niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 10 ]

Temat: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Myślę, że moje depresyjne nastroje osiągnęły apogeum i chciałabym podzielić się historią swojego życia. Potrzebuję chyba wyrzucić to z siebie. Nie wiem, czy w czymś mi to pomoże, ale konfrontacje z opiniami innych mogą być przydatne. Może komuś da to do myślenia i odniesiecie cokolwiek do siebie. Na dzień dzisiejszy jestem w zupełnym rozstroju nerwowym, wizja przyszłości mnie przeraża, a ciągłe rozpamiętywanie przeszłości załamuje.
Wszystko zaczęło się w wieku 14 lat. Myślę, że byłam wtedy bardzo dojrzała i miałam określoną wizję życia, nie byłam pusta, czułam się poważniejszą od rówieśniczek. Może niesłusznie. Do ekscesów mnie nie ciągnęło, żyłam planami na przyszłość; wiedziałam, że to ani czas, ani nie mam możliwości poszaleć. To nie tak, że byłam introwertyczką, chociaż od zawsze lubiłam mieć przestrzeń dla siebie i intensywnie myśleć o różnych rzeczach, niekoniecznie tych realnie się dziejących. Miałam koleżanki, znajomych, nie bałam się niczego, angażowałam się, w szkole mi szło bardzo dobrze, i to bez specjalnego wysiłku, ale to wszystko jakby działo się obok mnie. Nie miałam problemów i miałam do wszystkiego dystans. Celowo od tego momentu zaczynam opowieść, bo wcześniej nie miałam większej świadomości siebie i nie sądzę, żeby wydarzenia z dzieciństwa mogły wpłynąć na moje dalsze losy.
Zawsze ważna była dla mnie uroda. Rozpatrywałam to w oderwaniu od relacji seksualnych; nie istniało i po dziś nie istnieje dla mnie coś takiego jak dążenie do realizacji jakiegoś męskiego ideału. Dostrzegałam swoje cechy fizyczne, analizowałam je i , cóż, co nieco chciałam uformować inaczej. Dzisiaj wiem, że w wieku tych 14 lat miewałam niezdrowe myśli, ale wiem też, że to by mi przeszło. Pociągało mnie naturalne piękno, moja własna wizja siebie. Doszłam do wniosku, że z moim ciałem powinnam coś zmienić; uważałam, że jestem i będę niska, więc muszę na siebie uważać. Pojawił się lęk, że przytyję jeszcze i nie będę dla siebie atrakcyjna. To było idiotyczne, tym bardziej, że ważyłam mało, a moje proporcje w tamtym momencie raczej były już ukształtowane. Od poczucia, że mam mały biust, bo taki mam do dziś, wyszły myśli, że coś ze mną nie tak. Szybko doszłam do zadowolenia z rozmiaru tego biustu, ale inne lekkie obsesje pozostały. Może to brzmi bardzo dziecinnie, ale aż taka genialna, żeby zupełnie odcinać się od tego, czym żyły koleżanki i o czym mówiło się w świecie kultu ciała, nie byłam. Przeklinam po dziś dzień to, że dojrzewałam w dobie, gdy wszyscy się uwzięli i trąbili o anoreksji i wszędzie ją diagnozowali na siłę. Ja odchudzać się nie zaczęłam, chociaż zdarzało się mi czytać o różnych historiach zbijania wagi, które albo były nieprawdziwe, albo były świadectwami dziewczyn naprawdę zaburzonych. Przestałam jeść słodycze, co chyba przesłanką do bycia anorektyczką nie jest i zaczęłam się dużo ruszać. Niespodziewanie schudłam maksymalnie 3 kg. i wszyscy zaczęli dostrzegać moje wychudzenie. Zatrzymał mi się na 4 miesiące okres. Moja matka to zauważyła. Jestem jedynaczką, z rodzicami nie miałam jednak nigdy świetnego kontaktu, miałam od zawsze do nich dystans i ograniczone zaufanie; szczerze - nie kochałam ich nigdy. Nie wyobrażałam sobie już wtedy z nimi rozmowy, w której byśmy się zrozumieli i która by do czegoś doprowadziła. Nic od nich zazwyczaj nie chciałam jako nastolatka, ich rad nie potrzebowałam, i tak nie potrafiliby potraktować mnie tak, jak bym chciała. Z ojcem nie miałabym problemów, bo on  nie wnikał naprawdę w moje życie i nie był spostrzegawczy, inne sprawy miał na głowie, ale matka poinformowała go o mojej rzekomej chorobie. Jestem przekonana, że to niestety bardzo zaważyło na moim życiu.
Zaczęło się ciąganie do ginekologach, psychiatrach i psychologach. Nikt mnie nie słuchał, nie traktował poważnie, zostały mi w wieku 14 lat przepisane hormony na wywoływanie okresu bez wcześniejszych badań hormonalnych, które brałam przez kolejne ponad 4 lata bez odrobiny refleksji ze strony mojej matki. Miałam lekką niedowagę, BMI na poziomie 17, ojciec, nie wiedząc o co chodzi, miotał się i szalał. Matka zmuszała mnie do jedzenia, robione mi były testy psychologiczne, których wyniki widząc po latach, załamuję ręce i nie mogę wyjść ze zdziwienia, że specjaliści mogą wypisywać takie brednie, a psychiatrzy dręczyć młode dziewczyny. Nikt nie zasugerował, że matka przecież nigdy nie przeprowadziła ze mną poważnej rozmowy jak z kobietą, że jestem osamotniona i niezrozumiana; że mam problemy, ale niekoniecznie to anoreksja. Moja matka tak stwierdziła i to zostało przyjęte za pewnik. Byłam w prawdziwym piekle, bałam się rodziców, przestałam ufać komukolwiek i zaczęłam odczuwać pogardę. Cotygodniowe wizyty u psychologa były jałowe i bezprzedmiotowe, wymyślałam tematy do rozmowy, bo takowych nie było. I niestety po tej interwencji matki i rzekomych specjalistów zaczęły się autentyczne zaburzenia odżywiania - bałam się konsekwencji tego zmuszania do jedzenia i braku możliwości wyboru tego, co chciałam zjeść i kiedy, więc zaczęłam unikać jedzenia, gdy miałam odrobinę swobody. Na wyjazdach jadłam jak najmniej; jednocześnie zaczęłam czasami kompulsywnie sięgać po słodycze; jak dotychczas nie pomyślałabym o środkach przeczyszczających, tak zaczęłam czasami je stosować. Gdy raz matka je znalazła i pokazała ojcu, wpadł w szał. Tyłam po 3 kg. i gubiłam 2 kg., ale naturalnie byłam i miałam pozostać szczupła. 47 kg. to waga, którą osiągnęłam, jedząc tony słodyczy, gdy na wszystko miałam wyjebane. W pewnym momencie przetłumaczyłam sobie, że chcę świętego spokoju, moje myśli to moja sprawa, cierpię niezasłużenie, nikt mi nie pomoże i na nikim mi na tamtą chwilę nie zależy. Raz za sugestią psychiatry pojechaliśmy z rodzicami do ośrodka zamkniętego chyba jakby na casting, ale z wagą 43 kg. przy moim wzroście się nie kwalifikowałam. Pamiętam tamto miejsce i współczuję każdemu, kto jest zmuszony tam przebywać. Polska  służba zdrowia to psychodeliczny organ.
Uczyłam się dobrze, byłam uznawana na inteligentną i za taką się sama uważałam; wyklarowałam sobie dalszą drogę edukacyjną bez konsultacji z kimkolwiek. Do ginekologa chodziłam stale, bezmyślnie brałam hormony; nie miałam ich odstawiać nawet, gdy dostawałam okres dwa razy w miesiącu. Do psychologa chodziłam do końca pierwszej klasy liceum, jeździłam wówczas z ojcem do stolicy na płatne wizyty; moje zdanie w kwestii bezmyślności tego nikogo oczywiście nikogo nie interesowało. Przed tą kobietą i tak nie potrafiłam się otworzyć i obawiałam się konsekwencji; odhaczałam to i tyle. W końcu postawiłam sprawę jasno - koniec tego i uniosłam się  w obecności rodziców; psycholog zasugerowała terapię rodzinną (może wcale niegłupio), ale rodzice nie widzieli sensu, a mi na budowie zdrowych relacji nie zależało. Oni naprawdę nie wiedzieli, co robią i o co chodzi. Wybrałam świadomy egoizm, wolałam samotność, z koleżankami czasem się spotykałam, ale byłam nieobecna duchem, słuchałam, opowiadałam i zapominałam szybko. Ich problemy i przeżycia mnie nie interesowały, bo uważałam, że ja żyję w innym świecie, nic nas nie łączy. W liceum i na dodatkowych zajęciach nie miałam problemów z rozmową, nawiązywaniem kontaktów, ale mi nie zależało. Żyłam wizją przyszłości; tym, że niedługo wezmę życie w swoje ręce. O chłopakach nie myślałam, bo nikt w otoczeniu mnie nie pociągał; to nie było dla mnie. Gdybym wtedy spotkała starszego nieco mężczyznę, to może by coś drgnęło, ale to było tylko miasto powiatowe, a ja czułam się jak na łańcuchu; marzyłam o wolności i samodzielności. Matce już potrafiłam powiedzieć, co o niej myślę; nie chodziła w trzeciej klasie liceum na zebrania, bo ja tak wolałam; chciałam ją dystansować od mojego życia. Wagarowałam w liceum, kiedy mogłam sobie na pozwolić, ale byłam bardzo racjonalna. Rozwijałam zainteresowania; uwielbiałam kino i książki. Bardzo przeżywałam fikcyjne historie, bo przecież nie miałam własnego życia. W domu nic nie robiłam, nie musiałam, nie byłam niczym zainteresowana; życie wyglądało na pozór normalnie, ale wszystko przecież było skażone od gruntu. Matka wciąż wyzywała mnie od anorektyczek co pewien czas, a ja nie odmawiałam sobie wówczas niczego.  Jadłam, ile chciałam, niekoniecznie zdrowo, bo położyłam na to lachę; z mięsa niemal zrezygnowałam. Rodziców świadomie traktowałam jak bankomat, nie czułam, że jestem względem nich zobowiązana do czegokolwiek. Hormony przestałam brać dopiero w wieku lat 18 podczas wyjazdu zagranicznego. Okres mi wrócił bez problemu. W liceum zostałam laureatką olimpiady, też jakby przypadkiem; bardzo dobrze zdałam maturę. Miałam certyfikaty językowe, prawo jazdy; wiedziałam, jakie studia wybieram.
Niestety w 3 klasie liceum miałam atak epileptyczny; trafiłam na obserwację do szpitala; nie zdiagnozowano przyczyny. Przez nieszczęsne papiery od psychiatry i innych magików psychologii miałam pokaźną dokumentację. Oczywiście patrzono na mnie przez pryzmat tej rzekomo przeżytej, a może nadal aktualnej anoreksji, i musiałam wysłuchać pewnych sugestii. Lekarka prowadząca nic nie mogła o mnie wiedzieć, ale łatwo jej przyszło potwierdzenie diagnozy. Byłam zdruzgotana tym, że rodzice narobili mi syf w papierach. Bardziej jednak załamywał mnie atak; pierwszy raz pomyślałam, że umrę, że coś mi dolega, że będę nosiła piętno do końca życia. Po maturze powtórzył się epizod epileptyczny, włączono mi leczenie. Byłam na Depakine przeszło 3 lata. Płakałam i wiedziałam, że mam realny problem, że teraz jestem naprawdę uzależniona od lekarstwa. Chciałam wolności i plan zaczął szybko zawodzić. Nie wiem, czy padaczka wystąpiła na tle moich nerwowych problemów i zmagania się od przeszło 4 lat wstecz z chorym i niestabilnym położeniem. Od włączenia Depakine czułam się źle, stałam się senna, straciłam apetyt przy jednoczesnym jedzeniu sporo od czasu do czasu, zaczęły się bóle brzucha, przytyłam nieco. Na studiach mówiono, że jestem bardzo szczupła, ale ja miałam wrażenie tego, że wyglądam nienaturalnie; dziwiłam się sobie. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby nie ta hormonalna farmakologia przez tyle lat; jakbym wyglądała i jakie nawyki żywieniowe bym miała, gdyby nie ta brutalna ingerencja z zewnątrz.
Dostałam się więc na ciekawe, oblegane, dobrze rokujące studia do innego miasta. Poznałam bardzo inteligentnych, świetnych ludzi o różnych zainteresowaniach. Byłam raczej spokojna i chłodna, czasem trzymałam się na boku, ale imprezowałam razem z nimi i czułam, że trafiłam w super miejsce. Studia były ciekawe i intensywne; zauroczył mnie chłopak z roku. Zazdrościłam czasami ludziom intensywnych przeżyć i doświadczeń, czułam, że sama zmarnowałam wiele czasu i okazji. Jednocześnie zauważyłam, że mój nastrój naprawdę się zmienił, byłam jakby spowolniona, często nie miałam siły czegoś robić; wzmogła się moja emocjonalność, którą jednak ukrywałam przed znajomymi. Do studiów czasem nie potrafiłam podejść z dystansem. Pojawiło się wrażenie, że mam albo miałam wcześniej zaburzony obraz siebie, że nie odniosę sukcesu. Uczyłam się, wiele wynosiłam z zajęć, ale robiłam wszystko bez entuzjazmu, miałam ponure epizody długodystansowego lęku przed przyszłością i porażką. Chciałam inaczej wyglądać, dokuczały mi bóle brzucha i apatyczne nastroje przeplatane z ożywieniem. Nie wiem, czy to wina leku neurologicznego czy zmiany życia o 180 stopni. Obiadów nie gotowałam, robiłam, co chciałam, do rodziców jeździłam rzadko , mieszkałam z kilkoma studentami na stancji. Pierwszy rok nie przyniósł żadnego przełomu, jeżeli chodzi o tamtego chłopaka; na nic się nie zanosiło, a ja może sprawiałam wrażenie zbyt chłodnej, a nawet wtedy nie przyszłoby mi do głowy zastartowanie. Gdy zakochał się we mnie współlokator, odmówiłam z miejsca . Nie wyobrażałam sobie bycia z kimkolwiek innym niż tamten ani nawet spróbowania. Najgorsze było to, że czułam się często źle ze sama sobą i wtedy obojętniałam na studia, choć cieszyłam się z tego, gdzie się znalazłam. Straciłam wszelkie dotychczasowe złudzenia, wiedziałam, że trzeba się bardzo starać, żeby osiągnąć sukces. I zaczęłam w to powątpiewać; nikt tego nie podejrzewał, bo obiektywnie szło mi dobrze i dobrze rokowałam. Po pierwszym roku po sesji zostałam trochę na miejscu i spędziłam parę dni z koleżanką. Życie innych już mnie interesowało i chętnie słuchałam i spędzałam czas z ludźmi. Zaczęłam wręcz nie znosić samotności. Spontanicznie zgłosiłam się do pewnej pracy i szybko dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Poinformowałam ojca, że może podejmę w tym mieście pracę w wakacje. Kategorycznie mi zabronił; byłam wręcz wstrząśnięta. Cały rok żyłam w poczuciu normalności. Gdybym była silniejszą osobą, olałabym to, tym bardziej że matka krytykowała jego chore podejście. Chyba chodziło o to, że ma pieniądze dla mnie i nie muszę iść do gównianej pracy. Moja koleżanka była zdziwiona, gdy jej o tym powiedziałam. Jeżeli chodzi o epizody epileptyczne, to nie miałam ich na leku i nie obawiałam się ich.
Wróciłam na wakacje do domu. Byłam zła, że nie mam nikogo, z kim mogłabym wyjechać na całe wakacje ani jakiejkolwiek pracy. Miałam poczucie traconego czasu. Koleżanka z facetem jeździła spontanicznie po Europie, a ja siedziałam w domu, gdy wszystkie konwencjonalne czynności już naprawdę mnie znudziły. Wyjechałam na parę dni tu i tam, ale byłam wciąż apatyczna i dokuczały mi chroniczne bóle brzucha, czułam się spuchnięta i niepogodzona z losem mimo improwizowania wesołej  studentki; zastanawiałam się, czy dotyczy mnie fobia społeczna, zaburzenia osobowości w kierunku bycia na pokaz, skłonności do paniki i zmienności, lęku przed hipotetyczną kompromitacją. Udawałam przed znajomymi i rodzicami optymizm, ale tak nie było. Niespodziewanie pojawiły się problemy z cerą, których nigdy, nawet jako ta 14 – latka, nie miałam. Przyjęłam to jako kolejny cios. Myślę, że brane tyle lat hormony rozregulowały mi naturalną gospodarkę. Wydawałam mnóstwo pieniędzy na kosmetyki pielęgnacyjne, bo z makijażu wtedy ostatecznie zrezygnowałam. Gdzieś tam pojawiła się nienawiść do świata i pretensje, ale obiektywnie żadnych poważnych problemów w końcu nie miałam, a po pierwszym roku studiów zmieniła się też moja perspektywa i wzmogła empatia.
Na drugim roku doprowadziłam się jakoś samoistnie do wyglądu optymalnego; słyszałam, że miałam chudą,  doskonałą figurę. Wróciłam może do naturalnego stanu. Nabrałam dystansu do studiów; nie spinałam już tak tyłka. Zaczęłam się też nieco nudzić, przedmioty wiodące szły mi bardzo dobrze, ale jednocześnie pewne dwa zdarzenia dały mi do myślenia: czy coś nie jest nie tak z moją inteligencją, czy nie poszły w dół pewne umiejętności. Podłamało mnie to, bo nigdy wcześniej nie miałam trudności z czymś, na czym mi zależało. Nie potrafiłam sobie przetłumaczyć, że inni mają różne potknięcia i nie przeżywają ich tak. Oczywiście na zewnątrz byłam bardzo chłodna, ale zaczęłam się zastanawiać, czy dam sobie radę w branży z taką rozchwianą osobowością, bo nie szkoliłam się na państwową posadę. Bałam się ośmieszenia, chociaż nikt pewnie nawet by tego nie rozpamiętywał, ale tu rolę grała moja nieufność i wrażenie, że pewnie inni miewają złe intencje. Nocami, pewnie na skutek Depakine, miewałam koszmary. Potrafiłam też spać do godziny 15:00. Jak nigdy to nie miało miejsca, ambitną rozrywkę przeplatałam z czymś dla mnie odmóżdżającym. Moja niepewność siebie i niechęć do dodatkowych wyzwań doprowadziła do tego, że odrzuciłam ofertę owego chłopaka dotyczącą wyjścia razem. Nie wiem, czemu tak zareagowałam, tym bardziej, że musiał mnie w przeszłości uważnie słuchać, skoro zapamiętał moje pewne preferencje i pewnie wyczuł wspólne zainteresowania. Mordowałam się z trądzikiem, który był specyficzny i na pewno nie wyglądałam odrażająco i pewnie nawet nie było to mega widoczne, a poza tym w tamtym czasie byłam bardzo atrakcyjna; ubierałam się też bardzo kobieco i z klasą. Moje samopoczucie szło w dół, czułam, że nie potrafię kierować swoim życiem, nie podejmowałam dodatkowych ofert na uczelni. Bywałam sama i było to straszne, do domu jeździłam jeszcze rzadziej. Rok skończyłam z super wynikami poza jednym przedmiotem, ale i pustką odnoście licencjatu. Mogłam wyjechać w tamte wakacje zagranicę na stypendium, ale zignorowałam ofertę.  W tamtym momencie kończy się ten etap, w którym nie popełniłam żadnego formalnego błędu i żałuję, że nie mogę cofnąć do tego punktu czasu. Szczęśliwa bywałam tylko chwilami, ale wiem też, że mogłam dużo bardziej zawalczyć. Inni też mieli różne problemy i jakoś najprawdopodobniej ich one nie blokowały, jak mnie. Niektórzy mieli już pewne osiągniecia warunkowane talentem i miewałam wrażenie, że jestem nieutalentowana naprawdę w żadnej dziedzinie przeplatane czasami ze świadomością swojej przewagi w pewnych sferach. Tyle, że te sukcesy nie wzbudziłyby raczej autentycznego zainteresowania zwiastującego karierę. Mój wygląd warunkujący, czy coś zrobię, czy spasuję, czy będę miała ochotę na interakcję, czy nie, też zrobił swoje; to chore z pewnością.
W wakacje w pewnym momencie matka zaczęła nastawać na mnie, żebym podjęła drugi kierunek. Nie wiem, czemu uległam; musiała mi suszyć bardzo głowę, a ja od początku wiedziałam przecież, że inny kierunek poza tym, który studiuję, mnie nie interesuje. To albo utonę. Nie wiedziała dokładnie, jak moje studia przebiegają poza wynikami końcowymi, bo nie byłam wylewna. Nasze priorytety też się różniły, nie starałam się obronić mojej wizji przyszłej pracy. Nawet mi na tym nie zależało. Miałam zrezygnować z drugiego kierunku, jeżeli nie będę chciała lub nie dam rady. Od początku wiedziałam, że zajęcia będą kolidować, ale każda rozmowa z rodzicami i tak zwiastowała kłopoty, więc dla spokoju się zgodziłam. Ten drugi kierunek to coś bardzo nieprzyszłościowego, a ja byłam chyba bardzo nieprzytomna i apatyczna, że odpuściłam racjonalne argumentowanie. Chciałam zrobić swój licencjat, iść na praktyki i zorientować się, co warto dalej robić, a tu dołączył kolejny problem. Z drugiej strony, matka słusznie pytała, czemu nie zgłosiłam się na stypendium wakacyjne. Nie mówiłam oczywiście o problemach emocjonalnych, jakie mam, bo obrona siebie i oszczędne ujawnianie informacji było przecież moją żelazną zasadą. I tak słyszałam, że jestem anorektyczką od czasu do czasu, chociaż to wtedy mój stosunek do jedzenia stał się normalny. Nie miałam wielkiego apetytu, jadłam mało, ale wtedy, gdy tego potrzebowałam. Podczas zimowego wyjazdu z rówieśnikami na narty faktycznie jak na dłoni widać było, że nie jestem fanką jedzenia o konwencjonalnych porach i o polskim charakterze. O dietach od dawna nie myślałam ani nie czytałam o tym, jak i wszystkich  innych niewartościowych merytorycznie rzeczach.
Trzeci rok zaczął się intensywnie; pojawiałam się na początku na zajęciach na drugim kierunku (atmosfera jak to na skostniałym kierunku dla nudziarzy), ale połączenie było wykluczone. Musiałam się z tego wykaraskać. Na nieszczęście poznałam starszego faceta, nie myślałam o tym wiele, w końcu miałam już prawie 21 lat i poczułam, że może seks mi pomoże. Nie kochałam go; był zdecydowany i męski, ale osobowościowo nic mnie w nim nie pociągało. Szkoda mi było samej siebie; wymagał ode mnie bliskości i mówił mi rzeczy rzekomo podniecające i słodkie, ale mnie wydawało się to wszystko bardzo żałosne. Nie kochał mnie na pewno i ten związek był dla mnie rzeczą priorytetową do jak najszybszego zakończenia. Na studiach zaczęliśmy od niełatwego materiału; musiałam w domu nad tym posiedzieć i przerobić. Od razu nie weszło mi do głowy, byłam zdekoncentrowana, związek mnie odciągał na równi z czarnymi myślami. Wykluczone było obejście materiału; na tych studiach trzeba było mieć wszystko opanowane. Ogarnęła mnie niemoc i pewność, że zawiodę, że to koniec. Z przejęcia i pogardy do siebie nie chodziłam ładnych parę dni na zajęcia i dużo mnie ominęło. To było intensywnych kilka dni. Doszłam do wniosku, że tego nie nadrobię i że nie będę się kompromitować. Rzuciłam studia. Z facetem wkrótce się rozstałam, nic nie powiedziałam mu o tragedii, do której przyłożył rękę; nienawidzę go do dziś, ale bardziej nienawidzę   braku rozumu u siebie i myślenia, że z moją emocjonalnością seks z niemalże nieznajomym nic nie będzie znaczyć. Mogłam wziąć wsteczną dziekanką, ale było mi zbyt wstyd. Ogarniał mnie wstręt do siebie i przerażenie, co ja mam w głowie i czemu tak postępuję, czemu kiedyś myślałam, że mam siłę życiową, podczas gdy nie mam jej za grosz. Nie bez znaczenia było to, że to kierunek, który raczej wszyscy studiują ze świadomością i pasją; rzucanie na trzecim roku to chyba precedens, stąd tym gorzej zareagowałam. Byłam przekonana, że nie podniosę się, że nie przeżyje, dodawałam wagi temu, co podawałam jako wiodącą przyczynę. Dziś wiem, że gdyby nie ciężar związku nie w moim stylu, który mnie degradował we własnych oczach i boksowanie z drugim kierunkiem, ułożyłoby się i dzisiaj byłabym  w innym miejscu. Gdybym była zdolna zbudować z kimś zdrową relację i mogła zwierzyć się z poczuciem bezpieczeństwa i wizją otrzymania pomocy oraz była w środku stabilna, nie tylko na zewnątrz, byłoby inaczej. Już mój stres i lęk bez powodów na pierwszym roku powinien dać mi do myślenia, ale ja nie miałam gdzie szukać wsparcia. Szczerze mówiąc, i dzisiaj nie mam wielkiej nadziei go znaleźć.
Cały rok spędziłam na nic nierobieniu i czarnych myślach. Na drugim semestrze poszłam do darmowej weekendowej szkoły policealnej na losowy kierunek i zaliczyłam semestr. Nie kontaktowałam się z ludźmi ze studiów; z ich strony były dwie próby kontaktu. Przed rodzicami udawałam, że kończę rok, że wszystko jest w porządku. Byłam zazwyczaj sama na stancji, w przypływie paniki o swoją poczytalność umówiłam się do psychiatry, ale zrezygnowałam, bo pewnie usłyszałabym porażającą diagnozę, tabsy i zero współczucia. Momentami byłam pogodzona i czułam, że tak miało być. Rodziców pierwszy raz w życiu było mi żal, ale bardziej siebie. Pracy nie udało mi się znaleźć, choć bardzo intensywnie szukałam. Nie wiem, jak to wytrzymałam, ale widocznie wszystko jest do przeżycia. Prawdę powiedziałam dopiero w czerwcu, gdy miałam rzekomą obronę; rodzice się załamali. Pamiętam jednak, że nawet w takim momencie matka rzuciła, że to może z mojej strony szantaż, jak jedzenie.?????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????
Rodzice bali się przyznawać do poczynań córki  i to ich zaprzątało zamiast kwestii naprawdę istotnych, ich refleksje były na poziomie elementarnym. Nie wytłumaczyłam, dlaczego doszło do rzucenia studiów; aluzje do nich nie trafiały, więc wycofywałam się; nasze podejścia do życia i jego złożoności radykalnie się różniły. W tamtej chwili czułam, że byłam nieodpowiednią kandydatką na kierunek, który wybrałam i jestem nic nie warta. Nie potrafiłam walczyć, starać się. W międzyczasie zrekrutowałam się na mało ambitny kierunek w stolicy. Rodzice chcieli, żebym powtarzała rok, ale ja się wstydziłam, nie chciałam sobą robić zamieszania i narażać się. Nie wierzyłam w powodzenie. Podejmowałam nawet formalne próby reaktywacji, ale chodziłam jak trup i na niczym mi nie zależało. Spasowałam. Zaczęłam nowe studia, po 3 latach od zera. Piszę już licencjat, wiem, że nic mnie nie czeka. To kierunek dla nieudaczników, nudy i ludzie z przypadku studiujący właśnie tu. Nie ma szans na dobrą pracę, ale ja w momencie decydowania i tak zrezygnowałam z marzeń. Sztucznym optymizmem pokrywam poczucie beznadziei. Niektórzy nie mają elementarnej wiedzy, są bardzo dziecinni i albo bardzo introwertyczni, albo rozrywkowi i studiują dla papieru. Oczywiście, nie wszyscy i nic mi do tego, ale wybór tego kierunku był strzałem w kolano. Przynajmniej gwarantuje konkretną pracę, choć niesatysfakcjonującą. Na praktykach zostałam zapytana, czemu studiuję taki kierunek, że jestem za inteligentna, że mam osobowość. Łatwo minęły trzy lata, poziom jest niski, choć studia czasowo absorbujące. Staram się coś wyłuskać mimo wszystko dla siebie, uczę się nowego języka. Teraz liczę, że po licencjacie wrócę na trzeci rok tamtych studiów i skończę, co zaczęłam. Faceta nie mam, atmosfery stolicy nie lubię, na wyjściach ze znajomymi czuję niedopasowanie, choć czasem zapominam o swoich porażkach. Najgorsze jest to, że rodzice kupili mi mieszkanie przy mojej biernej postawie; entuzjazmu z tego powodu od dawna nie czuję. Żałuję, że rodzice ponieśli takie koszty, bo nie takie wsparcie z ich strony dałoby mi wymierne korzyści. Chyba spisali mnie na straty i liczą, że znajdę jakąkolwiek pracę i będę siedzieć w mieszkaniu na tyłku. Trądzik dopiero teraz leczę najradykalniejszym lekiem. Zmieniłam leki neurologiczne, nie mają skutków ubocznych; gdybym te miała przepisane parę lat temu, może inaczej funkcjonowałabym w przeszłym życiu. Schudłam ze stresu i depresyjnych nastrojów, choć wcale tego nie chciałam. Teraz naprawdę zdarza się, że ludzie podejrzewają u mnie anoreksję. Czuję żal do rodziców, że swoim nieświadomym działaniem złamali mój zdrowy stosunek do życia, ludzi, świata i siebie. Siebie nienawidzę, bo byłam słaba, porzuciłam bez walki obraną drogę i byłam zbyt małostkowa. Mam 24 lata i najprawdopodobniej nic nie osiągnę. Coś mnie szarpie za serce, kiedy widzę, że znajomi z byłych studiów zaczynają kariery, znaleźli pracę związaną z zawodem.
To długie, skomplikowane i chaotyczne, ale liczę, że ktoś się zapozna z tą historią.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

W całej Twojej historii można zauważyć, że nigdy nikomu nie ufałaś, z nikim nie byłaś szczera: ani z rodzicami, ani z lekarzami, psychologami, znajomymi,... Jak lekarze i psychologowie mogą Ci pomóc jeśli Ty nie mówisz im prawdy o sobie? Chyba też nie potrafisz budować więzi z innymi, robisz wrażenie osoby skupionej na sobie, na swoim wyglądzie, zdrowiu, rozwoju. Dusisz się w swojej samotności, brakuje Ci dystansu do siebie, obiektywnego spojrzenia. Spróbuj zmienić relacje z rodzicami, być bardziej szczera, rozmawiać z nimi, mówić o problemach, przedstawiać swoje racje. Może obyło by się wtedy bez tego drugiego kierunku studiów.

3

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Owszem, sama wiem, że taka jestem, ale każdy ma jakieś cechy uwypuklone i chyba każdy myśli sporo o sobie. U mnie zaważyła nadwrażliwość i naginanie się do oczekiwanych zachowań w pewnych chwilach, a buntowanie przeciwko rzeczywistości w innych, zgoła nieodpowiednich. Swoją winę dostrzegam i rozumiem, ale tu też zaważył szereg okoliczności. . Opisałam to wszystko, żeby może kogoś natchnąć, że psycholog i psychiatra to nie zawsze remedium, bo jest to promowane rozwiązanie, zwłaszcza w tak nieokreślonych przypadkach. Diagnozą anoreksji przy mglistych przesłankach też powinno się szafować ostrożniej. Takim postępowaniem z drugim człowiekiem można uruchomić nieoczekiwane trybiki w machinie wydarzeń. Owszem, mogłam postąpić inaczej. Mogłam z psychologiem na płatnych wizytach porozmawiać o tym, że ojciec mnie jako 14 - latkę pobił pasem za to, że matka znalazła u mnie preparaty o działaniu ułatwiającym odchudzanie (jakiś środek ziołowy na bazie senesu dostępny wówczas za ok. 7 zł.; zaczęłam szukać takich cudów po tym, jak matka zaczęłam swoją krucjatę przeciw rzekomej anoreksji i wmuszała we mnie jedzenie w preferowanych przez nią ilościach), ale zbyt się wstydziłam i niestety nie byłam na tyle wyrachowana, żeby wykorzystać to na swoją korzyść. Nie chciałam pomocy psychologicznej, bo jej wówczas nie potrzebowałam, co zaznaczyłam w poprzednim poście. Jeździłam do stolicy, czytając w samochodzie islandzkie sagi i nastawiając  się na zmarnowanie godziny na bezprzedmiotowych wynurzeniach. Ta psycholog była nieuczciwa, że kontynuowała wizyty mimo braku entuzjazmu z mojej strony i energetycznym oszczędzaniu się, ale może myślała o zarobku przede wszystkim. Nie wiem, jakich psychiatrów, psychologów i ginekologów dla nieletnich spotykałaś na swojej drodze, ale ja wyrobiłam sobie zdecydowanie negatywne zdanie. W przeciwieństwie do neurologa, u którego prowadzę normalną kurację w oparciu o faktyczne przesłanki, tamci lekarze byli mi niepotrzebni i byli intruzami. Uważałam się za rozsądną w wieku tych nastu lat, wolałam się skupić na swoich zainteresowaniach, upiłam się tylko raz na wycieczce w wieku 16 lat, nie obgadywałam nikogo i nie marnowałam czasu na idiotycznych rozmowach i najzwyczajniej w świecie uważam, że potraktowano mnie niesprawiedliwie i nieadekwatnie do tego, co sobą wówczas reprezentowałam. Nieszczęście mnie dosięgło za odstawienie słodyczy i schudnięcie dwóch kilogramów i to poskutkowało tym, że życie mi się wymknęło z rąk, a zawsze chciałam sama je kształtować. Z czystym sumieniem mówię, że rozmowa z moimi rodzicami na tamtym etapie była niemożliwa; przeżywałam cykliczne napady ich nadgorliwości. Zaszczepili mi nieufność i skłonność do kłamstwa. Moi rodzice są starsi (byli po 40, gdy się urodziłam), wielu rzeczy nieświadomi, relacje między nimi są dalekie od dobrych, ale to nie moja sprawa. Ojcu nie będę robić wyrzutów, bo on był powodowany histerią matki, wybuchowy i po prostu zbyt niedojrzały na ojcostwo mimo wieku; widzę, że nie ma rzeczy, której w ramach możliwości by dla mnie nie zrobił. Z nim bym sobie sama poradziła lata temu. Parę miesięcy temu podjęłam z matką rozmowę o skutkach hormonalnej suplementacji, a jako że potrafię argumentować i nie odpuszczam, a ona chce zażegnać poważniejsze konflikty bez refleksji i w prymitywny sposób, wyprowadziła się na parę dni z domu. Nie chce przyjąć do wiadomości, że są rzeczy newralgicznej natury, które mają długofalowe konsekwencji i że tutaj przyłożyła rękę, chociaż momentami widzę, że żałuje swoich zachowań. Mówi, żebym zapomniała i żyła teraźniejszością, nie wracaj w te strony, ale ja się czuję jak więzień, któremu parę lat życia zostało odebranych i wróci do rzeczywistości po wyrwie czasowej. Myślę, że o tyle, o ile jesteśmy szczerzy z ludźmi, bywałam szczera z ludźmi, z którymi bywałam w zażyłych stosunkach, zresztą niewielu zrozumiałoby takie pojechane dylematy na pograniczu życia i studiów, a o rodzicach raczej nikt nie rozmawia poza zdawkowymi informacjami. Potrafię się otwierać przed znajomymi w sytuacjach odprężenia czy po alkoholu, ale nigdy nie powiem wszystkiego, bo to są powierzchowne znajomości, ciężko jest ubrać w słowa wielopłaszczyznowość sytuacji, jestem zbyt apatyczna i chroniąca siebie, a za późno na prawdziwe przyjaźnie. Nigdy się też na takie nie nastawiałam, marzyłam o związku z facetem, z którym miałabym własny mikrokosmos. Piszesz chyba o moim wieloaspektowym egoizmie, do którego jak najbardziej się przyznaje i żałuję, że w kluczowym momencie go porzuciłam z powodu przejęcia się innymi. A bezinteresownie wielokrotnie pomagałam, gdy wynikało to ze spontanicznej potrzeby i miałam możliwości, umiejętności i czas ku temu, a ludzie wręcz lubią mi się zwierzać, tyle że ja dozuję sobie cudze historie w ilościach limitowanych dla komfortu psychicznego. Nie jestem też pokręcona na punkcie rozwoju,  tyle że mojego niedoszłego wykształcenia mi nic nie zrekompensuje, zresztą tam inteligencja i zdolności były ważniejsze niż siedzenie w materiałach, a potencjał intelektualny trzeba rozwijać i się zawodowo ukierunkować, a ja na razie nic satysfakcjonującego na tym polu nie doprowadziłam do końca. Zawsze robiłam sporo dla siebie na własną rękę i teraz też tak robię. Dla mnie wyjściem najlepszym z tej skrzywionej sytuacji jest skończenie tych studiów i powrót na ostatni rok byłych oraz pozbycie się mieszkania. Mimo swoich irracjonalnych wyskoków i oderwania od rzeczywistości staram się mieć rozsądny plan i nie porzucę tego, bo chyba zwariowałabym. Duszę się w swojej samotności rzeczywiście czasami, ale same szczere rozmowy w niczym nie zmienią swojego położenia, zawsze miałam swój prywatny świat; bardziej dobija mnie nieodwracalność zdarzeń, niesamowita wręcz zmienność w myśleniu o sobie, swojej osobowości  i świadomość, że w kluczowym momencie nie polegałam na swojej sile, załamałam się na całej linii.

Reklama

4 Ostatnio edytowany przez Naprędce (2017-01-12 13:16:15)

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Temat rzeka, jak bym miał to analizować, to chyba by mi to 5 lat zajęło.
Może na początek zacznij brać odpowiedzialność za własne życie w kluczowych momentach? Czemuś poszła na ten drugi kierunek? Żeby udowodnic rodzicom, że się mylą?

Jakaterina napisał/a:

Jeździłam do stolicy, czytając w samochodzie islandzkie sagi i nastawiając  się na zmarnowanie godziny na bezprzedmiotowych wynurzeniach.

Niezłe... Momentami Twój styl pisania jest przekombinowany, ale to zdanie mi się spodobało.

5

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Piszesz że nigdy nie kochałaś rodziców... To przez to że nie miałaś z nimi dobrych relacji?

Reklama

6

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Dziewczyno jako, że jesteś inteligentną osobą w dodatku nauka przychodzi Tobie bez większego trudu, to moim zdaniem wciąż możesz osiągnąć to, czego pragniesz. Z takimi, czy innymi studiami. W dodatku masz dopiero dwadzieścia kilka lat... wciąż  możesz wszystko "naprawić" i powrócić na "właściwe" tory życiowe. W dodatku bez większych dla siebie konsekwencji. W moim odczuciu, to również nie widzę żadnych przeszkód abyś się zawodowo ukierunkowywała, jeżeli tylko odpowiednio mocno tego chcesz... o rozwoju intelektualnym nawet nie wspomnę, bo do tego żadne studia nie są potrzebne. Swoja drogą, czy po  licencjacie, który aktualnie kończysz,  nie możesz kontynuować nauki na studiach magisterskich o kierunku, który Cię interesuje  ?

Zupełnie niepotrzebnie zadręczasz się nieodwracalnością zdarzeń. Jaki jest sens zadręczania się sprawami na które już nie mamy wpływu ? Czy zanim wyrzucisz worek ze śmieciami, to masz w zwyczaju ponowne przeglądanie jego zawartości i zastanawianie się, czy aby na pewno chcesz wyrzucić, to co chcesz wyrzucić ? Zakwalifikuj pewne zdarzenia ze swojego życia do kategorii śmieci i nie wracaj do nich. Zwyczajnie sobie wybacz i zamknij tamten etap życia. Wszyscy  mamy za sobą niewłaściwe decyzje, często znacznie grubszego kalibru. Nie jesteś wyjątkiem. Patrz w przyszłość i skup się na teraźniejszości. Wciąż kawał życia przed Tobą i może to być bardzo fajne życie smile

"Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia,  nie obleka tego faktu w słowa"

7

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Cześć,  dziękuję za niesamowity tekst, bardzo szczery, poukładany. Jesteś przede wszystkim błyskotliwa,  nic nie jest przesadzone, wszystko jest bardzo przejrzyste.
Moja historia w samym zarodku wydaje mi się tak podobna..
Jesteś tak młodziutka,  wszystko osiągniesz, wszystko będzie dobrze.

8

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

jakoś to przeczytałam ale warto było szacun

9

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Hej, zajrzalam tutaj po kilku miesiacach. Przepraszam za brak polskich znakow, ale pisze z telefonu. Dziekuje wszystkim za przeczytanie i odniesienie sie. Mam juz absolutorium, czekam na obrone; udalo mi sie napisac satysfakcjonujaca mnie literaturoznawcza prace licencjacka i obejsc nudne zagadnienia moich studiow. Wynajelam pokoj cudzoziemce, zeby nie czuc sie samotnie i czuc czyjas obecnosc, a przy okazji troche zarobic. Wybieram sie na magisterke z mojego pierwszego kierunku, bo okazalo sie to mozliwe, jako ze i tak jest egzamin wstepny. W ferie zimowe bylam troche za granica, zeby sie odstresowac i oswoic z atmosfera kraju, do ktorego byc moze kiedys wyjade na stale. Cere wyleczylam, mialam dwie przygody z facetami, ale juz ze zdecydowanie wiekszym dystansem i spora doza egoizmu. Postanowilam przestac obwiniac rodzicow, bo ostatecznie to bez sensu; czesto ludzie sie nie rozumieja i moze nie wszystko musi byc rozliczone. Mysle, ze mam teraz na tyle sily wewnetrznej, zeby dazyc  do swoich celow,  jestem konkretniejsza niz kiedys, a przede wszystkim wolna i niezalezna. Teraz szukam pracy, mieszkanie prawdopodobnie wynajme po konsultacjach z rodzicami. Pewnie jest tak, ze te moje zwichrowane historie wynikaly ze zbytniej emocjonalnosci, samokrytycyzmu, slabej woli, zamiatania problemow pod dywan i zaleznosci od rodzicow, ktorej chcialam zaprzeczac. Teraz pora dzialac, a widze w wielu aspektach swoja przewage nad innymi. Pozdrawiam wszystkich.

10

Odp: niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Sojazz - jezeli masz ochote, to mozesz przyblizyc swoja historie, moze wzajemnie sobie pomozemy. To moze byc lepsze niz konsultacja z psychologiem czy inne pseudointelektualne szablonowe remedia. Mozesz tez dac kontakt na priv. Trzymaj sie.

Posty [ 10 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » niekoniecznie niesamowita, ale dla lubiących czytać i analizować

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016