"i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 28 ]

1

Temat: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Przeczytałam rozmowę z panią

Dr Ewa Woydyłło napisał/a:

Dawniej zwrot "razem aż do śmierci" oznaczało, że para będzie razem mniej więcej 10-15 lat. Po tym okresie prawie zawsze następowała śmierć jednego ze współmałżonków. Albo kobieta umierała przy kolejnym porodzie, albo mężczyzna ginął na wojnie, polowaniu lub w pracy. Proszę pamiętać, że jeszcze w XIX wieku poziom medycyny był dramatycznie niski, a przez to śmiertelność bardzo wysoka. W takiej sytuacji ludzie rzeczywiście byli ze sobą razem aż do śmierci - ale nie było trudno wytrwać, skoro średnia długość życia nie przekraczała 35 lat. A dziś żyjemy prawie do osiemdziesiątki. I to jest właśnie źródło problemów. Dawniej z tą samą osoba trzeba było wytrzymać 12-15 lat. Dziś ludzie wytrzymują ze sobą mniej więcej tyle samo czasu. Ale trudno być razem dłużej. Czemu? Bo my nie chcemy być z tą samą osobą - my chcemy być z taką samą osobą, jaką poznaliśmy. A przecież wszyscy się zmieniamy. Jedni dojrzewają w kierunku rozwoju osobistego, inni koncentrują się na zarabianiu pieniędzy, następni z kolei w ogóle zatrzymują się w rozwoju i spędzają tylko czas przed telewizorem, skacząc z kanału na kanał. Scenariuszy jest wiele. Często dzieje się tak, że przy kolejnej zmianie własnego życia niejako zapominamy o naszym partnerze. Nasza energia erotyczna, uczuciowa zużywa się. Właśnie z tych powodów bardzo trudno jest przetrwać razem do końca życia. Przecież nawet ludzie głęboko wierzący, którzy się nie rozwodzą z powodów religijnych, de facto żyją osobno.

Czy bycie z jedną osobą... aż do śmierci jest pozytywne, czy negatywne wg was? Chcielibyście obchodzić złote gody, czy raczej szczęśliwie żyć u boku n-tego męża/żony?

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Co kto woli. Ja mam w rodzinie obrazy ludzi, którzy są ze sobą po kilkadziesiąt lat i nie widzę, żeby mieli w związku z tym jakieś problemy.
Z moim partnerem stwierdziliśmy, że najchętniej przeskoczylibyśmy kilka lat dzielących nas od ślubu, bo chcemy już być swoi na zawsze. Różnie to bywa, zależy od podejścia.

Na pewno nie ma się co męczyć wtedy, kiedy małżeństwo staje się udręką.

3

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

to jest to co teraz chcesz, ale za tych kilka lat być może uznasz, że nie chcesz ślubu, nie chcesz gościa widzieć na oczy (oby nie tongue) chyba sednem tej wypowiedzi jest że z czasem ludzie się zmieniają, zbierają doświadczenia życiowe, sytuacja się zmienia, ale względem partnera "my nie chcemy być z tą samą osobą - my chcemy być z taką samą osobą, jaką poznaliśmy."

Reklama

4

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

No tak smile to też prawda smile
ale ja jednak wolę patrzeć długodystansowo. To jest człowiek, z którym chcę spędzić następne 50 lat i naprawdę to widzę big_smile
jeżeli po drodze coś nie wypali to zawsze jest opcja rozstania się i dobrze, że jest.  Ale jednak myśląc o przyszłości wolę zakładać ten dla mnie optymistyczny scenariusz, że będzie nam ze sobą dobrze smile

Bo ogólnie ja wychodzę z założenia, że nad relacją się pracuje, a nie olewa wtedy, kiedy coś się dzieje trudnego smile

5 Ostatnio edytowany przez adiaphora (2018-01-04 11:23:12)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

chciałabym szczęśliwie żyć i nie ma znaczenia, czy będzie to ta sama jedna osoba czy piąta z kolei. 
Oczywiście, ze ludzie się zmieniają, wszystko się zmienia. Relacja w związku nie jest taka sama jak 20 lat wczesniej. Nie znaczy od razu, ze gorsza. Inna po prostu. Nasza energia erotyczna tez jest inna. Trudno po 20 latach patrzeć na partnera z taka świeżością i emocjami co kiedyś. Mission impossible.
Ludzie, którzy tego nie rozumieją, zawsze będą zmieniać partnerów aby na nowo przezywac wszystko....

Reklama

6 Ostatnio edytowany przez Leśny_owoc (2018-01-04 19:26:42)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Averyl napisał/a:

to jest to co teraz chcesz, ale za tych kilka lat być może uznasz, że nie chcesz ślubu, nie chcesz gościa widzieć na oczy (oby nie tongue) chyba sednem tej wypowiedzi jest że z czasem ludzie się zmieniają, zbierają doświadczenia życiowe, sytuacja się zmienia, ale względem partnera "my nie chcemy być z tą samą osobą - my chcemy być z taką samą osobą, jaką poznaliśmy."

Mi ta perspektywa zmiany bardzo się podoba patrząc chociażby na moje wujostwo smile. Jak wspominają "gówniarskie" lata i śmieją się z tego co robili. Jak na zdjęciach widać ich dojrzewającą miłość oraz jak radzili sobie w kryzysach. Fakt nie każdy dojrzewa, że tak to ujmę na lepsze. Głupie "rozkminy" o życiu, zmiana wartości na gorsze... Jednak w tym wieku co jestem jeśli chodzi o związek to zdecydowanie wolę stabilizację smile.

7

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Serio w XIX w. średnia długość życia nie przekraczała 35 lat?

8

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Trochę przesadziała z tą 35 pani doktorka, ale faktem jest, że 40 to był czas na pisanie testamentu.

Jestem zwolennikiem monogamii, ale nie fanatycznym ;-)

Miejsce na Twoją reklamę....zadzwoń!

9 Ostatnio edytowany przez Excop (2018-01-05 08:43:37)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Averyl napisał/a:

[...]Czy bycie z jedną osobą... aż do śmierci jest pozytywne, czy negatywne wg was? Chcielibyście obchodzić złote gody, czy raczej szczęśliwie żyć u boku n-tego męża/żony?

No, cóż, Averyl. Zasugerowałaś, co jest lepsze, w oparciu o ten fragment pracy pani doktor?
Czekanie na zgon w wieku około osiemdziesiątki "przy tej samej dziurze" (jak kot, z męsko szowinistycznego dowcipu) to pasmo udręki i rozpamiętywanie utraconych szans na coś nowego, atrakcyjniejszego przez tę właśnie, nowość. Tak to zabrzmiało.
Wiadomo, każdy chce być szczęśliwym (cokolwiek to znaczy). Komu pasuje stosowanie  "wystawki", ma do tego prawo. Lepsze jest wrogiem dobrego, prawda?
Tyle, że owo lepsze może mieć krótkotrwałą gwarancję użyteczności. Za to, tańsze, ale i  trudniejsze za każdym razem w obsłudze, bo mało poznane. Sklep wszakże, niedaleko. Na raty może coś się nowszego jeszcze weźmie w międzyczasie, do czasu odstawienia starszego modelu?
Taka to metafora tylko... smile
Chcę przez to powiedzieć, że sami sobie narzuciliśmy jakiś model związku kobiety i mężczyzny. W warunkach, które wówczas panowały - dajmy na to, dwa tysiące lat temu, sprawdzał się, bo śmiertelność, pomijając wojny i spiski, chorobami wspomagana była. Do cytowanego XIX wieku a nawet do odkrycia i zastosowania przez pana Flaming'a penicyliny, pierwszej połowy wieku XX.
Chcę jednocześnie zapytać, kto komu zabrania odmowy przysięgi małżeńskiej w kościele? W USC przyrzeczenie dotyczy jedynie troski o to, by związek był trwały, bez kategorycznych określeń, prawda? Czyli zgodnie z wywodami uczonej.
Co wyniknie z dyskusji, skoro kleru boimy się najbardziej? Bardziej, niż fiskusa, policji i terrorystów?
Rozstańmy się z tradycją, kołtunerią stanowiącą clou, wypływającą jednocześnie z rzekomej ultrakatolickości naszego społeczeństwa najpierw. Wówczas można będzie poważnie porozmawiać o wnioskach pani doktor.
Tyle, że prędko to nie nastąpi.

facet po przejściach

10

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
cwany_gapa napisał/a:

Trochę przesadziała z tą 35 pani doktorka, ale faktem jest, że 40 to był czas na pisanie testamentu.

Bo średni wiek życia na który powołuje się ta pani wylicza się biorąc ogół urodzonych i czas ich życia. Biorąc pod uwagę, że kiedyś większość dzieci nie dożywała wieku dorosłego, to miało to dość znaczny wpływ na średni wiek życia wink Co nie oznacza, że ktoś dobrze sytuowany, czytaj dożywiony nie mógł spokojnie dożyć 100 lat. Podobnie było ze średnim wzrostem, kiedyś wyraźnie niższym od dzisiejszej średniej. A wpływ na to miał głównie dostęp do dobrego pożywienia. Taki król Ryszard Lwie Serce miał ponoć ok. 193 cm więc biorąc pod uwagę tą średnią z końcówki XII wieku był na polu bitwy olbrzymem.

Pewna samotna kobieta znalazła rannego węża. Ulitowała się, wzięła do siebie, pielęgnowała i pokochała. Wąż wracał do sił. Kiedyś jednak, gdy go głaskała, wąż ją ukąsił. Gdy zwijała się w śmiertelnych męczarniach, zapytała go: Wężu, dlaczego to zrobiłeś? Wiesz, że cię kocham, no i uratowałam ci życie!? Sama jesteś sobie winna, kobieto - odpowiedział. Przecież wiedziałaś, że jestem wężem..

11 Ostatnio edytowany przez Averyl (2018-01-05 10:07:12)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Excop napisał/a:
Averyl napisał/a:

[...]Czy bycie z jedną osobą... aż do śmierci jest pozytywne, czy negatywne wg was? Chcielibyście obchodzić złote gody, czy raczej szczęśliwie żyć u boku n-tego męża/żony?

No, cóż, Averyl. Zasugerowałaś, co jest lepsze, w oparciu o ten fragment pracy pani doktor?

rzeczywiście po napisaniu zastanawiałam się, czy nie zmienić określenie "szczęśliwie" ale nie jest to sugestia, że w wieloletnim związku to człowiek musi być nieszczęśliwy, a tylko przy kolejnym nowym mężu/żonie jest happy. Myślę, że ludzie są w wieloletnich związkach, bo też mają swoje "profity". Jak się ma ~20 lat znacznie łatwiej jest wymieniać partnerów niż jak się ma ~60 lat, ktoś kto wymienia partnera, gdy pojawiają się problemy, nie wejdzie na głębszy poziom relacji, będzie bazował w dużej mierze na odurzeniu feromonami, więc może ten drugi wariant z założenia jest do odrzucenia.
Nawet jeśli pani psycholog przesadziła z tymi zgonami po 35 w XIX w., to można zajrzeć do statystyk, myślę, że rozwodów jest dużo więcej obecnie... a perspektywa życia radosnego, ekscytującego jest atrakcyjna. Poza tym, może lepiej znaleźć sobie nowego faceta/kobietę, niż trwać w patologicznym związku. Przecież coś jest przyczyną tych rozwodów.

Nie, nie sugeruję która opcja jest lepsza, a która jest gorsza, poza tym każdy ma tylko jedno życie, jeśli ktoś wybrał jedną ścieżkę, to prawdopodobniej trudniej jest mu później wejść na tę drugą ścieżkę.
Przyznam się, że jestem ciekawa zdania ludzi, którzy są w wieku (zgodnie z sugestią pani doktor, że powinni już gryźć glebę big_smile), którzy mają swoje doświadczenia, przemyślenia - może żałują, a może są dumni z siebie.

12

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Excop napisał/a:

Co wyniknie z dyskusji, skoro kleru boimy się najbardziej? Bardziej, niż fiskusa, policji i terrorystów?

Mów za siebie, zwłaszcza, kiedy opowiadasz bzdury. Ani ja, ani nikt w moim otoczeniu nie boi się kleru. Fiskusa, policji i terrorystów również. . Jeśli zaś Ty boisz się kleru bardziej niż czegokolwiek innego, napisz "co wyniknie z dyskusji, skoro kleru BOJĘ się najbardziej...".

Miejsce na Twoją reklamę....zadzwoń!

13

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Averyl napisał/a:
Excop napisał/a:
Averyl napisał/a:

[...]Czy bycie z jedną osobą... aż do śmierci jest pozytywne, czy negatywne wg was? Chcielibyście obchodzić złote gody, czy raczej szczęśliwie żyć u boku n-tego męża/żony?

No, cóż, Averyl. Zasugerowałaś, co jest lepsze, w oparciu o ten fragment pracy pani doktor?

rzeczywiście po napisaniu zastanawiałam się, czy nie zmienić określenie "szczęśliwie" ale nie jest to sugestia, że w wieloletnim związku to człowiek musi być nieszczęśliwy, a tylko przy kolejnym nowym mężu/żonie jest happy. Myślę, że ludzie są w wieloletnich związkach, bo też mają swoje "profity". Jak się ma ~20 lat znacznie łatwiej jest wymieniać partnerów niż jak się ma ~60 lat, ktoś kto wymienia partnera, gdy pojawiają się problemy, nie wejdzie na głębszy poziom relacji, będzie bazował w dużej mierze na odurzeniu feromonami, więc może ten drugi wariant z założenia jest do odrzucenia.
Nawet jeśli pani psycholog przesadziła z tymi zgonami po 35 w XIX w., to można zajrzeć do statystyk, myślę, że rozwodów jest dużo więcej obecnie... a perspektywa życia radosnego, ekscytującego jest atrakcyjna. Poza tym, może lepiej znaleźć sobie nowego faceta/kobietę, niż trwać w patologicznym związku. Przecież coś jest przyczyną tych rozwodów.

Nie, nie sugeruję która opcja jest lepsza, a która jest gorsza, poza tym każdy ma tylko jedno życie, jeśli ktoś wybrał jedną ścieżkę, to prawdopodobniej trudniej jest mu później wejść na tę drugą ścieżkę.
Przyznam się, że jestem ciekawa zdania ludzi, którzy są w wieku (zgodnie z sugestią pani doktor, że powinni już gryźć glebę big_smile), którzy mają swoje doświadczenia, przemyślenia - może żałują, a może są dumni z siebie.

Oczywiście, domyślałem się, że  to określenie niezbyt fortunnie i niezamierzenie raczej, biorąc pod uwagę intencje, zostało umieszczone w Twoim poście, Averyl. smile
Wykorzystałem niejako tę sytuację, by przedstawić własny pogląd na Twoje zapytanie. smile
Bo, poza wszystkim, nie bierzemy pod uwagę tych, ewentualnie porzucanych. Ich stanowiska w tej właśnie kwestii. Wiadomo, gdy nuda się pojawia, to o ciągoty pewne dochodzą do głosu. Komu się nie chce, na siłę się nie spinał będzie.
Żyć, jak pchła - od żywiciela jednego do drugiego, czy jednak, zapewnić sobie stabilność emocjonalną i tę zwykłą, codzienną wzajemną troskę, okupioną przecież i częstym rozczarowaniem, że to ekscytujące "coś", zanika?
Podejście do rozumienia związku i udziału w nim jest może w obecnym świecie inaczej interpretowane, niż 30 lat temu. I normalne jest, gdy rozchodzą się ci, którzy jeszcze rok, dwa lata wcześniej, świata poza sobą nie widzieli ponoć?
Na karb czego to włożyć? Czyżby komuna ograniczała możliwość rozstań? Chyba nie, skoro rozwód można było wówczas uzyskać w pobliskim sądzie rejonowym. Bez potrzeby  wytrząsania wnętrzności w "Ogórkach", czyli "Jelczach" na licencji czeskich autobusów, by dotrzeć  do siedziby sądu okręgowego (wojewódzkiego) w stolicy województwa tego, czy innego.
Np. do Wrocławia mam 160 km. Wcześniej, na miejscu mógłbym to załatwić, gdyby taka okoliczność i konieczność zaistniała. Teraz, choćby względy logistyczne każą się zastanawiać, czy warto w ogóle było się żenić/wychodzić za mąż. Na miejscu. Rozwodzić się przychodzi jednak, ileś tam kilometrów gdzie indziej.
Jedyna pociecha, że wścibscy sąsiedzi nie towarzyszą przed budynkiem Temidy. smile

facet po przejściach

14

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Excop napisał/a:
Averyl napisał/a:
Excop napisał/a:

No, cóż, Averyl. Zasugerowałaś, co jest lepsze, w oparciu o ten fragment pracy pani doktor?

rzeczywiście po napisaniu zastanawiałam się, czy nie zmienić określenie "szczęśliwie" ale nie jest to sugestia, że w wieloletnim związku to człowiek musi być nieszczęśliwy, a tylko przy kolejnym nowym mężu/żonie jest happy. Myślę, że ludzie są w wieloletnich związkach, bo też mają swoje "profity". Jak się ma ~20 lat znacznie łatwiej jest wymieniać partnerów niż jak się ma ~60 lat, ktoś kto wymienia partnera, gdy pojawiają się problemy, nie wejdzie na głębszy poziom relacji, będzie bazował w dużej mierze na odurzeniu feromonami, więc może ten drugi wariant z założenia jest do odrzucenia.
Nawet jeśli pani psycholog przesadziła z tymi zgonami po 35 w XIX w., to można zajrzeć do statystyk, myślę, że rozwodów jest dużo więcej obecnie... a perspektywa życia radosnego, ekscytującego jest atrakcyjna. Poza tym, może lepiej znaleźć sobie nowego faceta/kobietę, niż trwać w patologicznym związku. Przecież coś jest przyczyną tych rozwodów.

Nie, nie sugeruję która opcja jest lepsza, a która jest gorsza, poza tym każdy ma tylko jedno życie, jeśli ktoś wybrał jedną ścieżkę, to prawdopodobniej trudniej jest mu później wejść na tę drugą ścieżkę.
Przyznam się, że jestem ciekawa zdania ludzi, którzy są w wieku (zgodnie z sugestią pani doktor, że powinni już gryźć glebę big_smile), którzy mają swoje doświadczenia, przemyślenia - może żałują, a może są dumni z siebie.

Oczywiście, domyślałem się, że  to określenie niezbyt fortunnie i niezamierzenie raczej, biorąc pod uwagę intencje, zostało umieszczone w Twoim poście, Averyl. smile
Wykorzystałem niejako tę sytuację, by przedstawić własny pogląd na Twoje zapytanie. smile
Bo, poza wszystkim, nie bierzemy pod uwagę tych, ewentualnie porzucanych. Ich stanowiska w tej właśnie kwestii. Wiadomo, gdy nuda się pojawia, to o ciągoty pewne dochodzą do głosu. Komu się nie chce, na siłę się nie spinał będzie.
Żyć, jak pchła - od żywiciela jednego do drugiego, czy jednak, zapewnić sobie stabilność emocjonalną i tę zwykłą, codzienną wzajemną troskę, okupioną przecież i częstym rozczarowaniem, że to ekscytujące "coś", zanika?
Podejście do rozumienia związku i udziału w nim jest może w obecnym świecie inaczej interpretowane, niż 30 lat temu. I normalne jest, gdy rozchodzą się ci, którzy jeszcze rok, dwa lata wcześniej, świata poza sobą nie widzieli ponoć?
Na karb czego to włożyć? Czyżby komuna ograniczała możliwość rozstań? Chyba nie, skoro rozwód można było wówczas uzyskać w pobliskim sądzie rejonowym. Bez potrzeby  wytrząsania wnętrzności w "Ogórkach", czyli "Jelczach" na licencji czeskich autobusów, by dotrzeć  do siedziby sądu okręgowego (wojewódzkiego) w stolicy województwa tego, czy innego.
Np. do Wrocławia mam 160 km. Wcześniej, na miejscu mógłbym to załatwić, gdyby taka okoliczność i konieczność zaistniała. Teraz, choćby względy logistyczne każą się zastanawiać, czy warto w ogóle było się żenić/wychodzić za mąż. Na miejscu. Rozwodzić się przychodzi jednak, ileś tam kilometrów gdzie indziej.
Jedyna pociecha, że wścibscy sąsiedzi nie towarzyszą przed budynkiem Temidy. smile

codzienna troska do śmierci...
no nikt wam tego nie zagwaratuje
nawet jeśli z waszej strony ta troska będzie do smierci, to ze strony partnera moze się skonczyc w dowolnym momencie - i bardzo często się po prostu konczy.
a na to juz wpływu się nie ma.

nie wiem w ogóle skąd to przekonanie, ze związek do śmierci jest lepszy niz seria krótszych związków.
w zdecydowanej większości wypadków zakochanie nie przechodzi w miłosc bo nie da się zmusić do miłości. Można się z musić do bycia z kimś, wypełniania obowiazków itp, ale nie do kochania. Więc po co się męczyć?

15

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
_v_ napisał/a:

nie wiem w ogóle skąd to przekonanie, ze związek do śmierci jest lepszy niz seria krótszych związków.
w zdecydowanej większości wypadków zakochanie nie przechodzi w miłosc bo nie da się zmusić do miłości. Można się z musić do bycia z kimś, wypełniania obowiazków itp, ale nie do kochania. Więc po co się męczyć?

To nie przekonanie, a tylko moje zdanie.
Nikt nie wie, jak za lat kilka, a nawet miesięcy nasze życie może wyglądać. Czy partner/partnerka może zechcieć czegoś innego, niż to, co dotychczas było i jest.
Myślę jednak, że coś takiego można wyczuć. I interweniować, gdy nie jest za późno lub pogodzić się z nową sytuacją, gdy po ptakach już.

facet po przejściach

16

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
cwany_gapa napisał/a:
Excop napisał/a:

Co wyniknie z dyskusji, skoro kleru boimy się najbardziej? Bardziej, niż fiskusa, policji i terrorystów?

Mów za siebie, zwłaszcza, kiedy opowiadasz bzdury. Ani ja, ani nikt w moim otoczeniu nie boi się kleru. Fiskusa, policji i terrorystów również. . Jeśli zaś Ty boisz się kleru bardziej niż czegokolwiek innego, napisz "co wyniknie z dyskusji, skoro kleru BOJĘ się najbardziej...".

Wyrwałeś jedno zdanie z kontekstu.
To o czym tu dyskutować?
Ja kleru również się nie obawiam, jakby co.
Fiskus mi bardziej doskwiera. smile

facet po przejściach

17

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

No pewnie, że w czasie wojennym, gdy mąż był w domu gościem, albo nawet lepiej, wracał po 3 latach do domu, to w sumie jak nowy facet...
W filmie Sommersby żona nawet  na początku nie poznała męża..
Natomiast kompletnie nie zgadzam się z Panią psycholog, że związki po kilkudziesięciu latach to życie osobno- a nawet szkoda mi tej pani, że ma takie spaczone spojrzenie.
Pamiętam związek dziadków, związek moich rodziców- to nie sa związki pozbawione czegoś na tzw starość.. Jest i porozumienie i wspólnota i błysk w oku.

Że nie wszyscy, albo niewielu tak ma?  pewnie prawda..
Czy dlatego, że sobie na to nie zapracowali, nie dbali o związek?-  nie sądzę że to tak. Można dbać o związek, ale jak ludzie się nie dobrali dobrze- to i tak tanga między nimi nie będzie..
Pewnie są i związki, gdzie mogłoby być super, jest porozumienie na podstawowych poziomach, ale nie potrafia się komunikować-  tu sami sobie winni.

Myślę, że wiele osób dopuszcza bylejakość związku w późniejszych latach, to widzieli w swoich rodzinach i na to się godzą, żyją spokojnie, zamiast się szarpać...
Trudne to wszystko. Szkoda, że nie mamy na forum więcej osób 60 + które mogłyby podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami.

Nie odkrywa się nowych lądów bez zgody na to, że na długi czas straci się z oczu brzeg. Andre Gide

18

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Ela210 napisał/a:

No pewnie, że w czasie wojennym, gdy mąż był w domu gościem, albo nawet lepiej, wracał po 3 latach do domu, to w sumie jak nowy facet...
W filmie Sommersby żona nawet  na początku nie poznała męża..
Natomiast kompletnie nie zgadzam się z Panią psycholog, że związki po kilkudziesięciu latach to życie osobno- a nawet szkoda mi tej pani, że ma takie spaczone spojrzenie.
Pamiętam związek dziadków, związek moich rodziców- to nie sa związki pozbawione czegoś na tzw starość.. Jest i porozumienie i wspólnota i błysk w oku.

Że nie wszyscy, albo niewielu tak ma?  pewnie prawda..
Czy dlatego, że sobie na to nie zapracowali, nie dbali o związek?-  nie sądzę że to tak. Można dbać o związek, ale jak ludzie się nie dobrali dobrze- to i tak tanga między nimi nie będzie..
Pewnie są i związki, gdzie mogłoby być super, jest porozumienie na podstawowych poziomach, ale nie potrafia się komunikować-  tu sami sobie winni.

Myślę, że wiele osób dopuszcza bylejakość związku w późniejszych latach, to widzieli w swoich rodzinach i na to się godzą, żyją spokojnie, zamiast się szarpać...
Trudne to wszystko. Szkoda, że nie mamy na forum więcej osób 60 + które mogłyby podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami.

to nie jest kwestia spaczonego spojrzenia, tylko raczej doświadczenia zawodowego tej kobiety wink

19

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

No właśnie- lepiej by doświadczenia zawodowe psychologów nie określały norm smile

Nie odkrywa się nowych lądów bez zgody na to, że na długi czas straci się z oczu brzeg. Andre Gide

20

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Ela210 napisał/a:

No właśnie- lepiej by doświadczenia zawodowe psychologów nie określały norm smile

można znaleźć innego psychologa, który udowodni coś zupełnie innego... do wyboru do koloru... ale nie chodzi o doświadczenie zawodowe zacytowanej pani, raczej o nasze preferencję, wyobrażenia

Ela210 napisał/a:

Szkoda, że nie mamy na forum więcej osób 60 + które mogłyby podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami.

szkoda, ciekawe byłby ich spostrzeżenia.
Moi rodzice w zeszłym roku obchodzi Złote Gody, dla nich oczywiste jest, że "co bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączy" i "trzeba nieść swój krzyż", ale też mój ojciec codziennie przychodzi do szpitala i bardzo przejął się chorobą.

21

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Ela210 napisał/a:

No pewnie, że w czasie wojennym, gdy mąż był w domu gościem, albo nawet lepiej, wracał po 3 latach do domu, to w sumie jak nowy facet...
W filmie Sommersby żona nawet  na początku nie poznała męża..
Natomiast kompletnie nie zgadzam się z Panią psycholog, że związki po kilkudziesięciu latach to życie osobno- a nawet szkoda mi tej pani, że ma takie spaczone spojrzenie.
Pamiętam związek dziadków, związek moich rodziców- to nie sa związki pozbawione czegoś na tzw starość.. Jest i porozumienie i wspólnota i błysk w oku.

Że nie wszyscy, albo niewielu tak ma?  pewnie prawda..
Czy dlatego, że sobie na to nie zapracowali, nie dbali o związek?-  nie sądzę że to tak. Można dbać o związek, ale jak ludzie się nie dobrali dobrze- to i tak tanga między nimi nie będzie..
Pewnie są i związki, gdzie mogłoby być super, jest porozumienie na podstawowych poziomach, ale nie potrafia się komunikować-  tu sami sobie winni.

Myślę, że wiele osób dopuszcza bylejakość związku w późniejszych latach, to widzieli w swoich rodzinach i na to się godzą, żyją spokojnie, zamiast się szarpać...
Trudne to wszystko. Szkoda, że nie mamy na forum więcej osób 60 + które mogłyby podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami.

W sumie, rozmyślnie nie przedstawiałem historii moich dziadków po mieczu. Bo i tych, po kądzieli - nie pamiętam.
Przeżyli razem 51 lat. Dziadek zmarł " w kwiecie wieku", bo miał zaledwie 73  lata  (na dzisiejsze standardy, mógł pożyć jeszcze z  10 w porywach), a babcia padół doczesny opuściła 14 lat później.
Gdy dziadek odszedł, bylem już metrykalnie dorosłym.
Widziałem jej rozpacz. I słyszałem wmawiane sobie, poczucie winy, że nie zauważyła symptomów nadchodzącego udaru na tyle wcześnie, by go uratować. Czy się kochali "do końca"?
W tym MTV rozumieniu, z pewnością już nie.
Ale, bardzo bliscy sobie byli. Rozmawiali o swoim małżeństwie nawet przy nas, sądząc naiwnie, że i tak wnuczęta niczego nie zrozumieją. Części z pewnością nie rozumiałem, mając te 10, czy 11 lat.

facet po przejściach

22 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-01-05 13:54:26)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

A co to jest to rozumienie MTV? Bo jeżeli masz na myśli przyspieszone bicie serca- to jestem przekonana że można je mieć po latach + bliskość- to włąśnie oznacza- kochali się? Cieszyli ze swojego towarzystwa? A nie tylko zapełniali sobie pustkę.
Ja miałam na myśli co innego- takie bezsensowne pogodzenie się z tym, że związek z czasem ma prawo stać się byle jaki. I nie o motylkach w brzuchu mówię- te mogą być nawet po 20 latach...

Averyl, złote gody- pięknie..
Natomiast uważam że osiągnięciem są srebrne- 25.. Wtedy testują się związki, dzieci wychodzą z domu a jeszcze nie jesteśmy starzy..- -złote to już siła przyzwyczajenia..

Nie odkrywa się nowych lądów bez zgody na to, że na długi czas straci się z oczu brzeg. Andre Gide

23

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Ela210 napisał/a:

A co to jest to rozumienie MTV? Bo jeżeli masz na myśli przyspieszone bicie serca- to jestem przekonana że można je mieć po latach + bliskość- to włąśnie oznacza- kochali się? Cieszyli ze swojego towarzystwa? A nie tylko zapełniali sobie pustkę.
Ja miałam na myśli co innego- takie bezsensowne pogodzenie się z tym, że związek z czasem ma prawo stać się byle jaki. I nie o motylkach w brzuchu mówię- te mogą być nawet po 20 latach...

Averyl, złote gody- pięknie..
Natomiast uważam że osiągnięciem są srebrne- 25.. Wtedy testują się związki, dzieci wychodzą z domu a jeszcze nie jesteśmy starzy..- -złote to już siła przyzwyczajenia..

Elu, to było przejaskrawienie oczywiste.
O tę miłość, dojrzałą mi chodziło.
Gdy motylki już zasuszone, w gablocie dobrych wspomnień pozostały. Są jednak blisko, bo coś z czegoś, kiedyś się narodziło . I przetrwało wiele lat przecież? smile

facet po przejściach

24

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?
Averyl napisał/a:

Przyznam się, że jestem ciekawa zdania ludzi, którzy są w wieku (zgodnie z sugestią pani doktor, że powinni już gryźć glebę big_smile), którzy mają swoje doświadczenia, przemyślenia - może żałują, a może są dumni z siebie.

Wypowiem się jako mężatka z ponad dwudziestoletnim stażem, a wiekowo ta, która zgodnie z sugestią pani doktor chyba powinna już gryźć glebę big_smile.
Powiem tak - ja chciałabym się ze swoim mężem zestarzeć i nie zamieniłabym tej dojrzałej, wieloletniej miłości na żadną pierwotną fascynację. To nic, że nie ma już tego powiewu nowości, który tak dwoje ludzi do siebie przyciąga, a za którym niektórzy tak gonią, bo to że znamy się jak łyse konie, że nie potrzebuję tłumaczyć rzeczy, które po tylu latach są już oczywiste, że doskonale poznaliśmy i akceptujemy swoje wady, przyzwyczajenia, że już się nie docieramy, że szkoda nam energii i życia na wydumane nieporozumienia, że nauczyliśmy się siebie nawzajem - to wszystko jest dla mnie znacznie cenniejsze. I wbrew temu, co twierdzi pani doktor, nie ma między nami pustki i nie żyjemy obok siebie, a ze sobą, wciąż też obecna jest fascynacja. Ona jest co prawda inna niż dwie dekady temu, ale nadal jesteśmy sobie bliscy i siebie ciekawi, tęsknimy za sobą, dbamy, by się sobie podobać. Oprócz tego wspólnie robimy mnóstwo rzeczy, w tym mamy własne, codzienne rytuały. Jednym słowem dziś nie czuję, że coś straciłam, ale że z każdym dniem nadal zyskuję.
Jasne, że to nie jest nieustająca sielanka, ale wychodzę z założenia, że problemy są wpisane w nasze życie, za to sposób, w jaki się je rozwiązuje - dużo o nas samych i o związku mówi.

Excop napisał/a:

Przeżyli razem 51 lat. Dziadek zmarł " w kwiecie wieku", bo miał zaledwie 73  lata  (na dzisiejsze standardy, mógł pożyć jeszcze z  10 w porywach), a babcia padół doczesny opuściła 14 lat później.
Gdy dziadek odszedł, bylem już metrykalnie dorosłym.
Widziałem jej rozpacz. I słyszałem wmawiane sobie, poczucie winy, że nie zauważyła symptomów nadchodzącego udaru na tyle wcześnie, by go uratować. Czy się kochali "do końca"?
W tym MTV rozumieniu, z pewnością już nie.
Ale, bardzo bliscy sobie byli. Rozmawiali o swoim małżeństwie nawet przy nas, sądząc naiwnie, że i tak wnuczęta niczego nie zrozumieją. Części z pewnością nie rozumiałem, mając te 10, czy 11 lat.

Kiedy zmarła moja babcia, a miała wówczas 72 lata, dziadek stracił całą radość życia. Widać było, że kochał ją bardzo i bez niej nic już nie miało sensu. Od tamtej pory miał taki głęboki smutek w oczach, taką pustkę w duszy, przycichł, zgasł, pomimo że wciąż otoczony był troskliwymi dziećmi i niemałym gronem wnuków. Mogę powiedzieć, że to naprawdę była miłość do grobowej deski, choć ich wspólne życie było trudne, bo warunki w jakich żyli, ówczesna wieś, spora gromada dzieci do wychowania i wykarmienia - to wszystko raczej nie sprzyja uczuciom. Dodam, że dziadek był od babci nieco młodszy, był jej drugim mężem, mało tego, pierwszym był jego brat, a kiedy ten zmarł, to dziadek z poczucia obowiązku zdecydował się zaopiekować bratową i jej małymi dziećmi.

Regulamin Forum Netkobiety.pl - koniecznie przeczytaj, a będzie Ci z nami łatwiej smile 

Nie czyń samego siebie przedmiotem kompromisu, bo jesteś wszystkim, co masz.

25

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Olinko, gratuluję dojrzałej wieloletniej milości. Nie wszyscy mają tyle szczęścia w życiu.
Oczywiście, że byś nie zamieniła na pierwotną fascynację-:) bo to się nie zdarza w udanych związkach.
Nawet gdybyś tego chciała- nie dałabyś rady- skoro wciąż fascynuje Cię własny mąż. smile

Nie odkrywa się nowych lądów bez zgody na to, że na długi czas straci się z oczu brzeg. Andre Gide

26 Ostatnio edytowany przez zwyczajny gość (2018-01-07 17:15:38)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Zadziwiające, jak osoba po doktoracie może takie BREDNIE wypisywać. I to w dobie powszechnego dostępu do internetu.
O fałszywych wnioskach nawet nie wspomnę.

Fakt, ŚREDNIA długość życia była niska, ale o tej średniej decydowała dramatyczna ilość zgonów niemowląt i dzieci do lat 4. Ilość zgonów dzieci wynosiła niekiedy 40-60% wszystkich zgonów. Ci co przeżyli żyli już znacznie dłużej od tej średniej. I nie tylko 10-15 lat w małżeństwie jak twierdzi ta pani dr.

27 Ostatnio edytowany przez Averyl (2018-01-08 09:17:48)

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Zwyczajny gość napisz coś w temacie, tak jak to zrobiła Olinka, _v_, czy Lady Loka. Proste pytanie:
Czy bycie z jedną osobą... aż do śmierci jest pozytywne, czy negatywne wg ciebie?

28

Odp: "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Dla mnie małżeństwo jest jednak do grobowej deski.  Nie wyobrażam sobie małżeństwa z jakąkolwiek inną kobietą niż moja żona.  Nawet gdyby doszło między nami do rozwodu, lub gdyby ona zmarła, nie poślubiłbym innej kobiety.

Z wyjątkiem dzieci, każdy ma takie życie na jakie zasługuje.

Posty [ 28 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » "i nie opuszczę cię aż do śmierci" groźba czy obietnica?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016