Nic już nie wiem... W skrócie: poznaliśmy się przez internet i wytrzymaliśmy tak rok, w końcu wyjechałam do niego na studia, wtedy zaczęło się psuć - pojawił się problem jego zauroczenia w mojej współlokatorce i konta na portalach randkowych, pokasował wszystko, zerwał z nią kontakt, przebaczałam mu to okrągły rok i cierpiałam, wyjechałam do domu na wakacje (podczas wakacji było między nami kiepsko), w końcu wróciłam na uczelnię i było mi nawet dobrze. I teraz stop. Nawet dobrze? Z osobą, z którą mogłabym spędzić resztę życia ma mi być dobrze? Dobry, to w szkolnym dzienniku ocena 4, na skali od 1-6... Powiedziałabym nawet, że związek oceniam na dostateczny...
Kiedyś było wspaniale (efekt pierwszych miesięcy), ale wtedy nasz tryb życia był podobny - szkoła-skype-sen. Teraz ja mam swoją uczelnię i mnóstwo wolnego czasu, a mało znajomych, a on ma uczelnię, swój mini biznes, miłość do zarabiania pieniędzy i nowiutkich fajniutkich znajomych, w tym dużo fajnych koleżanek. Kiedy "pracuje" na komputerze, ja nie istnieję. Gdy mnie zaprosi do siebie na nocleg, często zdarza się, że leżę tam, oglądam telewizję i się nudzę, a on stuka w klawiaturę, odrywa się tylko od czasu do czasu z nadzieją, że mnie rozbierze i dostanie trochę przyjemności. Do tego często kłócimy się o głupoty + jestem zazdrosna, czego winą jest ta nieszczęsna była współlokatorka.... Zeszłam u niego na margines... Kiedy jest impreza nie mówi "idziemy" tylko "idę", a dobrze wiem jak zachowują się pijani 20-latkowie w towarzystwie kobiet, poza tym chętnie bym też poszła nie ze względu na zazdrość, tylko żeby gdzieś się pokazać, pobawić, ale nie chcę się dopraszać o zaproszenie... Nie chcę go błagać o miłość, o uwagę, o wysłuchanie, o zapoznanie z tymi fajnymi przyjaciółmi, jakbym była jakąś inwalidą, która sama sobie nie umie poradzić i znaleźć własnych kolegów... Ale chyba jestem nią...
Nie umiem sprawić, aby ten związek był dla mnie satysfakcjonujący, jednocześnie nie zaniedbując innych aspektów mojego życia. Wczoraj wymiękłam podczas rozmowy telefonicznej z nim... Ja cała zamartwiona i osamotniona, on wesoły opowiada mi co będzie robił jutro.. A ja mu mówię "jestem na ciebie zła.. nie jestem wesoła" na co on nadal lekkim i wesołym tonem: "no to bądź". Zakończyłam rozmowę i momentalnie pomyślałam "on mnie w ogóle nie potrzebuje". Ma swój świat, w którym ja jestem dodatkiem, źródłem czułości i przyjemności z posiadania własnej kobiety. Nie pyta mnie o zdanie, a jeśli spyta, to i tak nie ma to na nic wpływu. Przestałam go sprawdzać, wypytywać, lamentować, moja paranoja się skończyła... myślałam, że z końcem koszmaru przyjdzie błogi spokój, a przyszła... pustka. Jestem samotna w związku. Marzę o posiadaniu mężczyzny, chociaż go mam.
Czy powinnam się z nim rozstać? Napisałam do niego list, w którym proszę go o zdecydowanie czy jestem tą jedyną i pokazanie mi na to dowodów, czy po prostu nic nie przemawia za tym, żebyśmy to ciągnęli. Czekam na odpowiedź. Ale nie wiem czy dobrze zrobiłam... Nic już nie wiem...