Witam, jestem pierwszy raz na tym forum, w gruncie rzeczy nigdy na żadnym niczego nie napisałam, ale po przeczytaniu kilku historii chciałabym również podzielić się swoją.
Może wyolbrzymiam problemy ale strasznie mi ciężko i tymbardziej mnie to zadziwia, bo odkąd pamiętam byłam silna, zdecydowana, spontaniczna i odważna. Z mężczyznami sobie radziłam bez większych przeszkód, aż nieoczekiwanie, rok temu zaczęłam się wplątywać w coś, przez co w życiu nie spodziewałabym się, że wyjdę taka "okaleczona".
Mam 20 lat, poznałam Dominika w Maju ubiegłego roku, spodobał mi się, zaczęliśmy się spotykać. Rodzice nie byli zbyt pozytywnie nastawieni do tego związku, bo znali go, on ma 28 lat i mieszka w tej samej miejscowości co ja i moja rodzina. Nie krążyły o nim zbyt pozytywne komentarze ale ja wychodziłam z założenia, że póki nie spróbuję - to się nie przekonam, jak zawsze zresztą. Na początku było wręcz cudownie, był romantyczny, opiekuńczy i ostrożny w słowach i zdaniach. Dość szybko zaczęlismy się uważać za parę. Może rozmowa nie szła nam całkiem płynnie, ale twierdziłam, że to kwestia czasu. No i po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do niego, zakochana, nie zauważałam tego, że on nie stawiał mnie na pierwszym miejscu, lubił dużo wypić, spotykać się z kolegami, pewnego razu wyjechaliśmy w góry, planując wspaniały weekend, ale wróciliśmy zdenerwowani, bo nie udało nam się znaleźć niczego wolnego. Zaprosilismy więc jego znajomych, z którymi miałam bardzo dobry kontakt, trochę wypiliśmy, a kiedy oni wyszli, zaczęliśmy się kłócić o jakąś głupotę, usiadłam na parapecie, chciałam zapalić papierosa wtedy on zdarł mnie z niego siła i zaczął krzyczeć coś w stylu sąsiedzi zobaczą itp,. wściekła ubrałam sie i wyszłam, nawet nie protestował, po chwili podjechał jego kolega i odwiózł mnie do domu, następnego dnia dowiedziałam się, że on wybrał sie jeszcze z tym samym kolegą na dyskotekę. Rano nawet nie zadzwonił, wystawił tylko auto przez bramę, żebym mogła je zabrać, ZERO przeprosin, nic, ale ja nie wiedząc czemu wróciłam. Zdarzały sie różne takie sytuacje, kiedy nie szanował mojego zdania, robił ze mnie pijaczkę, krzyczał, ale zaraz po większych kłótniach wynagradzał mi to wypadami do świetnych miejsc, upojne noce itp. I wszystko wracało do normy.
Studiuję we Wrocławiu od roku, ale ani razu mnie nie odwiedził. (500 km to było dla niego za dużo). Ciągle jednak wmawiałam sobie, że kocha mnie na swój sposób. U mnie w domu praktycznie nie bywał, to zawsze ja do niego przyjeżdżałam, kiedy było mi smutno albo źle, nie starał sie specjalnie, żeby mnie pocieszyć, ciągle czegoś mi w tym związku brakowało, czasem zasypiał, kliedy byliśmy umówieni, potem tylko się tłumaczył, że po prostu zasnął.
Próbowałam dalej tłumaczyć sobie, że MUSZĘ GO ZAAKCEPTOWAĆ takim jaki jest. Wcześniej był w wielu związkach, nawet sie oświadczył ale dziewczyna po 4 miesiącach wspólnego mieszkania zerwała oświadczyny, ze względu na jego zachowanie. Wspominał ją jako głupią, i pluł sobie w twarz ze z nią był, wydawało mi sie to zalosne, ale przemilczałam tą kwestię.
Czara goryczy przelała się dopiero wtedy kiedy zadzwonił do mnie, kiedy ja jechałam do wrocławia i tak od slowa do slowa doszlo do tematu malzenstwa. Zzapytalam tak o, bez wiekszych obaw, czy jest dziewczyna z ktora moglby sie ozenic. powiedzial, ze tak, ale ona juz go nie kocha i na pewno z tego nic nie bedzie bo wyszla za maz i ma dzieci/
Zamurowalo mnie. Nie moglam tego wytrzymac. Kiedy wrocilam z Wroclawia, przyjechalam do niego i zerwalam, prosil mnie zebym tego nie robila, dzwonil cciagle, nawet widzielismy sie kilka razy, i o malo co sie nie zlamalam. Nie jestesmy ze soba od dwoch miesiecy ale ja ciagle lize rany.
Tesknie za nim, jednoczesnie martwie sie o niego, ze nie dalam mu szansy, z drugiej strony wiem, ze przez ten zwiazek stracilam duzo szacunku do siebie samej, wypalilam sie, czuje bezdenną pustkę i nie wiem jak sie ztego wyrwac.
Czuje ze oszaleje. Ale jakoś życie toczy sie dalej.
Ciągle się tylko biję z myślami czy postąpiłam dobrze, czy może, zaprzepaściłam szansę na coś co mogło trwać.
Wiem, że to nudna i długa historia ale gdyby któraś z was mogła mi udzielic chociaz jakiejs krótkiej rady, byłabym wdzięczna. Rzadko kiedy zwracam się do kogoś o pomoc, ale tutaj, anonimowo jest mi łatwiej. Musiałam to zrobić, bo narasta we mnie takie ciśnienie, że boję się, że za niedługo cała się rozpadnę.
Pozdrawiam,
M.