Witajcie
Coraz bardziej rozważam aby zdjąć z siebie ciężar jakim jest prawictwo. Samo to jak sobie pomyśle, że innym przyszło to tak łatwo a ja mam z tym pod górkę powoduje we mnie odruch wymiotny i mimo wolne przyznanie się do poniesionej porażki.
Jak skończyłem technikum wziąłem się mocno za siebie. Trenuje do tej pory kalistenike, gdzie nie byłem w towarzystwie jestem uznawany za sympatycznego gościa z poczuciem humoru także można powiedzieć, że kompleksy z lat szkolnych są daleko już za mną. Obiektywnie moim problemem może być to, że nie jestem przystojny z twarzy.
Nigdy nie korzystałem z apek bo boję się czy nie narobię sobie większego burdelu w głowie. Nie jestem przekonany do tego nowoczesnego randkowania gdzie każdy szuka lepszej opcji bez głębszego poznania się. Nie trafia do mnie też niestety rada w stylu: umawiaj się masowo z kim popadnie i zaliczaj co się da. Można się śmiać, ale dla mnie to brak szacunku do siebie. Być może jestem jakimś żałosnym romantykiem i oczekuje czegoś więcej od relacji niż seksu.
Postawiłem na niszowe czaty w internecie. Z gadki jakoś idzie, ale niestety i również tam jest ghosting z dziwnym powodów. Idę też w jakość nie ilość więc jak widzę, że rozmowa się nie klei i dziewczyna też to widzi no to pass. Najgorsze jest to, że z wiekiem coraz bardziej robie sobie nadzieję i gdy taka internetowa znajomość się kończy to mnie to po prostu boli. Czuję się jakbym wracał do czasów nastoletnich. Nie czuć ode mnie desperacją bo umiem się opanować, ale brak doświadczeń powoduję, że jest coraz gorzej ze mną.
Wszyscy mnie znają jako pogodnego faceta jednak to co przeżywam w głowie przez ostatni czas jest porażką. Widzę szczęśliwych ludzi trzymających się za rękę i coraz bardziej trafia do mnie, że mój pociąg nie odjechał tylko on nigdy nie miał przyjechać.
Może odhaczenie i zdjęcie z siebie tego brzemienia da jakąś ulgę?