Witajcie
Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób będzie zainteresowanych moim problemem, jednak skoro już jest możliwość wygadania się, to czemu by nie. A może ktoś mi pomoże.
Zdawałam sobie sprawę, a może jak głupia wierzyłam, że w moim życiu wszystko układa się tak jak należy. Miałam rodziców, którzy po 30 latach małżeństwa nadal się kochali, wspierali i świata poza sobą nie widzieli. Miałam również starszą siostrę, na której mogłam zawsze polegać. Miałam kochaną siostrzenicę oraz wiele przyjaciół i narzeczonego, ale... nikt mi teraz nie umiał pomóc.
Ta wiadomość spadła na mnie i moją rodzinę jak grom z jasnego nieba. W sobotę okazało się, że moja 26 letnia siostra ma białaczkę! Szok jaki się pojawił spowodował, że nie chcieliśmy w to wierzyć. Ona młoda, silna, zdrowa kobieta, która miała ambicje, plany... Ona kobieta, która 2 lata temu wydała na świat Julkę nagle miała by odejść? Ale niestety rutynowe badania jakie musiała wykonać do pracy i wyniki pokazały czarno na białym wypisaną śmierć.
Nie mogliśmy uwierzyć, a jednak przypominaliśmy sobie, że ostatnimi czasy Kaśka wiele razy chorowała i dawała nam małą by tylko jej nie zarazić. Ale kto mógł podejrzewać, że owe "grypki" sprowadzą ją do tego. Lekarze, u których była siostra mówili jednomyślnie - żadnych możliwość na wyzdrowienie. Za późno odkryta białaczka nie daje szans na wyleczenie...
Moja siostra zawsze silna i w tym momencie okazała się być jeszcze silniejszą osobą. To ona wspiera matkę i ojca, mówiąc że przecież kiedyś się wszyscy spotkamy, choć mama przeżywa to bardzo mocno, gdyż musi patrzeć jak własna córka umiera.
Ojciec ukrywa łzy i stara się być nadal silnym mężczyzną, ale wiem jaka to dla niego strata...
A ja... Ja staram się uciekać od tego problemu, bo ilekroć spojrzę na nią mam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, czemu wolała leczyć się domowymi sposobami a nie pójść do lekarza ilekroć źle się czuła? Ale nie chce sprawiać jej jeszcze większej przykrości...
Najgorsze przyszło dziś. Zaraz po obiedzie Kaśka poszła ze mną i z małą na spacer i podczas niego poprosiła mnie o tym bym zaadoptowała Julkę zaraz po jej śmierci. Chce by mała nadal wychowywała się wśród dziadków i mojej osoby. A skoro i tak zamierzamy z moim Arkiem wziąć ślub mała będzie miała zapewniony dom.
Prośba siostry zaskoczyła mnie bardzo, bo przecież to ja na niej zawsze polegałam, a ona na mnie nigdy jakoś nie mogła. Nie powiem, że wzruszyłam się, ale nie wiem co robić. Kaśka wychowywała małą sama, z pomocą babci, dziadka i mojej. Nawet Arek ją polubił. Wiadome jest, że każdy chce dla niej jak najlepiej, ale nie wiem co robić. Bo przecież trzeba będzie poinformować ojca małej o całej sytuacji, a on kiedyś bardzo nie chciał jej oddać, lecz musiał wyjechać za granice i kontakt się urwał.
Boje się, bo nie wiem co robić. Nachodzą mnie myśli, że nie podołam wyzwaniu a ponadto przecież nie będę umiała pomóc małej gdy nawet jeśli mi i Arkowi urodzą się dzieci. Z drugiej strony nie chce oddawać małej jej ojcu, który pamiętał o niej do 3 miesiąca jej życia a potem zniknął. Ale według prawa to on jest ojcem i ma większe prawa do niej.
Rozmawiałam z Arkiem i rodzicami. Uznali oni bowiem, że skoro to wola zmarłej to trzeba jej wypełnić. Jednak sama nie wiem... Odnoszę wrażenie, że nie umiałaby być matką dla małej tak jak moja siostra... Kocham ją, ale nie wiem czy umiałabym być dla niej przykładem w życiu, skoro sama dla siebie nie jestem...
Poradźcie co byście zrobiły na moim miejscu. Z pozdrowieniami Mysiak