Postaram sie zaczac od poczatku ...
Wyszlam za maz chyba z zauroczenia, ale milosc szybko minela. Malzenstwo bylo gehenna. Strach i bol towarzyszyly mi caly czas. Bylam workiem treningowym dla mojego meza, gwalcona i poniewierana caly czas.
Maz - totalny psychopata, czerpiacy radosc i zadowolenie ze znecania sie nade mna.
Marzylam o dziecku. Potem marzylam, aby nie zajsc w ciaze.
W koncowym okresie naszego malzenstwa okazalo sie jednak, ze bede matka. Malzenstwo bylo juz skreslone, ja martwilam sie, czy urodzic czy nie. Wszystko przewazalo na NIE.
Rodzice moi jednak starali sie za wszelka cene odwiezc mnie od takich mysli. Rozmawiali, tlumaczyli, ze moja niechec wynika z tak nieudanego malzenstwa, traumatycznych przezyc . Prosili, abym zmienila zdanie, ze dziecko to moze byc kiedys moja wielka radoscia i podpora w zyciu.
A ja ? A ja sie balam. Balam sie, ze bedzie takie samo jak ten tyran, ze odziedziczy wszystkie jego cechy.
Kiedy okazalo sie, ze to bedzie dziewczynka, dopuscilam do siebie mysli, ze moze byc inaczej, ze wychowujac ja sama i z pomoca moich kochanych rodzicow, w domu cieplym i zyczliwym, wszystko moze byc lepsze.
Chyba nawet potem cieszylam sie , pokochalam corke. Przez wszyskie lata rodzina, znajomi, przyjaciele i otoczenie uwazali mnie za wzor matki. Podziwiali ile jestem w stanie dac corce tyle ciepla i milosci , zapewnic rozwoj, edukacje, szczesliwe dziecinstwo, kontakt z rowiesnikami , mile wakacje. Ona byla zawsze na pierwszym miejscu w moim zyciu.
Stracilam duzo w zyciu, nie chcialam utracic tej istoty, dla ktorej w zasadzie chcialam zyc.
Corka jednak od urodzenia byla dla mnie dziwna. Juz w szpitalu po urodzeniu zauwazylam, ze reaguje placzem na kazda probe przytulenia czy usciskania. Nigdy nie dala sie pocalowac. Reagowala prawie obrzydzeniem.
Tlumaczylam to sobie dziecinnymi fanaberiami.
Dzisiaj jest juz dorosla, a ja nie wiem czy ja kocham. W zasadzie to napewno kocham jako matka, ale nie wiem, czy mam w sobie te cieple dla niej uczucia jakie powinnam miec.
Nasze obecne zycie jest pelne wzajemnej niechceci. Corka nienawidzi mnie za wszystko i o wszystko. Jest ze mna, bo sama nie dalaby rady sobie poradzic , bo ma zapewniony byt ( tak powiedziala ).
Gdzie rozmylo sie to cale moje uczucie milosci do niej ? Czy nic z tego nie dotarlo do corki ? Czy byla to walka z wiatrakami ?
Sprawdzilo sie to, czego obawialam sie te 19 lat temu. Mam obok siebie mlodsza wersje mojego ex-meza. Te same zachowania, ta sama agresja , ta sama nienawisc ( juz w wieku przedszkolnym widzaialm to zachowanie, wszyscy jednak tlumaczyli mi, ze to typowe dla takich maluchow ).
Tak samo obwinia wszystkich i wszystko wokol siebie za swoje niepowodzenia, jak to robil jej ojciec.
Tak samo nigdy nie okazala odrobiny ciepla, wdziecznosci czy radosci - tak jak jej ojciec.
Nigdy nie pamieta ( czy tez nie chce pamietac ) o moich urodzinach, imieninach, swietach ( rowniez dotyczy to innych czlonow rodziny ) - nigdy nie dostalam zyczen , czy zwiedlego kwiatka. A ja przecizez zawsze o jej uroczystosciach pamietam. Zawsze staram sie ja zaskoczyc czyms milym, niespodziewanym , nietypowym. Ja tak - ona nigdy.
Martwialm sie szkola , latalam do nauczycieli, staralam sie pomoc corce w dodatkowych lekcjach. Ona nie chciala zadnej pomocy , odrzucala ja w wulgarny sposob. Dzisiaj obwinia mnie, ze nie ma szkoly.
Przykladow jest tak duzo, ze az pisac sie nie chce....
A mnie brakuje juz sily , radosci.
Miala byc moim szczesciem i podpora..... a ja zastanawiam sie, czy faktycznie cos do niej czuje.
Przrazilam sie, ze nie. Przerazilam sie swoich mysli i odczuc.
Jak dalej z tym zyc ?