Na samym początku wspomnę, że nie jestem mistrzem krótkich przemówień, ale postaram się to skrócić i podzielić sensownie na akapity.
--- Wstęp ---
Jestem w 6 letnim związku, oboje mamy po 25 lat. Związek od dłuższego czasu bardzo mnie męczy, głównie przez częstotliwość i jakość seksu. Psychicznie mnie to wykańcza i zastanawiam się, czy dalej to ciągnąć. Potrzebuję opinii osób, które potrafią stanąć z boku i przyjrzeć się tej sytuacji - stąd pomysł, by opisać to na forum.
--- O mnie ---
Jestem osobą z bardzo dużym libido. Kilkukrotne orgazmy w ciągu dnia nie są dla mnie czymś niezwykłym. W domu seks nigdy nie był tematem tabu. Ja sam pierwszy raz miałem w wieku ok. 16 lat, a masturbować zacząłem się dużo wcześniej. Temat seksu zawsze bardzo mnie ciekawił; zastanawiałem się jak być w tym dobry - sporo czytałem chociażby o samej seksualności itd. W seksie w zasadzie bardziej skupiałem się na tym, by to druga strona była zadowolona. Marzeniem byłoby dla mnie robić to codziennie z osobą, która lubi to tak jak ja (tak było z pierwszą dziewczyną, z którą współżyłem).
--- O dziewczynie ---
Jest bardzo kochającą osobą. Najmilsza i najzabawniejsza dziewczyna jaką znam. Jeśli chodzi o sprawy seksu - zupełne przeciwieństwo mnie. Gdy zaczęliśmy ze sobą być, mieliśmy po 19 lat. Dowiedziałem się, że nigdy się nie masturbowała, bo nie czuła takiej potrzeby (byłem też jej pierwszym chłopakiem). Ich rodzice seksu nie uprawiają w ogóle (sama mi powiedziała). Poznałem też byłą dziewczynę brata jej ojca i wyznała mi, że nie doczekała się ani jednego seksu przez 6 lat. Nie wiem.. może to coś w genach.
--- Początek związku ---
Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po ok. 3 latach znajomości powstał związek. Ja bardzo się zauroczyłem i nie przeszkadzało mi, że od początku powiedziała, że seks będzie dopiero po ślubie. Mimo wszystko z mojej inicjatywy po ok. pół roku pojawił się petting, a po następnych 6 miesiącach - seks. Niestety zawsze był on słabej jakości. Pomimo, że widzieliśmy się codziennie, seks był raz na tydzień, tylko wieczorem w łóżku, przy zgaszonym świetle, 1-2 pozycje i najlepiej jak najszybciej. W praktyce ja masturbowałem się po powrocie do domu, a współżyliśmy tylko w weekend. Wspominałem o tym, by gdzieś wyjść, by może coś fajnego założyła, ale nie doczekałem się tego przez ponad 5 lat. Nagie zdjęcia, sprośne sms, kokietowanie - tego nigdy nie było, bo takie rzeczy ją nie kręciły.
--- Związek obecnie ---
Ostatni seks w jakiejkolwiek formie był 8 miesięcy temu. Po prostu ja przestałem go inicjować, więc znikł na dobre. Wynika to chyba z tego, że straciłem siły do "proszenia się". Przestał mi on już sprawiać przyjemność wiedząc, że jej na tym nie zależy (coś jak oglądanie serialu z kimś, kto jest znudzony i ewidentnie tylko czeka na koniec). Obecnie jestem wrakiem człowieka; mieszkamy razem, a masturbuję się, gdy dziewczyny nie ma w domu. Jej zdaje się ta sytuacja nie przeszkadzać.
--- Podsumowanie ---
Czy da się to zmienić? Na dzień dzisiejszy jesteśmy w takim punkcie, że ja nawet nie mam ochoty z nią rozmawiać, bo czuję żal, a ona ma mi za złe, że nie jestem taki wspaniały jak kiedyś. Ktoś coś poradzi?