Noc Długich Mieczy cz.1 - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 ]

1

Temat: Noc Długich Mieczy cz.1

Lucia zdecydowanie wolałaby nosić długie blond włosy i niebieskie oczy, jak te dziewczyny, które na niedzielnej mszy dostają od chłopców kwiaty i owoce. Miała jednak loki ciemne jak smoła, oczy brązowe jak heban i cerę o upiornej wręcz bladości. W swoim osiemnastoletnim życiu nie zaznała wiele łask, ani szczęścia, ale od dłuższego czasu jej sytuacja była stateczna, więc Lucia nie miała powodów do narzekań. Jak wielkie zmartwienia może mieć bowiem dziewczyna z wioski pełnej zaledwie trzystu mieszkańców?
Umbria to prowincja. Tak twierdziły jej jasnowłose koleżanki marzące o bogatych narzeczonych, którzy przywoziliby im złoto i błyskotki ze straganów we Florencji. Takich, którzy wracając z wojny na koniach, w pięknych szatach, przyjęliby od nich bukiety kwiatów, niczym odznaczenia wojenne. Lucia nie marzyła o narzeczonym. Lubiła wioskę, oraz jej położenie na stromym wybrzeżu, z którego rozpościerał się oszałamiający widok na wielką wodę. Fale rozbijały się o skalne brzegi, nadając rytm życiu tego miejsca. Umbria zdawała się bronić swoich mieszkańców przed resztą świata. Sami jej mieszkańcy również się przed nią bronili. Bardzo ciasne więzi i bliskość domostw powodowała, że Umbryjczycy stanowili trzystu osobową rodzinę pełną matek, ojców i wielu młodocianych, którzy niechlubnie planowali opuścić tę skalną osadę i skierować kroki do tego świata, od którego byli odgrodzeni. Każda matka i każdy ojciec starali się wpoić młodemu pokoleniu, że bez nich Umbria nie zazna przyszłości. Co się bowiem stanie, gdy w samotnych, schorowanych starców uderzy to, czego obawiali się najbardziej, o czym musieli szeptać w ciemności, by w spokojnej wiosce nie przyjęło się ziarno niepokoju?
Mimo swej spokojnej i pobłażliwej natury, Lucię ogarniała ekstaza, gdy na morzu szalał sztorm. Kochała, gdy z okna strychu swojego domu mogła podziwiać  metrowe fale rozbijające się o szpiczaste skalne kolce. Za każdym razem, gdy fala z impetem uderzała w skałę, Lucia z nadzieją myślała o roztrzaskaniu się kamienia. Czuła się zawiedziona, gdy do tego nie dochodziło i z nadejściem kolejnej fali, ponownie liczyła na to samo. Fascynowała ją wielka woda, oraz to, jak słabym i miernym stworzeniem byłby człowiek w obliczu rozszalałego żywiołu.



Sztormy potrafiły przywieźć do wioski straty, oraz trwogę. Trwoga osiągała szczytową formę, gdy w skały u stóp wybrzeża przybijał roztrzaskany wrak statku. Mężczyźni chwytali wtedy za szable, oszczepy i kołki i wybiegali odważnie na plażę, by pozbawić wioskę wszelkich wątpliwości. Wpierw musieli jednak zadbać o swoje własne bezpieczeństwo, aby nie osierocić dzieci i nie uczynić żon wdowami, więc gdy tylko nieszczęsny statek rozbijał się o skały, mężczyźni czekali do rana, by udać się na zwiad wraku. Samo czekanie było wystarczająco ryzykowne. Nocą, statek mogło opuścić to, czego obawiali się najbardziej. W świetle dnia nie miało prawa bytu, lecz nocą nawet jeden okaz potrafił dopuścić się ludobójstwa. W wiosce zakazane było wypowiadanie ich nazwy. Aby wyplenić to, co mogło się czaić w ciemnym wraku, odważni mężczyźni wrzucali do środka płonące kule wykonane ze sklejki smoły i krochmalu. Gdy ciemność stopniowo jaśniała, ustawiali się w szyku bojowym i czekali. Wyskakiwało to zazwyczaj nagle, wrzeszcząc z odrazy, gdyż sam widok ognia to dlań największa z możliwych tortur. Gdy wybiegali z wnętrza statku, wyglądali jeszcze jak ludzie, którymi byli jeszcze niedawno. Człowieczeństwo okazywało się jedynie złudzeniem, gdyż z ich wybałuszonych, czerwonych oczu ział jedynie obłęd. Wystarczyło policzyć do trzech. W pełnym słońcu ich skóra zaczynała się palić i odpadać płatami, a ich ryki i piski wypełniały atmosferę. Nierzadko wrzeszczeli, błagając o pomoc. Nie wiedzieli, co się z nimi dzieje, dlaczego pragną krwi i dlaczego giną w męczarniach w promieniach słońca, które było im niegdyś przyjacielem. Nie zdążali nawet dobiec do mężczyzn. Milknąc, poddawali się swojemu upodleniu, padali na twarz i umierali. Zostawały z nich jedynie skwierczące skrawki tkanek i szat. Te trzeba było zebrać i spalić, a biżuterię i kosztowności pozostałe z ludzkiego pogorzeliska sprzedać wędrownym handlarzom. Nie wolno trzymać jej w domu. Ktokolwiek zatrzyma taką biżuterię, ześle na swój dom śmierć. Nikt nie odważyłby się zatrzymać choćby najmniejszej błyskotki.
Ten wstrząsający i przerażający widok sprawiał, że mężczyźni wracali do domów w ciszy i zadumie. Zawsze, gdy do skał Umbrii dobijał zniszczony wrak, wieczory mijały pod znakiem żałoby. Nikt nie wiedział, że Lucia obserwowała to wszystko ukryta za kamieniem na plaży, choć kobietom nie wolno było zbliżać się do wraków, zanim nie zostaną one oczyszczone przez mężczyzn. Któregoś wieczora ujrzała coś, co nie powinno mieć miejsca. Pomyślała, że jest jej to obojętne – w końcu to tylko przesąd głoszony z pasją przez starych, niewykształconych i bogobojnych. Gdyby tylko puściła parę z ust, może tamta noc byłaby tylko jedną z wielu?
Gdy do tego doszło, panowała już późna jesień. W każdym domu rozpalano ogniska, ludzie zbierali z sadów wszystko to, co wyrosło przez lato. Święto zbiorów trwało kilka dni. W tym czasie Umbryjczycy szyli kostiumy, maski i bawili się na kamiennym placu przy fontannie, paląc wielkie ogniska, zapraszając grajków i artystów z południowych wiosek. Panowała radosna, uroczysta i jedyna w swoim rodzaju atmosfera podsycona tańcem, śpiewem i kolorowymi światłami wystrzelanymi w nocne niebo. Lucia uwielbiała święto zbiorów. Przychodziła tam zawsze ze swoją ukochaną ciotką, z którą doskonale piło się wino, bo była to kobieta do tańca i do różańca, która nie żałowała nóg, gdy tylko jakiś pan uprzejmie poprosił ją o podanie ręki. Tak szczęśliwe chwile dodawały mieszkańcom Umbrii otuchy przed nadchodzącą zimą. Te były bowiem srogie, siarczyste i pełne niepokoju. Gdy słońce znika za grubą, lodowatą warstwą chmur, nikt nie powinien spać spokojnie.
Lucia nie miała w wiosce przyjaciół. Jedna, może trzy osoby były jej bardzo serdeczne, reszta uważała ją za dziwaczkę. Nie rozumiała, skąd też przyszło im do głowy coś takiego. Może przez jej odmienność? Czarne włosy i ciemne oczy kojarzono z czymś złowrogim, a jej blada cera pasowała bardziej tym, którzy już nie oddychali. Lucia żyła w swoim świecie, zupełnie nie przejmując się tym, co myślą jej rówieśnicy i ich rodziny. Tamtego dnia, zamierzała pójść wieczorem do domu rodziców Rafaela Pangolino, najbogatszego mieszkańca Umbrii. Nie została oficjalnie zaproszona, ale wiedziała, że nikt jej stamtąd nie wyrzuci.
Był późny listopad, więc młodzi chętniej spotykali się w swoich domach, nie chcąc zmarznąć. Od morza już dawno ciągnęły lodowate wiatry, lecz tego popołudnia, wioskę opromieniły ostatnie smugi jesiennego słońca. Lucia ubrała właśnie swoją białą sukienkę z długimi, bufiastymi rękawami, oraz kremowe pantofle z niebieską kokardą. Ciemne, falowane włosy spięła różaną spinką. Był to jedyny drobiazg należący niegdyś do jej matki, której nigdy nie miała okazji poznać. Ciotka Lucii była jedyną matką, która towarzyszyła dziewczynie, odkąd ta prawdziwa zmarła przy porodzie. Daremne było też pytanie o ojca, który istnieć co prawda musiał, lecz kim był? Tego nie wiedział nikt. To między innymi dlatego Lucia była traktowana z dystansem. Gdyby nie jej wspaniałomyślna, pogodna i serdeczna ciotka, dziewczyna nie miałaby lekkiego życia. Obie miały tylko siebie, co stanowiło dla nich wielką podporę.

Gdy popołudnie zaczynało przechodzić już w wieczór, a Lucia opuszczała dom, ciotka podarowała jej bukiet złotych tulipanów i kazała je wręczyć starszej sąsiadce. Lucia posłusznie wykonała zadanie, kierując się kamienną ścieżką w stronę małego, drewnianego domku otoczonego eleganckimi rabatkami kwiatów, odznaczonymi kamiennymi liniami. Starsza sąsiadka, zgarbiona i stłamszona swym wiekiem, podziękowała Lucii za piękne kwiaty, uśmiechając się serdecznie i zaniosła tulipany do środka, gdyż niska temperatura nie służy dzieciom wiosny.
Ucieszona dobrym uczynkiem Lucia ruszyła w górę wioski, gdzie, na najwyższym wzniesieniu, u szczytu kamiennych schodów mieściło się domostwo rodziny Pangolino. Stary Umberto, ojciec Rafaela uchodził za najbardziej czcigodnego mieszkańca wioski. Lata temu, Umberto przybył tu z Florencji, porzucając przepych miejski i ograniczając się do szlachetnej pracy na roli, w zgodzie z naturą. Człowiek, który dobrowolnie wybiera życie na prowincji, z pewnością zasługuje na uznanie. Oczywiście, gdyby tylko wynaleziono podróże w czasie, Rafael z chęcią nawiedziłby swojego ojca w momencie podjęcia decyzji o opuszczeniu miasta i skierowaniu kroków ku zimnej, kamiennej Umbrii. Lucia pamiętała, jak na szkolnym korytarzu Rafael, otoczony wianuszkiem przyjaciół, opowiadał o tym, jak bardzo chce zobaczyć Florencję, dorobić się tam fortuny i obdarować nią jakąś piękną kobietę, koniecznie o egzotycznej, najlepiej marokańskiej urodzie. Lucia uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie, gdyż wydało jej się to śmieszne i nieco żałosne, jak wielkim idealistą był Rafael. Nie zdziwiło jej to, bowiem chłopiec ten pochodził z tak zamożnej rodziny, iż nie dałby zapewne rady umknąć takim fiksacjom na umyśle. Gdy myślała o swoich szkolnych rówieśnikach, czuła się szczęśliwa w swoim ciele. Niemal wszyscy jej przyjaciele marzyli o czymś innym, podczas gdy ona doceniała to, co było w zasięgu jej wzroku.
Idąc powoli, rozkoszowała się widokiem i swoimi myślami. Po dłuższej chwili znalazła się wreszcie na schodach, u stóp których widniała kamienna tablica z ozdobnie wyrytym, czarnym napisem ‘Pangolino’. Kilkanaście stopni w górę, Lucia ujrzała trzy postacie. Były to jej trzy koleżanki, za którymi oczywiście nie przepadała, ale ich widok nie zniechęcił jej do podjęcia wędrówki w górę. Od tyłu rzucały się w oczy ich przepiękne, długie sukienki i złote włosy rozpuszczone gładko. Gdy tylko Morena, Inez i Paola zobaczyły Lucię, zaczęły szeptać między sobą o kilka tonów ciszej. Zatrzymały się, oczekując, że do nich dołączy. Ciemnowłosa przyspieszyła kroku. Po chwili cała czwórka dziewcząt wymieniła pocałunki i uściski. Lucia wiedziała, że ten pokaz serdeczności był z ich strony jedynie obowiązkiem, i najchętniej zignorowałyby zupełnie jej obecność. Ta myśl nie towarzyszyła jej jednak dłużej niż przez dwie sekundy i cała czwórka ruszyła w górę, chichocząc i dokazując.
Rezydencja Pangolino była jedynym trzypiętrowym domostwem w wiosce. Większość chat nie wznosiła się wyżej niż parter, a Umberto z Florencji postanowił zaszaleć i przenieść nieco miejskiego blichtru do skromnej, skalnej wioski. Oczywiście stanowiło to solidny powód do plotek. Wszelkie obiekcje należało jednak darować Umberto, a skierować do jego żony, która była główny prowodyrem nieskromnej aparycji ich rodzinnego domostwa. Szanowała męża i jego decyzje, więc przybyła tu za nim przed laty, jednak nie potrafiła oszukiwać swojej miejskiej natury. Wolała nosić piękne stroje, pijać kawę w eleganckich ogrodach kawiarni i plotkować z wytwornymi znajomymi przy winie, w akompaniamencie muzyki, najlepiej w sali balowej z wysokim sufitem pełnym fresków i zdobień. Takie życie prowadziła Liliana Pangolino, zanim jej wspaniałomyślny mąż o złotym sercu zapragnął nadać ich życiu nieco więcej ascezy. Rozkapryszona niegdyś Liliana przystała na propozycję męża, lecz ich synowi wpoiła poczucie przynależności do wielkomiejskiego życia. Rafael często jeździł do Florencji razem ze swoją matką. Rozmawiała o tym cała szkoła. Wszyscy szeptali z podziwem między sobą, gdy chłopak pojawiał się w pięknie wyszywanym fraku, lub przynosił ze sobą zeszyt oprawiony w najprawdziwszą bydlęcą skórę, oraz wieczne pióro. Tutaj w Umbrii dzieciaki pisały jedynie gęsim piórem, a ubrania szyły ich mamy i babcie. Zeszyt, lub książkę kupić można było u wędrownych handlarzy, którzy zawsze wiedzieli, kiedy przybyć na czas do wioski.
Gdy dziewczęta dotarły już na szczyt schodów, przywitały ich duże, drewniane drzwi ozdobione żelaznym motywem latorośli. Dom był wykonany z drewna i kamienia, otoczony ciasno przylegającym sadem, lecz o tej porze roku drzewa były już łyse. Morena, najwyższa i najpiękniejsza z czwórki koleżanek pociągnęła za klamkę. Wszystkie nozdrza uderzył zapach kadzideł i wina. Ze środka dochodziła cicha, spokojna muzyka. Jak zwykle, była to Eleonora i jej przyjaciele z zespołu muzycznego, którzy mogliby zrobić karierę na bankietach w samym Rzymie, gdyby ów wciąż istniał, tymczasem woleli muzykować w Umbrii. Dziewczęta weszły do środka. Przywitało ich ciepło i półmrok, rozświetlony lekko wszędobylskimi świecznikami. Nie wiadomo skąd, doskoczył do nich Rafael. Jak zwykle, był przebojowo ubrany i zachowywał się równie przebojowo, gdyż leżało to w jego wielkomiejskiej naturze. Morenę, Inez, oraz Paolę wycałował serdecznie na powitanie, a gdy zobaczył Lucię, poczuł się lekko zbity z tropu. Dziewczyna obserwowała go uważnie, więc nie umknąłby jej najmniejszy szept mowy ciała. Stała przed nim serdecznie uśmiechnięta, z rękami ułożonymi na kremowej sukni. Rafael uśmiechnął się, jakby szarmancko, choć nie do końca i ujął jej dłoń, po czym pokłonił się i ją ucałował. Zupełnie tak, jak robili to mężczyźni na florenckich bankietach. Lucię bardzo ucieszył ten gest, lecz Rafael prędko zajął się jej trzema koleżankami, każąc im się rozgościć i napić wina, jak przystało na wesołego gospodarza. Lucia nie widziała wcześniej jak mieszka Rafael, więc obserwowała otoczenie z dużym zainteresowaniem. Sala, w której przebywała większość gości nie była duża. W każdej ścianie widniał otwór na korytarze, które pochłaniała ciemność. Ściany umalowane na ciemną czerwień zdobiły skóry zwierząt, kandelabry, złote maski, oraz suszone zwoje roślinne. Wnętrze było tak eleganckie, że Lucia poczuła się jak w pałacu, choć to nadal nie był szczyt przepychu. W pomieszczeniu mieściły się sofy i fotele, na których siedzieli wszyscy jej rówieśnicy podzieleni na grupy. Rozmawiali, śmiali się i dokazywali. Atmosfera była bardzo przyjemna, choć dało się wyczuć pewien dystans. Lucia wzięła ze stołu lampkę wina i wzięła pierwszy łyk. Esencjonalny, karmazynowy płyn napełnił ją ciepłem i rozkoszą. To nie mogło być byle jakie wino. Po chwili zaczęła się rozglądać za jakimś towarzystwem, którego nie potrzebowała w ogóle, ale skoro już tu jest, mogłaby zamienić z kimś kilka słów. Powoli przechadzała się między rozmawiającymi grupami z jedną ręką wokół talii, z kieliszkiem wina uniesionym w drugiej. Nikt nie zwrócił na nią większej uwagi. Jedynie kilka dziewcząt posłało jej chłodne, bądź zdziwione spojrzenie, odwracając gwałtownie wzrok od fascynujących rozmów w kółku wzajemnej adoracji. Lucia miała skłonności do bycia niegroźną dziwaczką, ale że sprawiało jej to frajdę, kontynuowała dalej rolę outsiderki. Zajęło jej to chwilę, by zrozumieć, że każda dziewczyna obecna na tym przyjęciu jest ubrana co najmniej jak gwiazda filmowa. Przy ich kreacjach, kremowa sukienka Lucii wypadała mało imponująco, choć na swój sposób była urocza. Zainteresowanie modą poświęciła zupełnie na rzec zainteresowania urokiem wnętrza i architektury. Cała rezydencja rodziny Pangolino była w gruncie rzeczy zbiorem małych pokoi i korytarzy. Lucia przeszła się powoli po najniższym piętrze, przemykając jak dusza pomiędzy grupkami znajomych. Po prawej stronie od wejścia mieścił się elegancki, obity materiałem bar, przy którym stała grupka chłopców popijając wino i grając w karty. Lucia znała ich wszystkich bardzo dobrze. Byli to synowie imigrantów ze Skandynawii. Serdeczni ludzie o wielkich sercach i nietuzinkowych zainteresowaniach. Lucia ustawiła się przy nich na moment, obserwując ich grę. Chłopcy śmiali się i przekomarzali, i tak powinni zachowywać się wszyscy tu obecni. Para ogromnych oczu obserwowała dziewczynę w kremowej sukni. Olaf. Jak mogła go nie rozpoznać? Było to może zadanie podchwytliwe, by rozpoznać tego jedynego chłopaka wśród kilku identycznych, niebieskookich blondynów, którzy wyglądali jak synowie z jednej matki, choć nie byli spokrewnieni. Olaf miał w sobie coś, co go wyróżniało. Był niższy, drobniejszy i delikatniejszy niż jego krajanie. W jego lekko pulchnej, przyjaznej, uroczej twarzy najbardziej charakterystyczne były wielkie, zielone oczyska, które były zwierciadłem jego spontanicznej duszyczki. Blond czupryna naturalnie rosła mu w górę, co sprawiało, że niski Olaf wydawał się trochę wyższy. Jego widok sprawił, że Lucia poczuła najszczerszą radość. Olaf był jej jedynym przyjacielem. Jedynym serdecznym dla niej człowiekiem. On również ucieszył się na jej widok, opuszczając na chwilę grono kolegów. Podszedł do niej szybko i pocałował w policzek. Lucia objęła go na długą chwilę, nie mogąc się nacieszyć, że  w końcu go widzi. Olaf był synem rybaka. Rzadko się spotykali, gdyż wraz z ojcem spędzali większość czasu na kutrze, a potem  jeździli na targowisko do sąsiedniego miasteczka, by sprzedać ryby. Z tego żył Olaf, jego rodzice i dwie siostry. Lucia była niczym jego trzecia siostra, zupełnie inna niż dwie blondynki, które miał w domu. Bardziej spokojna, rozsądna. Tamte dwie ktoś dawno temu wykąpał w zbyt gorącej wodzie.
Lucia i Olaf zamienili kilka słów. Chłopak wyglądał na lekko skonsternowanego, ale nie widać było ku temu powodu. Rozglądał się z niepokojem za siebie, rzucał nerwowe spojrzenia w dalsze zakamarki izby. Gdy Lucia zapytała, co mu dolega, zbył ją przemiłym uśmiechem, pocałował w policzek i oznajmił, że powinien wracać do kolegów, bo ograją go do gołej kości. Dziewczyna nieco posmutniała, ponieważ czas spędzony z Olafem był dla niej czymś najprzyjemniejszym. Znów została sama. Powoli przeszła na koniec pokoju, gdzie stał samotny stolik i dwie pufy. Usiadła na jednej z nich i dopiła wino. Spojrzała na zegar. Było już grubo po północy. Ależ ten czas szybko leci. Może powinna wrócić do domu? Obudziłaby zapewne ciotkę, więc zdecydowała zostać do ostatniego gościa. Byłby to nie lada wyczyn, zważywszy na fakt, że nie była nadmiernie towarzyska. Nagle podeszła do niej niska blondynka w czerwonej sukience z wielką kokardą z tyłu. W ręce trzymała duży, szklany wazon pełen czerwonego wina. Zaproponowała Lucii dolewkę, na co dziewczyna przystała z uśmiechem. Gdy tylko jej kielich się zapełnił, blondynka zniknęła w tłumie. Wtedy Lucia zauważyła, że w pokoju zrobiło się mniej tłoczno. Młodzież spacerowała już po całej rezydencji. Nie myśląc wiele, dziewczyna wstała z pufy i także zaczęła zwiedzać wszystkie pokoje, jakie tylko były otwarte. Idąc ciemnym korytarzem nie minęła nikogo. Na jego końcu zauważyła majaczące w ciemności schody z ciemnego dębu pokryte złotym dywanem. Po chwili wchodziła już na górę, ostrożnie patrząc przed siebie, jedną rękę opierając na poręczy. Drewno było tak delikatnie wypolerowane i polakierowane, że dotyk ten sprawiał jej przyjemność. Kilka stopni przed sobą zauważyła, że schody dobiegają końca, ustępując lekko rozświetlonemu korytarzowi. Ten był bardzo długi. Na jego ścianach wisiały obrazy pełne polnych kwiatów, zwierząt o przedziwnym majestacie, oraz górskich krajobrazów. Gdyby nie to słabe oświetlenie, Lucia poczułaby się jak w muzeum. Chodziła powoli od obrazu do obrazu, od drzwi do drzwi. Przyjrzała się obliczom koni na jednym z dzieł sztuki. Uciekały przed czymś, gnając przez szare, wilgotne bagna, a w tle majaczyły upiorne, bezlistne płaczące wierzby o dziuplach przypominających zawodzące usta. Migoczące światło kandelabry miarowo nakreślało przerażenie w oczach koni, a ich otwarte pyski napawały Lucię irracjonalnym niepokojem. Dziewczyna rozejrzała się. Była zupełnie sama. Zdecydowała wejść do pokoju, który, podobnie jak wszystkie inne na tym piętrze, był otwarty. Naprzeciwko widniało okno zasłonięte bordową kotarą. W pomieszczeniu było niemal całkiem ciemno. Na wielkiej komodzie po prawej stronie stał miedziany świecznik. Lucia stanęła na palcach, by go dosięgnąć, następnie użyczyła trochę ognia z kandelabry na korytarzu, by rozpalić małą świeczkę. W ciemnym pokoju zrobiło się odrobinę jaśniej. Dziewczyna poczuła, jakby ktoś ją obserwował. Odwróciwszy się, dojrzała wgłębienie w ścianie, pięć na pięć metrów. Tam, jakżeby inaczej, został wstawiony ogromny obraz. Lucia podeszła bliżej, by rzucić na niego promyk światła. Obraz przedstawiał ogrom liści, prawdziwą esencję zieleni sadu. Z centrum malowidła wyłaniała się twarz kobiety o delikatnym, subtelnym profilu. Zamiast włosów miała gałęzie, pokryte pióropuszem liści, pełne małych, rumianych jabłek. Lucia spędziła dobre kilkadziesiąt minut podziwiając, oraz analizując dokładnie każdy milimetr tego dzieła. Nagle jej wzrok przykuł pewien szczegół. Sama była zdumiona, jak była w stanie to zauważyć i to w dodatku w takiej ciemności. Na jednym z liści nieopodal twarzy, ledwo widoczne, wyryte było słowo ‘śmierć’. Z początku wydało jej się to nieprawdopodobne, więc podeszła bliżej, by przeczytać jeszcze raz.
ŚMIERĆ.
Każda z liter została mocno i wyraźnie nakreślona czymś ostrym i drobnym. Dlaczego ktoś miałby to tutaj napisać? Czy to żart? A może to jakaś forma nowoczesnej sztuki, która przerosła odbiorcę takiego jak Lucia? Nie był to jednak koniec. Obraz oprawiony był w ramę, solidnie wykonaną i zdobioną, w kolorze ciemnej wiśni. Na górnej jej krawędzi dziewczyna dostrzegła coś na kształt szyny. Malowidło było albo na niej umocowane ze względu na konieczność, albo..
Lucia złapała obiema dłońmi za prawą krawędź ramy i pchnęła ją mocno w lewo. Ku jej wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu, obraz ruszył. Tak jak myślała, stanowił on jedynie drzwi do większego sekretu. Malowidło nie należało do lekkich, więc zanim całkowicie je przesunęła, niemal opadła z sił. Walka jednak nie poszła na marne i była warta zachodu. Jej oczom ukazała się szklana gablota, dokładnie w rozmiarze obrazu. Gdy tylko Lucia ją odsłoniła, za szklanymi drzwiami rozbłysły drobne żarówki, naświetlając dokładnie zawartość gabloty. Światło odbiło się od złotych łańcuchów, wielkich, zdobionych szlachetnymi kamieniami bransolet, kastetów, diademów i napierśników. Gablota była pełna złotych artefaktów. Oczy Lucii zaświeciły tak jasno, jak całe to przedstawienie. Wszystko lśniło, wypolerowane oczywiście na błysk, aż miało się wrażenie, że to poranna rosa nabłyszczyła złote hektary tych dobrodziejstw. Nie tylko złoto miało swoje miejsce w gablocie. Cały jej metraż wypełniono mozaiką ze szlachetnych kamieni. Po bokach pyszniły się szeregi skrzętnie wypolerowanych diamentów. Aby dostrzec w pełni każdy detal tej wystawy, trzeba było poświęcić kilka godzin. Lucia miała na to całą noc. Aby tylko nikt jej tu nie przyłapał. Zamknęła cicho drzwi do pokoju i zastawiła je skórzanym taboretem. Na piętrze i tak nikogo nie było, a wszyscy na dole byli wstawieni i zbyt zajęci sobą. Lucia zapomniała o winie. Wzrok skupiła tylko i wyłącznie na świecidełkach w wielkiej, szklanej gablocie. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, skąd pochodzą te piękności. Mimo że była nimi zachwycona, coś nie dawało jej spokoju. Próbowała racjonalizować, przecież nie było innego wytłumaczenia, jak to, że Umberto przywiózł to wszystko z Florencji. Wystarczyło jednak to konkretne wspomnienie z pewnego wieczoru na plaży, by Lucia pojęła wszystko z przerażeniem. Chwyciła za ramę i ponownie zaczęła przesuwać obraz. Blask gabloty powoli gasł, zasłonięty przez wymalowane liście jabłkowego sadu. W jej oczy ponownie rzuciło się to paskudne, wyskrobane na biało słowo. Wzięła głęboki wdech. Pomyślała jeszcze przez chwilę i zdała sobie sprawę, że przesadza. Wypiła za dużo wina. To przesuwanie pięciometrowego obrazu tak ją zmęczyło, że zapragnęła się położyć. W głębi pokoju stało wielkie łoże z baldachimem. Lucia przeszła po puszystym dywanie, by zatopić się w miękkim prześcieradle. Gdy osunęła się na łóżko, a miękkie poduszki niemal ją pochłonęły, odwróciła głowę, by znów nawiedził ją wzrok kobiety w zielonej, jabłkowej koronie. Zdenerwowana Lucia przewróciła się na drugi bok, by umknąć sadowej nimfie i zdrzemnąć się choć na chwilę. Miękkość łoża przesyconego świeżym zapachem snu sprawiła, że dziewczyna zapomniała o troskach i zaczęła odpływać miarowo i spokojnie do krainy snów. Miała wrażenie, że ktoś przechadza się korytarzem na zewnątrz. Ostatkiem sił pomyślała, że to jakaś parka szuka cichego kąta na miłosne igraszki. ‘Szukajcie gdzie indziej, no już, sio!’ pomyślała i po chwili kroki ucichły. Teraz nie trapiło jej już nic.
Nie spała, choć czuła, że sen za chwilę przyjdzie. W pokoju było cicho i ciepło. Nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy z dołu dobiegł ją pierwszy wrzask. Po nim kolejne, narastające, wzburzone morze wrzasków. Lucia wybałuszyła oczy. Wyskoczyła z łóżka i wybiegła z pokoju na korytarz. Tam o wiele bardziej słychać było wrzawę, huk przewracanych stołów, trzask tłuczonego szkła i przedziwny świst, jakby latające w powietrzu ostrza. Lucia słyszała to doskonale, pomimo tego, że łomot jej serca dudnił aż w uszach. Pomimo przerażenia zdecydowała zejść na dół. Musiała zobaczyć, co się tam dzieje, chociażby miało to w niej zasiać traumę na całe życie. Tymi samymi złotymi schodami zbiegła na dół, nogi miała niczym z waty. Powoli zbliżała się do sali, w której rozpoczęło się przyjęcie. Nagle, dotarło do niej, że wszędzie wokół, w ciemnościach, biegają ludzie. Przemykają nadludzko szybko, wydając z siebie ten dziwaczny świst szabli. Minęła sekunda, może dwie. Lucia odwróciła głowę. Dostrzegła biegnącą w jej stronę grupę dziewczyn, które mijała wcześniej. Były przerażone, zapłakane i rozhisteryzowane. Wszystkie świece gasły w korytarzu, jakby goniła je ciemność. Z mrocznego kąta wyłonił się nagle ogromny, długi miecz. Jednym, pokaźnym zamachem ściął dziewczęta, przerzynając je na pół. Krew trysnęła po ścianach, na podłodze zamieniając się w szkarłatne, rosnące z każdą chwilą jezioro. Ktoś, kto ujrzy taki widok, powinien wrzeszczeć jak prosię prowadzone na rzeź. Lucia była tak śmiertelnie przerażona, że nie dała rady wydusić z siebie nawet najsłabszego pisku. Poczuła jak krew marznie jej w żyłach. Jak opada z sił, a strach bierze kontrolę nad jej ciałem. Ostatni głos rozsądku w jej głowie kazał uciekać z tego domu jak najdalej. Dzieje się tu coś, o czym nie wspominają nawet najbardziej traumatyczne koszmary i dreszczowce. Lucia zmobilizowała się do szaleńczego biegu w stronę drzwi wyjściowych. Zanim jednak do nich dobiła, dostrzegła coś, co sprawiło, że zwróciła całe wino, które wypiła tego wieczoru. Piętrzące się zakrwawione zwłoki. Każdy milimetr ściany zalany krwią. Spojrzała na swoje kremowe pantofelki. Błękitne kokardy pływały w czerwonej substancji, w której brodziła po kostki. Za plecami usłyszała głośny, zbliżający się świst. W ostatniej chwili opadła na ziemię. Cała jej kremowa sukienka wchłonęła czerwone plamy. Świst przeleciał nad nią, następnie wylądował na drugim końcu pokoju, gdzieś pomiędzy zmasakrowanymi ciałami. Lucia podniosła głowę. Przez ułamek sekundy dostrzegła wysokiego człowieka w ciemnym kostiumie. Nałokietniki i nagolenniki świeciły złoto-platynowym blaskiem. W obu rękach trzymał bardzo długie, profilowane elegancko szable, masywne u rękojeści, cienkie i precyzyjne u końców. Postać stała odwrócona plecami, na których dźwigała długi, skórzany pokrowiec. Gdy odwrócił głowę, Lucia ujrzała jego maskę groteskowo uśmiechniętego zwierzęcia z wielkimi zębami, wyglądającą jak połączenie greckiej pantomimy i chińskiego smoka. Postać ruszyła pędem w stronę dziewczyny. Wstała, wiedząc, że nie ma szans. Zaczęła gonić tam, skąd przyszła. W każdej chwili była gotowa poczuć jak jego miecz przecina ją na pół. Przerażona do granic możliwości wbiegła do pokoju z zielonym obrazem i chwyciła panicznie za ramę. Obraz przesuwał się zbyt powoli, doprowadzając Lucię do szału. Pod nosem szeptała przekleństwa, choć wiedziała, że w niczym to nie pomoże. Gdy uchyliła nieco wrota gabloty, wcisnęła się w szczelinę, zasuwając za sobą wielkie malowidło. Usiadła na ziemi, zasłaniając usta, by nie oddychać zbyt głośno. Gdy przyłożyła dłonie do ust, dotarło do niej, że cała jest we krwi. Zaczęła płakać. Ze strachu i z bezradności. Postać w dziwnej masce na pewno wie o jej kryjówce. Ktoś, kto porusza się tak zwinnie i szybko nie może być człowiekiem. Ktoś, kto posiada broń tak zaawansowaną i zaprojektowaną do szybkiego przecinania ciał nie może być człowiekiem. Jest ich więcej. Na pewno zabili wszystkich. Panowała martwa cisza. Jeśli nie jest człowiekiem, to czym jest, do cholery?
Ciemność i czas utworzyły przestrzeń, w której dryfowała, nie wiedząc ile to trwa. Z transu wyrywały ją co jakiś czas pojedyncze wrzaski. Zapłakana i wymęczona, rozumiała, że to wrzaski tych, którzy zdołali się ukryć i właśnie zostawali przecięci na pół. Była pewna, że za chwilę skrócą też i jej męki. Czekała i czekała, lecz jedyne co świdrowało w jej uszach to martwa, zacięta cisza. Drżała na myśl o tym, że musi w końcu opuścić tę bezpieczną kryjówkę. Minęła wieczność, może nawet kilka wieczności. Lodowato zimnymi, zesztywniałymi palcami ujęła krawędź obrazu i z wielkim wysiłkiem przesunęła go delikatnie. Jednym okiem wyjrzała lękliwie na zewnątrz. Spojrzała na okno. Przez bordowe zasłony przenikał świt. Minęło więc kilka godzin, a nie dni. W domu panował przenikliwy chłód. Obejmując się rękami, opuściła kryjówkę. Szła w stronę korytarza, dokładnie zastanawiając się nad każdym krokiem.
Ciemność ustąpiła nieco prześwitom poranka, choć nadal wnętrze domu spowijał mrok. Dotarła wreszcie do złotych schodów. Im niżej schodziła Lucia, tym mocniejszy odór psującej się krwi uderzał w jej nozdrza. Zasłoniła rękoma usta i nos, a do jej oczu napłynęły łzy. Pełna żalu i obrzydzenia wkroczyła do pomieszczenia, gdzie jeszcze kilka godzin temu panowało wesołe przyjęcie zakrapiane winem i pogawędkami. Pokój przemienił się w rzeźnię pełną rozczłonkowanych ciał. Wszystkie meble leżały na ziemi, przygniatając niektóre głowy i tułowia. Lucia postawiła stopę na dywanie przesiąkniętym posoką. Z każdym krokiem zapadała się w rozmięknięte podłoże. Zatrzymała się na chwilę, odwróciła głowę i jej wzrok utkwił w mrocznych czeluściach domu. Po namyśle, zawołała lękliwie pytając, czy ktoś ją słyszy. Odpowiedzią była cisza. Po chwili zawołała ponownie i jeszcze raz. Nikt nie odpowiedział. Ciężki, duszący swąd krwi stawał się nie do wytrzymania, wobec czego Lucia ruszyła ponownie w stronę drzwi wyjściowych, które oddalały się niczym w koszmarnym śnie, gdy próbowała ich dosięgnąć. Nie chciała patrzeć pod nogi, lecz musiała sprawnie omijać fragmenty ciał, by nie nadepnąć na czyjąś odciętą głowę, dłoń, lub przepołowione tułowie. Musiała przeskoczyć przez wystający z czyjegoś torsu ostry i biały kręgosłup, by nie przewrócić się i nie lec wśród masy zmasakrowanych ciał. Wybałuszone, martwe gałki oczne obserwowały ją nieruchomo, gdy poruszała się powoli. Nerwowo wymijała każde z ciał, z przerażeniem zdając sobie sprawę, że w okolicy drzwi wyjściowych leży ich najwięcej. Pewnie stłoczyli się tam w panice, chcąc uciec, lecz wszyscy zostali na raz zamordowani. Zatrzymała się w panice, nie widząc wyjścia z tej sytuacji. Gdy stała w miejscu, zaczęło ją ogarniać coraz większe przerażenie. Jakby wszystkie gałki oczne wpatrywały się w nią, oczekując, że zostanie tu z nimi, lub mroczne zakamarki domu uwolnią z powrotem to, co dopuściło się rzezi. Mogli kryć się w ciemnościach, cierpliwie czekając, aż wszystkie myszki wypełzną z kryjówek w poszukiwaniu pomocy. W jednej sekundzie  jej strach sięgnął apogeum. Adrenalina wypełniła jej ciało, po czym Lucia rzuciła się szaleńczym biegiem w stronę drzwi. Biegła po ciałach swoich rówieśników, dając wielkie susy, by jak najszybciej zakończyć ten szaleńczy pęd, o stokroć gorszy od spaceru po rozżarzonych węglach. Za każdym razem, gdy jej stopa lądowała na czyjejś głowie, bądź klatce piersiowej, Lucię oplatał dreszcz obrzydzenia, niczym obślizgły wąż paraliżował zmysły. Gdy wreszcie dosięgła klamki, szarpnęła za drzwi z nadludzką siłą, przesuwając po podłodze blokujące je, zalegające gęsto zwłoki. Świeże powietrze uderzyło w jej twarz, a blask świtu oślepił. Dziewczyna wybiegła z rezydencji, pędząc po kamiennych schodach. Świat był biały. Przez tę noc, do wioski przyszła zima. Świeża warstwa śniegu pokryła ulice, domy, oraz skały. Morze było spokojne. Panował mróz. Lucia dobiegła do centrum wioski, na kamienny plac, by zobaczyć, że nie ma w niej nikogo. Okalające plac kamienice ziały pustkami. Wokół nie było żywej duszy. Ciszę mąciły jedynie skrzeczące kruki siedzące na łysych gałęziach drzewa. Wszystko pokrywała warstwa świeżego, białego puchu. Biegnąc przez plac, dostrzegła swoje odbicie w jednym z luster na błoniach. Jej kremowa suknia była doszczętnie zaplamiona krwią. Białe niegdyś pantofle stały się czerwone. Na bladej twarzy, oprócz przerażenia, malowały się krwawe plamy wokół ust i nosa. Lucia straszyła swoim wyglądem. Przypominała bardziej sprawcę tej okrutnej masakry, a nie ocalałą. Nie mogąc na siebie patrzeć, pognała szybko przez rynek w stronę kościoła i parku. Tam, wzdłuż rzeki, rozpościerała się długa, kamienna aleja spacerowa, z której można było podziwiać piękną katedrę, do której chadzano na niedzielne msze. Była niedziela, lecz dzwony nie rozbrzmiewały. Zegar na wieży zatrzymał się na godzinie trzeciej czternaście. Był poranek, więc wierni powinni zacząć gromadzić się na kościelnym dziedzińcu, ale nie przybył zupełnie nikt. Lucia stała samotnie na kamiennej alei, wpatrując się w katedrę na tle białego nieba. Ponownie zawołała o pomoc. Ponownie na próżno. Przykucnęła na ośnieżonej ziemi i zaczęła płakać.
Nie rozpaczała długo. Wstała z zimnej posadzki i ruszyła aleją na wschód, by oddalić się od wioski. Skoro nie było tam żywej duszy, chciała szukać pomocy w sąsiedniej osadzie. Nie oddaliła się jednak nawet od kościoła, gdy ujrzała coś, co zaparło jej dech w piersiach.
W oddali, z mgły zaczęły się pojedynczo wyłaniać przepiękne kare konie. Na każdym z nich podróżował jeździec w długim, czarnym płaszczu. Konie stąpały powoli, gęsiego, z gracją, zachowując duże, równe odstępy. Ubrani na czarno jeźdźcy mieli zasłonięte twarze. Pod czarnymi niczym smoła maskami ukrywali coś na wzór lamp, które jasno oświetlały im drogę, przebijając mgłę jasnym promieniem, niczym latarnie morskie. Długim, majestatycznym orszakiem zbliżali się powoli w stronę miasta. Lucia nie wiedziała kim są, ani po co przybyli. Nigdy, przenigdy w swoim życiu nie widziała takich ludzi, ani nie słyszała o ich istnieniu. Długi orszak zbliżał się do niej bardzo, bardzo powoli. Jeźdźcy spokojnie trzymali lejce, nie rozglądając się na boki, ani za siebie. Długie, czarne płaszcze nie zdradzały ich tożsamości, ale Lucia wiedziała, że to mężczyźni, gdyż byli wysocy i mieli szerokie ramiona. W końcu, jeździec prowadzący orszak zrównał się z nią i zatrzymał konia. Zwierzę stuknęło kopytem o ziemię, a z jego nozdrzy buchnęła para. Jeździec uniósł rękę w czarnej rękawicy. Na ten sygnał, wszyscy pozostali zatrzymali się jednocześnie. Powoli odwrócił głowę w stronę dziewczyny. Cała jego twarz była zakryta. Lucię oślepiło światło padające z lampy ukrytej w jego masce. Jeździec uniósł rękę, by ją wyłączyć. Mieszkanka Umbrii wpatrywała się w niego wystraszona i zdezorientowana. Pozostali jeźdźcy także wyłączyli lampy. Ich dowódca, bo na takiego wyglądał prowadzący orszak, podał Lucii rękę. Dziewczyna odsunęła się lękliwie, nie zrozumiawszy jego intencji.
- Wsiadaj.
Jego głos był ponury, a zarazem stanowczy, głęboki i przejmujący. Lucia nigdy wcześniej nie jeździła konno, lecz gdy ujęła czarną dłoń jeźdźcy, on wciągnął ją na grzbiet szybko, silnie i tak sprawnie, że nawet nie poczuła, kiedy znalazła się na górze. Siedziała przed nim, drżąc z zimna i strachu. Mężczyzna objął ją swoim czarnym płaszczem. Zawrócił konia tam, skąd przybyli, a orszak ruszył za nim.
Jechali w ciszy, mijając jedynie ośnieżone, łyse pola i lasy. Stukot kopyt miarowo ukołysał ją do snu. Zmęczenie dało jej się we znaki. Lucia zasnęła, mimo roztrzęsienia, opierając głowę o pierś jeźdźcy. Śniła o połowie ryb razem z Olafem. Zeskoczyli z jego kutra, wsiedli razem na morskiego konia i popędzili przed siebie.
Zbudziło ją nagłe potrząśnięcie i Lucia zdołała jedynie zorientować się, że jeździec pognał konia w szaleńczym tempie, które dosłownie wybijało ją z siodła. W panice złapała za lejce, lecz niewiele jej to pomogło. Mężczyzna przytrzymał ją i pochylił się do przodu. Jego ręka sprawiła, że dziewczynie łatwiej było utrzymać równowagę. Gnali przez ciemny las, a tunel drzew pędził przed jej oczami, powodując zawroty głowy. Dudnienie kopyt kilkudziesięciu koni świdrowało jej w uszach, penetrując klatkę piersiową. Ścisnęła rękę jeźdźcy, która otoczyła ją w talii i mocno zamknęła oczy. Jej uszu dobiegł świst, podobny do tego, który słyszała w nocy podczas masakry. Otworzyła oczy. Ujrzała go, jak unosił się w powietrzu, niecały metr przed nimi. Nogi miał ugięte, jakby właśnie podskoczył, w wyciągniętych na boki rękach dzierżył długie, wyprofilowane dokładnie miecze. Uderzyło ją spojrzenie szalenie uśmiechniętego zwierzęcia, którego oblicze wypełniało jego maskę. Jeździec ścisnął ją mocniej swym lewym ramieniem, a prawym sięgnął po coś. Czas stanął na chwilę w miejscu. Lucia obserwowała jak głowa zwierzęcia zostaje oddzielona od reszty ciała, które po chwili bezwładnie opadło na ziemię i zniknęło pod kopytami. Przerażona Lucia spojrzała w bok. Głowa potwora wisiała tuż obok, trzymana przez jeźdźca. Dziewczyna krzyknęła przerażona i zasłoniła twarz rękoma. Nie puszczała jej przez dłuższy czas, dopóki nie poczuła, że koń zwalnia. Odsłoniła wtedy twarz i jej oczom ukazał się skraj lasu.
Znowu szli powoli, tym razem po leśnej ścieżce obok rzeczki. Las wydawał się spokojny. Słychać było nawet śpiew ptaków. Lucia wiedziała, że jeździec potrafi wyczuć zagrożenie. Obróciła głowę i zobaczyła cały ten długi ogon karych koni ciągnący się za nimi. Wszyscy identycznie ubrani. Pragnęła zapytać, kim byli. Czuła jednak, że nie uzyska odpowiedzi.
- Dokąd jedziemy?
- Tam, gdzie będziesz bezpieczna.
- A gdzie to jest?
Zamilkł. Zdenerwowało ją to, ponieważ sytuacja, w jakiej się znalazła wymagała bardzo wiele wyjaśnień.
- Dlaczego nie będę bezpieczna w Umbrii? Co tam się stało?
Popatrzyła prosto w jego zakrytą twarz, coraz bardziej naciskając. Upraszała się o odpowiedź, aż w końcu zaczęła się wiercić i kopać. Jeździec prowadził dalej, niewzruszony. Lucia krzyczała, że chce do domu, że ma natychmiast zawracać konia i jechać do Umbrii. Może ktoś tam ocalał? Może ludzie bali się wyjść z domów? Dziewczyna żądała wyjaśnień coraz głośniej, aż w końcu jeździec złapał ją za ramiona, bardzo mocno.
- Nie wrócisz tam! Twoja wioska spłynęła krwią! To miejsce przeklęte. Nigdy więcej tam nie wrócisz! – Krzyknął głosem niczym z ambony, a Lucia zastygła w wielkim szoku. Nie odzywała się przez resztę drogi.
Jedyne co jej pozostało podczas tej podróży to rozmyślanie. Rozmyślała tak długo, aż doprowadziło ją to do łez. Jeździec powiedział, że wioska spłynęła krwią. To oznaczało, że wszyscy, których znała i kochała – nie żyją. Ta myśl przebiła jej serce na wylot. Dziewczyna zaczęła szlochać, najpierw łagodnie, stopniowo przechodząc w histeryczny lament. Łkała do zupełnie obcego człowieka, mówiąc o swoim wielkim żalu, i o tym jak bardzo wolałaby umrzeć tam razem z nimi, niż przeżywać teraz tak wielką rozpacz.
- Uspokój się. – Mruknął stanowczo jeździec.
- Uspokój się i posłuchaj. Zapomnij o poprzednim życiu. Gdy przekroczymy bramy Florencji, wszystko się dla ciebie zmieni. Dostaniesz nowe imię, nowe ubranie...
Mówiąc to, spojrzał chyba z niesmakiem na jej zakrwawioną sukienkę. Mimo że jego twarz zakrywała maska, dało się wyczuć lekkie obrzydzenie.
- Dostaniesz pracę. Poznasz ludzi, którzy przeżyli Noc Długich Mieczy.
- Co to takiego? – Spytała przerażona Lucia.
- Raz na kilka lat dochodzi do mordu. Giną niewinni ludzie. Nie mamy na to wpływu, nie potrafimy przewidzieć gdzie i kiedy uderzą.
- Dlaczego mnie oszczędzili?
Jeździec milczał przez długą chwilę.
- Nie wiem. Lepiej by było dla ciebie, byś nigdy się tego nie dowiedziała. 
***
Podróż trwała wieczność. Jeździec niezmordowanie prowadził konia. Lucia drzemała, oparta o jego tors, lecz ze snu wyrywała ją co jakiś zmiana tempa jazdy. Obawiała się tego, co ją czeka na końcu podróży. Mężczyzna zapewniał, że zabiera ją do Florencji. Nigdy wcześniej tam nie była. Słyszała, że to miejsce jest szczytem ekstrawagancji, elegancji, epicentrum miejskiego przepychu, oraz Mekką dla spragnionych drogich zabaw. Jeśli to prawda, to Lucia ani trochę nie pasowała do takiego otoczenia. Jej dusza żyła w cichej, nadmorskiej skalnej wiosce. Tej, której mieszkańcy zostali brutalnie wymordowani. Ta myśl nie dawała Lucii spokojnie oddychać.
Mijali okoliczne miasteczka i wioski. Rzeka towarzyszyła im niemal cały czas, poszerzając swe koryto. W pewnym momencie, Jeździec wytłumaczył, że są na wzgórzu, z którego niedługo zobaczą miasto.
Krajobraz wypełniało coraz więcej domostw, straganów i kamienic. Zbliżali się do Florencji. Lucia wypatrywała tego widoku z niecierpliwością. Gdy przejeżdżali przez maleńką wioskę pełną słomianych chat, ludzie chowali się w popłochu. Niski, krępy mężczyzna z siwą brodą przeżegnał się i przerażony zatrzasnął za sobą drzwi od chaty.
- Dlaczego się boją? – Zapytała Lucia. Jeździec był tym niewzruszony.
- Czarny Jeździec to zły omen.
Odpowiedział w taki sposób, jakby uciekali przed nim wszyscy, którzy go ujrzą. Musiał być przyzwyczajony do roli złego omenu.
Lucia dopytywała się o więcej szczegółów, lecz w odpowiedzi dostała jedynie grobowe milczenie. Przez całą tę długą podróż nie zdołała zbyt dobrze poznać swojego towarzysza. Właściwie to nie poznała go w ogóle, gdyż jego zdawkowe odpowiedzi musiały służyć jedynie temu, by nie zadawała więcej pytań.
Za wioską czekało ich wzniesienie terenu. Po ich prawej stronie rozpościerał się las, który w tym miejscu został wykarczowany, by zrobić miejsce na ludzką osadę. Konie wspinały się dzielnie po ziemistym wzniesieniu. Z każdym krokiem byli coraz bliżej szczytu. W końcu, zza wzniesienia wyłoniła się zapierająca dech w piersi panorama Florencji. Ogromne morze dachów z czerwonej cegły, a w samym środku największa i najbardziej majestatyczna ostała się Katedra Santa Maria del Fiore. Wokół jej gigantycznej, czerwonej kopuły krążyły gołębie. Z wielu kominów wydobywał się dym. Całe miasto majaczyło w dole, budząc podziw, zapraszając w swe tajemnicze uliczki i zakamarki, nęciło by je poznać i zbadać. Mrugało do przyjezdnych swoim pięknem i królewską wręcz aparycją. Tego dnia, spory kawałek panoramy miasta pochłaniała mgła, a z nieba ponownie zaczął prószyć śnieg. Jeździec zatrzymał konia na środku wzniesienia, by Lucia mogła przetworzyć ten widok w całej okazałości.
- To miasto jest... ogromne... – Szepnęła, obsuwając się lekko do tyłu. Jeździec, jak to miał w zwyczaju, nie odpowiedział. Koń zaczął postępować w dół, ostrożnie, kamiennymi schodkami. Schodki te zwężały się u góry, a im dalej w dół, tym stopnie stawały się szersze i masywniejsze. W pewnym momencie schody otoczyły się ozdobną, marmurową poręczą.
- Spadniemy?! – Krzyknęła Lucia, widząc, że zbliżają się do pokrywy chmur, która zakrywała resztę schodów i przesłaniała cały widok na to, co znajduje się w dole.
- Odpowiedz, boję się!
Niemal poczuła, że jej strach sprawia mu drobną przyjemność z katowania jej maluczkiej. Podczas tej podróży nauczył ją jednak, że żadne wybuchy złości i irytacji nie są w stanie naruszyć jego emocjonalnej skorupy. Jedyne co jej pozostało to zasłonięcie oczu. Wtuliła się mocno w jego czarny płaszcz, gdy od wkroczenia w pokrywę chmur dzieliło ich pół stopnia. Krok za krokiem, schodzili jednak dalej.
- Popatrz. – Powiedział Jeździec. Lucia nieśmiało uchyliła powieki i jej oczom ukazała się ogromna, szeroka rzeka, którą mieli okazję podziwiać z wysokości schodów. W dużych, równych odstępach przecinały ją marmurowe mosty ozdobione rzeźbami w kształcie lwów i muskularnych postaci rodem ze starożytnego Rzymu. Po ciemnej, lodowatej wodzie licznie pływały małe łódeczki wyładowane kolorowymi tkaninami, oraz koszami pełnymi ryb i przypraw. Wzdłuż brzegu rzeki rozpościerała się okazała, dumna promenada doszczętnie przepełniona ludźmi. Było to jedno, wielkie targowisko. Z tej wysokości Lucia nie była w stanie dostrzec, jakie to towary sprzedawane są u bram Florencji, ale koń z każdym stopniem zanosił ich w dół, nieuchronnie prowadząc do tego harmidru panującego w dole. Im niżej schodzili, tym lepiej dobiegał ich hałas, krzyki i rozmowy. Ludzie tłoczyli się ciasno wśród straganów, a na mostach panował dwustronny ruch. Prowadzono po nich konie, woły, furmanki pełne warzyw i materiału. Czego tam nie było? Gdy koń Jeźdźcy postawił wreszcie kopyta na równym gruncie, ruszyli w stronę mostu. Lucia kręciła głową to w lewo, to w prawo, starając się zobaczyć jak najwięcej, zrozumieć ile tylko się da. Obserwowała kosze pełne małż, krabów i wodorostów. Kobiety w śmiesznych sukniach mamiły do siebie mężczyzn, zagadując ich wesoło, wciskając do siatek swoje towary. Spod wielu wąsów wydobywał się śmiech, lub szczerbate zęby. Krzyki i nawoływanie dobiegały z każdej strony. Mężczyzna w szerokim kapeluszu siedział oparty o latarnię i grał na bałałajce. Obwieszona medalionami cyganka opalała na ognisku zdrową, tłuściutką gąskę, a jej córka sprzedawała duże butle wina, które chowały pod obrusem swego stoiska. Po kamiennej promenadzie biegały kury i indyki, a rzeźnik uderzał tasakiem w świńskie łby. Usadzeni ciasno przy drewnianej beczce starsi panowie w kraciastych kubrakach grali w karty, rycząc głośno ze śmiechu i popijając wino z porcelanowych kubków. Mężczyźni zaczepiali kobiety w sukniach z dużym dekoltem, zapraszając je do siebie na wieczór. Wrzawy tego miejsca nie dało się opisać, choć ucichła ona nieco, gdy jeździec doprowadził swój długi orszak na most. Lucia dostrzegła dwie, średnio urodziwe kobiety z dużymi piersiami, zaciekle plotkując, gestykulując i szczerząc szczerbate zęby. Gdy minął je Jeździec, odwróciły wybałuszone oczy i skierowały głowy w przeciwną stronę. Każdy furman, którego wymijali zasłaniał oczy kapeluszem. Ich żony żegnały się, spuszczając wzrok. Otyły facet w skórzanym płaszczu niosący w rękach małego wieprza, splunął pod nogi i obrzucił Jeźdźca nienawistnym wzrokiem. Lucia spojrzała ukradkiem na swojego kompana podróży. Tak bardzo pragnęła zadać mu pytanie. Chociaż jedno. W końcu nie wytrzymała.
- Nie jesteś tu mile widziany? – Spytała, ściszając głos. Nie chciała go bowiem zdenerwować, choć po części wiedziała, że nie było to możliwe.
- Zły omen... – Powtórzył z bólem w głosie.
Gdy zbliżali się do końca mostu, Lucia dojrzała brzegi kanału rzeki porośnięte obficie glonem i różnym świństwem. Domy, które widniały przed nimi musiały należeć do biedniejszej ludności. Ich białe, obdrapane ściany i sznury prania łączące dom z domem sprawiały niezbyt wyrafinowane wrażenie. Mijali mnóstwo Romów, kilku Azjatów, oraz czarnoskórych w dziwnych, pstrokatych ubraniach. Nad brzegiem rzeki muzykował mały zespół złożony z czterech Murzynów. Tutaj też panował harmider, choć cichł on zdecydowanie, gdy wkroczyli w ciemne uliczki Florencji. Pokonując aleje i przemykając wśród drobnej roślinności zakamarków biednej dzielnicy, spotykali się z jawną agresją ze strony tamtejszych mieszkańców.
- Mało to dróg prowadzi do Duomo? Musi jechać akurat tędy?! – Wrzasnęła jakaś kobieta z wysokiego piętra.
- Pójdziesz mi stąd ty upiorze! – Dodał po chwili starszy pan, który na swą obronę przyszykował szczotkę. Jeździec był tym tak niewzruszony, że spowolnił konia, chyba by rozkoszować się pieniactwem i głupotą tych wszystkich ludzi. Lucia zaczynała się bać, gdy coraz więcej osób wyrażało się w stronę jeźdźców. Z jednego okna wypłynął gęsty strumień pomyj i wylądował na głowie jednego z nich. Wszystko spłynęło po jego czarnym płaszczu, nie wywołując w nim żadnej reakcji.
- To nieczystości. Nie powinieneś tego tak zostawiać.. – Szepnęła Lucia, zwracając uwagę na podstawy dobrego smaku.
- Nie martw się. To prowokacja. – Odparł spokojnie Jeździec. Gdy wyjechali z ciasnej, mieszkalnej alejki, ich droga zlała się z szerszą miejską ulicą pełną sklepików i kawiarni. Widać wkroczyli do nieco bogatszej dzielnicy, gdyż liczni spacerowicze nosili bardzo eleganckie stroje, skórzane paski, oraz modne kapelusze. Jakieś damy dyskutowały przy kawiarnianym stoliku, ubrane w ciepłe, zimowe futra. Na ich rozgadanych ustach błyszczała czerwona szminka.  Lucia odwróciła głowę i dostrzegła, że zgubili orszak.
- Ej, nie ma z nami reszty twoich jeźdźców! – Krzyknęła spanikowana. Czarna maska nie wydała w tej sprawie żadnego osądu.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

Posty [ 1 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016