Myślałam że opowiem bez szczegółów albo tylko to co teraz się dzieje ale jednak musze wszystko, żeby nie było wątpliwości.
Prosze o rade i ocene sytuacji....Więc:
Mam 21 lat facet 6 lat starszy. Po studiach. Między nami po niespełna 2latach związku zaczęło się psuć. Ciągle kłótnie, czepianie się o coś, raz ja raz on i tak ciągle. Razem nam było dobrze ale przez tel sporo wyniknęło między nami nieporozumień. Ja studiuję, zaczęłam częściej bywać na imprezach z koleżankami (bez niego również, on a tygodniu pracował więc nie dawalo rady). Pominę to że przed prawie każdym moim wyjściem (czasem szłam na max 2h gdzieś z kumpelami, wracałam o 1 do siebie i jeszcze dzwoniłam do niego że jestem już żeby się nie martwił) był prawie zawsze foch. Z czasem mniej fochów, bo skoro mu mówiłam gdzie ide a to już sie tak nie unosił bardzo o te wyjścia. Czułam się trochę jak w klatce, nigdzie sie nie mogę ruszyć bez niego... Za to w weekendy widywaliśmy się razem, spędzaliśmy czas współnie. On rzadko bardzo z kumplami gdzieś jeździł, wolał być ze mną. A ja z nim:) było naprawde super zawsze, tylko te ciagle pretensje że ide gdzieś bez niego. Plus nasze kłótnie. No i nie obyło się bez problemu. Jakoś na początku tego roku zaczął do mnie pisać jeden koleś, strasznie sie chciał kumplować, zapraszał na imprezy itp. Od razu zaznaczyłam że mam faceta, z resztą zdjęcie w ramce stało w pokoju i sam je widział. On na to że po prostu mnie polubił i że lubi mieć fajnych przyjaciół wokół siebie, wiedziałam też z resztą żę on widuje się z jakąś blondynką, życzyłam mu powodzenia bo kiedyś wspomniał że 6lat miał panne która potem go zostawiła.... Czemu nie wiem, mówił że niby ona stwierdziła że nie pasują do siebie ale po tym wszystkim co przez niego przeszłam myśle że moglo być inaczej i wciskał mi kit po prostu.
Kiedyś tam (w kwietniu) moja kumpela (z piętra w akademiku na którym on też mieszkał) miała urodziny i mnie zaprosiła, X (nazwijmy tak kolege) też tam był - znał chyba 3/4akademika, był znany. I najlepsze.... Nigdy nie miałam czegoś takiego jak kac po % czy urwany film. Tego wieczoru film mi się urwał po zaledwie 2piwach i kilku kieliszkach.... Bywając na innych imprezach nie twierdze że piłam nie wiadomo ile, ale taka dawka nie była nigdy dla mnie zabójcza aż tak żeby nic nie pamietać. Obudziłam się rano nie w swoim łóżku bez spodni, z ogromnym bólem głowy i żołądka. W czyim łóżku? Pana X. Jakby nie to że nie miałam spodni na sobie i bolało mnie krocze (:/) nigdy bym nie pomyślała że coś się stało. A tak.... nawet nic nie pamietałam. Nie chce sie wybielać, ale nie rozumiem jak można czegoś takiego nie pamiętać, w ogóle jak mogłam zrobić to przecież mimo kłótni i nieporozumień mój chłopak to dalej mój chłopak i kocham go jak nikogo. Na moje pytanie co sie stało on stwierdził że nie pamięta wiele ale że nie poszliśmy na kontynuowanie imprezy do klubu tylko wylądowaliśmy w łóżku, i że mało co pamięta z tego. Ja od razu po przebudzeniu zadzwoniłam do mojego faceta, okazało się że on dzwonił do mnie ja nie odbieralam tel (to było w czasie jak już spałam z tamtym...) i mój tel sam się odebrał, i on to wszystko słyszał co się dzieje, słyszał jakieś sapania i jęki ponoć itp
wyzwał mnie od szmat i stwierdził że mnie nie chce znać. Byłam zrozpaczona, nie wiedziałam co robić chciałam przede wszystkim tego żeby mnie mój TŻ nie zostawił.... A X stwierdził że przecież ja go znam, że przecież on też się spotyka z jakąś panną i że wiem że ciągle coś czuje do swojej byłej do której próbuje wrócić od 1,5roku ale ona nie chce go. I że nie mógłby nic zrobić wbrew mojej woli. Powiedział też że jeżeli już nie chciałby wiedzieć o tym że jego dziewczyna go zdradziła.... I żebym lepiej sie wypierała wszystkiego i powiedziała że spałam u koleżanki obok. I tak zrobiłam. Głupia ja. Nigdy sobie nie wybacze żę posłuchałam tego dupka. Ale było mi okropnie wstyd że zrobiłam co zrobiłam, brzydze sie teraz siebie jak pomyśle że ten h*j wylądował między moimi nogami.... Po tej calej akcji skupiłam sie na tym żeby mój chłopak mnie nie zostawił. Cały czas wypierałam sie tego, twierdziłam że to nie ja i to niemożliwe żebym go zdradziła. Wmawiałam to sama sobie, może ciut lepiej mi tak było jak nic nie pamietałam z tej nocy. No ale w końcu nie umiałam już patrzeć na siebie, on mi to wybaczył. Było niby lepiej... Ale tak naprawde, potem dotarło do mnie to co zrobiłam. I nieważne że nic nie pamietałam. Nikt poza mną i X o tym nie wiedział, nikomu sie nie mogłam wygadać. Ciągle z X widywałam sie na imprezach, jego panna z którą chodził często też bywała tam... Cały czas widziałam wine w sobie, bo jak mi mój chłopak powiedział "jak suka nie da pies nie weźmie". Zmieniłam sie, chciałam by było między mną a Tż ok ale tak nie było. Cały czas chciałam sie przyznać ale nie potrafiłam, widziałam że to bedzie koniec zwiazku. Że juz nie bedzie nigdy jak kiedyś. Niestety nie umiałam być taka egoistka jak niektórzy zdradzajacy, którzy by uznali że po alko to nie zdrada.... Ja zdradziłam przede wszystkim siebie, to, w co sama zawsze wierzyłam i co było dla mnie najważniejsze w zwiazku - wierność i szczerość. Zdradziłam + okłamałam że spałam u koleżanek. Po 3tyg od tego zdarzenia powiedziałam Tż że chce sie rozstać, bo ciagle sie kłócimy i chce byc sama teraz bo sobie nie radze ze soba. Tż widziałam że od 2miesiecy sie starał zeby miedzy nami bylo ok, zrezygnował i uznał że to juz koniec naprawde miedzy nami. Ja sie nie przyznałam do tego co zrobiłam... Bo miałam nadzieje ze sobie sama poradze z tym wszystkim i może bedzie dla nas szansa kiedyś. Po miesiacu spotkalismy sie bo miał mi oddać książki. Mówił że nie umie o mnie zapomnieć, ale też spotyka się z innymi dziewczynami. Kolejny raz jak sie widzielismy za tydzien, te odgłosy w telefonie które wtedy słyszał nie dawały mu spokoju i zapytał się o to. Ja wiedziałam dobrze że to pytanie predzej czy później padnie, ale uznałam że już kłamać nie mam zamiaru i przyznałam sie do tego bo w kłamstwie nie zamierzałam żyć jeśli nasz związek by kiedyś miał istnieć jeszcze. Powiedziałam wszystko mu. On chciał jechać do X, żeby mu przyłożyć. Powiedziałam żeby dał spokój, że ja już do tej sprawy nie chce nigdy wracać, że chce o tym jak najszybciej zapomnieć a nei rozdrapywac to. No i ok, ale za 2dni sie widzimy i tym razem wystawiłam mu X i coś tam sie szarpali... to był koniec czerwca wtedy. Potem sie 2tyg z Tż nie widziałam, wyjechał na wakacje z rodziną. Jak wrócił mówił że sobie wszystko przemyślał, że najważniejszy jest on teraz i nie wie co z nami bedzie. Minął miesiac, spotkania srednio raz na tydzien (odległość) i nie za bardzo widziałam... Po miesiącu zaczęły sie kłótnie że on mi tego nie potrafi wybaczyć że zawsze bedzie o tym pamiętał itp. Że jakbym mu przyznała się od razu to sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Jakoś te jego humory, wyzywania mnie od dziwek kurw i szmat przeżyłam, to że mnie nienawidzi i nie kocha (wszystko mówione w złości) też, ale strasznie mnie te słowa bolą i będą boleć cały czas. Tym bardziej że nie wskoczyłam temu X do łóżka świadomie... Zdrada nigdy by mi na myśl nie przyszła, wiem jak ona boli bo w swojej rodzinie jej doświadczyłam niestety. W końcu było w miare ok, Tż powiedział że mnie kocha i daje nam szanse...pojechaliśmy na wakacje, 10dni, było jak za dawnych czasów. Jedna poważna kłótnia była, znów jeden i ten sam temat, ja go uderzyłam w twarz bo mnie znów obraził, tym razem nie wytrzymałam a on mi oddał.... Popłakalam sie (całe wakacje przepłakałam z resztą...) ale jego to nie ruszyło. Potem jakoś tam pogodzilismy się, robiłam wszystko żeby go przeprosić ciągle za tamto, żeby widział że się staram itp. Wysyłałam mu masy różnych miłosnych listów, często w nich też pisałam co czuje itp... Sporo tego było. Sam stwierdził że widzi jak ja bardzo się staram ale on nie jest pewnien czy to ma sens.....
Wczoraj byłam u niego. Ten temat nie daje mi spokoju, sama sobie ze sobą nie umiem poradzić po tym co zaszło wtedy na imprezie, brzydzę się siebie i czuję odraze do siebie. Pytałam sie Tz co z nami bedzie, powiedział że sam nie wie, że daje nam szanse, ale nie jest w stanie mi powiedzieć nic na 100%. Minęły już niecałe 3miechy jak się o tym dowiedział. Powiedział że jak ze mna nie był spotykał się z innymi dziewczynami ale nic z tego nie było. Potem powiedział że on nie wie, czy to ja jestem ta jedynam, że może musi sie przekonac z inna dziewczyną że jednak mnie kocha.... Powiedziałam mu że jeśli chce próbować z inną to niech mi da spokój, bo sie strasznie męczy już i jestem naprawde wyczerpana psychicznie
płacze codziennie, przed snem i rano. Pisze pamietnik, bo mamie nie bede sie 4x dziennie żalić na to czy tamto, ona chociaż zna sprawe od podszewki ma też swoje problemy a nie ciagle ja.Tz jednak twierdzi, że to ze mną chce sie spotykać, a nie z inna, ze teskni za mna. Teraz miedzy nami jest ok, piszemy, gadamy codziennie na gg i przez tel ale ja naprawde jestem w takim zawieszeniu nie wiem co mam robic, czy moze nic nie robic i czekac na rozwój wypadków? Pytając go kiedyś czy wierzy że między nami będzie dobrze jeszcze kiedys powiedział że tak i że wierzy żę nawet moze byc lepiej.... Ale po kilku dniach mnie zwyzywał, ja go przepraszałam.... Obiecałam mu że zrobie dla niego wszystko jestem w stanie zrobic wszystko on jest miloscia mojego zycia, a zdaje mi sie ze po tej "zdradzie" ja cierpie 3xtyle co on ![]()
co moge dodać...te niecałe 2 lata razem, nie wliczając końcówki gdy zaczęły się kłótnie był bardzo udane. Zero większych sprzeczek, kryzysów.... Byłam pewna że TO TO. I o też. Wprawdzie ślubu nie chciała jeszcze, cieszyłam się tym co mam (on sie chciał zaręczyć co troche mnie przestraszyło szczerze, jego mama tez naciskała na nas...). Teraz naprawde nie radze sobie sama ze soba, nie wiem jak mogłam zrobic cos takiego swojemu facetowi... Już 100 razy mu mówiłam, że jakbym go zdradziła z premedytacją to bym nie liczyła na szanse u niego bo by mi było wstyd prosic.... Teraz nie wiem co robić, czuje sie podle, z jednej strony jest miedzy nami cosraz lepiej, tak jak wtedy gdy mi wybaczył za pierwszym razem gdy mu powiedziałam że spałam u kolezanki. Póki o niego walczyłam, całą uwage skupiałam na nim nie na tym co sie stało. Nie dopuszczałam do siebie tej mysli. A teraz.... Jest lepiej, im lepiej tym bardziej to do mnie wraca dlaczego?
Możecie mnie zgnoić, że jestem nic nie warta takiego faceta, że zdradziłam go i powinnam sie cieszyc ze mi dał nadzieje... Kiepskie tlumaczenie że nie chcicałam tego, ale tak było i niestety nie umiałam kłamać caly czas, chyba musiałabym nie mieć sumienia żeby ukryć to a potem kiedys tam przysiegac milosc i wiernosc ![]()
wybaczcie za chaos w wypowiedzi.