Cześć wszystkim,
Jestem obecnie około miesiąca po rozstaniu ze zdawało mi się cudownym chłopakiem, z którym byłam prawie pół roku, jednak po tym czasie uznał, że stoimy w miejscu jako para, a moje zaangażowanie cały czas było mniejsze od jego, że byłam bardziej zajęta swoim życiem niż nim i brakowało mu mojej atencji i czułości… Mamy po 27 lat.
Rzeczywiście na początku podchodziłam dość ostrożnie do tej relacji, bo pod koniec zeszłego roku zakończył dopiero długoletni związek (ze swojej inicjatywy) i myślałam, że będziemy się co najwyżej spotykać bardziej na luzie i nie chciałam być dziewczyną „na odreagowanie”, ale z czasem poczułam duże zaangażowanie z jego strony, poznałam jego znajomych i rodzinę, rzucał sugestie dotyczące przyszłości itd., więc pomału zaczęłam się otwierać. Dodatkowo nasza wspólna znajoma zapewniała mnie, że jego poprzedni związek zmierzał ku rozpadowi już co najmniej od roku i od dłuższego czasu zbierali się do rozstania, a po wszystkim był bardzo szczęśliwy będąc sam i mając czas dla znajomych i rodziny, więc, że wcale nie szukał intensywnie nikogo i naprawdę po prostu mu się spodobałam.
Ale do rzeczy… jak wspomniałam, chłopak był naprawdę cudowny – traktował mnie jak księżniczkę, prawił komplementy, we wszystkim pomagał, wszędzie woził, no i przede wszystkim bardzo, bardzo lubił się przytulać i okazywał dużo czułości. Myślę, że dużo więcej niż przeciętna osoba. Ja zawsze tę czułość odwzajemniałam i zawsze sprawiała mi przyjemność, więc na pewno nie mogę sobie zarzucić oziębłości i nie sądzę by mógł się czuć odrzucony. Praktycznie nigdy natomiast pierwsza tej czułości nie inicjowałam. Najwięcej inicjatywy wykazywałam w seksie i pod tym względem myślę było super. Romantycznie natomiast jestem dość nieśmiałą i powściągliwą osobą, więc nie należę do dziewczyn, które rzucają się chłopakowi na szyję, same przytulają itd. Czuję też, że rzadko w ogóle mówiłam mu równie miłe rzeczy, jak on mi – że jestem piękna, cudowna, zawróciłam mu w głowie itp. Ja nie okazywałam tak bezpośrednio, że za nim szaleję. Jednak to nie oznacza, że nie chciałabym i nie mogę, jedyne czego potrzebowałabym to jakiejś uwagi czy zachęty, bo czułam się jeszcze dość niepewnie. Każdy też nieco inaczej okazuje uczucia.
Rozumiem, że nikt raczej nie chce musieć się upominać o czułość i powinno to wyjść naturalnie od drugiej strony i on tak też uznał. Zaczęłam co prawda tłumaczyć z czego wynikały moje opory i że to nie tak, że mi nie zależało, że gdybym tylko wiedziała, co czuje, mogłabym to zmienić, ale nie próbowałam za bardzo walczyć i negocjować.
Nie spędzaliśmy też aż tak dużo czasu razem - on dużo pracował, ja miałam swoje dodatkowe aktywności i w rezultacie często spędzaliśmy razem tylko weekendy, a dodatkowo w ostatnim czasie wyjechałam na wakacje sama ze znajomą, wspominałam, że myślę o przygarnięciu psa (dla siebie), planowałam dużo zmian we własnym mieszkaniu itd., więc może faktycznie mógł poczuć się nieuwzględniany. Sam powiedział też, że on już myślał o przyszłości, a że czuł, że ja nie chcę o tym rozmawiać, ale prawda jest taka, że nigdy tego tematu wprost nie poruszył. Mimo wszystko w związku są dwie osoby odpowiedzialne za to, by ta relacja szła do przodu.
Tak więc część mnie czuje, że jego motywy mogły być prawdziwe i naprawdę mógł się tak czuć i obawiać, że długoterminowo to nie zadziała, więc wolał to zakończyć. A z drugiej strony, znając swoją perspektywę, mam poczucie, że to tylko wymówki i zwalanie winy na mnie, a wszystko czego było trzeba, to szczera rozmowa, a nie przekreślanie wszystkiego.
Jestem ciekawa, czy ktoś miał do czynienia z podobną sytuacją i są to faktycznie uzasadnione powody oraz, czy doszło do jakiegoś rozwiązania takiej sytuacji. W moim przypadku jest to już pewnie tylko wyciągnięcie nauki na przyszłość i przyszłe związki, chociaż obecnie wciąż mamy względnie dobry kontakt i zapewniał, że mnie uwielbia i pod każdym innym względem spełniałam wszystkie jego „kryteria” i być może będzie żałować tego do końca życia, ale że według niego na tym etapie oboje powinniśmy dawać z siebie 100%, a nie być związkiem na pół gwizdka.
Oczywiście nie chcę być z kimś, kto ma co do mnie wątpliwości, ale jeżeli jego odczucia mogły być szczere i naprawdę nie było to dla niego łatwe, to ciężko mi też z myślą, że mogliśmy mieć coś super i to straciłam i że mogę żałować w przyszłości, że nie próbowałam. Ja naprawdę od około 2-3 miesięcy czułam już, że się zakochuję i widziałam z nim swoją przyszłość.