nie angażował sie w problemy dzieci.Sukcesy były młe ale kłopoty o to to nie.I tak mijało życie. Na pracy i codziennych trudach.Teraz to już kres.
Kocia, widać, że jesteś zmęczona kłopotami, z którymi jesteś zupełnie sama, mimo że masz męża i dwoje dorosłych dzieci. Podejrzewam, że pelnisz rolę piorunochrona, który zbiera od wszystkich i za wszystko. Twój mąż zachowuje się jak trzecie dziecko, nie po partnersku. A jego ciężka praca przynosi kłopoty finansowe zamiast dostarczaś środków do życia.
Chyba przyszła pora, żebyś nabrała powietrza w płuca, tupnęła nogą i ryknęła, żeby się wszyscy od Ciebie odczepili. Wszyscy sa dorośli, niech sami za siebie odpowiadają. Ty nie jestes odpowiedzialna za to, że wasz DOROSŁY syn nie przestrzega diety, Wasza DOROSŁA córka ma inne niz ojciec poglądy, a DOROSŁY mąż nie radzi sobie z faktem, że ktoś wyjadł z lodówki marynowane grzybki.
Zastanawia mnie rola alkoholu w zyciu Twojego męża. Na końcu pierwszego posta napisałaś, że awantury są po alkoholu. Nie chcę wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale....może tu tkwi problem? Napisz coś więcej o tym.
I co z Tobą Kocia? Czy pracujesz, czy skupiona jesteś tylko na domu, próbując ogarnąć ten chaos?
Pisz o swoich troskach, po to jesteśmy na forum, żeby Cię wysłuchac i wesprzeć.
Pozdrawiam.
Alkohol nie jest może tutaj aż taki grożny chociaż ja uważam że bez tego można żyć.Alkohol i to naprawdę e formie 3 lub 4 oiw wyzwala w moim mężu odwagę , która prowadzi czasem do bzdurnych wywodów i dyskusji która kończyć się musi większą lub mniejszą awanturą.Masz rację że pełnie rolę piorunochronu albo i rozjemcy w kłopotliwych dyskusjach.Dzieci jak były mniejsze to wiedziały że z tatą lepiej nie dyskutować i przyznać mu racje, ale teraz są już dorosłe i czasami zapędzają się w rozmowie ze swoim stanowiskiem i wtedy - gotowy kłopot.Zawsze rozmawiałam z dziećmi i od małego zwierzały mi się ze swoich trosk i kłopotów czy też z sukcesów,Starałam się zawsze znależć czas dla nich mimo licznych obowiązków.Wydaje mi się że mam z nimi dobry kontakt.Ale trudno mnie winnić za jakieś ich błędy czy wypowiedzi.Każde z nich ma oczywiście inny charakter.Syn bardziej mój, wkurzy się ale za chwile mu przechodzi i stara się byc normalny.Córka ma charakter ojca, czyli długo pamięta urazy.Ja pracuje oczywiście zawodowo.Nie zarabiam kokosów, ale to minimum.Dzięki temu że teraz mam stałą pensje to przynajmniej mogę płacić czynsz i jakieś pare groszy systematyznie córce na studiach.Jeszcze jej został rok.Jedyne co mnie cieszy w tej całej sytuacji to to , że małej całkiem dobrze się tam wiedze.Zalicza w sesjach zerowych.Z synem na studiach też nie było kłopotów.Dzieci to mamy zdolne i chcące się uczyć.Kłopoty finansowe teraz tak zabiły we mnie wszelki optymizm że nie potrafie się cieszyć już niczym.Ratowałam całą sytuacje dokąd mogłam.Teraz już nie mam sił ani pomysłów ani motywacji.Po wczorajszej awanturze gdy rano okazało się że ojcu nie przeszło - syn wyjecał do znajomych na kilka dni.A nasz Pan wrócił z pracy wieczorem i nadal nastawiony wrogo do mnie i szczególnie do syna.I tak to potrwa aż coś się wydarzy i przełamie go.Tylko że takie sytuacje kończą się w bardzo złych okolicznościach, np.zepsuty samochód,choroba lub czyjaś śmierć(bliskiej osoby).Ja już nie mam sił ani ochoty na czekanie na kolejny przełom.Wręcz się boję czym znów się to skończy.
5 2011-05-27 22:26:40 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-05-27 22:38:25)
Czworo dorosłych osób pod jednym dachem.
Kłopoty finansowe w firmie męża/ojca.
Syn nieprzestrzegający diety.
Wybuchowy, pracowity mąż/ojciec, wybuchowa córka.
To taki skrót Twoich postów.
Ja jednak widzę jeszcze coś.
Wieloletni układ trojga osób: Ciebie, córki i syna kontra mąż/ojciec.
Od lat tłumaczyłaś dzieciom, że ich tatuś jest niedobry, trzeba traktować go jak idiotę i ustępować we wszystkim, trzeba go okłamywać i przyznawać mu rację. A i teraz wchodzisz między męża a syna i córkę, "broniąc" dorosłe osoby przed złym ojcem.
Współczuję Tobie życia w takiej atmosferze, ale współczuję także Twemu mężowi. Ciężko jest żyć na marginesie rodziny, gdzie trzy osoby dobrze się dogadują, a jedna jest na marginesie.
Jedyne, co może trochę uzdrowić tę sytuację jest, paradoksalnie, zmiana Twojej postawy. Z takiej - wiecznego piorunochronu, na wspierającą męża.
Znamiennym jest jedno zdanie, w którym napisałaś, że alkohol wyzwala w Twoim mężu odwagę. Strasznie to brzmi, ale prawdziwie. Być może tylko wtedy jest w stanie wykrzyczeć swą złość, rozczarowanie, strach, itd. Pomyśl o tym.
I jeszcze jedno. Jeśli Twój mąż kłoci się o zjedzone grzybki, to jest to pretekst, prawdziwy powód tkwi gdzie indziej. Może to pora na rozmowę (ale nie oskarżanie go czy strofowanie) o jego samopoczuciu w rodzinie, jego problemach.
6 2011-05-27 23:23:42 Ostatnio edytowany przez kocia (2011-05-27 23:36:56)
Wielokropek myśli jak każdy chłop w takiej sytuacji.Tak.Mówiłam dzieciom żeby ustąpiły ojcu.Wtedy był względny spokój, ale nigdy nie mówiłam że jest zły.Protestuje.Tłumaczyłam że tata ciężko pracuje i ma lepsze lub gorsze dni.Jeżeli w jakimś temacie jest na marginesie życia rodzinnego - to na własne życzenie.WYGODNIEJ MU BYŁO ZAWSZE KŁOPOTY DOMOWE ZWALAć na mnie.Mama załatwi - takie hasła padały.Rozmawiać bezpiecznie z nim można na temat pracy i kolejnych zadań.Tak.Czuje się pokrzywdzony i na marginesie.Sam sobie taką rolę wybrał.Nikt go tam nie ustawiał.To ja mam mu załatwić pieniądze gdy ich nie ma, to ja mam mu znależć kogoś do pomocy (lub teraz syn), to ja mam załatwić naprawienie samochodu, to ja mam się użerać z tymi co nam zalegają z płatnościami. to ja mam użerać sie i płaszyc przed tymi co chca kasę od nas, to ja mam biegać po urzędach itd.Wszystko to spadło na mnie i dotego zawsze byłam sama.Męża interesuje tylko i wyłącznie praca, a rozumie przez nią wykonanie jakiś kawał porzadnej roboty.Reszta jest nieważna.Reszta się sama zrobi albo jakoś to będzie.Nie jest złym człowiekiem ale ma swoje widzi misie i kropka.Jeżeli on cos zrobi to na pewno nikt tego by lepiej nie umiał,Córka nie jest wybuchowa.Jej nie ma już w domu 4 lata.Przyjeżdża tylko okazyjnie.Ma chłopaka - jej wybór, ale ojcu oczywiście też się nie podoba bo też jak córka jest humanista a to przeciez gorszy gatunek ludzi i nierobów.Jeżeli nadal uważasz że ja męża nie wspieram to dziwne? Ja oczywiście wiem że grzybki to pretekst, ale jeżeli chcial zwrócic uwagę Synowi na przestrzeganie diety to można to było zrobic w normalny, cywilizowany sposób.Jeszcze nie napisalam że czesto po takich awanturach wyrzuca nas z domu.Syn już kilka razy wychodzil i spal gdzieś przez kilka dni u kogoś,Ja dopiero raz wyszłam ale to na dwa tygodnie,Po takiej imprezie był spokoj dobry rok.Ale ja nie mam 20 lat aby sie bawić z nim w takie numery.
Wielokropek myśli jak każdy chłop w takiej sytuacji.
Jestem kobietą.
Aby nie było watpliwosci - to dom wybudował w czasie małzeństwa i na działce która dostalismy od mojej mamy.Jakie byly oszczedności i dochody to wszystko szło w budowę.Marzył o tym i ma.Tylko docenić nawet własnej pracy teraz nie umie.Na początku jego zachowania tłumaczyłam tym że wychowywał sie bez rodzicow. że był w domu dziecka, że zawsze musiał walczyc o dach nad głową i garnek, ale może po tylu latach to nie wszystko wynika z tego? To beda cechy wrodzone i tyle.
Kocia wydaje Ci Się że zbawisz cały świat,że potrafisz wpłynąć na innych ludzi,że tyle od Ciebie zależy bo Ty wiesz najlepiej a bez Ciebie sobie nie poradzą - może Ty jesteś DDA?
10 2011-05-28 16:11:29 Ostatnio edytowany przez kocia (2011-05-28 16:59:16)
Z tego co piszecie to w większości uważacie że to moje błędy w prowadzeniu domu doprowadziły do takiego stanu rzeczy.Cóż - każdy ma prawo osądzić fakt tak jak chce.Ja piszę tylko też o własnych odczuciach i tym że przestaje sobie radzić z tymi nowymi wciąż wyzwaniami.Tak, jestem zmęczona.Przez całe życie z nim spędzone starałam się być w pełnym biegu i w pełnej dyspozycyjności.Wiem że nigdy nie uznawał chorób i kłopotów ze zdrowiem.Sam jest zdrów jak ryba.Ale teraz kiedy syn jest chory i ja mam kłopoty ze zdrowiem , to jak już pisałam, jesteśmy lekomanami.Dowcipne jest to że ja mam 1 pigułe do łyknięcia na dzień a syn 2 i pół.Z racji pracocholizmu chyba jest ten wstręt do chorób.Jeżeli idzie o ten temat to dla niego są tylko 2 wyjścia; być zdrowym albo nie być na tej ziemi.Zawsze usiłowanie wciągnięcia go w domowe sprawy kończyło się tym że nie ma czasu albo jest zmęczony i zrób to ty.Ja szanuje jego prace i zaangażowanie w niej ale wydaje mi się że to jest tez przyczyną jego problemów .Nie potrafi odpoczywać.Są 2 wersje jego życia albo praca albo sen.To chyba nie tak ma wyglądać.Jeszcze wam napiszę o tym że nie tylko my mamy z nim kłopoty w porozumieniu się ale gdy kogoś zatrudniał to nie było osoby która by wytrzymała z nim więcej niż rok do półtora.Nawet mając kiedyś spółke - skończyło się z dnia na dzień.My w domu to sie już przyzwzyczailiśmy się do tego że mówi co innego a robi też co innego, albo zupełnie wymaże z pamięci że to powiedział.Syn zawsze się śmieje - tata - ciebie to nagrać a potem odtworzyć bo zaprzeczysz.Jak ma mało zleceń to oczywiście narzeka, ale jak poumawia się z kilkoma w tym samym czasie to dopiero jest cyrk i robienie w balona.No to była kolejna odsłona mojego życia.
11 2011-05-28 18:32:37 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-05-28 19:08:36)
Z tego co piszecie to w większości uważacie że to moje błędy w prowadzeniu domu doprowadziły do takiego stanu rzeczy.Cóż - każdy ma prawo osądzić fakt tak jak chce.Ja piszę tylko też o własnych odczuciach i tym że przestaje sobie radzić z tymi nowymi wciąż wyzwaniami.Tak, jestem zmęczona.Przez całe życie z nim spędzone starałam się być w pełnym biegu i w pełnej dyspozycyjności.Wiem że nigdy nie uznawał chorób i kłopotów ze zdrowiem.Sam jest zdrów jak ryba.Ale teraz kiedy syn jest chory i ja mam kłopoty ze zdrowiem , to jak już pisałam, jesteśmy lekomanami.Dowcipne jest to że ja mam 1 pigułe do łyknięcia na dzień a syn 2 i pół.Z racji pracocholizmu chyba jest ten wstręt do chorób.Jeżeli idzie o ten temat to dla niego są tylko 2 wyjścia; być zdrowym albo nie być na tej ziemi.Zawsze usiłowanie wciągnięcia go w domowe sprawy kończyło się tym że nie ma czasu albo jest zmęczony i zrób to ty.Ja szanuje jego prace i zaangażowanie w niej ale wydaje mi się że to jest tez przyczyną jego problemów .Nie potrafi odpoczywać.Są 2 wersje jego życia albo praca albo sen.To chyba nie tak ma wyglądać.Jeszcze wam napiszę o tym że nie tylko my mamy z nim kłopoty w porozumieniu się ale gdy kogoś zatrudniał to nie było osoby która by wytrzymała z nim więcej niż rok do półtora.Nawet mając kiedyś spółke - skończyło się z dnia na dzień.My w domu to sie już przyzwzyczailiśmy się do tego że mówi co innego a robi też co innego, albo zupełnie wymaże z pamięci że to powiedział.Syn zawsze się śmieje - tata - ciebie to nagrać a potem odtworzyć bo zaprzeczysz.Jak ma mało zleceń to oczywiście narzeka, ale jak poumawia się z kilkoma w tym samym czasie to dopiero jest cyrk i robienie w balona.No to była kolejna odsłona mojego życia.
Kocia, taki stan rzeczy jest konsekwencją postępowania nie tylko Twojego, ale też Twojego męża.
Od początku związku on na Ciebie przerzucił, a Ty na swoje barki wzięłaś kierowanie wszystkim w domu: począwszy od wychowania dzieci, przez pracę na etacie i prowadzenie domu, skończywszy na dbaniu o płynność finansową firmy męża.
Z jednej strony przynosiło Ci to niemałe profity: świadomość bycia ważną osobą w domu ("podejmuję wszystkie decyzje w domu, wszystko ode mnie zależy", "beze mnie wszytko się zawali"), zachwyty i podziw koleżanek i rodziny ("jak Ty dajesz radę to wszystko ciągnąć?"); z drugiej zaś strony olbrzymie zmęczenie fizyczne i psychiczne. Ale nie ma jednego bez drugiego.
Tak, masz rację. Myślę, że wzięcie na siebie wszystkich tych obowiązków było z Twojej strony błędem.
Błędem, bo poniesione przez Ciebie koszty przewyższyły osiągnięte przez Ciebie zyski.
Błędem, bo wszyscy domownicy przyzwyczaili się do tego, że osobą wykonującą wszystkie te prace i obowiązki jesteś Ty.
Po tylu latach życia w kieracie "popsułaś się", nie masz siły tak ciężko pracować. Wszyscy więc domownicy są niezadowoleni.
Jedyna rada, którą mogę Ci udzielić: nie bierz wszystkiego na swoje barki, oddaj część obowiązków.
Jeśli firmę prowadzą dwaj dorośli ludzie (mąż i syn), oddaj im również dbanie o płynność finansową i ściganie dłużników.
Na początku, być może, nie będą tego robili tak zręcznie jak Ty. Po pewnym jednak czasie.... Wiesz, praktyka czyni mistrza.
Gdybym miała w swoim domu taką osobę jak Ty; osobę, która będzie za mnie wykonywała wszelkie obowiązki, nie kiwnęłabym nawet palcem w bucie, bo i po co.
Jedyne co możesz zmienić, to tylko swoje postępowanie. Inni nie będą mieli wyjścia, będą się musieli do niego dostosować.
Powodzenia. ![]()
12 2011-05-28 22:52:24 Ostatnio edytowany przez kocia (2011-05-28 22:56:40)
Dzis znów były kolejne burzliwe rozmowy.Chce pracowac sam bez syna.No to dobrze, ale jak on to opanuje? Możliwe że to wyjdzie na dobre młodemu.Rozmawiałam dziś z nim na ten temat.Może i to dobre rozwiązanie.Przynajmniej nie będą się tak często widywać i to rozładuje jeden problem.Wydaje mi sie że syn poradzi sobie całkiem nie żle i to bez mojej pomocy.A nasz pan i władca może się opamięta.Uważa że to on pracuje na młodego a to powinno być odwrotnie.Wydawało mi się przez te wszystkie lata że to jest partnerstwo i pracują razem dla wspólnego dobra.Widocznie się przeliczyłam w swoim optymizmie.Oczywiście że rozmowa toczyła się już po 2 piwach.A jako przykład na to w jaki sposób się zaczyna to opiszę dzisiejszy wstęp do rozmowy.Było tak - ja sobie pocichutku prasowałam a tu pada hasło ,że zostawimy sobie małego kotka a dużą oddamy(mamy koty w domu).Dobrze wie że ta Zielona to moja ulubienica a więc najprościej mi dogryżć.Oczywiście się rozpłakałam bo nie wytrzymałam.Pytam dlaczego to pada odpowieć że ta jest taka malutka i bezradna.Ludzie !Paranoja!Jak świat światem zawsze małe szły na służbę a nie odwrotnie.Ale tu przecież nie o to chodziło.Takie bzdury a ja się wykańczam nerwowo.Zamiast rozmowe toczyć merytorycznie i spokojnie to są takie podejścia że szkoda o tym pisać.Jak zadaje pytanie na jakiś temat to dostaje odpowiedż która ni jak ma się do tematu.Cały czas oskarża młodego że ten pije a ja to widzę odwrotnie.Syn jak już pisałam czasem wypije jakieś piwo ale on pije codziennie.Czasem nie wiadomo co robić i jak postępować by było dobrze.
Po wczorajszych dyskusjach dziś dzień minął spokojnie.Syn wyjechał do rodziny a nasz Pan i Władca dziś w ciągu całego dnia wypił 3 piwa to i awantury nie było.Ale to wciąż we mnie siedzi i myśle cały czas o jutrzejszym bardzo trudnym dniu , który jak się uda przeżyć to będzie ok.Tyle nabrzmiałych spraw że aż strach o tym myśleć.Przy tych problemach finansowych to wierzcie mi że te awantury jeszcze bardziej mi podcinają skrzydła i szybciej opadam z sił i nie mam ich do dalszej walki.Potrzebne by było wsparcie a nie dołowanie mnie jeszcze większe niż można sobie to wyobrazic.
Nie pisz posta pod postem-użyj opcji edytuj
Moderatorka-apoteoza
Wiesz Kocia, wszystko jest na Twojej głowie i na Twoich plecach. Twoja rodzina jest w rozsypce, a Ty to cerujesz i łatasz bezustannie, chociaż ciągle się pruje w różnych miejscach. Może to zawodowe skrzywienie z mojej strony, ale ja Cię postrzegam jako osobę nadoodpowiedzialną, która usiłuje radzić sobie ze skutkami cudzych, chorych zachowań.
Taką nadodpowiedzialną i nadkontrolna rolę, żony wypełniają w rodzinie dysfuncyjnej, w rodzinie, w której jest jakiś problem. Ty zaprzeczasz, żeby to był alkohol, ale prawie w każdym Twoim poście coś o nim jest, w jednym nawet to, że mąż pije codziennie. Codzienne picie napewno nie jest normalne i powoduje, że czlowiek nigdy nie jest w stanie zachować pełnego, trzeźwego kontaktu z rzeczywistością. Może dobrze by było, zebyś skontaktowała się z psychologiem i porozmawiała z nim o swojej sytuacji?
Zrozumiałam że ta rola moja ciągłej opieki i szukania rozwiązań jest coraz bardziej trudna.Jeżeli idzie o zachowanie męża to tak.Propozycje padły i takie z mojej i syna strony. ale on uwaza że wszystko jest ok, i ze młody ma problem.Ja to widzę inaczej.Uważam że jego spotkanie z psychologiem byłoby na miejscu.Co wcale nie wyklucza i mojej wizyty.Ja nie mam takich zachamowań jak mąż.A co do cerowania to już mi na ten temat powiedziała kiedyś kuzunka- lekarka, że jak mnie zabraknie w tym domu to to się rozleci(miałam propozycje wyjazdu w celach zarobkowych za granice).Było to jakieś 4 lata temu.Pewno do dziś by się to wszystko inacej poukładało i by było .Zdecydowałam sie na dobro zwłaszcza córki, która rozpoczynała wtedy studia - zostać.I tak jest jak jest.
Wiesz kocia uczęszczałam kiedyś na mitingi żon alkoholików - tzw:Al-anon. Po jakimś czasie coś zaczęło mnie irytować - wiesz co? Otóż kobiety uwielbiały pławić się w tym co zrobił,co powiedział,ile wypił ,czego nie wypił ich szanowny małżonek.Mogły by tak opowiadać godzinami.Nic o sobie .
Marena7 zaproponowała Ci spotkanie u psychologa a Ty już w następnej linijce swojej wypowiedzi tłuczesz że to zachowanie Twojego męża jest nieodpowiednie.Dobrze jest przenieść wzrok z innych na siebie,na własne chore zachowania.Moim zdaniem masz niskie poczucie własnej wartości i dlatego czujesz się lepiej gdy wytykasz innym wady gdy raz po razie możesz udowodnić ,że bez Ciebie i Twojej pomocy są nieudolnymi ćwokami.Można wyrządzić ogromną krzywdę nie pozwalając kochanym przez nas osobom ponosić konsekwencji za swoje wybory czy decyzje.Bo najprościej jest połechtać swoje małe "EGO"przez podanie gotowego rozwiązania - bez względu na to czy ktoś nas o to prosił czy nie.A potem narzekanie.
Myślę,że nie masz pomysłu na swoje życie dlatego chodzisz i węszysz - dwa piwa wypił wczoraj a dziś trzy a syn to jedno wypił bo nie lubi - tak zachowują się żony alkoholików i niestety jest to chore zachowanie.
I te zachowania należy zmieniać korzystając z pomocy
17 2011-06-03 19:54:08 Ostatnio edytowany przez kocia (2011-06-03 21:16:16)
Gdyba życie było takie proste jak sie wydaje Darii to by nie było problemów na tym świecie.Wydaje mi sie że alkohol jest tu wtórny.Pierwotnym problemem a jakże podstawowym w większości konfliktów rodzinnych - jest kasa.Jak było jako tako to i nie było większych zgrzytów.Wszystko szło utartym szlakiem.Jak zaczęły sie problemy z kasą to i zaczęły sie inne.A co domitingów - to prowadzący te spotkania był do niczego jeżeli nie potrafił odwrócić uwagi Pań od takich spstrzeżeń.Zresztą na pierwszych etapach tak ma być. a potem dopiero zaczyna się rozmowa na tematy drażliwe.Każda terapia tak się zaczyna.Nie można wskoczyć od razu na kogoś że jest złem chodzącym i ma się natychmiast zmienić.Dziękuje za takiego terapeute.Wpierw musi wysłuchać a potem działać.
Moim zdaniem bardzo się mylisz kocia.Znam ludzi opływających w luksusach i niestety jest lipa.Może chodzi o nastawienie do takich spraw jak pieniądze .Nie bierzemy pod uwagę że po prostu może ich nie być.Pieniądze i dobra materialne są wyznacznikiem naszego szczęścia.Miałbym świetny powód do doła na maksa - męża wywalili za wóde z roboty ,ja zarabiam 1000zł a samych rachunków jest na kwotę 900zł.Ale myślę sobie o ludziach którzy w jednej chwili tracą cały dorobek swojego życia - i co? Zyją dalej,,,
Więc nie wydaje mi się że życie jest proste.
kocia przeczytaj cały watek który załozyłaś.
I spostrzeżesz,że jeśli ktoś wypowie się nie po Twojej myśli, nie tak jak Ty to widzisz, od razu atakujesz, odwracasz się plecami i mówisz - nie, nie, nie, nie tak nie jest, nieprawda.
Skoro wiesz lepiej, skoro inni nie mają racji - a uwierz mi osoby postronne widza więcej niż strony konfliktu, to po co się żalisz...
Człowiek chce zwrócić uwagę że coś zauważył, chce ci doradzić a ty od razu stajesz okoniem...
Nie.Tak nie jest, bo ja krytyke przyjmuje i to najczęściej z podwiniętym ogonem,Ja wiem że i ja mam problem skoro tkwie w tej rodzinie.Dawno powinny się rozejść nasze drogi, ale jak to mówicie że taki syndrom kobiety w rodzinie no to i tak - nie poszłam własną drogą bo dzieci, bo może własna wygoda.Uważam że mogę sie na tym forum wypowiedziec i bronic swoich racji.
Zanim założysz temat, pamiętaj aby wybrać właściwy dział. Pozdrawiam
Moderatorka-apoteoza
Oczywiście że możesz bronic swoich racji.
Po to jest forum.
Wiesz kocia uczęszczałam kiedyś na mitingi żon alkoholików - tzw:Al-anon. Po jakimś czasie coś zaczęło mnie irytować - wiesz co? Otóż kobiety uwielbiały pławić się w tym co zrobił,co powiedział,ile wypił ,czego nie wypił ich szanowny małżonek.Mogły by tak opowiadać godzinami.Nic o sobie .
Marena7 zaproponowała Ci spotkanie u psychologa a Ty już w następnej linijce swojej wypowiedzi tłuczesz że to zachowanie Twojego męża jest nieodpowiednie.Dobrze jest przenieść wzrok z innych na siebie,na własne chore zachowania.Moim zdaniem masz niskie poczucie własnej wartości i dlatego czujesz się lepiej gdy wytykasz innym wady gdy raz po razie możesz udowodnić ,że bez Ciebie i Twojej pomocy są nieudolnymi ćwokami.Można wyrządzić ogromną krzywdę nie pozwalając kochanym przez nas osobom ponosić konsekwencji za swoje wybory czy decyzje.Bo najprościej jest połechtać swoje małe "EGO"przez podanie gotowego rozwiązania - bez względu na to czy ktoś nas o to prosił czy nie.A potem narzekanie.
Myślę,że nie masz pomysłu na swoje życie dlatego chodzisz i węszysz - dwa piwa wypił wczoraj a dziś trzy a syn to jedno wypił bo nie lubi - tak zachowują się żony alkoholików i niestety jest to chore zachowanie.
I te zachowania należy zmieniać korzystając z pomocy
Kocia, Daria zauważyła coś niesłychanie ważnego i diagnostycznego na mitingach Al-Anon. Mianowicie, kobiety przyszły tam, żeby zająć się sobą, a zajmowały się swoimi mężami, na których picie i zachowanie nie miały żadnego wpływu. Daria odniosła korzyść z mitingów, czegoś się nauczyła o sobie i innych żonach alkoholików. Zaczęło ją irytować to skupienie na mężach i dostrzegła ten sam mechanizm w swoim własnym życiu. Od tego zaczyna się zmiana.
Tak na marginesie dodam, że Al-Anon to grupa samopomocowa i nie ma tam prowadzącego terapeuty.
Kocia, my tu tylko piszemy o swoich spostrzeżeniach. Wiemy tylko tyle ile zechciałaś nam powiedzieć o swoim życiu. Stawiamy rózne hipotezy na podstawie tego co nam o sobie mówisz, ale wcale nie muszą one byc trafne. Nikt Cię tu Kocia nie atakuje, jestesmy po Twojej stronie, nie musisz się tak zajadle od nas oganiać. Masz prawo się nie zgadzać, masz prawo bronić swoich racji, masz też prawo nic nie zmieniać w swoim życiu. Bo to Twoje życie.
Pozdrawiam Cię Kocia!
Ja sie nie opędzam ani na Was nie obrażam.Rozmowa musi się toczyć a ja usiłuje wyjasniac wątpliwości i bronić swoich racji, a to że podpowiadacie mi rózne rzeczy jest oczywiście dobre.Skupiłyście się na konflitach domowych i racja bo one rzutują na całość naszego życia, ale bez rozwiązania kłopotów finansowych (ja Wam to mówię) nie będzie dobrze.A to jak zrobić - tego nie wie nikt!Nie jestem materialistką i życie w trudnych warunkach nie jest mi obce.Ja tak się wychowałam, ale w domu była miłość.Nie wiem czy wiecie jak smakuje chleb z margaryną posypany cukrem? A teraz było dobrze i tak chciałam aby dzieci nie zaznały tego smaku.Wszystko toczyło się jakoś aż dosięgnął nas kryzys.Dzieci dorosłe ale córka ma jeszcze rok do skończenia studiów.Moim marzeniem jest przetrzymać ten jeszcze jeden rok, a potem niech się dzieje wola boża...Ale czy to się uda? I to jest problem.Nie snuje dalszych planów bo są bez sensu.Teraz właściwie kładąc się spać myślę co jutro przyniesie i czy ja położe się w tym łóżku jutro?Wszechobecny pesymizm dosięga mnie w każdym kącie.Problemy to moja specjalność.
I znów niedziela mija.Przez dzień było jako tako, a teraz znów zaczęło sie durczenie.Jak zwróciłam uwagę to jest obraza.Czasem by było lepiej się nie odzywac, ale powiem że to też żle bo pada pytanie dlaczego nic nie mówie.I tak zle i tak zle,Nie chce się żyć.
Uginasz się pod ciężarem zycia, Kocia. Gdy czytam po raz kolejny Twoje posty, robi mi sie naprawdę ciężko, bo co tu mozna radzić? Jest kryzys, kłopoty finansowe, a Twój mąż scedował wszystko na Ciebie i nie docenia tego, że stajesz na głowie, żeby jakoś utrzymać rodzinę. Mało tego, swoje frustracje też wyładowuje na Tobie. Jesteś "chłopcem do bicia" i "pochyłym drzewem na które wszystkie kozy skaczą". Nie wiem jak długo jeszcze to wytrzymasz, bo juz teraz Twoje nerwy sa w strzępach. Na razie trzyma Cię odpowiedzialność za córkę, której jeszcze rok został do zakończenia studiów, a co będzie potem? Ludzi spotykają różne nieszczęścia i problemy, ale jeśli trzymają sie razem to łatwiej się z nimi zmagać. Ty jesteś SAMA!!! Bardzo Ci współczuję!
Dziękuje Marenko za słowa otuchy.Ja łapie każde dobre słowo jak ryba wodę.Tak, ciężko jest i zastanawiam sie jak ja to jeszcze wytrzymuje? Jak dopadne jakąś kase to płacer to co najpilniejsze, a reszta zostaje na następny raz.Ale myśle że tak robią wszyscy gdy im brakuje kasy.Pocieszam się też tym że córa jest już po sesji, a więc został jej jeszcze rok.Czy ja dociągne? Nie wiem.Jestem opanowana ale to co sie dzieje w środku to wiem tylko ja.W piątek mam kolejną batalie urzędową, oczywiście dotyczy to firmy i męża.To ja tam mam iść bo przecież nie on.I tak to leci .
Tak, Kocia, mnóstwo ludzi boryka się z problemami finansowymi. Ja też miałam w swoim życiu taki czas, kiedy ciągle byłam "pod kreską" i nie wiedziałam czy zapłacić za prąd, czy dziecku buty kupić. Wiem co się wtedy czuje. W Twoim przypadku smutne jest to, że Twój mąż ogranicza się tylko do samej pracy, a cała resztę zrzucił na Ciebie, wszystkie te urzędowe historie, przepychanki z dłużnikami itp. Właściwie to Ty jesteś Szefem tej firmy, a on jej pracownikiem, na dodatek wiecznie sfochowanym. Ty stajesz na głowie, a on i tak ma wieczne pretensje. Okropna sytuacja i nie wiadomo co można z tym zrobić.
Teraz masz cel, wykształcić córkę, ale co będzie gdy go osiągniesz? Nie wyobrażam sobie, żebyś tak mogła trwać, z takim obciążeniem, bez końca. Będziesz musiała podjąć jakieś decyzje w sprawie swojego małżeństwa, po to by się uwolnić od tych ciężarów. Jeszcze nie teraz, ale potem.
Życzę Ci dużo siły!
No to żeby nie było zamało problemów to jeszcze dziś odstawiłam syna do szpitala.Cały świat sie wali i nie wiem kiedy i jak to sie skończy.Na fochy męża nie zwracałam dzis uwagi bo miałam ważniejsze rzeczy do załatwienia, ale żebyście wiedziały jakli on jest to Wam opiszę to w skrócie.Było pogotowie nad ranem i dali synowi zastrzyk.Mąż nawet niedrgnął w swoim łóżku.A potem zgodnie z zaleceniem lekarza musieliśmy jechać do szpitala.Spakowaliśmy sie i poprosiłam o pomoc kuzyna który nas zawiózł.Mąż niedrgnął.Ja nie byłam w stanie prowadzić samochodu(nie przespana noc i nerwy).Wróciłam do domu po ułożeniu młodego na oddziale i nie padło żadne pytanie.Tak jakby się nic nie działo.Najważniejze to było to żeby rano dać mu śniadanie(zanim pojechaliśmy) i po powrocie postawić obiad na stole.I to macie przykład przejmowania się mojego męża kłopotami domowymi.Usiłuje to wszystko opanować ale ja mam już dość takiego traktowania rodziny.Wyobrażam sobie sytuacje w której ja bym sie znalazła sama z mężem i potrzebowałabym pomocy lekarskiej.Podejrzewam jakby sie to skończyło, chyba że jeszcze byłabym w stanie ją wezwać.Super się mam.A teraz pojechał sobie do kościoła jaby nic.Najważniejszą rzeczą było w tej chwili pojechanie na msze na której nie był już od Wielkanocy.Ja nie pojechałam bo bym tam najprawdopodobniej bym ryczała.
No, po prostu ręce opadają! Nie zrobiłabym ani śniadania, ani obiadu!
30 2011-06-21 19:26:35 Ostatnio edytowany przez kocia (2011-06-21 21:07:48)
To wtedy by było dopiero wesoło.Choćby bomba spadła ja muszę zachowywać sie normalnie bo jak bym sie zbuntowała to by było dopiero ciekawie.To co napisałam o sytuacji w niedzielę to taki bieżący przykład.Tego jest multum, ale bez sensu to opisywać.Ta ciągła walka i ochrona wszystkich przed humorami męża a z drugiej strony ochrona Jego przed kłopotami czy problemami(bo to jest powód do następnego piekła domowego)- doprowadza mnie do wykończenia psychicznego.Ja to wszystko dusze w sobie i wybuchnąć nie mogę.Na zewnątrz staram się być opanowana, ale coraz trudniej mi to przychodzi.Szanuje jego pracę i wkład materialny, ale to nie wszystko przeciez.Brakuje mi trochę takiego zwykłego ludzkiego cieoła i wsparcia.Potrafi oj potrafi przy ludziach okazywać uczucie i opowiadac głupoty.Tylko w domu jest inaczej . I to boli.Miotam się i mam nadzieje, że to kiedyś w jakiś sposób się skończy.Marzeniem byłby jeden dzień normalności.
Wróciłam z pracy po 21 a ten pierwsze dać mu jeść a potem durczenie.Jestem potwornie zmęczona.14 godzin w biegu to można mieć dość.
Dawno nie pisałam ale cóż? Wciąż to samo a ja w tym tkwie i nie wiem jak się z tej matni wyrwać.Raz gorzej raz ciut lepiej i tak mijają dni,Kiedy sie to wszystko skończy?
Nie było by kłopotów w naszym domu gdyby kasy wystarczało.Jest coraz gorzej.a przecież kryzys do nas dopiero puka.Ja wychowałam sie w biedzie i nie jest mi obce zaciskanie pasa ale mąż? ale dzieci?trudniej im zrozumieć że może być nie zawewsoło,Dlatego miotam sie i wciąż łatam dziury stwarzając pozory normalności.Wierzcie mi że jest to coraz bardziej trudne.Do tego dochodzące wciąż różne humory i pomysły męża wykończyć by mogły każdego.Konflikt 2 kogutów tj.męża i syna doprowadza mnie do szaleństwa.Raz wyniosłam się z domu na 2 tygodnie do kuzynki i odpoczęłam od nich,ale Ona już nie żyje i mówiąc szczerze to nie bardzo jest gdzie sie wynieść aby nie robić jeszcze z tego sensacji.A przydałby się taki odpoczynek i podladowanie akumulatorów do dalszej walki .
Może byś pojechała do sanatorium? Nie będzie sensacji, a Ty odpoczniesz i podładujesz akumulatory.
A wogóle to czy masz w swoim domu miejsce, w którym mogłabyś sie odizolować od męża i syna? Zamknąć sie w pokoju z książką, albo ze swoim telewizorem? Albo posłuchać w samotności muzyki? A oni niech tam sobie skaczą do oczu. Duzi są, niech sobie radzą sami.
Tak,Marenko - mam swój kąt i korzystam z niego - nawet teraz siedząc z komputrem.Odpoczywam i staram sie zapomniec o kłopotach.
Jak ja dawno nie pisałam!Cały czas plączę się po moich kłopotach.Walczę o każdy dzień.Pracę zmieniłam a teraz wybieram się na bezrobocie.Tyle z tego wszystkiego mi zostało.Tak, aby było już całkiem do d... to nie mam pracy.Mąż jak zwykle miota się między dobrem a złem.Czepia się najwięcej syna ale i mnie się obrywa.A to ci życie!Dziwię się sama sobie że ja jeszcze wegetuje.Człowiek to jednak jest istotą niezniszczalną.Tyle kłopotów,tyle przeróżnych problemów a jednak trwa.Komornik na głowie,długi i nie wiadomo jak się to wszystko skończy, a mój mąż ma swoje drobne problemy dnia codziennego na tapecie i to jest dla niego najważniejsze.Wybucha w najmniej oczekiwanych momentach i czepia się bzdur gdy ja mam na głowie wszystko i usiłuję z tego jakoś wyjść walcząc o każdy dzień i o każdą złotówkę,Biorąc drobne kredyty tylko się zapętliłam jeszcze gorzej.Obcy ludzie czasem powiedzą dobre słowo a bliski człowiek zionie ...No to sobie ponarzekałam.