Lubię stabilizację, ale w wokół siebie, a nie stagnację wewnętrzną. Z chłopakiem jesteśmy razem prawie 2,5 roku. Mieszkamy razem w wynajętym pokoju, pracujemy w tej samej firmie, właściwie nie mamy przyjaciół, bo oboje mieszkamy z dala od swoich miast rodzinnych. Pamiętam jak jak marudziłam mojej przyjaciółce jak wracałam do domu, że jest mi tam ciężko, że nie mam tak nikogo, a ona do mnie: "Masz M.". Dziś wymiotować mi się chce na myśl tym, że "Mam M.". Całe moje życie to jest "posiadanie M." i niczego więcej, ani nikogo. Do zawrotów głowy. To nie jest zły związek, ale czuję się jak zamkniętym ciasnym i dusznym pokoju. Nie chce wychodzić i zatrzaskiwać drzwi z drugiej strony, ale nie wiem jak uchylić okno.
Kiedyś, kiedy mieszkałam w domu chodziłam na wieczorki poetyckie, koncerty poezji śpiewanej, jazzu. Dziś nie mam z kim, nie mam gdzie. Jego to nie interesuje, a ja nie chcę też ciągać go na siłę i widzieć jak się nudzi, męczy i jak zupełnie jest mu to obojętne. To gorsze jak pójcie samemu. Kiedyś pisałam, emocje kipiały we mnie. Dziś nie piszę, nie mam o czym.
Ostatnimi czasy mieliśmy w pracy kilkudniowe szkolenie. I stało się, niby nic, bo tylko w mojej głowie, ale mi to wystarczy. Zauroczyłam się w osobie szkolącej. Nie mogłam napatrzeć się na jego słodką buźkę, uroczy uśmiech i dołeczki w policzkach. Przez kilka dni odnalazłam w sobie kobietę. Starannie wybierałam ciuchy, malowałam się, stroiłam. Nie ważne, że obiekt moich zainteresować pewnie w ogóle nie zauważył, że pobudził we mnie takie emocje. Ale kiedy nasze spojrzenia spotykały się, kiedy uśmiechał się do mnie szeroko miałam wrażenie, że ziemia osuwa się pode mną, albo chodzę po gąbce. Wszystko było jak na karuzeli. Ekscytujące, porywające. Nie zobaczę go już więcej, szkolenia skończyły się. Trochę mam sobie za złe, za te emocje, uczucie, które się we mnie pojawiło zupełnie nagle, niespodziewanie. A trochę mi żal, że nie mogło trwać dłużej. No i tu znów mam sobie za złe, że mi żal. Takie błędne koło.
Ja nigdy nie pokazałabym tego, że ktoś budzi we mnie takie emocje. I to czy mam kogoś czy nie w ogóle nie jest tu wyznacznikiem tego, bo nawet gdybym była sama nie okazałabym takiego zainteresowania facetem. Tylko te emocje, to że zajadałam się jego widokiem, spojrzeniami, uśmiechami sprawiało, że obudziło się we mnie życie, kobieta, której w ogóle nie podejrzewałam o istnienie.
Cały czas jestem z M. - patrzę na niego i naprawdę nie chcę tracić, bo wcale nie jest tak, że go nie kocham. Ale zupełnie nie wiem co robić żeby poczuć się tak wobec niego jak wobec tamtego faceta. ![]()