Byłam z facetem 14 miesięcy i mnie również wydawało się, że jest to ten jedyny, aż do 30 października. Wtedy nastał w moim życiu trudny okres jako, że miałam problemy ze znalezieniem mieszkania i pracy. Myślałam nawet o powrocie w rodzinne strony i bardzo potrzebowałam jego obecności, wsparcia.
(Mój były jest 3 lata po rozstaniu, które bardzo przeżył i ma apodyktyczną matkę (nadal mieszka z rodzicami mimo 30 choć teraz próbuje kupić mieszkanie). Tym tłumaczyłam jego brak większego zaangażowania w nasz związek, jak również fakt, że nigdy nie powiedział KOCHAM. Uznałam, że po prostu się boi i muszę mu pokazać, jak bardzo ja kocham i wspieram jego.)
Przez 14 miesięcy kochałam bezgranicznie nie oczekując kompletnie niczego w zamian ( nie było np: zbyt częstych wyjść (wspólnych, gdyż on sam często wychodził) do knajp (płaciłam za siebie), kina, do znajomych (gł. jego bo ja w nowym miejscu zamieszkania nie miałam ich zbyt dużo) itd. mogłabym wszystkie policzyć na palcach 2 rąk, żadnych kwiatów, a gdy robiliśmy zakupy np: na obiad, wtedy przeważnie ja płaciłam, gdyż on nie miał kasy)
Cóż ...
W momencie kiedy potrzebowałam jego obecności i wsparcia to mój JEDYNY się ode mnie odwrócił, totalnie mnie olał i wybrał kumpli. Nie kontaktowaliśmy się przez kilka dni (sądził, że jak zwykle ja zadzwonię, gdyż nie lubię konfliktów i bardzo szybko przechodzi mi złość)
Po kilku dniach milczenia jednak zadzwonił on, tyle, że z pretensjami, iż się nie odzywam (1,5h kłótnia przez tel.). Zażądałam, aby przyjechał bo chciałam to szybko skończyć, lecz oznajmił mi, że jest już umówiony z kolegami:) Więc ... umówiliśmy się na inny dzień.
Na owym spotkaniu przeprosił i obiecał, że spróbuje coś zmienić, a ja choć rozum podpowiadał coś innego, zgodziłam się jeszcze zawalczyć o ten związek i mężczyznę, którego przecież kocham (poza tym nie potrafiłabym go zranić nigdy).
Od tego czasu widzieliśmy się rzadko, on ma przecież tyle pracy i matka ciągle czegoś od niego chce, więc nie naciskałam. Uznałam, że pewnie faktycznie robi, co może, żeby ze mną być.
26.11 - zapomniał mnie poinformować, że jednak się nie zobaczymy (nie pierwszy raz) wieczorem, bo był taki zmęczony.
28.11 - rozmowa poważna z mojej inicjatywy ( musiałam naprawdę mocno go przycisnąć).
Dowiedziałam się, że CHYBA mnie nie kocha i CHYBA nie jestem osobą, z którą chce ułożyć sobie życie. Powiedział, że był ze mną bo było mu po prostu dobrze. Stwierdził, że musi to wszystko przemyśleć i zadzwoni. Po czym próbował mnie jeszcze przelecieć, a gdy mnie to zbulwersowało, rzekł, że jest tylko facetem. Zaproponował również przyjaźń, lecz na moją uwagę: " Chyba nie sądzisz, że będziemy ze sobą sypiać"- odpowiedział: " Czemu nie, w końcu oboje jesteśmy dorośli. (KABARET JEDNYM SŁOWEM)
Najdziwniejsze w tym wszystkim było moje zachowanie, gdyż w
tamtej chwili jeszcze pocieszałam i przytulałam jego.
Nie wiem, czy było to kulturalne rozstanie, ale wiem, że inaczej nie potrafiłabym się zachować, mimo tego,
iż nic dla niego nie znaczyłam, byłam tylko panienką do ruchania, jak wiele innych.
Czy będziemy przyjaciółmi ?
Doprawdy nie wiem.
Zadaje sobie pytanie, czy warto przyjaźnić się z kimś, kto zupełnie nie szanował moich uczuć?
Dziś choć minęły dopiero 2 dni, to wiem, że nie chcę chować w swoim sercu żalu i złości, bo te uczucia niszczą.
Staram się wybaczyć mu wszystko i życzę jak najlepiej, może znajdzie kobietę swoich marzeń i będzie szczęśliwy. Oby
Mam nadzieję, że dla mnie los też ma coś dobrego w zanadrzu.
"A czas
Płynie jakby nigdy nic
Nieskończony kręci film"
Przepraszam, za tak długi post, ale było mi to pisanie naprawdę potrzebne.
Pozdrawiam