Właśnie zżarło mi posta, nad którym biedziłam się z pół godziny, więc teraz będzie krótko.
Idę na koncert do filharmonii jako osoba towarzysząca występującemu soliście. W programie "audiencja" z dyrektorką przybytku, muzykami, dyrygentem, innymi zaproszonymi gośćmi. Z drugiej strony, nie będzie to jakaś mega-uroczysta premiera, a wydarzenie w ramach Nocy Muzeów, większość publiczności raczej nie przyjdzie w wieczorowych kreacjach. Chcę się ubrać adekwatnie elegancko, ale nie chcę się wystroić jak stróż na Boże Ciało, bo to będzie taka sama żenada, jakbym przyszła w dzinsowych szortach.
Niezawodna mała czarna odpada - mam taki typ urody, że czarny to dla mnie podstępny kolor. Superstrojnie i na wysoki połysk - ok. Jako codzienna baza "rozświetlona" innym kolorem - ujdzie. Ale w opcji "stonowana, niewymuszona elegancja" wyglądam po prostu mdło, blado, wręcz niezdrowo (w klimatach sylwestrowo-klubowych czy ą-ę wieczorowych da się to poratować makijażem, bardzo mocnym okiem czy krwistoczerwoną szminką, ale tym razem tak się nie odpicuję, bo będę wyglądać jakbym się z choinki urwała). Generalnie, stonowane, ciemne kolory (to, co polecają modowe poradniki teatralno-operowo-filharmonijne) nie wyglądają na mnie dobrze.
Z fasonem prościej - na pewno sukienka, na pewno długość +/- do kolana, na pewno z możliwością "recyklingu" na strój do biura/na uczelnię/na randkę/na imieniny cioci.
Wpadłam na pomysł "mała biała" + szpilki (w szafie dostępne opcje: beż, kobalt, lakierowana czerń) + żakiet, jeśli sukienka bez rękawów. Z biżuterią skromnie, średniej wielkości kolczyki ze starego srebra - noszę okulary w mocnych, czarnych oprawkach, więc jakakolwiek "konkurencja" raczej zaszkodzi, a bransoletek nie lubię.
Na razie waham się między tymi dwiema kieckami:

Opinie? Kontrpropozycje? - jestem otwarta ![]()



