Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu. - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 22 ]

Temat: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Witam.
Bez przydługich wstępów i zbędnego przeciągania sytuacja przedstawia się następująco.
Ja lat 43, od roku rozwiedziony (po 8 latach małżeństwa) syn w wieku szkolnym, który mieszka z mamą, u mnie jest w weekendy.
Ona lat 39, od 6 lat po rozstaniu (byli ze sobą ok. 5 lat, ślubu nie mieli) córka i syn w wieku szkolnym, dzieci mieszkają z mamą.
Poznaliśmy się w październiku ubiegłego roku przez internet, no i tak już ze sobą jesteśmy trochę czasu bez żadnych spięć praktycznie.
Jedno co mnie wkurza, to Jej były facet (ojciec dzieci) z którym łączy Ją jakaś dziwna emocjonalna więź i coraz bardziej mnie to niepokoi.
Zacznijmy jednak od początku. Przypadkiem znam tego kolesia, bo akurat wychowywaliśmy się razem na jednym podwórku.
Ale w którymś tam momencie nasz kontakt się urwał i spotykam go po latach właśnie teraz. No może nie tyle spotykam (raczej się unikamy)
co pojawia się w moim życiu za sprawą tej dziewczyny. Z tego co od Niej zdążyłem usłyszeć na samym początku naszej znajomości,
to koleś traktował Ją podle kiedy byli razem, a jeszcze gorzej jak już się rozstali (epitety i wyzwiska nie nadają się do zacytowania)
co samo w sobie nie byłoby może niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że on sam odszedł. Po prostu wyszedł z domu i ich zostawił.
Z tego co wiem, robił tak już wcześniej, ale zawsze po jakimś tam czasie wracał. Tym razem nie wrócił, a Ona zmieniła zamki w drzwiach.
Po kilku miesiącach jak jemu się odmieniło i łaskawie wyraził chęć powrotu, Ona spotykała się już z innym (nie ze mną jeszcze)
no i tak się kończy historia definitywnego zakończenia ich związku, które miało miejsce jakieś 5 czy 6 lat temu, jeśli dobrze kojarzę fakty. 

To znaczy mogłaby się tutaj skończyć ta historia, ale to niestety dopiero początek opowieści właściwiej, której ciąg dalszy poniżej.
Nie znam wszystkich szczegółów i nie pamiętam wszystkich dat, bo ja tam nie lubię gadać o byłych i staram się ucinać szybko temat,
no ale Ona jest inna i odczuwa jakąś wewnętrzną potrzebę paplania o tym bez końca. Najpierw to zlewałem, bo myślałem,
że jak się w końcu wygada, to sama przestanie, ale mijały miesiące, a ten koleś nie schodził z topu tematów naszych rozmów.
No dobra, myślę sobie, może potrzebuje więcej czasu, nie ma co się przejmować, niech sobie gada, co mi tam, przecież jest ze mną nie z nim...
Ale z czasem zaczęło mnie to wszystko już z lekka podkurwiać, no bo ileż można. Tym bardziej, że z tej paplaniny zaczynał wyłaniać się obraz
kolesia który nie może się pogodzić z tym, że Ona go nie chce i przez te wszystkie lata nie odpuszcza, męczy Ją i dręczy na różne sposoby,
a Jej z tego co widzę jakoś szczególnie to nie przeszkadza, rzekłbym nawet że w jakiś sposób Ją to kręci, że on cały czas tak do Niej wzdycha.
Najpierw myślałem, że gdzie tam, tylko mi się coś wydaje pewnie, ale dziwnym zbiegiem okoliczności nasze pierwsze tarcia i zgrzyty
pojawiły się akurat w tym samym czasie, kiedy ten koleś zaczął się spotykać z jakąś dupą. Wtedy ta moja dostała jakiegoś pierdolca
i od razu mnie tknęło, że to musi mieć ze sobą jakiś związek, o czym Jej powiedziałem, a Ona ... przyznała mi rację, że tak jest w istocie.
Że jest fajnie i miło jak on tak się o Nią stara (wyzywając ją w esemesach od takich, że mi przez klawiaturę nie przejdzie, choć potrafię przeklnąć)
no i jest jakoś dziwnie kiedy przestaje, bo kogoś sobie poznał, a Ona wtedy schodzi na dalszy plan i nie jest w centrum zainteresowania.
Patrząc na Jej wiek uznałem to za żart, ale szybko przestało mi być do śmiechu, kiedy jakiś czas później on się podobno rozszedł z tą swoją nową
i wszystko zaczęło się od nowa, szukanie kontaktu na siłę, sztuczne podtrzymywanie rozmów o dupie maryni, jakieś dziwne podchody i krzywe ruchy,
no i wtedy się dowiedziałem, że ten facet ma normalnie klucze od Jej mieszkania, gdzie sobie przychodzi kiedy Jej nie ma i przesiaduje
pod pretekstem pilnowania dzieci na przykład, albo czekania na Nią żeby omówić jakąś bardzo ważną sprawę, albo jeszcze jakimś innym.
Jak zacząłem drążyć temat, to wyszło przy okazji, że koleś tam wbija o każdej porze dnia i nocy jak do siebie i że tak już jest i o co mi chodzi.
Dobra, nie mój cyrk, nie moje małpy, o nic mi nie chodzi. Minął jakiś tam czas i nadszedł dzień Jej urodzin. Pomyślałem sobie, że będzie miło
jak kupię jakiś ładny tort i zawiozę Jej do pracy, na pewno się ucieszy. Jak pomyślałem tak też zrobiłem. Buzi buzi, gadka szmatka,
zostawiłem tort i pojechałem, bo nie będę dziewczynie tyłka zawracał, wpadnę do Niej po pracy do domu i zrobimy sobie normalną imprezkę.
Cały dzień czekałem na jakiś znak sygnał, o której mam przyjść, ale coś jakoś się nie doczekałem. Hmm, serio? Nie dając nic po sobie poznać
następnego dnia zadzwoniłem i się pytam czy chociaż dziewczynom w pracy tort smakował. I wtedy się dowiedziałem, że bardzo im smakował,
że każda wzięła po kawałku do domu, bo był taki dobry, że nawet (tutaj pada imię jej byłego) też sobie wziął, bo akurat wpadł wieczorem...
No jak to usłyszałem, to z telefonu zaczęły mi klawisze wypadać tak go ściskałem. Słuchałem i nie wierzyłem w to co słyszę. Czekam aż się zaśmieje,
że to może jakiś głupi żart czy coś, ale nie, to nie był żaden żart. Ja siedziałem u siebie i czekałem na telefon, a w tym czasie ten fajans u Niej siedział
i obżerał się moim tortem, którego ja nawet nie spróbowałem. Nie skomentowałem tego, nic nie powiedziałem, tylko po prostu się rozłączyłem.

No i tak to sobie trwało, zdążyłem już zapomnieć o tych nieszczęsnych urodzinach, przyjmując za dobrą monetę Jej tłumaczenia,
że Ona nie urządza urodzin i nie zaprasza gości, a to że akurat w tym samym czasie u Niej wtedy byli Jej znajomi, mama i ten typ,
to tylko taki przypadek i zbieg okoliczności. Oczywiście nie uwierzyłem w ani jedno Jej słowo, ale postanowiłem to zostawić i nie drążyć.
Jakieś dwa miesiące temu zacząłem obserwować zadziwiającą przemianę tego jej Ex, który nagle zaczął brać do siebie dzieci na kilka dni,
chociaż do tej pory ledwo mógł przeżyć 24 godziny w trakcie których 48 razy dzwonił i pisał 584 sms, kiedy może je oddać, bo coś tam.
Nagle zaczął tym dzieciom kupować różne rzeczy, chociaż wcześniej nawet alimentów nie płacił. Nagle stał się milszy dla Niej,
chociaż wcześniej potrafił Ją zwyzywać bez żadnego powodu... No generalnie koleś doznał gwałtownej przemiany o 180 stopni,
a w tym samym czasie Ona zaczęła się ode mnie powoli odsuwać. Miała tam jakieś nawroty, że było jak dawniej, ale to było chwilowe,
przeważnie akurat wtedy jak "przypadkiem" mógłbym coś dla Niej zrobić, gdzieś ją po coś zawieźć albo samemu pojechać coś załatwić.
Dla przykładu jest wtorek i Ona jest w pracy. Prosi mnie o to, żebym pojechał do miejscowości oddalonej o pół godziny jazdy i coś Jej przywiózł,
żeby nie musiała jechać tam po pracy, gdyż w piątek jedzie na kilka dni do Paryża i ma milion spraw do załatwienia w związku z tym.
Jakie to sprawy? Nie wiem, nie pytam, wsiadam w auto i jadę. Następnego dnia w środę idę z Nią do dentysty. Tylko na zatrucie zęba.
Od dentysty wychodzimy o godzinie 11:55 i wtedy Jej mówię, że dzisiaj mój syn ma urodziny i wieczorem chciałbym z nim pojechać na jakieś lody,
a ponieważ mieszkamy nad samym morzem, to mamy rzut beretem, żeby spędzić super czas wszyscy razem z Jej dzieciakami i z Nią oczywiście.
Ona nie wie i zobaczy. Myślę sobie dobra, może ten ząb, może coś innego, dam Jej czas do 18-tej, żeby sobie przemyślała pewne kwestie.
Miała do mnie zadzwonić i powiedzieć jak się czuje. No ale jakoś nie zadzwoniła, więc ja zadzwoniłem do Niej, żeby usłyszeć jakieś ku*wa bzdety,
że nie dzwoniła bo coś tam, a teraz to Jej córka gdzieś poszła bez klucza i coś tam... Mówiąc w skrócie olała nas i tyle, więc się pożegnałem.
Po tym telefonie straciłem chęć do rozmowy z Nią na jakikolwiek temat o czym Ją zresztą poinformowałem, żeby przestała wydzwaniać i dała mi spokój.
Przez cały czwartek była cisza, no a w piątek poleciała do tego Paryża do siostry. Wróciła w poniedziałek i we wtorek jak gdyby nigdy nic
zaczyna mi zdjęcia z wycieczki przez fejsbuka wysyłać. No to coś tam burknąłem, Ona odpisała i tak powoli zaczęliśmy znowu gadać.
Mamy środę i pojawia się kwestia z Jej strony czy się spotkamy. A tak konkretnie, to czy może przyjść do mnie na noc, bo się stęskniła.
Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie bardzo, bo zaczyna się długi weekend i mam teraz dzieciaka u siebie, o czym wiedziała od ponad miesiąca.
Ona swoje oddała ojcu na te cztery dni, żeby zabrał je nad jezioro, chociaż plany mieliśmy inne, ale mniejsza o to, nieistotne, idźmy dalej. 
No i dobrze, jakoś to przyjęła, mamy już czwartek Boże Ciało. Około południa do Niej zadzwoniłem zapytać czy pojedzie z nami na paradę
zabytkowych samochodów, a później możemy spędzić miło dzień w trójkę. O dziwo przystała na propozycję. O dziwo pojawiła się przed czasem,
co raczej Jej się nie zdarza, o dziwo przez cały dzień zachowywała się tak jak dawniej i było naprawdę super, aż sam Jej nie poznawałem.
Wieczorem się rozstaliśmy i teraz mamy piątek. Cały dzień miała być w pracy, a wieczorem mieliśmy jechać do wesołego miasteczka.
No ale coś tam w pracy się pozmieniało, że musiała dłużej zostać za koleżankę i stanęło na "zobaczymy" że albo wieczorem pojedziemy
albo następnego dnia w sobotę czyli dzisiaj. Tak czy siak umówiliśmy się na wieczór, że po tej pracy mamy z młodym po Nią przyjechać do firmy
i pojedziemy sobie na kolację, a później się zobaczy. Wstępnie plan był taki, że Ona przyjdzie do nas na noc (wczoraj czyli w piątek)
a jak się wyśpimy i ogarniemy, to może sobie gdzieś pojedziemy, a może coś innego porobimy (dzisiaj czyli w sobotę) No i teraz uwaga...
Wczoraj jedziemy do Niej do tej pracy i Ona mi mówi, że "no właśnie teraz wyszło" że jednak nie będzie u mnie w piątek spała,
bo w sobotę rano jedzie ze swoją koleżanką nad jezioro do dzieci i tam będą przez cały dzień. Jak już pozbierałem szczękę z ziemi
i krew mi odpłynęła z mózgu, to się Jej pytam normalnie jak człowiek czy przypadkiem sufit jej się na głowę nie spier*olił.

- Jak teraz wyszło? Że co teraz wyszło? Nie widzieliśmy się dwa tygodnie (spotykamy się tylko w weekendy, bo tak Jej "pasuje")
jest parę dni wolnego, które możemy w końcu spędzić razem, umawialiśmy się przecież dopiero co kilka godzin temu i "teraz wyszło"
że sobie pojedziesz do swojego byłego nad jezioro i będziesz tam siedzieć cały dzień, a ja tutaj będę czekał i się zastanawiał co tam robisz?

- No ale przecież do dzieci jadę, a nie do niego, zwariowałeś?

- Do dzieci jedziesz? Przecież dzieci w niedzielę wracają i musisz do nich w sobotę jechać, tak? Dobrze, to w takim razie ja jadę z Tobą.

- No ale co ty, no jak...

- No srak, normalnie. Jedziesz ze mną i ze mną wracasz albo nikt nigdzie nie jedzie. Proste chyba, nie?

- Ale ja jadę z (imię koleżanki) samochodem znajomego (imię jej byłego) on nas tam zawozi, bo już jest załatwione, to jak ...

Jak to usłyszałem, to o mało mi gały nie wyskoczyły z oczodołów. Nie mogłem Jej powiedzieć wprost co o tym wszystkim myślę,
bo znajdowaliśmy się w miejscu publicznym (mojej ulubionej restauracji) a w dodatku moje dziecko siedziało obok.
Zjedliśmy w spokoju, wyszliśmy na zewnątrz, odwiozłem Ją pod dom i powiedziałem tylko, że jeśli tam pojedzie beze mnie,
to nie mamy o czym rozmawiać i nie będziemy się więcej spotykać, bo to jest jakiś kabaret, a ja nie mam na to czasu.
Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Koniec.

Nie wiem czy tam do niego pojechała, bo jest dość wcześnie, a Ona jeszcze się nie odezwała.
Nie wiem czy chciałbym tu zadać jakieś pytanie i jak miałoby ono brzmieć, bo według mnie wszystko jest jasne.
Nie wiem...
A co Wy o tym wszystkim myślicie?

P.S.
W poniedziałek wyjeżdżam za granicę do pracy i mnie nie będzie. Mówiłem Jej o tym już wcześniej i mówiłem wczoraj.
Gówno ją to interesuje chyba, bo jakoś nie zauważyłem żadnej reakcji z Jej strony. Nie wiem, to jakaś masakra jest...

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Z mojej perspektywy wyglada to niestety tak ze Twoja " partnerka?" nigdy sie emocjonalnie nie uwolnila od meza. W ktoryms momencie przestala poprostu wierzyc w mozliwosc jego zmiany wiec dala sobie szanse na zycie z kims innym (obecnie z Toba) ale wciaz stoi w rozkroku miedzy starym zyciem a nowym. No chyba ze to kwestia niedojrzalosci ktora kaze jej odczuwac satysfakcje z tego ze tak jak kiedys on olewal ja tak teraz ona moze poolewac jego patrzac jak zabiega o nia. Jednakze ja osobiscie obstawiam wariant 1.
Dlatego jesli ewentualne pytanie ktore mialbys zadac brzmi "czy to ma sens?" to moim zdaniem nie.

3

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Ja też Autorze myślę że to nie ma sensu.
Wygląda to trochę tak że mąż to jej jakaś samozwańcza "niespełniona miłość" a z Tobą jest bo jesteś miłym facetem, dobrze jej i pozwalasz jej na takie akcje.
Jak dla mnie nie ma sensu pozwalać spychać się na drugą pozycję.
Jeśli woli wrócić do faceta który tak ją traktował bo przekonał ją widok paru zabawek kupionych dla dzieciaków to myślę, że trochę jej się coś poprzewracało.

Reklama

4

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Ty wiesz i my wiemy co z tym trzeba zrobić. smile Z resztą jak sam pisałeś, to jej kolejny nieudany związek w ciągu tych 6 lat i zapewne będą następne. Ale kobiecina nie ucieknie od miłości swojego życia.

Nie czynię dobra którego chce, ale czynię to zło, którego nie chcę.

5 Ostatnio edytowany przez marcopolozelmer (2017-06-17 19:34:00)

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

No wiem kurde i też widzę, że to nie ma żadnego sensu, ale gdzieś tam po cichu liczyłem chyba na to, że może jednak przeczytam tu coś innego.
Cokolwiek co da mi jakiś punkt zaczepienia, żeby nie kazać Jej spie*dalać jak dzisiaj od niego przyjedzie i zechce się ze mną spotkać.
Po napisaniu pierwszego posta odpaliłem fejsbuka i wiadomości od Niej z wczoraj wieczorem, że to dzieci ustaliły i że ona przeprasza...
Nie chcę wyjść na jakąś męczybułę, ale fakty są takie że po pierwsze co mnie obchodzi co tam sobie dzieci ustaliły, no co mnie to?
Po drugie ja byłem pierwszy i dużo wcześniej było ustalone, że spędza czas ze mną, ale to olała. Bo dzieci sobie ustaliły? Serio?
Dzieci ma codziennie to raz i w niedzielę wracają do domu to dwa. Ze mną się widzi prawie wcale, a jutro wyjeżdżam do Niemiec.
Poza tym dzieci w niedzielę wracają do domu i będzie je sobie miała bez przerwy, to musi do nich jechać w sobotę i siedzieć tam cały dzień?
I akurat przypadkiem jakiś znajomy tego jej byłego właśnie tam do niego jedzie i Ona może się z nim zabrać? Naprawdę? Ojej.
I ciekawe co tam będzie robić przez cały boży dzień bez własnego środka transportu do domu, uziemiona nad jeziorem z koleżanką
oraz swoim byłym i jego jakimś tam kolegą, który je tam zawiezie, dlatego ja nie mogę z nimi jechać, bo tak było ustalone. Co było ustalone?
Przecież to każdy pół debil w mig się połapie o co tutaj chodzi. Cały ten wyjazd był ustawiony i wyreżyserowany przez ojca, żeby Ją tam ściągnąć.
Jeszcze przed wyjazdem Jej syn się pytał czy Ona pojedzie z nimi nad to jezioro. To skąd to się jemu wzięło? Na pewno ojciec to wymyślił.
A jak się nie udało Jej tam zwabić na całe cztery dni, to wymyślił co innego, żeby Ją tam ściągnąć w inny sposób, przez córkę tym razem.
I przecież dobrze o tym wie, a nawet jak nie wie, to powinna przynajmniej wiedzieć, że to trochę nie bardzo jak Jej obecny facet siedzi w domu,
a Ona w tym czasie się wdzięczy do byłego na odludziu w towarzystwie koleżanki i jakiegoś frajera, bo dzieci tak ustaliły, to Ona teraz musi. 
Nie mam ochoty jej oglądać ani słuchać. Teraz jeszcze mi się przypomniało jak już w grudniu mnie wkurzyła jakimś łażeniem do niego do domu,
bo biedactwo miało wyrostek wycinany i akurat właśnie Ona musiała go doglądać, aż któregoś dnia radośnie wypaliła z pomysłem,
że się teraz zastanawia czy go na święta nie zaprosić. Nie muszę chyba dodawać, że nie przyszło Jej do głowy, żeby może mnie zaprosić,
ale nic się nie odzywałem, bo znaliśmy się ledwie dwa miesiące i ja też tam jakiś przesadnie świąteczny nie jestem, no ale ch*j mnie jasny trafił
jak to usłyszałem, że Ona na serio rozważa pomysł zaproszenia tego typa na święta. No pogięło laskę chyba. Nie wiem, może niech oni się zejdą,
zamiast ludziom dupę zawracać i wciągać postronne osoby w ich jakieś kretyńskie zabawy i rozgrywki między sobą. Najgorsze jest to...
Najgorsze jest to, że przez te kilka miesięcy na serio się w Niej zabujałem, a pierwsze słowa mojego syna jak wskakuje do auta, to zawsze
- tata, a będzie dzisiaj ciocia?
No ale tak jak mówicie i miałem takie przeczucie zanim tutaj napisałem, ciągnięcie tego dalej mija się w ogóle z celem.
Czuję się jak ostatni frajer, którego laska spotyka się z byłym, pomimo wyraźnego zakazu i groźby, że jeśli to zrobi, to może spadać.
Miała wybór, albo on, albo ja i wybrała. To chyba już pójdę, bo co tak będę sam tu siedział...

Reklama

6

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Marnujesz swój cenny czas.

7

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Przykro mi Autorze, z Twoich postow da sie wyczuc ze sie zaangazowales, no i szkoda Twego syna ktory zdazyl sie przywiazac do "cioci" hmm  Niemniej jednak skonczenie tej farsy teraz i jednym cieciem jest najlepszym co mozesz uczynic.
A nawiazujac do tego czemu oni sie nie zejda tylko wciagaja w to inne osoby czytaj Ciebie...no coz Twoja Pani doskonale czuje ze to zejscie to ryzykowna decyzja bo eksmezulek juz niejeden raz jej numer wywinal. Dlatego trzymala Cie w zapasie by tu miec bezpieczna i przewidywalna relacje a tam obserwowac dalszy rozwoj wydarzen i przemiane mezulka. Teraz gdy Ciebie zabraknie albo mezulek tracac "rywala" straci rowniez zaintersowanie exzona albo faktycznie sie zejda ..na jakis moment bo stara natura mezulka da znac o sobie. Ale to juz nie Twoj problem, zaslugujesz na bycie wyborem nie opcja.

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Ostatnio zacząłem coraz częściej poruszać temat wspólnego zamieszkania. Że chciałbym, że kiedy, że co Ona na to itd.
Zaproponowałem Jej nawet, że wyłożę własną kasę na spłacenie Jej kredytu do końca (ok. 30tys.) żeby razem wziąć nowy,
kupić większe mieszkanie w którym wszyscy się pomieścimy i zacząć już żyć tak jak żyją normalni ludzie, no chciałbym i co.
Siedzieliśmy wtedy pamiętam na schodach przed domem w którym mieszkam, Ona paliła papierosa, a ja tam sobie gadałem.
Nie wiem, może ja jestem jakiś pierdo*nięty czy coś, ale spodziewałem się reakcji w stylu laska się zrywa, rzuca mi się na szyję,
piszczy ze szczęścia i sika w majtki, ale zamiast tego... zamiast tego wzruszyła tylko ramionami mamrocząc coś pod nosem,
że trzeba by było umowę zmieniać i ona nie wie, po czym następuje błyskawiczna zmiana tematu i nagle ni z gruszki ni z pietruszki
słucham już historii jakiejś tam koleżanki, która niedawno wychodziła za mąż, no i ta koleżanka ma córkę z poprzedniego związku,
która tak strasznie płakała na tym ślubie i to na pewno dlatego ona tak płakała, bo do niej dotarło, że to jest koniec nadziei na to,
że mamusia zejdzie się z tatusiem. Kumacie bazę, ja nawijam o chacie, wspólnym zamieszkaniu, rozpoczęciu czegoś nowego razem,
a ta mi wyskakuje z historią koleżanki i córki co tak płakała na jej ślubie. Tak patrzę na nią, słucham tego wywodu i myślę sobie...

- Ty kpisz ku*wa czy o drogę pytasz?

Wiecie, to nie chodzi o to, że ja teraz będę płakał czy tam odstawiał jakieś inne głupoty.
Za stary jestem na takie pierdoły i jak trzeba pannę pożegnać, to trzeba i trudno.
Chciałem się tylko upewnić, że pod wpływem emocji nie podejmuję pochopnie decyzji, której będę żałował,
a z tego co piszecie nie będę i kurde no nie chce być inaczej, ech życie...

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Wczoraj wieczorem się dowiedziałem, że jestem infantylny i zachowuję się jak obrażona królewna
oraz że całodniowy wypad nad jezioro do byłego z jakimś obcym fagasem, który miał Ją tam zawieźć,
to nie jest powód do tego, żebym nie odbierał telefonu, kiedy Ona do mnie dzwoni. Ale mimo to
dostałem szansę na poprawę (dosłownie tak mi napisała, że to jest moja szansa na poprawę)
i mogę do Niej przyjść na noc (czyt. chce mi się seksu i masz tu być, bo ja nie przyjmuję odmowy)
ale jeśli nie... no to wtedy będzie źle (czyt. nasz wspaniały związek z twojej winy się zakończy)
Nie omieszkała też dodać, że według Niej olanie naszych wcześniejszych ustaleń i odwołanie planów w ostatniej chwili,
żeby pojechać tam do niego (to znaczy do dzieci, pardon, a konkretnie to córce kurtkę zawieźć, bo nie zabrała)
nie jest niczym strasznym, żebym miał aż tak to przeżywać (jakoś ani słowa o tym dlaczego ja nie mogłem tam z nią pojechać)
i Ona nie robi afery z tego, że ja się spotkałem z moją Ex, aby naszemu dziecku w dniu jego urodzin wręczyć komputer,
który wspólnie mu kupiliśmy jako jeden prezent od rodziców, a cała operacja trwała może kwadrans wliczając w to życzenia i tort.
Dla niej to jest to samo i Ona nie rozumie o co tyle krzyku. Że pojechała z koleżanką? Ojej no i co z tego? Wielkie mi halo.

10

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

@Autorze
Strasznie długi wpis o tym jak laska tobą pomiata, nie szanuje i a do tego już jest tak wpatrzona w byłego, że już nie zwraca nawet uwagi że potrafi się zachować mocno nietaktownie.
Ale nie martw się
Weź ją sobie odpuść, chyba widome że nie ma co kombinować.
Hmm, na pociesznie dodam tylko, że życie daje nam czasami lekcje, a jak nie wyciągniemy wniosków, to uczy do skutku, za każdym razem coraz ostrzej, żeby w końcu dotarło.
Także ta twoja pannica, dostanie kolejna lekcję i to na ostro, możesz być pewien że pomięli ją razem z dziećmi i na 100% jej  uczucia do Cb odżyją
Pytanie tylko czy ty się czegoś nauczyłeś

11

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Brzmisz jak fajny rozsądny chłopak.
Idź wreszcie po rozum do głowy.

12 Ostatnio edytowany przez zabpth (2017-06-18 14:52:21)

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.
pannapanna napisał/a:

Brzmisz jak fajny rozsądny chłopak.
Idź wreszcie po rozum do głowy.

No wiem, dzięki.
A po rozum pójdę, pójdę, a jak nie to sam wróci, gdzieś koło środy weekend mi schodzi.
Doczekam się .
Dzięki za troskę.
Pozdrawiam

13

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

No więc podjąłem ostateczną decyzję o zakończeniu tej błazenady, oczywiście informując Ją o tym, a jakże.
W odpowiedzi usłyszałem, że Ona nie popełniła żadnej zbrodni, że nie zamierza się kajać i że jestem poje*any.
Spoko, zawsze to dobrze dowiedzieć się czegoś nowego o sobie. No i co, to by było na tyle.

14 Ostatnio edytowany przez Miłycham (2017-06-18 20:39:18)

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Pewnie nawet nie wie dlaczego ją zostawiłeś. Rasowa intelektualistka lol

15

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Kochani....to może teraz obraz drugiej strony....autor tego postu pisze o mnie...wszystko jest piękne i oczywiste ale mimo wszystko jednostronne....musiałabym czytać zdanie po zdaniu i obalać niektore kwestie ale nie o to chodzi....Autor ma dar do słów pięknych i pisze niezwykle...ale życiowo terminologia jego jest od tego daleka a przekleństwa są nagminne...łącznie z tym że jestem osrana - synonim zmęczona....
Owszem z wieloma kwestiami zgodzę się z marco ale nie wspomniał że jak sie poznaliśmy pracował w firmie żony a potem od końca stycznia jest bez pracy...i szuka....szumny wyjazd jest Jego pierwszym podejsciem i nie wiadomo ile potrwa....w związku z tym mój entuzjazm co do związku stopniowo przygasał....jak i pomysły wspólnego życia....żyłam na zasadzie poczekam...zobaczę....opcja holowania nie wchodzi w grę...przerabiałam te kwestię....jestem kobietą...mam dwójkę dzieci z którymi żyję niemalże w symbiozie...stąd moje pomysły....na wyjazd nad jezioro...( nic nie było kartowane, aranżowane )
Nie jestem materialistką....w związku szukam między innymi poczucia bezpieczeństwa....sama utrzymuję 2 dzieci mam kredyty....nie jestem podlotkiem który leży na kanapie i sie przytula....bywam zmęczona, śpiąca...( wyobraźcie sobie po tygodniu pracy ) marco nie rozumie tego gdy jedynym obowiązkiem jest pojscie na silownie 2 razy w tygodniu....
bardzo Go szanuję....ale pomysł spłaty przez niego mojego kredytu zabrzmiał raczej podejrzliwie...dla mnie....tym bardziej że to ostatnie oszczędności....
jestem ostrożna...boję się...
co Wy na to...

16

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Ot i taka sytuacja  ... Góra z górą się nie zejdzie a człowiek z człowiekiem.....

"A jeśli miłość jest największym kultem całej ludzkości to pierwszą jego kapłanką była i zawsze jest kobieta. "

17

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Aż z 'urlopu' na chwilę wróciłem :-)

@adaminasyrenia

Na razie pomińmy kwestię języka i innych naleciałości.(Bo Marco widać po reakcjach łagodnie nie reagował)
Przerzucanie się : bo on pracował z żoną  a teraz nie pracuje odłóżmy teraz na bok. Skoro ma pieniadze i stać go na to aby żyć.

Skupmy się na konkretach.
- W czym zgadzasz się z marco?
- Czemu wyraźnie nie powiedziałaś mu o wątpliwościach zwiazanych z mieszkaniem? (tylko pokrętnie odpowiedziałaś)
- Stwierdziłaś że poczekasz,poobserwujesz. Rozumiem strach - natomiast to jest nieszczere.
- Jaka jest Twój stosunek do ex-męża?
- Co określisz jako poczucie bezpieczeństwa -> to jest ogólnik , dla każdego oznacza co innego

Dla odmiany : Ty nie 'Pisz pięknie' tylko konkretnie . Co Ty na to? ;-)

Czy masz dość jaj aby ponieść porażkę?

18

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

No i witam ponownie w nowym roku smile
Co się u mnie działo przez ostatnie sześć miesięcy zapytacie (tak wiem, że macie to gdzieś, ale jakoś muszę zacząć)
No więc skoro wracam do tematu sprzed pół roku, to łatwo się domyślić, że Was wszystkich okłamałem. Was i siebie.
Po teatralnym rozstaniu, nie pamiętam już którym, jasne że się zeszliśmy, no bo teraz wszystko się zmieni, wszystko będzie inaczej...

Oczywiście nie zmieniło się zupełnie nic, a wręcz jest jeszcze gorzej niż było. Jej były nadal jest centralną postacią życia wszystkich dookoła
w tym mojego naturalnie, a żeby było weselej, to niedawno się dowiedziałem z Jej ust zresztą, że jeszcze rok temu rozważała powrót.
Do niego, no a jakże. Po chwili się chyba zreflektowała, że rok temu to już była ze mną, więc szybciutko dodała, że to jednak było dwa lata temu.
Kiedy by to nie było, to słyszałem chyba milion razy jak on ją traktował i jak bardzo go nienawidzi, no ale może się przesłyszałem, nie wiem.
Wiem za to, że ja Jej nie imponuję. Nie motywuję Jej do działania i w ogóle jestem słaby w sensie nienadający się na faceta do związku.
Najbardziej dokucza Jej fakt, że nie mam stałej pracy i leżę. To jest powód dla którego nie możemy ze sobą mieszkać, nie możemy ze sobą sypiać,
bo nie wiem czy wiecie, ale zaraz minie półtora roku jak jesteśmy razem, a ja jeszcze ani razu u Niej "oficjalnie" nie nocowałem.
Oficjalnie czyli w czasie, kiedy dzieci są w mieszkaniu i mogłyby zobaczyć, że wujek śpi z mamą. A propos śpi z mamą, to już nawet seksu nie ma.
Od jakiegoś czasu, kilku miesięcy, seks mógłby w ogóle dla Niej nie istnieć, ostatni raz kochaliśmy się chyba z miesiąc temu. Nie żartuję smile
Na początku naszej znajomości twierdziła, że jest seksualnym potworem, mogliśmy to robić bez przerwy, a teraz jak do mnie przychodzi, to o 22 już śpi.
Dodam że widujemy się jedynie w weekendy, bo w tygodniu ja pracuję za granicą i poza FB nie mamy ze sobą kontaktu, no i tak to wygląda.
A więc nasz uwaga ZWIĄZEK już nawet nie przypomina "chodzenia" nastolatków, tylko sam nie wiem jak to nazwać. Parodia? Żenada? Farsa? Jakieś inne propozycje?
Jak to ostatnio mi napisała, ja Jej nie motywuję w tym związku, bo nic nie robię, nie planuję i się nie angażuję. Nie pomagam Jej z niczym itp.
Od poniedziałku do piątku tyram jak wół na budowie, zarabiam miesięcznie 3-4 polskie średnie krajowe, stać mnie na to, żeby tydzień czy dwa sobie poleżeć,
tym bardziej że jak Jej od pół roku tłumaczę, moja praca nie polega na siedzeniu w biurze, tylko jak trzeba to jadę, a jak nie trzeba to siedzę w domu.
No to wtedy się dowiaduję, że no właśnie, siedzisz w domu, a nic mi nie pomagasz, mógłbyś coś dla mnie zrobić, dzieci przypilnować chociażby...
Oczywiście, że bym mógł, ale nie będę tego robił, bo nie zasłużyła. Niby czym na przykład? 1,2 roku w związku i co ja z niego mam?

Jedziemy na ferie w góry i jeszcze przed wyjazdem jest ustalone, że nasze dzieci, Jej i moje, śpią w jednym pokoju, a ja i Ona w drugim.
Już pierwszej nocy się okazuje, że jednak Ona będzie spała z dziećmi, a ja będę spał sam. W osobnym pokoju. Przysięgam, nie kłamię.
Pół roku później jedziemy na wakacje, rezerwuję największy domek w ośrodku, żeby dzieci miały swoje sypialnie, a my swoją,
oczywiście już na etapie rezerwacji informuję Ją o tym, że nie będzie tak jak w górach, oczywiście Ona mi obiecuje, że tak nie będzie.
Oczywiście po raz nie wiem już który robi ze mnie idiotę i jak tylko dzieci kładą się do swoich łóżek, Ona już jest na górze. Ja na dole. Sam.
Według Niej ja jęczę i ulewam, mając jakieś głupie pretensje o takie zachowanie, no bo co takiego mi się stało. No nic się nie stało, gdzie tam.

Tak samo nic się nie stało kiedy dwa miesiące później zbliżała się nasza pierwsza rocznica. Pół roku wcześniej na naszą półrocznicę
zarezerwowałem stolik w naszej ulubionej restauracji, nakupowałem świeczek z których ułożyłem napis na stole i umówiłem się z kelnerkami,
że o tej i o tej godzinie te świeczki zapalą, a sala ma być pusta. Tylko ja i Ona. Nie muszę chyba dodawać ile za to wszystko musiałem zabulić, ale to szczegół.
Jak wypadła nasza półrocznica? Moja ukochana umówiła się ze swoją koleżanką z pracy, że właśnie tego dnia (piątek, jedyny dzień tygodnia, gdy możemy być sami)
pójdą sobie na basen, bo są takie ćwiczenia, że stoi zanurzony w wodzie rower i się na nim pedałuje... No i poszła. Fajnie, co? Poczekajcie smile
Nie powiedziałem ani słowa, Ona do dzisiaj nie wie, co wtedy przygotowałem, jak się czułem idąc to wszystko odwołać i później siedząc w domu sam jak palant.

Nauczony tym doświadczeniem poszedłem po rozum do głowy (ha ha, jak dzisiaj o tym pomyślę...) i w naszą rocznicę uprzedziłem Ją wcześniej o swoich zamiarach,
a zamiarem moim był romantyczny weekend dla dwojga w luksusowym apartamencie nad morzem, a co smile Wszystko było umówione, ustalone, cieszyłem się jak cholera,
tylko jeszcze została rezerwacja miejsc, czym już Ona miała się zająć, a ja pojechałem do Niemiec na cały tydzień do roboty. Dzień w dzień, rano i wieczorem,
dopytywałem czy wszystko załatwiła i nie będzie żadnych niespodzianek, których ja nienawidzę, a Ona uwielbia mi je robić, najlepiej w ostatniej chwili.

- Tak tak kochanie, dzisiaj nie miałam kiedy się tym zająć, ale jutro wszystko załatwię, nic się nie martw. Pracuj sobie spokojnie i do zobaczenia w piątek.

W końcu nadchodzi długo wyczekiwany piątek, ostatni dzień roboty, za 15 godzin będę już w domu w Polsce, zabiorę moją ukochaną... no jednak nie zabiorę.
Przecież oczywiście że nie załatwiła tej rezerwacji. No ku*wa! Ale dlaczego? A bo tak jakoś... wiesz, to tyle pieniędzy trzeba zapłacić... i po co...
Czy ktoś jest w stanie chociaż sobie wyobrazić co wtedy czułem? Nie sądzę. A nawet jestem tego pewien. No to teraz się trzymajcie,
bo będzie wyjaśnienie zagadki, dlaczego z naszego rocznicowego weekendu nad morzem nic nie wyszło i co było tego prawdziwym powodem.
Otóż jak się jakiś czas później dowiedziałem, bo niestety nie jestem skończonym debilem i zwykle dość dobrze mi idzie kojarzenie faktów,
powodem dla którego nie pojechaliśmy do tego hotelu była wizyta w naszym mieście celebryty, niejakiego Michała Piróga i to wielkiej rangi wydarzenie
przyćmiło jakąś tam gównianą pierwszą rocznicę, bo moja ukochana uznała, że musi dopilnować, aby Pan Michał Piróg Celebryta zrobił sobie zdjęcie
z 12 letnią córką mojej partnerki, która to córka zwyczajowo w weekendy jest pod opieką taty, który bez problemu mógł się sam tym wszystkim zająć.
No i tak to właśnie po raz kolejny zostałem wystawiony do wiatru, naszczano mi w gębę mówiąc, że to tylko jesienny deszczyk pada i że coś chyba przesadzam smile

Minęły następne dwa miesiące i mamy grudzień. Choinka, Święta, wiadomo. Ponieważ ja akurat mam do świąt stosunek obojętny raczej,
to też Jej od razu powiedziałem, że nie musi się specjalnie wysilać pod moim kątem i może się wylajtować. Pełen luz i zero napinki.
Spotkamy się w Wigilię po kolacjach u naszych rodziców, posiedzimy wszyscy razem, dzieciaki wyciągną spod choinki prezenty, będzie fajnie, wesoło i miło.
Nie naciskałem na jakieś zaproszenia i chodzenie do rodziców, nawet nie poruszałem tego tematu, ale Wigilię chciałem spędzić z Nią i z naszymi dziećmi.
No i dobra, umówiliśmy się na ok. 20:00 Ja pojechałem do mojej mamy, Ona poszła do swojej i po kolacji mieliśmy się zdzwonić co i jak robimy.
O godzinie 19:45 mówię do mojej mamy, że idziemy jeszcze do (tu pada imię wiadomo kogo) a do mojego syna mówię, żeby się zbierał, bo już wychodzimy.
Mama pakuje mi w siatki pudełka z jedzeniem jak to mama, młody nie może nogą do buta trafić z podniecenia, że jedziemy teraz tam (wiadomo gdzie)
ja dzwonię w przedpokoju do mojej królewny, żeby Jej powiedzieć, że już się ubieramy i zaraz wychodzimy, a w słuchawce słyszę...

- Eeee, co? A nieeee, bo wiesz, bo my jeszcze posiedzimy. No. A co tam?

Nie wiem jaką miałem w tym momencie minę, ale musiałem mieć taką, że mój syn od razu spuścił głowę, a moja mama nawet się nie odezwała.
Cała reszta towarzystwa odwróciła od razu wzrok w stronę telewizora i nikt nawet nie drgnął. Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem. Koniec.
Nie wiem czy jest sens w ogóle dodawać, że według Niej ja przesadzam i robię z niczego problemy, bo co się niby takiego stało wielkiego.
Byliśmy akurat na wycieczce moim samochodem. Gdyby nie to, że nie miała czym wrócić do domu, to bym Ją tam zostawił w cholerę.
Ona czasami jak coś palnie, to ja się zastanawiam czy to oznacza już kompletny brak szacunku czy może chorobę psychiczną, bo serio ciężko mi odróżnić.

O drobniejszych sprawach tutaj nie wspominam, bo bym musiał dodatkowe trzy strony drobnym maczkiem zapisać, a kto by to wytrzymał,
zrywamy ze sobą średnio co dwa tygodnie, bo co chwilę czymś mnie musi wyprowadzić z równowagi. Twierdzi że to ja bez powodu się obrażam.
I to moje obrażanie się jest strasznie ciężkie dla Niej. Oczywiście po dwóch dniach nieodzywania się godzimy, bo już nas do siebie ciągnie.
Ale minie tydzień i musi coś wymyślić, musi odstawić kolejny numer, po którym dostanę białej gorączki. Znaczy że się obrażę. A to nie jest obraza.
To jest nie wiem, bezradność. Jestem wielkim i silnym facetem, umiem w ryj dać i mam własne zdanie. Ale wobec Niej no jestem ku*wa po prostu bezradny. 
Wiem że jestem frajerem. Wiem że Ona to wszystko wkrótce przeczyta. Bo znowu się rozstaliśmy. Bo znowu mam dość Jej i mam dość robienia za Jej podnóżek.
Nie potrzebuję uświadamiania, bo ja to wszystko wiem. I świadomie godzę się na takie traktowanie licząc na to, że z czasem może kiedyś...
Ale to kiedyś nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie, tylko się oddala coraz bardziej. Już słyszę teksty o tym jak to ja Jej nie imponuję. To sprzed trzech dni.
Nie motywuję Jej do działania. Jakiego działania to do dzisiaj nie udało mi się ustalić. Ja Jej tylko tłumaczę, że dopóki Ona jest taka dla mnie,
to ja nie widzę ani jednego powodu, żeby się angażować przesadnie w taką relację, bo jak to ma działać tylko w jedną stronę, to mam na to wywalone.
Wczoraj Jej zaproponowałem mały eksperyment, który miał polegać na tym, że wieczorem nie pójdę do siebie, tylko zostanę już u Niej na noc (pierwszy raz)
a rano przy śniadaniu omówimy plan dnia, między innymi sprawy którymi mógłbym się zająć, bo ten tydzień też mam jeszcze wolny i nie ma sprawy, chętnie pomogę.
Cały dzień główkowała, aż w końcu wymyśliła, że no ale po co ja muszę u Niej spać, przecież w tym domu jest tak ciasno, a ja jeszcze chcę Jej siebie dokładać,
poza tym może powinienem przemyśleć opcję taką, że najpierw ja się wykażę, wszystkim zajmę, wszystko porobię, tu pomogę i tam załatwię co będzie trzeba,
a jak już Ona zobaczy, to wtedy Ona przemyśli czy już nadszedł czas na moje u Niej nocowanie. No przecież jak to usłyszałem plus wykuty na blachę zestaw tekstów
o tym jak to Ona nie czuje się bezpiecznie, bo ja nie pracuję na etacie za najniższą krajową, tylko Ona nie wie co ja robię, kiedy robię i czy w ogóle robię,
to wstałem i wyszedłem, bo już nawet mi się dyskutować na ten temat z Nią nie chce, bo jak tylko słyszę słowo "praca" to mi od razu ręce opadają.     

Ciągłe wysłuchiwanie o tym, że nie ma we mnie oparcia i brakuje Jej poczucia bezpieczeństwa. WTF? I to jest na wszystko odpowiedź.
Jakiś czas temu, gdzieś na jesieni, ni z gruszki ni z pietruszki powrócił temat wspólnego zamieszkania. Co zdziwiło mnie szalenie,
gdyż ja ten temat zarzuciłem już dawno i w ogóle do niego nie nawiązywałem od ostatniego razu, kiedy to zostałem wyśmiany, no to teraz Ona zaczęła.
Myślę sobie no fajnie, może w końcu coś się ruszyło w tej mózgownicy. Na początek zaproponowałem jedyny rozsądny moim zdaniem układ,
że pierwsze wspólne mieszkanie wynajmiemy i powiedzmy przez rok spróbujemy się nie pozabijać, a po roku zdecydujemy co robimy dalej.
W takim układzie nikt nie ryzykuje, nikt nie musi inwestować, nikt nie zostanie wywalony na kasę, każdy może w każdej chwili wrócić do siebie.
Ku mojemu ciężkiemu zdziwieniu Ona się zgodziła, ale... ale w tak zwanym międzyczasie wynalazła gdzieś jakiś dom do kupienia,
pojechaliśmy zobaczyć, okazało się że ten dom to dziura w ziemi, gdzie nawet fundamentów jeszcze nie ma, no ale Ona już go chce, kupujemy.

- Czekaj czekaj, chwila moment, co kupujemy, jak kupujemy, to jest ponad ćwierć miliona w gotówce, a my nawet ze sobą nie śpimy, bo nie chcesz,
  nie przemieszkaliśmy jednego tygodnia razem, nie mamy pojęcia jak to w ogóle będzie i co, jak Ty to sobie wyobrażasz, że jak kupujemy?

Może w tym miejscu nadmienię, że mam za sobą ośmioletnie małżeństwo w które lekko licząc zainwestowałem podobną sumę pieniędzy,
po czym jak już chałupę wyrychtowałem i firmę rozkręciłem (wszystko na żonę, ale za moją kasę) zostałem poproszony o opuszczenie mieszkania
a moje miejsce zajął jakiś bezrobotny przybłęda z wiochy zabitej dechami, bo żona właśnie uznała, że już nie chce ze mną być
i wystawiła mi za drzwi reklamówkę z ciuchami na zmianę. Teraz ja jestem wszędzie tym najgorszym co ją w życiu spotkało,
a nowy żigolak gołodupiec co na gotowe sobie przyszedł, to jest cytuję "bohater który uratował jej rodzinę" cokolwiek miało to znaczyć.
I tłumaczę tej mojej obecnej, że chyba bym musiał postradać wszystkie rozumy (albo mówiąc po mojemu z chu*em na łby się pozamieniać)
żeby teraz kolejnej dom kupić i z niego wylecieć, zostawiając wszystko drugiemu, co sobie przyjdzie rozwali się na fotelu i będzie mi rodzinę ratował.
Nie ma takiej opcji, wolę sobie jaja tępym nożem własnoręcznie uciąć niż ostatnie pieniądze jakie mam, wpakować w kolejny "biznes życia" i zostać na lodzie.
Problem polega na tym, że ja nie mam stacjonarnej pracy na umowę i tym samym nie posiadam obecnie żadnej zdolności kredytowej, gotówki takiej również nie posiadam,
co w praktyce oznacza kupno domu na kredyt, a umowa kredytowa musiałaby być na Nią, ja bym był tylko bankomatem z którego się wyciąga kasę na ratę
i w każdej dosłownie chwili mogę dostać kopa za drzwi, bo pracując na czarno za granicą, nie mam nawet potwierdzenia, że miałem w tym czasie jakikolwiek dochód.
I tłumaczę dorosłej kobiecie, że w życiu, zapomnij, kocham Cię ponad wszystko i zrobię dla Ciebie wszystko, ale nie dam się wyrolować jak kretyn.
No i wtedy się zaczęło... Znowu nie ma we mnie oparcia żadnego, poczucia bezpieczeństwa nie ma, Ona w tym związku zgasła...
Poczekałem aż się trochę uspokoi i wróciłem do tematu wynajęcia jakiegoś mieszkania, żeby się chociaż przekonać czy my w ogóle jesteśmy w stanie
razem mieszkać i prowadzić normalne życie, ale co bym tylko jakieś ciekawe ogłoszenie znalazł, to albo lokalizacja niedobra, albo kolor ścian nie taki,
albo to Ona sama nie wie co jest nie tak, aż w końcu jak już zbiłem każdy Jej argument, to się wtedy okazało... że ja Ją zmuszam. Zmuszam i dlaczego ja to robię,
że przecież ja nawet pracy normalnej nie mam, a chcę rodzinę zakładać, kiedy Ona nie ma poczucia bezpieczeństwa, a ja nic, tylko Ją zmuszam ciągle. Acha, no i leżę.

Przedstawiłem Wam tutaj tylko krótki wycinek, taki szkic i zarys sytuacji w naszym związku (tak wiem, mnie też rozśmiesza nazywanie tym tego)
i chciałbym spróbować przeprowadzić kolejny eksperyment, a mianowicie poprosić Was drodzy forumowicze o przedstawienie własnych opinii,
ale słowami, które skierowalibyście do Niej, nie do mnie. Ja wiem że to wszystko wygląda beznadziejnie i rozumiem, że nie tak to powinno wyglądać,
ale nie potrafię przebić się do Niej i Jej tego wytłumaczyć, że ludzie w związkach tak nie funkcjonują i że to nie ja przesadzam wyszukując problemy.
Możecie to dla mnie zrobić? To jest inteligentna dziewczyna i dorosła kobieta. W tym roku kończy 40 lat. Bardzo Ją kocham i pragnę z Nią być.
Ale być naprawdę, a nie robić z siebie błazna i żebrać o okruszki z pańskiego stołu. Jak Jej przemówić do rozumu? Ma ktoś jakiś pomysł?
Nie chcę robić Jej przykrości, stawiać Jej w niekorzystnym świetle czy w niezręcznej sytuacji. Chcę tylko tego, żeby ktoś dla nas całkowicie obcy
napisał kilka słów o tym jak on to widzi. Jak to wszystko wygląda z zewnątrz dla postronnego obserwatora. Może jeszcze się ocknie, nie wiem...

Dodam, że my praktycznie wcale się nie kłócimy. Oboje mamy świetny kontakt se swoimi dziećmi, ja z Jej dwójką, a Ona z moim chłopakiem.
Nie ma u nas klasycznej nudy. Że siedzimy jak kołki jedno u drugiego, gapimy się w sufit i ciężko wzdychamy, bo kiedy on pójdzie.
U nas czegoś takiego nie ma. Jedyne co nas różni, to to, że Ona się zablokowała i nie chce się ruszyć nawet pół kroku do przodu.
Przypomnę, że zaraz minie 1,5 roku naszej znajomości, a Ona cały czas się zachowuje jakby to było 1,5 miesiąca i ani drgnie.
Oczywiście coś tam sobie gada, że kiedyś w przyszłośći, ale to jest tylko gadanie, bo jak już przychodzi słowa w czyn zmienić,
to jest od razu blokada i zaczynają się gadki o tej mojej pracy. Nie mogę u niej przenocować, bo ta moja praca Ją martwi, co Ona dzieciom powie...

Podejrzewam, a nawet jestem niemal pewien, że za tym wszystkim stoi ten Jej były facet, ojciec dzieci, który cały czas siedzi Jej w głowie
i to nie moja praca jest powodem, dla którego musimy zachowywać się jak nastolatki, tylko to właśnie on jest tego powodem, a dokładnie Jej obawy o to
jak pewne fakty czy zdarzenia zostaną przez niego przyjęte, jaka będzie jego reakcja i jaki to będzie miało wpływ ... na ich ewentualny powrót do siebie?
Bo dzieci coś usłyszą albo zobaczą i tatusiowi powiedzą, a wtedy jemu zrobi się przykro i tak nie można? Może to być powodem takiego Jej stosunku do mnie?
Ja dopiero niedawno naszą córeczkę (tak nazywam Jej córkę, my nie mamy wspólnych dzieci) musiałem uświadomić, że jestem nowym facetem ich mamy,
a nie tylko bliżej nieokreślonym znajomym, wujkiem od jeżdżenia na wycieczki w niedzielę i na pizzę czy do kina. Po roku czasu 12 letnie dziecko nie wie kto ja jestem.
Serio ktoś tutaj podobnie uważa, że ja jęczę i ulewam, szukam problemów gdzie ich nie ma i się obrażam jak dziecko, kiedy wkurwiony do czerwoności wyłączam telefon?

Pomijając rzeczy drobne jak naprawienie łóżka albo drzwi w Jej domu czy podjechanie z Jej samochodem do mechanika, coś wnieść wynieść i takie tam normalne duperele,
to już przy grubszych tematach i prośbach odmawiam, tym bardziej kiedy są to pomysły pod tytułem zawieziesz moją mamę na lotnisko w sobotę. Łat?! Że co zrobię?
Po pierwsze niby dlaczego miałbym to robić, skoro nikt dla mnie nie robi nic, a wszystkie moje prośby są olewane sikiem prostym?
Po drugie niby dlaczego miałbym to robić, skoro nie jestem ani twoim mężem, ani narzeczonym, ani w sumie nawet nie wiem kim ja w ogóle jestem? Kolegą?
Po trzecie niby dlaczego miałbym to robić, skoro masz własny samochód i możesz sama mamę na lotnisko zawieźć, tym bardziej że sobota to jest mój jedyny wolny dzień,
kiedy mogę odpocząć po tygodniu ciężkiej pracy, a na lotnisko się jedzie 5 godzin w obie strony, plus do tego postoje i czekanie, to cała sobota w plecy,
a przecież od dawna wszystkim wiadomo, że w soboty zabieram dzieciaka do siebie na weekend i oczywiście że wolę ten czas spędzać z nim, a nie w samochodzie.
Po czwarte dzisiaj wszyscy na lotniska jeżdżą wygodnymi busami, które odbierają spod domu i wiozą pod same schody do samolotu, to co Ty mi znowu zajęcia wymyślasz?
A po piąte ja od roku czasu pytam i do dzisiaj w zasadzie nie wiem - co ja będę z tego miał, że coś dla Ciebie albo Twojej mamy zrobię? Nic? No to pa, czego nie rozumiesz.

Pewnie że gdybym chciał, to bym wsiadł w ten samochód i pojechał, ale tego nie zrobię specjalnie właśnie dlatego, żeby jej pokazać jak to działa.
Ty robisz coś dla mnie, ja coś robię dla Ciebie. Ty masz moje potrzeby w dupie, ja mam w dupie Twoje. To jest przecież takie proste, że już prościej się nie da.
No to teraz następuje foch oraz dąs i odwracanie kota ogonem, że ja nic dla Niej nie robię i już nigdy o nic mnie nie poprosi.
Po czym nie mijają nawet dwa dni jak już gdzieś tam znowu mam jechać, coś przywieźć, kogoś zawieźć, coś tam innego zrobić.
I robię...

P.S.
O co chodzi z ta moją pracą, której Ona ciągle się czepia, robiąc z niej arument ostateczny, kończący każdą rozmowę na dowolny temat.
Po tym jak mnie moja żona wyczyściła do suchej nitki z ostaniej złotówki i wypędziła ze swojego domu w ciemną noc, zostałem z reklamówką moich rzeczy
oraz potwornymi długami u rodziny i znajomych, które musiałem jakoś spłacić, a że jedynym sposobem była sprzedaż ostatniej rzeczy jaka mi została,
a więc mojego własnego mieszkania, to tak oto szybko stałem się jeszcze bezdomnym do kompletu. No nie w sensie dosłownym , bo mieszkam w wynajętym,
ale własnego nic nie mam i tutaj pojawia się rzecz następująca. Ja mogę robić wszystko, ja tam pracy się nie boję, ale jak ja słyszę "1.800 na początek"
to mi się nie chce nawet dalej gadać, bo ja nie mam o czym. 1.800 to mi ledwo wystarczy na opłacenie mieszkania i alimenty dla byłej żony. A dalej co?
Nie ma opcji, żebym poszedł do takiej pracy, bo albo bym musiał zamieszkać pod mostem, albo bym musiał przestać jeść, żeby jakoś dociągnąć do pierwszego.
Tłumaczę to temu mojemu skarbowi do upadłego, a Ona dalej swoje, no bo ale, no bo ale, no bo każdy facet ma jakąś pracę, tylko ty jeden...

- Co ja jeden? No proszę słucham, co ja jeden? Jak mam do wyboru pracować legalnie w Polsce za "1.800 na początek" i pracować nielegalnie w Niemczech za 5 razy tyle,
to podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym wybrać to pierwsze. Zwłaszcza że w tygodniu czasu dla mnie nia masz, bo jesteś bez przerwy czymś zajęta albo zmęczona,
a na hasło zamieszkajmy razem występuje Ci piana na ustach. To po co się pytam i w jakim celu ja mam tu siedzieć i tyrać przez miesiąc za tyle co tam w tydzień zarobię?

- Ale co to za praca. Dwa dni robisz, tydzień leżysz. Dwa tygodnie robisz, miesiąc leżysz. Wszyscy mogą mieć normalną pracę, tylko ten nie może, bo on leżeć musi.

Oczywiście że przesadza, bo proporcje robienia i leżenia są dokładnie odwrotne, a poza tym, jak już Jej tysiąc razy tłumaczyłem, to nie ode mnie zależy,
kiedy ja do pracy pojadę, a kiedy będę leżał. Te kwestie regulują zapisy w umowach, które podpisują ludzie, których nazwisk ja nawet nie znam.
Nikt do mnie nie dzwoni i się nie pyta czy w tym tygodniu leżę czy może miałbym ochotę trochę popracować. Dzwonią do mnie dopiero wtedy jak trzeba jechać i robić.
Ona nie rozumie, że jak jest nas dwóch i zewrzemy poślady, to potrafimy w dwa i pół tygodnia wykonać robotę czterech ludzi, którzy robią to samo przez cztery tygodnie,
więc logicznym jest chyba to, że jak wyprzedzamy założony w umowach plan niemal dwukrotnie, to będą powstawać przestoje w robocie, a ja zamiast w hotelu będę siedział w domu.
Do Niej to nie dociera, że ja leżę, bo zrobiłem co miałem do zrobienia i czekam teraz na kolejny telefon, a nie że leżę dlatego bo mi się wstać i jechać nie chce.
Na nic moje tłumaczenia, że co to Ciebie boli dziewczyno że ja leżę, skoro od Ciebie nic przecież nie chcę. Nie proszę o pieniądze, nie wyżeram Ci z lodówki.
Nie mam zamiaru przypominać ile razy płaciłem za nas w restauracji czy w sklepie, bo to nie jest w moim stylu, ale skoro na to wszystko wyciągam kasę z własnej kieszeni,
to po raz dwieście tysięczny osiemset trzydziesty zapytam - co to Ciebie boli? No i sobie leżę. Tak już od świąt leżę. A może zapytasz kiedyś dlaczego tyle leżę?
Bo może cały ostatni miesiąc flaki sobie pruliśmy, żeby do końca roku zamknąć trzy kontrakty, wziąć za nie kasę i właśnie sobie teraz leżeć? Mogło tak być? No pomyśl.
A że nikt się tego nie spodziewał i nowych zleceń póki co dla nas nie ma, to sobie leżę dalej. I co w tym złego? Komu jakaś krzywda z tego powodu się dzieje, że ja leżę?
Jak w deszczu wichurze i mrozie stoję na oblodzonym na dachu i wciągam na linie ponadludzkie ciężary, żeby tych euro do Polski przywieźć, to nikt tego nie widzi jakoś,
ale jak tylko się położę, żeby rozpieprzone kolano albo kręgosłup trochę podleczyć (nie mam już 25 lat, helloł?) to od razu gromy na mnie spadają, no bo jak tak można leżeć.
A weź sobie wnieś 120 kilogramową szybę na 3 piętro po schodach, zamontuj w dziurze na wysokości 2 metrów i idź po następną i tak przez cały tydzień po 10 godzin dziennie,
to się wtedy dowiesz jak można tak leżeć. Tym bardziej że leżącego, to Ty mnie widujesz tylko w nocy jak śpimy czasem u mnie, bo kiedyś Ty widziała, żebym ja w dzień leżał...
Przecież wiesz czym się zajmuję i na czym moja praca polega, widziałaś zdjęcia, że tam nie ma mientkiej gry i to nie jest robota dla małych dziewczynek.
Czy kiedykolwiek choć raz przez ten czas jak tam jeżdżę słyszałaś, żebym jęczał bo mi ciężko? Czy choć raz słyszałaś, żebym płakał bo nie chcę już tam jechać?

19 Ostatnio edytowany przez evalougo (2018-01-08 18:34:30)

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Nie przeczytałam Twojego posta do końca, bo aż zgrzytnełam zębami. My jej mamy tłumaczyć? No kurde, ale co? Ona wie bo robi: chce wydoić ile się da, a Ciebie ma głęboko w poważaniu.
Autorze, upadłeś na głowę, że takie- za przeproszeniem- babsko tolerujesz? To już nie ma na świecie normalnych kobiet, bez eksów, którzy może wcale nie są eksami?
Do tej "Twojej" mogę tylko napisać: zostaw chłopa. Domu Ci nie wybuduję, więc z jelenia nici.

20

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.
evalougo napisał/a:

My jej mamy tłumaczyć? No kurde, ale co?

No kurde nie wiem. Jak ja Jej próbuję tłumaczyć i tylko słyszę, że znów trajkoczę jak stara baba, to mam ochotę Ją udusić przecież.

21

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Ja  tez nie widze powodu zeby jej cokolwiek tlumaczyc bo uwierz mi Autorze ze ona ma to juz wszystko dawno przemyslane. To nie jest zwiazek tylko conajwyzej uklad w ktorym ona sobie jest jedna noga bo dwiema wcale nie potrzebuje. Jej stabilizacja, pranie Twoich skarpet, wspolne konto o lozko nie sa do niczego potrzebne. Jej potrzeba czasem wyjscia, spedzenia czasu, wyjazdu, od czasu do czasu fajnego gadzetu od Ciebie, moze wkrecenia zarowki i wbicia gwozdzia w sciane. Ona w zwiazku juz byla i widocznie nie czuje potrzeby powtorki z rozrywki a moze swoja droga uczucia do exa tez jeszcze nie wybrzmialy. A Ty??? Probujesz jej przetlumaczyc...tylko co? Ze ma Ciebie pokochac? Chciec z Toba byc? No ale jak to zrobic? Zmusic druga osobe zeby czula i chciala czegos czego nie czuje i nie chce? Nawet jesli zasypiesz ja tirem racjonalnych argumentow za to nic to nie da bo albo sie za kims jest albo nie. Ona za Toba ewidentnie nie. Ja uwiera Twoja nieprzewidywalna praca, brak mozliwosci zaplanowania pewnych spraw bo mozesz wyjechac, byc moze odczuwa nawet zazdrosc ze ona dzien w dzien  8-16 zapitala do roboty a Ty masz okresy lajtowe gdzie mozesz z wyra nie wstawac.
To Ty sobie wkoncu to wbij do glowy ze inaczej/ lepiej juz nie bedzie, tylko gorzej. Ona Cie nie rzuci calkiem bo jednak bezpieczniej miec jakies portki u boku jako pogotowie alarmowe i wsparcie. To ty musisz podjac meska decyzje. Albo mowisz  stop i konczysz to albo dalej sie godzisz na zycie w takim ksztalcie bez marudzenia. Tylko niech Cie reka Boska bronic kupowac z nia jakiegos mieszkania itp. Kredyt bedzie na nia i potem w razie co jako oficjalnie  bezrobotny  nie udowodnisz ze to Ty kase na te raty lozyles. Chociaz tyle trzezwosci rozsadku  w tym zachowaj.

22 Ostatnio edytowany przez Qibytsu (2018-01-11 02:26:35)

Odp: Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Cześć. Wszedłem z ciekawości i podczas czytania Twojego pierwszego postu uzmysłowiłem sobie, że w zeszłym roku już to czytałem i z chęcią zobaczę kontynuację...


marcopolozelmer napisał/a:

No i witam ponownie w nowym roku smile
Oczywiście nie zmieniło się zupełnie nic, a wręcz jest jeszcze gorzej niż było. Jej były nadal jest centralną postacią życia wszystkich dookoła
w tym mojego naturalnie, a żeby było weselej, to niedawno się dowiedziałem z Jej ust zresztą, że jeszcze rok temu rozważała powrót.
Do niego, no a jakże. Po chwili się chyba zreflektowała, że rok temu to już była ze mną, więc szybciutko dodała, że to jednak było dwa lata temu.


Pierwszy klops. Mam nadzieję, że Ty zdajesz sobie sprawę, że ona do tej pory rozważa powrót, nie tylko miesiąc, rok, czy dwa lata temu.


marcopolozelmer napisał/a:

Kiedy by to nie było, to słyszałem chyba milion razy jak on ją traktował i jak bardzo go nienawidzi, no ale może się przesłyszałem, nie wiem.
Wiem za to, że ja Jej nie imponuję. Nie motywuję Jej do działania i w ogóle jestem słaby w sensie nienadający się na faceta do związku.
Najbardziej dokucza Jej fakt, że nie mam stałej pracy i leżę.


Może faktycznie wyrządził jej krzywdę, ale to co opisujesz zupełnie nie wygląda na obraz nienawiści do niego, szczególnie, że ciągle gdzieś się przewija. Więc jesteś dla niej zwykła fajtłapą, ale z jakiegoś powodu jesteście razem, tak? To co ona z Tobą robi? Bo póki co, to ona mocno trzyma Cię za sakwę i jesteś potrzebny, kiedy ona czegoś potrzebuje, a Ty lecisz z wyciągniętym jęzorem i być może czekasz na jakieś słowa uznania, pochwałę, czy małą rekompensatę np. w postaci seksu czy jakiejś wycieczki. Czy robisz źle? Nie, ale w przypadku tej kobiety - tak. Zapala się jakaś czerwona lampka?


marcopolozelmer napisał/a:

To jest powód dla którego nie możemy ze sobą mieszkać, nie możemy ze sobą sypiać,
bo nie wiem czy wiecie, ale zaraz minie półtora roku jak jesteśmy razem, a ja jeszcze ani razu u Niej "oficjalnie" nie nocowałem.
Oficjalnie czyli w czasie, kiedy dzieci są w mieszkaniu i mogłyby zobaczyć, że wujek śpi z mamą. A propos śpi z mamą, to już nawet seksu nie ma.
Od jakiegoś czasu, kilku miesięcy, seks mógłby w ogóle dla Niej nie istnieć, ostatni raz kochaliśmy się chyba z miesiąc temu. Nie żartuję smile
Na początku naszej znajomości twierdziła, że jest seksualnym potworem, mogliśmy to robić bez przerwy, a teraz jak do mnie przychodzi, to o 22 już śpi.


Tragedia. To dzieci nie pytają, nie interesują się, jeżeli spędzacie czas osobno? Jesteście razem, trzymacie się za rączkę, ale widok "wujka" pod pierzyną jest zbyt pretensjonalny?

Co do seksu, nie ma go dla Ciebie, czy dla niej? I zastanów się czy jesteś w 100% pewien, skoro wcześnie była taka spragniona.


marcopolozelmer napisał/a:

Dodam że widujemy się jedynie w weekendy, bo w tygodniu ja pracuję za granicą i poza FB nie mamy ze sobą kontaktu, no i tak to wygląda.
A więc nasz uwaga ZWIĄZEK już nawet nie przypomina "chodzenia" nastolatków, tylko sam nie wiem jak to nazwać. Parodia? Żenada? Farsa? Jakieś inne propozycje?


Cyrk. Ty jesteś biednym zwierzątkiem, a ona prowadzi bezlitosną tresurę z biczem w ręku i uczy Cię "sztuczek". I to nie ze względu na to, że widujecie się w takiej, a nie innej częstotliwości.


marcopolozelmer napisał/a:

Jak to ostatnio mi napisała, ja Jej nie motywuję w tym związku, bo nic nie robię, nie planuję i się nie angażuję. Nie pomagam Jej z niczym itp.
Od poniedziałku do piątku tyram jak wół na budowie, zarabiam miesięcznie 3-4 polskie średnie krajowe, stać mnie na to, żeby tydzień czy dwa sobie poleżeć,
tym bardziej że jak Jej od pół roku tłumaczę, moja praca nie polega na siedzeniu w biurze, tylko jak trzeba to jadę, a jak nie trzeba to siedzę w domu.
No to wtedy się dowiaduję, że no właśnie, siedzisz w domu, a nic mi nie pomagasz, mógłbyś coś dla mnie zrobić, dzieci przypilnować chociażby...


Ja jestem w stanie to zrozumieć, ona najwidoczniej nie. Chcesz ją na siłę do tego przekonywać?


marcopolozelmer napisał/a:

Oczywiście, że bym mógł, ale nie będę tego robił, bo nie zasłużyła. Niby czym na przykład? 1,2 roku w związku i co ja z niego mam?

Masę problemów, urażoną godność i brak jaj. No i temat na forum.


marcopolozelmer napisał/a:

Jedziemy na ferie w góry i jeszcze przed wyjazdem jest ustalone, że nasze dzieci, Jej i moje, śpią w jednym pokoju, a ja i Ona w drugim.
Już pierwszej nocy się okazuje, że jednak Ona będzie spała z dziećmi, a ja będę spał sam. W osobnym pokoju. Przysięgam, nie kłamię.
Pół roku później jedziemy na wakacje, rezerwuję największy domek w ośrodku, żeby dzieci miały swoje sypialnie, a my swoją,
oczywiście już na etapie rezerwacji informuję Ją o tym, że nie będzie tak jak w górach, oczywiście Ona mi obiecuje, że tak nie będzie.
Oczywiście po raz nie wiem już który robi ze mnie idiotę i jak tylko dzieci kładą się do swoich łóżek, Ona już jest na górze. Ja na dole. Sam.
Według Niej ja jęczę i ulewam, mając jakieś głupie pretensje o takie zachowanie, no bo co takiego mi się stało. No nic się nie stało, gdzie tam.


Ładnie Cię w balona robi, a dzieci to najlepsza wymówka. To samo z obietnicą poprawy. Tak jak powiedziałeś, robi z Ciebie idiotę bez swojego zdania.


marcopolozelmer napisał/a:

Tak samo nic się nie stało kiedy dwa miesiące później zbliżała się nasza pierwsza rocznica. Pół roku wcześniej na naszą półrocznicę
zarezerwowałem stolik w naszej ulubionej restauracji, nakupowałem świeczek z których ułożyłem napis na stole i umówiłem się z kelnerkami,
że o tej i o tej godzinie te świeczki zapalą, a sala ma być pusta. Tylko ja i Ona. Nie muszę chyba dodawać ile za to wszystko musiałem zabulić, ale to szczegół.
Jak wypadła nasza półrocznica? Moja ukochana umówiła się ze swoją koleżanką z pracy, że właśnie tego dnia (piątek, jedyny dzień tygodnia, gdy możemy być sami)
pójdą sobie na basen, bo są takie ćwiczenia, że stoi zanurzony w wodzie rower i się na nim pedałuje... No i poszła. Fajnie, co? Poczekajcie smile
Nie powiedziałem ani słowa, Ona do dzisiaj nie wie, co wtedy przygotowałem, jak się czułem idąc to wszystko odwołać i później siedząc w domu sam jak palant.


Słodko...jednak Twoja luba nie zawodzi i kastruje Cie po raz kolejny. To co, to była tylko Twoja rocznica, że się na Ciebie wyłożyła?

Basen...dobre sobie. Sprawdziłeś to w jakiś sposób? Koleżanka to chyba ma owłosione nogi albo faktycznie traktuje Cię jak niezłego naiwniaka.


marcopolozelmer napisał/a:

Nauczony tym doświadczeniem poszedłem po rozum do głowy (ha ha, jak dzisiaj o tym pomyślę...) i w naszą rocznicę uprzedziłem Ją wcześniej o swoich zamiarach,
a zamiarem moim był romantyczny weekend dla dwojga w luksusowym apartamencie nad morzem, a co smile Wszystko było umówione, ustalone, cieszyłem się jak cholera,
tylko jeszcze została rezerwacja miejsc, czym już Ona miała się zająć, a ja pojechałem do Niemiec na cały tydzień do roboty. Dzień w dzień, rano i wieczorem,
dopytywałem czy wszystko załatwiła i nie będzie żadnych niespodzianek, których ja nienawidzę, a Ona uwielbia mi je robić, najlepiej w ostatniej chwili.


Nic nie dotarło do Ciebie.


marcopolozelmer napisał/a:

W końcu nadchodzi długo wyczekiwany piątek, ostatni dzień roboty, za 15 godzin będę już w domu w Polsce, zabiorę moją ukochaną... no jednak nie zabiorę.
Przecież oczywiście że nie załatwiła tej rezerwacji. No ku*wa! Ale dlaczego? A bo tak jakoś... wiesz, to tyle pieniędzy trzeba zapłacić... i po co...
Czy ktoś jest w stanie chociaż sobie wyobrazić co wtedy czułem? Nie sądzę. A nawet jestem tego pewien. No to teraz się trzymajcie,
bo będzie wyjaśnienie zagadki, dlaczego z naszego rocznicowego weekendu nad morzem nic nie wyszło i co było tego prawdziwym powodem.
Otóż jak się jakiś czas później dowiedziałem, bo niestety nie jestem skończonym debilem i zwykle dość dobrze mi idzie kojarzenie faktów,
powodem dla którego nie pojechaliśmy do tego hotelu była wizyta w naszym mieście celebryty, niejakiego Michała Piróga i to wielkiej rangi wydarzenie
przyćmiło jakąś tam gównianą pierwszą rocznicę, bo moja ukochana uznała, że musi dopilnować, aby Pan Michał Piróg Celebryta zrobił sobie zdjęcie
z 12 letnią córką mojej partnerki, która to córka zwyczajowo w weekendy jest pod opieką taty, który bez problemu mógł się sam tym wszystkim zająć.
No i tak to właśnie po raz kolejny zostałem wystawiony do wiatru, naszczano mi w gębę mówiąc, że to tylko jesienny deszczyk pada i że coś chyba przesadzam smile


A to nie Ty płaciłeś za ten weekend? Ten sam schemat i kolejna wymówka na odczepne, chociaż fragment z celebrytą mnie rozwalił, nie powiem big_smile Dochodzimy do momentu, w którym na Twoim miejscu zacząłbym się śmiać z samego siebie... nie tylko naszczano Ci na twarz, ale ucięto głowę i nasrano do szyi. Świetnie, że zdajesz sobie z tego sprawę.


marcopolozelmer napisał/a:

Minęły następne dwa miesiące i mamy grudzień. [...]
- Eeee, co? A nieeee, bo wiesz, bo my jeszcze posiedzimy. No. A co tam?

Nie wiem jaką miałem w tym momencie minę, ale musiałem mieć taką, że mój syn od razu spuścił głowę, a moja mama nawet się nie odezwała.
Cała reszta towarzystwa odwróciła od razu wzrok w stronę telewizora i nikt nawet nie drgnął. Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem. Koniec.
Nie wiem czy jest sens w ogóle dodawać, że według Niej ja przesadzam i robię z niczego problemy, bo co się niby takiego stało wielkiego.


Tu może i przesadziłeś. Byliście umówieni to fakt, ale Tobie nigdy nie zdarzyło się zasiedzieć? Bo chyba widzieliście się jeszcze tamtego dnia?


marcopolozelmer napisał/a:

Byliśmy akurat na wycieczce moim samochodem. Gdyby nie to, że nie miała czym wrócić do domu, to bym Ją tam zostawił w cholerę.

Po tym wszystkim nie mam pojęcia dlaczego tego nie zrobiłeś.


marcopolozelmer napisał/a:

Ona czasami jak coś palnie, to ja się zastanawiam czy to oznacza już kompletny brak szacunku czy może chorobę psychiczną, bo serio ciężko mi odróżnić.

Dobrze kombinujesz.


marcopolozelmer napisał/a:

O drobniejszych sprawach tutaj nie wspominam, bo bym musiał dodatkowe trzy strony drobnym maczkiem zapisać, a kto by to wytrzymał,
zrywamy ze sobą średnio co dwa tygodnie, bo co chwilę czymś mnie musi wyprowadzić z równowagi. Twierdzi że to ja bez powodu się obrażam.
I to moje obrażanie się jest strasznie ciężkie dla Niej. Oczywiście po dwóch dniach nieodzywania się godzimy, bo już nas do siebie ciągnie.


Ciągnie, nie ciągnie... utnij to raz, a porządnie i przestanie. Mówisz o niej jak o wymarłym gatunku, rozejrzyj się tylko.


marcopolozelmer napisał/a:

Jestem wielkim i silnym facetem, umiem w ryj dać i mam własne zdanie. Ale wobec Niej no jestem ku*wa po prostu bezradny. 
Wiem że jestem frajerem.

Staram się trzymać regulaminu, lecz masz rację, piz*a jesteś. Nie piszę Ci tego, dlatego, żeby Cię dobić, ale strzelić po mordzie i wybudzić z tej błazenady.


marcopolozelmer napisał/a:

Wiem że Ona to wszystko wkrótce przeczyta. Bo znowu się rozstaliśmy. Bo znowu mam dość Jej i mam dość robienia za Jej podnóżek.
Nie potrzebuję uświadamiania, bo ja to wszystko wiem. I świadomie godzę się na takie traktowanie licząc na to, że z czasem może kiedyś...
Ale to kiedyś nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie, tylko się oddala coraz bardziej. Już słyszę teksty o tym jak to ja Jej nie imponuję. To sprzed trzech dni.
Nie motywuję Jej do działania. Jakiego działania to do dzisiaj nie udało mi się ustalić. Ja Jej tylko tłumaczę, że dopóki Ona jest taka dla mnie,
to ja nie widzę ani jednego powodu, żeby się angażować przesadnie w taką relację, bo jak to ma działać tylko w jedną stronę, to mam na to wywalone.


Nie dogadacie się. Zachodzi zbyt duży konflikt między wami, a jej byłym. Ty zdajesz się być rozsądnym gościem i to ona ma niepoukładane życie. Dopóki ona nie dojdzie z tym do ładu, nie masz na co liczyć.


marcopolozelmer napisał/a:

Wczoraj Jej zaproponowałem mały eksperyment, który miał polegać na tym, że wieczorem nie pójdę do siebie, tylko zostanę już u Niej na noc (pierwszy raz)
a rano przy śniadaniu omówimy plan dnia, między innymi sprawy którymi mógłbym się zająć, bo ten tydzień też mam jeszcze wolny i nie ma sprawy, chętnie pomogę.
Cały dzień główkowała, aż w końcu wymyśliła, że no ale po co ja muszę u Niej spać, przecież w tym domu jest tak ciasno, a ja jeszcze chcę Jej siebie dokładać,
poza tym może powinienem przemyśleć opcję taką, że najpierw ja się wykażę, wszystkim zajmę, wszystko porobię, tu pomogę i tam załatwię co będzie trzeba,
a jak już Ona zobaczy, to wtedy Ona przemyśli czy już nadszedł czas na moje u Niej nocowanie. No przecież jak to usłyszałem plus wykuty na blachę zestaw tekstów
o tym jak to Ona nie czuje się bezpiecznie, bo ja nie pracuję na etacie za najniższą krajową, tylko Ona nie wie co ja robię, kiedy robię i czy w ogóle robię,
to wstałem i wyszedłem, bo już nawet mi się dyskutować na ten temat z Nią nie chce, bo jak tylko słyszę słowo "praca" to mi od razu ręce opadają.


Masakra stary, jakbym czytał tą samą historię napisaną na nowo... Ładnie Cię wyszkoliła, piesek się oburzył, ale pewnie w następnej opowieści wróci z podkulonym ogonem do swojej Pani.


marcopolozelmer napisał/a:

Ciągłe wysłuchiwanie o tym, że nie ma we mnie oparcia i brakuje Jej poczucia bezpieczeństwa. WTF? I to jest na wszystko odpowiedź.
Jakiś czas temu, gdzieś na jesieni, ni z gruszki ni z pietruszki powrócił temat wspólnego zamieszkania. Co zdziwiło mnie szalenie,
gdyż ja ten temat zarzuciłem już dawno i w ogóle do niego nie nawiązywałem od ostatniego razu, kiedy to zostałem wyśmiany, no to teraz Ona zaczęła.
Myślę sobie no fajnie, może w końcu coś się ruszyło w tej mózgownicy. Na początek zaproponowałem jedyny rozsądny moim zdaniem układ,
że pierwsze wspólne mieszkanie wynajmiemy i powiedzmy przez rok spróbujemy się nie pozabijać, a po roku zdecydujemy co robimy dalej.
W takim układzie nikt nie ryzykuje, nikt nie musi inwestować, nikt nie zostanie wywalony na kasę, każdy może w każdej chwili wrócić do siebie.
Ku mojemu ciężkiemu zdziwieniu Ona się zgodziła, ale... ale w tak zwanym międzyczasie wynalazła gdzieś jakiś dom do kupienia,
pojechaliśmy zobaczyć, okazało się że ten dom to dziura w ziemi, gdzie nawet fundamentów jeszcze nie ma, no ale Ona już go chce, kupujemy.

- Czekaj czekaj, chwila moment, co kupujemy, jak kupujemy, to jest ponad ćwierć miliona w gotówce, a my nawet ze sobą nie śpimy, bo nie chcesz,
  nie przemieszkaliśmy jednego tygodnia razem, nie mamy pojęcia jak to w ogóle będzie i co, jak Ty to sobie wyobrażasz, że jak kupujemy?


Teraz z kolei stwierdzam, że kobieta ma nierówno pod kopułą. Może od razu pałac i najlepiej żebyś Ty zapłacił, a ona była właścicielką, bo przecież z takim facetem to nie ma przyszłości. Niech coś z tego życia ma, no kurde.


marcopolozelmer napisał/a:

Może w tym miejscu nadmienię, że mam za sobą ośmioletnie małżeństwo w które lekko licząc zainwestowałem podobną sumę pieniędzy,
po czym jak już chałupę wyrychtowałem i firmę rozkręciłem (wszystko na żonę, ale za moją kasę) zostałem poproszony o opuszczenie mieszkania
a moje miejsce zajął jakiś bezrobotny przybłęda z wiochy zabitej dechami, bo żona właśnie uznała, że już nie chce ze mną być
i wystawiła mi za drzwi reklamówkę z ciuchami na zmianę. Teraz ja jestem wszędzie tym najgorszym co ją w życiu spotkało,
a nowy żigolak gołodupiec co na gotowe sobie przyszedł, to jest cytuję "bohater który uratował jej rodzinę" cokolwiek miało to znaczyć.


Ale trafiłem... odpisuję po akapicie i Twoja postawa dała mi do myślenia, że rzeczywiście mogło tak być. Ucz się na błędach!!! Zapewne jeszcze wspomniałeś swojej obecnej o tym incydencie i następna chce Cię zrobić w bambuko...pięknie.


marcopolozelmer napisał/a:

I tłumaczę tej mojej obecnej, że chyba bym musiał postradać wszystkie rozumy (albo mówiąc po mojemu z chu*em na łby się pozamieniać)
żeby teraz kolejnej dom kupić i z niego wylecieć, zostawiając wszystko drugiemu, co sobie przyjdzie rozwali się na fotelu i będzie mi rodzinę ratował.
Nie ma takiej opcji, wolę sobie jaja tępym nożem własnoręcznie uciąć niż ostatnie pieniądze jakie mam, wpakować w kolejny "biznes życia" i zostać na lodzie.
Problem polega na tym, że ja nie mam stacjonarnej pracy na umowę i tym samym nie posiadam obecnie żadnej zdolności kredytowej, gotówki takiej również nie posiadam,
co w praktyce oznacza kupno domu na kredyt, a umowa kredytowa musiałaby być na Nią, ja bym był tylko bankomatem z którego się wyciąga kasę na ratę
i w każdej dosłownie chwili mogę dostać kopa za drzwi, bo pracując na czarno za granicą, nie mam nawet potwierdzenia, że miałem w tym czasie jakikolwiek dochód.
I tłumaczę dorosłej kobiecie, że w życiu, zapomnij, kocham Cię ponad wszystko i zrobię dla Ciebie wszystko, ale nie dam się wyrolować jak kretyn.
No i wtedy się zaczęło... Znowu nie ma we mnie oparcia żadnego, poczucia bezpieczeństwa nie ma, Ona w tym związku zgasła...


Tragedia! Nie chce z Tobą spać, w sumie to mieszkać, po jakimś czasie decydujecie się na wspólne mieszkanie, ale on chce dom...za Twoje pieniądze...na nią. Czy Ty to widzisz? Poczucie bezpieczeństwa? Okej, ma rację. Kobieta potrzebuje swojego miejsca do wychowania dzieci, żeby poczuć się komfortowo, mieć swój azyl. Ja to rozumiem. Tylko, że ona gra na Twoich emocjach próbując w międzyczasie wydoić Cię jak tylko się da...


marcopolozelmer napisał/a:

Poczekałem aż się trochę uspokoi i wróciłem do tematu wynajęcia jakiegoś mieszkania, żeby się chociaż przekonać czy my w ogóle jesteśmy w stanie
razem mieszkać i prowadzić normalne życie, ale co bym tylko jakieś ciekawe ogłoszenie znalazł, to albo lokalizacja niedobra, albo kolor ścian nie taki,
albo to Ona sama nie wie co jest nie tak, aż w końcu jak już zbiłem każdy Jej argument, to się wtedy okazało... że ja Ją zmuszam. Zmuszam i dlaczego ja to robię,
że przecież ja nawet pracy normalnej nie mam, a chcę rodzinę zakładać, kiedy Ona nie ma poczucia bezpieczeństwa, a ja nic, tylko Ją zmuszam ciągle. Acha, no i leżę.


Zwykłe pier*olenie. Mieszkanie nie, bo na wynajem. Dom z ogromną przyjemnością, bo za Twoją kasę i na jej nazwisko. Stary, czytam i nie wierzę. Nie dlatego, że w ogóle dochodzi do takich sytuacji, ale że Ty ciągle w to brniesz. Hahaha, nie masz normalnej pracy, wiecznie leżysz, ale kup mi dom... Proszę Cię, weź sobie to do serca.


marcopolozelmer napisał/a:

Przedstawiłem Wam tutaj tylko krótki wycinek, taki szkic i zarys sytuacji w naszym związku (tak wiem, mnie też rozśmiesza nazywanie tym tego)
i chciałbym spróbować przeprowadzić kolejny eksperyment, a mianowicie poprosić Was drodzy forumowicze o przedstawienie własnych opinii,
ale słowami, które skierowalibyście do Niej, nie do mnie. Ja wiem że to wszystko wygląda beznadziejnie i rozumiem, że nie tak to powinno wyglądać,
ale nie potrafię przebić się do Niej i Jej tego wytłumaczyć, że ludzie w związkach tak nie funkcjonują i że to nie ja przesadzam wyszukując problemy.
Możecie to dla mnie zrobić? To jest inteligentna dziewczyna i dorosła kobieta. W tym roku kończy 40 lat. Bardzo Ją kocham i pragnę z Nią być.
Ale być naprawdę, a nie robić z siebie błazna i żebrać o okruszki z pańskiego stołu. Jak Jej przemówić do rozumu? Ma ktoś jakiś pomysł?
Nie chcę robić Jej przykrości, stawiać Jej w niekorzystnym świetle czy w niezręcznej sytuacji. Chcę tylko tego, żeby ktoś dla nas całkowicie obcy
napisał kilka słów o tym jak on to widzi. Jak to wszystko wygląda z zewnątrz dla postronnego obserwatora. Może jeszcze się ocknie, nie wiem...


Nie, nie ocknie się. Laska próbuje wykorzystać Twoją naiwność, wprowadza Cię w poczucie winy, manipuluje Tobą, skupia się jedynie na samych korzyściach z tego układu, jesteś potrzebny, tylko wtedy, kiedy ona kompletnie sobie nie radzi lub doskonale wie, że Ty coś dla niej zrobisz. I ten dom i pieniądze... Ja się skręcałem z bólu czytając Twój wywód, Ty powinieneś czuć się 1000x gorzej, a w dalszym ciągu próbujesz coś "naprawiać". Nie żartuj sobie.

Pomysł jest taki. Odcinasz to wszystko grubą krechą i idziesz dalej. Gdyby nie dochodziło do waszych rozstań wcześniej, mógłbym zaproponować okres przejściowy. Czas, w którym zrywacie kontakt na długi czas i oboje robicie sobie rachunek sumienia, testujecie wasze uczucie i ogólnie macie "chwilę" na poukładanie wszystkiego w głowie bez żadnych dodatkowych bodźców, presji i przede wszystkim kontaktu między wami. Możesz wierzyć lub nie, ale to daje zupełnie inne spojrzenie na związek. Spojrzysz na to z dystansem po jakimś czasie i zweryfikujesz co jest dla Ciebie w tym momencie właściwe. Jednakże, wy żyjecie w jednym, wielkim bajzlu i w tym momencie taka wizja nie jest możliwa.

Posłuchaj mnie. Bądź Pan facet. Postaw warunki, odsuń miłość na dalszy plan, skoncentruj się na celu. Choćby bardzo bolało, zrób to i nie wymiękaj. Może o to jej chodzi? Uważa Cię za pierdołę, bo nie potrafisz postawić na swoim? Na to wygląda. Zerwij kontakt i nie dawaj znaku życia. Wcześniej nie mów jej, że chciałbyś czegoś więcej w przyszłości. Pokaż jej czarną plamę i zajmij się sobą. Nie ulegaj próbom kontaktu, powiedz, że wszystko co miałeś do powiedzenia ona już wie i zamilknij. Uda Ci się to jesteś na wygranej pozycji. Daj sobie szansę na lepsze życie.


marcopolozelmer napisał/a:

Dodam, że my praktycznie wcale się nie kłócimy.

Uznam, że tego nie widziałem.

marcopolozelmer napisał/a:

Oboje mamy świetny kontakt se swoimi dziećmi, ja z Jej dwójką, a Ona z moim chłopakiem.
Nie ma u nas klasycznej nudy. Że siedzimy jak kołki jedno u drugiego, gapimy się w sufit i ciężko wzdychamy, bo kiedy on pójdzie.
U nas czegoś takiego nie ma. Jedyne co nas różni, to to, że Ona się zablokowała i nie chce się ruszyć nawet pół kroku do przodu.
Przypomnę, że zaraz minie 1,5 roku naszej znajomości, a Ona cały czas się zachowuje jakby to było 1,5 miesiąca i ani drgnie.
Oczywiście coś tam sobie gada, że kiedyś w przyszłośći, ale to jest tylko gadanie, bo jak już przychodzi słowa w czyn zmienić,
to jest od razu blokada i zaczynają się gadki o tej mojej pracy. Nie mogę u niej przenocować, bo ta moja praca Ją martwi, co Ona dzieciom powie...


Próbujesz sobie wybielić ten tragikomiczny spektakl właśnie takim myśleniem. Jest OK, ale jak wsiąkniesz dalej... nie, nie jest.

Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ona musi mówić o Twojej pracy dzieciom? Czy może one będą pytać? Nie wiem czy pierwszą rzeczą jaką chciałbym wiedzieć jako dziecko jest to czy tatuś ma umowę o pracę... bezpieczeństwo jak najbardziej, ubezpieczenie z tego wynikające itp. Ale naprawdę? To jest ten powód? Kolejna bzdura.


marcopolozelmer napisał/a:

Podejrzewam, a nawet jestem niemal pewien, że za tym wszystkim stoi ten Jej były facet, ojciec dzieci, który cały czas siedzi Jej w głowie
i to nie moja praca jest powodem, dla którego musimy zachowywać się jak nastolatki, tylko to właśnie on jest tego powodem, a dokładnie Jej obawy o to
jak pewne fakty czy zdarzenia zostaną przez niego przyjęte, jaka będzie jego reakcja i jaki to będzie miało wpływ ... na ich ewentualny powrót do siebie?


Brawo! Jesteś blisko.


marcopolozelmer napisał/a:

Bo dzieci coś usłyszą albo zobaczą i tatusiowi powiedzą, a wtedy jemu zrobi się przykro i tak nie można? Może to być powodem takiego Jej stosunku do mnie?


Pewnie tak. Ale tu wcale nie chodzi o dzieci. Z tego co mówisz jej dzieci Cię lubią. Tu chodzi tylko i wyłącznie o nią i uczucie do tego faceta. Dlatego jesteś tak odtrącany, bo pozbawi jej to szans na ewentualny powrót do niego. Przykre.


marcopolozelmer napisał/a:

Ja dopiero niedawno naszą córeczkę (tak nazywam Jej córkę, my nie mamy wspólnych dzieci) musiałem uświadomić, że jestem nowym facetem ich mamy,
a nie tylko bliżej nieokreślonym znajomym, wujkiem od jeżdżenia na wycieczki w niedzielę i na pizzę czy do kina. Po roku czasu 12 letnie dziecko nie wie kto ja jestem.


Więc jak to jest... Jej córka wie o was, ale nadal masz bana na spanie? Widzisz to co ja? Widzisz, że dzieci są tylko wymówką? Dobrze jej z Tobą, wujek od zajmowania jej czasu, wożenia dupska i zabawianiu dzieci. Cuda na kiju, do tego za frajer.


marcopolozelmer napisał/a:

Serio ktoś tutaj podobnie uważa, że ja jęczę i ulewam, szukam problemów gdzie ich nie ma i się obrażam jak dziecko, kiedy wkurwiony do czerwoności wyłączam telefon?


Jęczysz. Strasznie jęczysz. Ale masz powód. Nikt normalny, wybacz, nie pchałby się w taką znajomość. Szczególnie po tym wszystkim co miało miejsce między wami.


marcopolozelmer napisał/a:

Pomijając rzeczy drobne jak naprawienie łóżka albo drzwi w Jej domu czy podjechanie z Jej samochodem do mechanika, coś wnieść wynieść i takie tam normalne duperele,
to już przy grubszych tematach i prośbach odmawiam, tym bardziej kiedy są to pomysły pod tytułem zawieziesz moją mamę na lotnisko w sobotę. Łat?! Że co zrobię?
Po pierwsze niby dlaczego miałbym to robić, skoro nikt dla mnie nie robi nic, a wszystkie moje prośby są olewane sikiem prostym?


To są Twoje przemyślenia na bieżąco. Nie wierzę, że wcześniej byś odmówił.


marcopolozelmer napisał/a:

Po drugie niby dlaczego miałbym to robić, skoro nie jestem ani twoim mężem, ani narzeczonym, ani w sumie nawet nie wiem kim ja w ogóle jestem? Kolegą?

Nooo... jakieś konkrety.


marcopolozelmer napisał/a:

Po trzecie niby dlaczego miałbym to robić, skoro masz własny samochód i możesz sama mamę na lotnisko zawieźć, tym bardziej że sobota to jest mój jedyny wolny dzień,
kiedy mogę odpocząć po tygodniu ciężkiej pracy, a na lotnisko się jedzie 5 godzin w obie strony, plus do tego postoje i czekanie, to cała sobota w plecy,
a przecież od dawna wszystkim wiadomo, że w soboty zabieram dzieciaka do siebie na weekend i oczywiście że wolę ten czas spędzać z nim, a nie w samochodzie.


Bo jesteś jej chłopcem na posyłki, ale widzę światełko w tunelu.


marcopolozelmer napisał/a:

Po czwarte dzisiaj wszyscy na lotniska jeżdżą wygodnymi busami, które odbierają spod domu i wiozą pod same schody do samolotu, to co Ty mi znowu zajęcia wymyślasz?


Tańcz Pan jak zagram.


marcopolozelmer napisał/a:

A po piąte ja od roku czasu pytam i do dzisiaj w zasadzie nie wiem - co ja będę z tego miał, że coś dla Ciebie albo Twojej mamy zrobię? Nic? No to pa, czego nie rozumiesz.


Tu masz po łbie. Wasza sytuacja nie jest dość jasna, jednak, czy według Ciebie Twoje "poświęcenie", które podobno jest wyrazem miłości, wymaga odwzajemnienia? Nie zrozum mnie złe. Oczywiście, jak dwie osoby nie dbają o miłość to ulega ona rozkładowi i w ostateczności umiera, jednak czy rzeczywiście Ty oczekujesz (słowo klucz) jakiejś nagrody? Słabo to wygląda.


marcopolozelmer napisał/a:

Pewnie że gdybym chciał, to bym wsiadł w ten samochód i pojechał, ale tego nie zrobię specjalnie właśnie dlatego, żeby jej pokazać jak to działa.
Ty robisz coś dla mnie, ja coś robię dla Ciebie. Ty masz moje potrzeby w dupie, ja mam w dupie Twoje. To jest przecież takie proste, że już prościej się nie da.
No to teraz następuje foch oraz dąs i odwracanie kota ogonem, że ja nic dla Niej nie robię i już nigdy o nic mnie nie poprosi.
Po czym nie mijają nawet dwa dni jak już gdzieś tam znowu mam jechać, coś przywieźć, kogoś zawieźć, coś tam innego zrobić.
I robię...


I robisz... z siebie i ofiarę i męczennika.


marcopolozelmer napisał/a:

P.S.
O co chodzi z ta moją pracą, której Ona ciągle się czepia, robiąc z niej arument ostateczny, kończący każdą rozmowę na dowolny temat.
Po tym jak mnie moja żona wyczyściła do suchej nitki z ostaniej złotówki i wypędziła ze swojego domu w ciemną noc, zostałem z reklamówką moich rzeczy
oraz potwornymi długami u rodziny i znajomych, które musiałem jakoś spłacić, a że jedynym sposobem była sprzedaż ostatniej rzeczy jaka mi została,
a więc mojego własnego mieszkania, to tak oto szybko stałem się jeszcze bezdomnym do kompletu. No nie w sensie dosłownym , bo mieszkam w wynajętym,
ale własnego nic nie mam i tutaj pojawia się rzecz następująca. Ja mogę robić wszystko, ja tam pracy się nie boję, ale jak ja słyszę "1.800 na początek"
to mi się nie chce nawet dalej gadać, bo ja nie mam o czym. 1.800 to mi ledwo wystarczy na opłacenie mieszkania i alimenty dla byłej żony. A dalej co?
Nie ma opcji, żebym poszedł do takiej pracy, bo albo bym musiał zamieszkać pod mostem, albo bym musiał przestać jeść, żeby jakoś dociągnąć do pierwszego.
Tłumaczę to temu mojemu skarbowi do upadłego, a Ona dalej swoje, no bo ale, no bo ale, no bo każdy facet ma jakąś pracę, tylko ty jeden...


Nie pamiętam z poprzednich wypowiedzi czy cokolwiek o tym wspominałeś, ale czy ona pracuje? Wasze dzieci są ubezpieczone? Ty skoro nie masz tutaj umowy, to leczysz się prywatnie? Może chodzi jej o kwestie emerytury? Ale tak naprawdę... to dla mnie jedno wielkie pierd*lenie. Mówiłeś, że zarabiasz dużo więcej w DE niż w PL, więc to jednak nie jest kwestia pieniędzy. Tym bardziej plan zakupu tego domu, no, biedni ludzie tego nie robią. A ona dalej w zaparte, że Ty jakiś nierób jesteś. Heh, jeszcze jedna myśl mnie naszła - no bo co rodzina powie na ten temat, facet bez stałeś pracy? Porażka.


marcopolozelmer napisał/a:

- Co ja jeden? No proszę słucham, co ja jeden? Jak mam do wyboru pracować legalnie w Polsce za "1.800 na początek" i pracować nielegalnie w Niemczech za 5 razy tyle,
to podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym wybrać to pierwsze. Zwłaszcza że w tygodniu czasu dla mnie nia masz, bo jesteś bez przerwy czymś zajęta albo zmęczona,
a na hasło zamieszkajmy razem występuje Ci piana na ustach. To po co się pytam i w jakim celu ja mam tu siedzieć i tyrać przez miesiąc za tyle co tam w tydzień zarobię?

- Ale co to za praca. Dwa dni robisz, tydzień leżysz. Dwa tygodnie robisz, miesiąc leżysz. Wszyscy mogą mieć normalną pracę, tylko ten nie może, bo on leżeć musi.


Hmm... może zorganizuj sobie ten czas w jakiś sposób. Zajmij się czymś. Idz pobiegać, zapisz się na jakiś kurs, miej hobby...cokolwiek. Może ona chcę zobaczyć, że poza leżeniem potrafisz zrobić coś więcej? Chociaż to tylko podpowiedz to dalej będę się trzymał wersji, że to marna wymówka.


marcopolozelmer napisał/a:

Oczywiście że przesadza, bo proporcje robienia i leżenia są dokładnie odwrotne, a poza tym, jak już Jej tysiąc razy tłumaczyłem, to nie ode mnie zależy,
kiedy ja do pracy pojadę, a kiedy będę leżał. Te kwestie regulują zapisy w umowach, które podpisują ludzie, których nazwisk ja nawet nie znam.
Nikt do mnie nie dzwoni i się nie pyta czy w tym tygodniu leżę czy może miałbym ochotę trochę popracować. Dzwonią do mnie dopiero wtedy jak trzeba jechać i robić.
Ona nie rozumie, że jak jest nas dwóch i zewrzemy poślady, to potrafimy w dwa i pół tygodnia wykonać robotę czterech ludzi, którzy robią to samo przez cztery tygodnie,
więc logicznym jest chyba to, że jak wyprzedzamy założony w umowach plan niemal dwukrotnie, to będą powstawać przestoje w robocie, a ja zamiast w hotelu będę siedział w domu.


Dla niej dalej nierób jesteś. No żeby tak leżeć i nic nie robić, facet...


marcopolozelmer napisał/a:

Do Niej to nie dociera, że ja leżę, bo zrobiłem co miałem do zrobienia i czekam teraz na kolejny telefon, a nie że leżę dlatego bo mi się wstać i jechać nie chce.
Na nic moje tłumaczenia, że co to Ciebie boli dziewczyno że ja leżę, skoro od Ciebie nic przecież nie chcę. Nie proszę o pieniądze, nie wyżeram Ci z lodówki.
Nie mam zamiaru przypominać ile razy płaciłem za nas w restauracji czy w sklepie, bo to nie jest w moim stylu, ale skoro na to wszystko wyciągam kasę z własnej kieszeni,
to po raz dwieście tysięczny osiemset trzydziesty zapytam - co to Ciebie boli? No i sobie leżę. Tak już od świąt leżę. A może zapytasz kiedyś dlaczego tyle leżę?
Bo może cały ostatni miesiąc flaki sobie pruliśmy, żeby do końca roku zamknąć trzy kontrakty, wziąć za nie kasę i właśnie sobie teraz leżeć? Mogło tak być? No pomyśl.
A że nikt się tego nie spodziewał i nowych zleceń póki co dla nas nie ma, to sobie leżę dalej. I co w tym złego? Komu jakaś krzywda z tego powodu się dzieje, że ja leżę?
Jak w deszczu wichurze i mrozie stoję na oblodzonym na dachu i wciągam na linie ponadludzkie ciężary, żeby tych euro do Polski przywieźć, to nikt tego nie widzi jakoś,
ale jak tylko się położę, żeby rozpieprzone kolano albo kręgosłup trochę podleczyć (nie mam już 25 lat, helloł?) to od razu gromy na mnie spadają, no bo jak tak można leżeć.
A weź sobie wnieś 120 kilogramową szybę na 3 piętro po schodach, zamontuj w dziurze na wysokości 2 metrów i idź po następną i tak przez cały tydzień po 10 godzin dziennie,
to się wtedy dowiesz jak można tak leżeć. Tym bardziej że leżącego, to Ty mnie widujesz tylko w nocy jak śpimy czasem u mnie, bo kiedyś Ty widziała, żebym ja w dzień leżał...
Przecież wiesz czym się zajmuję i na czym moja praca polega, widziałaś zdjęcia, że tam nie ma mientkiej gry i to nie jest robota dla małych dziewczynek.
Czy kiedykolwiek choć raz przez ten czas jak tam jeżdżę słyszałaś, żebym jęczał bo mi ciężko? Czy choć raz słyszałaś, żebym płakał bo nie chcę już tam jechać?


Wybacz, my faceci wiemy jak to jest. Do Twojej (a może nie?) Panny to nie dociera i już. Nie znam jej, ale jeżeli jest to kobieta, która ciągle jest w ruchu i czymś się zajmuje, to tak, dla niej zawsze pozostaniesz nierobem i leniem, choćbyś zarabiał 10x tyle co w PL. Z tego co można wywnioskować to ona nie docenia Twojej pracy. Ma zakodowany zupełnie inny obraz mężczyzny/związku, gdzie ten drugi faktycznie jest tą głową rodziny, a nie tylko kanapowym leniem, który czasami musi z niej wstać i zarobić coś dla rodziny. Nie bądź miękka faja i zaprowadź porządek w swoim życiu.

Posty [ 22 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Jej relacje z byłym 6 lat po rozstaniu.

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016