Historia chorego związku... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Historia chorego związku...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 11 ]

Temat: Historia chorego związku...

Od lat duszę to w sobie, dopiero teraz w akcie desperacji, chciałabym się z kimś podzielić moją historią. Przeglądałam internetowe wątki na temat toksycznych związków i zauważyłam, że takich kobiet jak ja jest znacznie więcej, a historie przez nie opisywane, w wiekszości nie miały happy endu.
W każdej z historii, znajdywałam cząstkę siebie, doszłam do wniosku, że może jak wyrzucę z siebie to wszystko co skrywam, będzie mi lepiej, odetchnę trochę, poczuję ulgę... Zacznę od tego, że od małego marzyłam o wielkiej miłości. Moim wielkim autorytetem są  rodzice, których zawsze podziwiałam jak są ze sobą szczęśliwi, szanują się i kochają. Moje życie nie potoczyło się tak jak sobie wymarzyłam....W młodym wieku poznałam chłopaka w którym się szalenie zakochałam, świata poza nim nie widziałam i czułam że to jest prawdziwa miłość, potrzebowałam kogoś u mego boku, przy kim czułabym się bezpiecznie i w przyszłości mogłabym założyć rodzinę.
Nie byliśmy oboje idealni, bo często się kłóciliśmy o byle co, on był agresywny,a ja mimo tego że jeszcze młoda i zagubiona, zawsze broniłam swojego zdania.
Wszystko się zmieniło od dnia, kiedy mnie pierwszy raz uderzył.... był to dla mnie szok, ponieważ nikt nigdy nie podniósł na mnie ręki i nie spodziewałabym się tego po osobie, którą kocham.. Przyczyną był sms od kolegi o treści "dobranoc", gdy zobaczył wiadomość był wkurzony na maksa i zarzucał,że gdzie są wcześniejsze wiadomości, czemu pousuwałam i że na pewno coś ukrywam.. tyle że ja z tym kolegą nie pisałam od miesiąca i ten sms albo był pomyłką, albo jakimś sposobem na zaczepkę aby nawiazać ze mną jakąś rozmowę. Starałam się jakoś wytłumaczyć zaistniałą sytuację, lecz mnie nie słuchał, dzwonił do niego, wyzywał go a później mnie...pamiętam że bardzo wtedy płakałam, nie wiedziałam co się dzieje i gdy próbowałam wyjść z pokoju to go rozwścieczyło najbardziej, zaczął mnie popychać i ciągnąć za włosy przy tym nie szczędząc wyzwisk, że na pewno się z nim pierd###le ... od tamtej akcji ograniczyłam do minimum kontakty z kolegami.. oczywiście następnego dnia przeprosił, zwalił winę na mnie, że go sprowokowałam itp. wybaczyłam mu, bo myślałam że to naprawdę moja wina...idiotka.. Nie była to pierwsza i ostatnia akcja... Nie zdołam wszystkich w szczegółach opisać bo dnia by mi na to nie starczyło... na drugą aferę nie musiałam zbytnio długo czekać, trzecią i czwarta i piątą...zauważyłam że takie rzeczy dzieją w większości po alkoholu, jak oboje mieliśmy napić się, wiązało się to z tym, że zakończenie będzie tragiczne... Odstawiłam alkohol,obwiniając się że jak wypiję za dużo gadam i mam większe skłonności do rozmawiania o naszych problemach, cały czas żyłam z poczuciem własnej winy, że to ja go prowokowałam, a powinnam siedzieć cicho...było tak przez jakiś czas, nie poruszałam tych tematów, aż w końcu zaczęło się we mnie wszystko kumulować, zaczął do mnie dochodzić fakt, dlaczego tak się dzieje, chciałam z nim porozmawiać i usłyszeć jakieś wyjaśnienia, lecz on omijał tematu jak ognia, albo dalej wmawiał że gdybym zrobiła tak i tak...nie doszłoby do tego.. z czasem zaczęły dziać się gorsze rzeczy, zaczął mnie bić, zaczęły się groźby śmierci, zaczęła się przemoc psychiczna, rzucanie rzeczami.. gdy tylko się napił przypominało mu się wszystko co do niego mówiłam wcześniej i wtedy miał ochotę na rozmowę...nie to nie była rozmowa to było zarzucanie mi wszystkiego..gdy wchodziłam w rozmowę wyjaśniając wszystko..on mnie nie słuchał..to było tak jak by naprawdę nie słyszał co ja mu tłumaczę, bo po chwili znów pytał o to samo..akcja zaczynała się wtedy gdy zaczynałam płakać, nie płakałam specjalnie aby wzbudzić w nim litość bo to na niego nie działa, on widzi wtedy moją słabość i dowala mi jeszcze bardziej, gdy przestawałam z nim rozmawiać bo przez płacz nie mogłam nic z siebie wydusić, on wtedy podchodzil do mnie i szarpaniem zmuszał abym wyjaśniała mu rzeczy "dlaczego ty taka jesteś, patrz co ze mną robisz, to ty mnie doprowadzasz do takiego stanu"...nie uderzył mnie nigdy mocno w twarz, bo był by ślad i bym musiała się tłumaczyć znajomym i rodzinie co mi się stało...siniaki zadrapania były na całym ciele a najbardziej na rękach i plecach , robił ze mną dużo rzeczy, rzucał szklanką, groził śmiercią, nożem rozcioł wargę,a  gdy zaczynałam krwawić przyduszał mi twarz zielonym ręcznikiem, groził mi piłą....Wszystko pamiętam jakby było wczoraj, a tak naprawdę było to 3 lata temu, nie mogę wymazać to z pamięci ponieważ jest to dla mnie ciężkie przeżycie, które odbiło się na mojej psychice, zachowaniu i postrzeganiu świata... Mimo że ja odstawiłam alkohol, i nie pamiętam kiedy ostatni raz się porządnie napiłam, dobrze mi z tym, raz na jakiś czas wypić piwo w domu można...do odstawienia alkoholu namawiałam niejednokrotnie mojego chłopaka, który uważał zawsze że to śmieszne.... mi nie było do śmiechu, kiedy wspólnie wychodziliśmy do "jego" znajomych, bo swoich już nie miałam.. i gdy widziałam że bierze się za picie.. nie mogłam być spokojna, denerwowałam się, próbowałam jakoś go od tego picia oderwać, bo wiedziałam że jak wpadnie w cuk to skończy się to niedobrze...po prostu bałam się.... nie chciałam towarzyszyć mu w tych wyjściach ale musiałam bo jakbym nie poszła,byłaby afera, że jestem dzikus i że on chce spędzać czas ze mną i znajomymi.... jak odmawiałam pójścia słyszałam teksty "no i widzisz, znowu szukasz powodu do awantury?, tak czy siak kończyło się tak samo...on nie znał umiaru w piciu i czasie.. siedzieliśmy po kilka godzin z jego znajomymi, ja oczywiście udawałam że wszystko jest OKEJ..
Nadal nie wiem czemu od razu od niego nie odeszłam.. jak mnie pierwszy raz uderzył i wyzwał...może teraz bym miała lepsze życie, byłabym szczęśliwsza ?
Problem tkwi w mojej naiwności i w dawaniu "drugiej szansy", po każdej kłótni obiecywał poprawę i mówił co ja powinnam w tej sytuacji zrobić, bo jakbym to zrobiła to by tak nie było...i tak w kółko..bałam się chyba odejść, miałam sprany mózg, że na nikogo lepszego nie zasługuję, że to wszystko moja wina, że on jest dobry ale to wszystko przez ten alkohol, problemy w pracy i z kasą... Wszystko brałam na siebie...obwiniałam się, że nie potrafię mu pomóc..
Pewnego dnia dostał propozycję pracy za granicą, w okresie wakacyjnym mieliśmy jechać tam razem aby zobaczyć i zbadać teren...
3 dni przed wyjazdem znowu się pokłócilismy, a ja uciekłam na boso w piżamie z domu ... on mnie dogonił na polu i pchnoł na ziemię z całych sił...upadłam.....
poczułam się dziwnie, bo zaczęła mnie boleć głowa i poczułam gorąco po całej prawej stronie mojego ciała, podniosłam się lekko i poczułam tak cholernie wielki ból..-złamałam rękę, zaczęłam panikować bo przez skórę czułam odstającą kość.....pojechaliśmy do szpitala, siedziałam w poczekalni, brudna w piżamie, zapłakana... czemu płakałam ? nie z bólu...płakałam bo on pojedzie beze mnie za granicę....tak...powalilo mnie do reszty.... znowu obwiniałam siebie... powiedział mi że po co uciekałam, że wszystko przez to że w trakcie afery ja uciekam z domu...uciekam bo mam dość, chce wtedy uciec do swojego domu gdzie czuję się bezpiecznie....nie raz uciekałam przez pola, lasy, ale on zawsze mnie doganiał... bił i mówił, że nie trzeba było uciekać....a co miałam robić? siedzieć w pokoju i słuchać spokojnie jak mnie wyzywa i znęca nade mną ? Po pewnym czasie zaczął mnie zamykać na klucz, wtedy bałam się jeszcze bardziej, nigdy nie krzyczałam, nie wołałam o pomoc, bo to go rozwścieczyłoby jeszcze bardziej, były momenty że po prostu siedziałam zapłakana skulona w koncie i czekałam kiedy to się skończy..wszelkie próby uspokojenia sytuacji, czy bronienia się, nie pomagały, jedynym rozwiązaniem było siedzieć i modlić się żeby to jak najszybciej się skończyło.
Przez okres kiedy miałam ręke w gipsie nie dochodziło do żadnych aktów przemocy, myślałam że po takiej tragedii, zmieni się...ale to były moje kolejne durne naiwne nadzieje... ręka się zagoiła... oczywiście wszystkim mówiłam ze to mój nieszczęsliwy wypadek, nawet mamie, która przyjechała do szpitala wyrazić zgodę na leczenie bo byłam wtedy jeszcze niepełnoletnia... oszukiwałam wszystkich a także samą siebie... Nie mam miłych wspomnień z wakacji, każde wyjazdy kończyły się tak samo płaczem i siniakami i obwinianiem mnie...co roku było to samo...Gdy on wyjechał za granicę, na początku było mi ciężko, ale po pewnym czasie poczułam taką ulgę i bezpieczeństwo że nie stanie mi się krzywda....postanowiłam, że wezmę się za siebie i zakończę to wszystko raz na zawsze, przemyślałam to wszystko i udałam się do terapeuty, było to w maju 2 lata temu, poszłam do sympatycznej kobiety, która na pierwszej wizycie chciała poznać moją historię... ciężko mi było się przełamać bo nigdy nikomu o tym nie mówiłam...ale nie powiedziałam jej wszystkiego w szczegółach, czułam się okropnie...terapeutka jak poznała moją historię tą skróconą bez szczegółów, złapała się za głowe, że jak dziewczyna w tak młodym wieku ma nosić taki bagaż doświadczeń.. przeanalizowała wszystko i uznała że nie ma sensu takiego związku ratować, że jedyne wyjście to to wszytstko zakończyć...zaczęłam chodzić regularnie na terapię, kobieta opowiedziała mi w czym tkwi problem, dlaczego tak ciężko mi odejść=diagnoza= to współuzależnienie, jestem z nim tylko dla tych dobrych chwil, które są tylko po kłótni, wole przeczekać kłótnie bo jestem juz do tego przyzwyczajona, żeby później móc choć na chwile pocieszyć się radością....kobieta miała rację...to błędne koło..mówiła że pierwszy raz w życiu po 30 latach pracy nie miała takiej sytuacji...terapia trwała i zbliżał się lipiec, koniec szkoły i wakacje... Mój chłopak namówił mnie abym przyjechała, że będzie wszystko dobrze, on się zmienił, naprawimy to itp.... i co zrobiłam ?... rzuciłam terapie i pojechałam....mój kolejny błąd..nie sztuką jest pisać co mnie spotkało... sama zdecydowałam się na to, znowu uwierzyłam...To się ciągnie już kolejne 2,5 roku, nadal nie mam w sobie sił aby odejść, nadal tkwię w tym gównie... Przez 5,5 roku nie poczułam prawdziwej miłości, może to ciągnę na przymus aby w końcu to poczuć ? Codziennie się oszukuję, że będzie lepiej.. Aby zapomnieć pochłonęłam się w obowiązki.. nadal chodze do szkoly i dodatkowo mam prace dorywcza i prace na pół etatu..oddałam się pracy aby nie myśleć o tym wszystkim, aby się samodoskonalić, aby się wyrwać.. Ale nawet w pracy mam problemy... nie potrafię w siebie uwierzyć i otorzyć się do ludzi..przez te wszystkie lata męki, płaczu, cierpień, uschłam od środka, stałam się zimna, wymagająca, trzymam do każdego systans, bo boję się że ktoś mnie skrzywdzi. Większość osób ma mnie za silną kobietę, ładną, zgrabną, mądrą, uśmiechnietą...ale ja tak nie uważam, w sumie mój chłopak również...nie słyszałam od niego ,że ładnie wyglądam,albo że po prostu fajna jestem...daja mi to do zrozumienia obcy faceci, ale ja ich zawsze olewam.. mój mówi mi tylko że jestem pojeba^^na, szurnięta, mam innego faceta, puszczam się, jestem kur&&ą itp. o jego kolezankach czy innych znjomych slysze tylko same dobre rzeczy...o sobie wcale... to mnie też bardzo boli...
Boję się że jak zdobędnę kiedyś siłę aby odejść, nie będę potrafiła pokochać żadnego faceta, bo będę ich wszystkich oceniała taką samą miara i bała że znów trafię na skończonego dupka od którego nie potrafie się uwolnić..boję się chyba samotności... czasami czuję się okropnie bo widzę jak bardzo się zmieniłam, stałam się nadpobudliwa i na krzyk nie reaguje płaczem tylko krzykiem, to chyba przez to aby ukryć jak bardzo od środka jestem rozdarta, przepłakaną noc potrafię zakryć makijażem i rano znów uśmiechać się do ludzi, udawać szczęśliwą a po powrocie do domu znów płakać z braku sił.. Zakompleksiłam się bardzo, ciągle widzę w sobie wiele niedoskonałości, nie wierzę w siebie...coś mi nie wychodzi to od razu się poddaję. Mam pracę wśród ludzi i mam barierę kontaktu, nie potrafię z nimi rozmawiać.. Mimo że większość osób co mnie zna ze szkoly czy pracy ma mnie za osobę silną, niezależną i pewną siebie, oni nie wiedzą jak jest.
Mój chłopak ma mnie za wredną zołzę która się czepia jego o wszystko,a też nie wie jak się czuję, nigdy się nie interesował mną, nic tak naprawdę o mnie nie wie, nigdy go nie obchodziły moje uczucia..wiedziałam że jak jestem przy nim za długo radosna, zaraz pewnie będę płakać... Nie wiem co będzie później, waham się aby znów pójść na terapię, codziennie szukam w sobie samozaparcia i siły, wyrzuciłam z siebie to co od dawana chciałam komuś powiedzieć, teraz z biegiem czasu mam świadomość tego że robiłam źle ,że akceptowałam to wszystko. Chcę to zmienić, lecz nie wiem jak...kiedy robię krok do przodu, zaraz robię pięć w tył, przez moją naiwność i wiarę że będzie lepiej, bo on tak cudownie potrafi kłamać...

Reklama
Zobacz podobne tematy :
Odp: Historia chorego związku...

Na co czekasz? Perspektywa jasna....zero szacunku, wyzwiskaitp, itd. To prymityw, inny ni9e bedzie, zwijaj dziewczyno zagle

3

Odp: Historia chorego związku...

Aby odejść od Niego na zawsze na Twoim miejscu zebrałabym się i poszła opowiedzieć szczerze wszystko rodzicom. Skoro byli dla Ciebie wzorcem idealnej miłości to z pewnością Ci pomogą to zakończyć. Wprowadź się do Nich, a Jemu oznajmij że to koniec i powiedz dlaczego. Ważne by w pobliżu podczas tej rozmowy byli Twoi rodzice w razie potrzeby pomocy. Zastanawia mnie jedna rzecz. Skoro rodzice byli dla Ciebie wzorcem idealnej miłości a przemoc i brak szacunku były Tobie obce, to skąd ukształtowałaś w swojej podświadomości wzorzec takiego mężczyzny. Na podstawie takiego wzorca wybiera się podświadomie partnera. Wtedy obie osoby się przyciągają i z tego właśnie powodu czują że się sobie podobają. Toksyczny związek zawsze tworzą dwie osoby. Z tym, że jedna odgrywa rolę ofiary a druga agresora.

Reklama
Odp: Historia chorego związku...

Twój mężczyzna to typowy przykład tak zwanego bad boya. Generuję on w Tobie złe emocje, nie jest przy tym ciepła kluchą i dlatego dajesz mu szanse. Podejrzewam też, że w miarę dobrze zarabia i to Ty mieszkasz u niego. Tak naprawdę sposób jego postępowania jest schematyczny dla niepewnego siebie faceta, który boi się że wyhodujesz mu rogi. Prymitywną siłą chce zmusić Cię do posłuszeństwa i byś mu dawała kiedy zechce. Odciął Cię od wszystkich znajomych abyś nie miała komu wygadać swojej tragedii i ze strachu, że ktoś mógłby otworzyć Ci oczy. To w czym tkwisz się nigdy nie zmieni bo nigdy mu się nie postawiłaś. Terapie też nic nie zdziałają, to tylko wyciąganie kasy, a nie rozwiązywanie problemów. Pierwsza kwestią jaką musisz zaakceptować jest pogodzenie się z tym, że nie będziecie razem, wyprowadzka i szukanie nowego faceta. Druga sprawa to powinnaś zacząć nagrywać jego wybuchy, awantury, rękoczyny. Zainstalować jakąś kamerkę w niedostępnym miejscu, włączyć dyktafon gdy zacznie wyzywać itd. Musisz mieć twarde dowody na to, że Cię maltretuje. Dobrze też byś miała świadków np. sąsiadów, że często nadużywa alkoholu. Gdy masz już trochę materiałów, trzymasz je w bezpiecznym miejscu poza domem u rodziców lub w gdzieś w skrytce a kopie puszczasz swojemu dręczycielowi smile Albo w tym momencie odchodzisz już całkowicie od niego mówiąc, że jak nie da Ci spokoju to wyląduje w kiciu, albo negocjujesz, że ma iść na terapię, nie robić awantur, zaakceptować to że będziesz mieć znajomych, bo jeśli nie to do akcji wkroczy prokuratura. Jeśli zdecydujesz się z nim zostać, to w przypadku jakiegokolwiek wybuchu idziesz na policję i udupiasz gościa za znęcanie się nad Tobą. Bez emocji, bez żalu ważne jest tylko twoje dobro. Jeśli zdecydujesz się odejść raczej spodziewaj się jego najść i prezencików, proszenia o wybaczenie i zapewnień, że się zmieni. Sam od siebie nigdy się nie zmieni. Zmieni się tylko gdy będzie się bał konsekwencji, więc musisz mieć w tym związku przysłowiowe jaja. Gdy już dasz mu kopa w dupę, to jak najszybciej zacznij spotykać się z nowymi facetami. Nawet nie żeby kogoś szukać, tylko aby odbudować swoje życie towarzyskie. Musisz poczuć się znowu atrakcyjną i pożądaną. Dbaj też o to by facet dowiedział się z fejsa czy od znajomych, że łazisz na randki lub nawet uprawiasz seks z innymi, a niech go trafia szlag wink

5

Odp: Historia chorego związku...
patologiczny.bialy.rycerz napisał/a:

Twój mężczyzna to typowy przykład tak zwanego bad boya. Generuję on w Tobie złe emocje, nie jest przy tym ciepła kluchą i dlatego dajesz mu szanse. Podejrzewam też, że w miarę dobrze zarabia i to Ty mieszkasz u niego. Tak naprawdę sposób jego postępowania jest schematyczny dla niepewnego siebie faceta, który boi się że wyhodujesz mu rogi. Prymitywną siłą chce zmusić Cię do posłuszeństwa i byś mu dawała kiedy zechce. Odciął Cię od wszystkich znajomych abyś nie miała komu wygadać swojej tragedii i ze strachu, że ktoś mógłby otworzyć Ci oczy. To w czym tkwisz się nigdy nie zmieni bo nigdy mu się nie postawiłaś. Terapie też nic nie zdziałają, to tylko wyciąganie kasy, a nie rozwiązywanie problemów. Pierwsza kwestią jaką musisz zaakceptować jest pogodzenie się z tym, że nie będziecie razem, wyprowadzka i szukanie nowego faceta. Druga sprawa to powinnaś zacząć nagrywać jego wybuchy, awantury, rękoczyny. Zainstalować jakąś kamerkę w niedostępnym miejscu, włączyć dyktafon gdy zacznie wyzywać itd. Musisz mieć twarde dowody na to, że Cię maltretuje. Dobrze też byś miała świadków np. sąsiadów, że często nadużywa alkoholu. Gdy masz już trochę materiałów, trzymasz je w bezpiecznym miejscu poza domem u rodziców lub w gdzieś w skrytce a kopie puszczasz swojemu dręczycielowi smile Albo w tym momencie odchodzisz już całkowicie od niego mówiąc, że jak nie da Ci spokoju to wyląduje w kiciu, albo negocjujesz, że ma iść na terapię, nie robić awantur, zaakceptować to że będziesz mieć znajomych, bo jeśli nie to do akcji wkroczy prokuratura. Jeśli zdecydujesz się z nim zostać, to w przypadku jakiegokolwiek wybuchu idziesz na policję i udupiasz gościa za znęcanie się nad Tobą. Bez emocji, bez żalu ważne jest tylko twoje dobro. Jeśli zdecydujesz się odejść raczej spodziewaj się jego najść i prezencików, proszenia o wybaczenie i zapewnień, że się zmieni. Sam od siebie nigdy się nie zmieni. Zmieni się tylko gdy będzie się bał konsekwencji, więc musisz mieć w tym związku przysłowiowe jaja. Gdy już dasz mu kopa w dupę, to jak najszybciej zacznij spotykać się z nowymi facetami. Nawet nie żeby kogoś szukać, tylko aby odbudować swoje życie towarzyskie. Musisz poczuć się znowu atrakcyjną i pożądaną. Dbaj też o to by facet dowiedział się z fejsa czy od znajomych, że łazisz na randki lub nawet uprawiasz seks z innymi, a niech go trafia szlag wink

a co to? drugi Miły Cham?

Reklama
Odp: Historia chorego związku...

Kim jest "Miły Cham"?

7

Odp: Historia chorego związku...

To w czym tkwisz się nigdy nie zmieni bo nigdy mu się nie postawiłaś. Terapie też nic nie zdziałają, to tylko wyciąganie kasy, a nie rozwiązywanie problemów

8

Odp: Historia chorego związku...

Twoja historia spowodowała, że stałem się bardzo smutny i przez pół godziny nie mogłem zrozumieć jak może dochodzić do takich sytuacji w XXl wieku. Ten człowiek Cię niszczy. Krok po kroku niszczy Twoją psychikę, poczucie własnej wartości, sposoby postrzegania rzeczywistości... Marnuje Twój potencjał. Dziewczyno... co musi się jeszcze stać, żebyś od niego odeszła? Ma Ci połamać nogi? Jak wyobrażasz sobie przyszłe życie jak dojdą dzieci? W jakim piekle mają się one wychowywać? Zasłużyłaś na kogoś 1000 razy lepszego i uwierz mi, że nie ma w tym ŻADNEJ Twojej winy. 

"Boję się że jak zdobędnę kiedyś siłę aby odejść, nie będę potrafiła pokochać żadnego faceta, bo będę ich wszystkich oceniała taką samą miara i bała że znów trafię na skończonego dupka od którego nie potrafie się uwolnić..boję się chyba samotności.." - Tego nie wiesz, czy nie będziesz potrafiła, to tylko Twoja projekcja. Większości kobiet w takiej sytuacji wydaje się, że nie będą potrafiły. Potem 100% twierdzi, że decyzja o rozstaniu była najlepsza jaką mogły podjąć.

Bardzo Cię proszę moja droga, żebyś nie traktowała odpowiedzi jako zwykłego efektu potwierdzenie i nic w swoim życiu nie zmieniała. Po prostu rozstań się z nim. Na początku będzie Ciężko, ale zobaczysz wreszcie co to znaczy czuć spokój. Wierzę, że znajdziesz osobę dobrą, na którą zasługujesz. Poza tym powiedz rodzicom o wszystkim.

Trzymam za Ciebie kciuki. Będę śledził ten wątek i mam nadzieję, że się otrząśniesz i pójdziesz po rozum do głowy, bo inaczej zmarnujesz CAŁE SWOJE ŻYCIE. Zasługujesz na to, by żyć inaczej.

Sapere Aude

9

Odp: Historia chorego związku...

Typowy psychopata, manipulant, w dodatku alkoholik.
Porozmawiaj szczerze z rodzicami, nie możesz trzymać tego tylko dla siebie, bo się wykończysz.
Wnioskuję, że jesteś jeszcze młoda a on już kompletnie pozbawił Cię poczucia własnej wartości, zrobił z Ciebie zero.
On się nie zmieni, nie licz na to. A te obiecanki, że się zmieni są typowe dla takich drani.
Możesz również założyć mu niebieską kartę.
Ale musisz zacząć DZIAŁAĆ, a nie płakać w samotności i udawać, że wszystko w porządku.

- Najgłupsze marzenie z dzieciństwa?
- Być dorosłym...

10

Odp: Historia chorego związku...

Wyobraź sobie linię nazwijmy to linią miłości tongue z zerem na środku... ty w tej sferze życia jesteś daaleko na lewo od zera. Jesteś na minusie! Gdybyś była sama, byłabyś w punkcie zero, czyli owszem, nie miałabyś nikogo, ale i nie byłabyś obciążona tak beznadziejną relacją! I z punktu zero zawsze jest krótsza droga do przejścia do obszaru dodatniego, czyli stworzenia wartościowej relacji.

Podsumowując - KAŻDA sytuacja jest lepsza od tej, w której się znajdujesz teraz mimo, że bardzo boisz się zmiany, nieznanego. Ale akurat w tej sferze nie musisz się bać tego nieznanego, bo masz GWARANCJĘ, że będzie lepiej w KAŻDYM scenariuszu.

Nawiasem mówiąc dziwi mnie, że miałaś wzorzec wspaniałej relacji rodziców, miałaś świetny dom, a mimo to masz tak silnie rozwiniętą osobowość zależną...

11

Odp: Historia chorego związku...
Chomikowa napisał/a:

Nawiasem mówiąc dziwi mnie, że miałaś wzorzec wspaniałej relacji rodziców, miałaś świetny dom, a mimo to masz tak silnie rozwiniętą osobowość zależną...

Tak szczerze, to mnie też to dziwi.

- Najgłupsze marzenie z dzieciństwa?
- Być dorosłym...

Posty [ 11 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Historia chorego związku...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016