Przeprószam, ale czas na Templara - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Przeprószam, ale czas na Templara

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

Temat: Przeprószam, ale czas na Templara

Jestem, kim jestem.
Jestem wygnańcem we własnej ojczyźnie.
Wojna odarła nas, Templarów, z honoru, godności i moralności.
Walczyliśmy i ginęliśmy za Sprawę, lecz okazała się ona niewdzięcznicą. Nas, którzy znamy Głęboką Sztukę i Słowa Potęgi, którzy mogliśmy stać się jej gwardią… wyrzuciła jak zepsutą zabawkę. Obecnie, odmawia nam się prawa do godnego życia. Inni weterani żyją godnie i dostatnio, lecz nas traktuje się jak ścierwa. Ludzie nie chcą nas znać. Nie rozmawiają z nami, boją się nas. Tak, to wszystko ze strachu. Nawet pozbawieni uprawnień nadanych nam przez Cesarza, wciąż zachowujemy Błogosławieństwo Wiekuistego, które jest naszą opoką.

Jest 1 marca 1911. Roztopy na polach, na drogach błoto, a ja jadę konno przez to wszystko. Moim celem jest Berlin, gdyż doszły mnie wezwania mych Braci, czyli innych Templarów. Podobno szykuje się kolejna Wojna, a sam Cesarz chce by Germański Zakon Templarów znów stanął u jego boku. Na kogo uderzy- nie wiem, czy będą to Polacy, Francuzi czy Włosi, ewentualnie Czesi lub Szwedzi- ja, na rozkaz Wielkiego Mistrza stanę do walki.

Gdy znalazłem się na przedmieściach miasta, późnym wieczorem, zatrzymali mnie żandarmi.
-Zjeżdżaj przybłędo! Zjeżdzaj, pókim dobry!
-Wybaczcie, panie oficerze. Jestem Roegner Gottermard, Templar.
-Sscheisse!
-Zmierzam na wezwanie Cesarza… na pewno chcecie mnie zatrzymać?
W tej chwili kłamałem, bo wezwali mnie bracia, a nie Cesarz, ale on o tym nie wiedział.
-Nie, Herr Gottermard. Skoro wezwał pana Kaiser, to my się usuwamy.
W ten oto sposób, imieniem Kaisera otworzyłem sobie drogę na Berlin.

W Berlinie skierowałem się na Friedrichstrasse 22, do mojego druha, Leopolda Boerdera. Również Templara.
Na drzwiach jego mieszkania dostrzegłem wygrawerowany napis, zapisany znakami czytelnymi tylko dla Templarów „Czas nadszedł, Ognie zapłoną tam, gdzie zapłonąć powinny. I ty się tam staw, Bracie”
-Zapłoną gdzie powinny? Ogień Germański? Czas nadszedł? Osz…- mruknąłem.
Wróciłem do konia, dosiadłem go i ruszyłem na Prinz-Eugen Allee, do Świątyni.
Ruszyłem do domu.
Tak, Świątynia Ognia Germańskiego jest domem, klasztorem i ośrodkiem szkolenia Templarów od stuleci. Tam nie ma ,,zwykłych” ludzi. Tam są tylko moi bracia, i nasz Wielki Mistrz. To forteca nie do zdobycia, po odebraniu nam uprawnień i rozkazie opuszczenia Ognia, zapieczętowaliśmy ją i rozjechaliśmy się po Rzeszy. Ja osiadłem na południu, w Rosenheim, i czekałem. Czekałem długo.
Gdy dotarłem do Świątyni, dostrzegłem że na warcie stoi brat Terog, ubrany w szatę Zakonu.
Jak za dawnych dni…
-Chwała Wiecznemu Zakonowi, niech Ogień Germański płonie!- powiedziałem.
-A Bracia Templarzy mu służą. Witaj, bracie Roegnerze. Wejdź. Twój pokój czeka…
Wszedłem. Nie mogłem podać ręki Wartownikowi, ani go objąć jak brata, bo to byłoby niezgodne z Kanonem. Poczekam na zmianę warty…
Gdy tylko wszedłem na teren Świątyni, momentalnie zauważyłem Leopolda, tnącego Słowem Rozdzielenia drewno na opał.
-Bracie Leopoldzie!
-Brat Roegner! Witaj mi przyjacielu! Ale się bracia ucieszą, myśleliśmy już że Słowo cię nie doszło!
-Wszyscy już są?
-Ty jesteś przedostatni.
-Kogo brakuje?
-Dietricha. O, jest…
-Bracie Roegnerze, bracie Leopoldzie, witajcie druhowie. Byłem u ciebie, Leopoldzie, i znalazłem napis. Roegnerze, idziemy odpocząć chwilkę, nim zameldujemy się Wielkiemu Mistrzowi?
-Szybko się oczyśćmy, i spotkajmy się w Hallu.
Rozeszliśmy się do kwater. Gdy wszedłem do swojej, poczułem się jakbym wyszedł stąd wczoraj. Nic się nie zmieniło. Wszystko było tam, gdzie to zostawiłem 11 lat temu.
Podszedłem do stojaka na broń, chwyciłem mój ukochany miecz, i gładko wysunąłem go z ukrycia. Klinga lśniła. „Istotnie, czas nadszedł, byś przypomniał sobie smak krwi, przyjacielu”- pomyślałem.
Odłożyłem miecz ucałowawszy klingę, zdjąłem te pokutne, cywilne szaty i wyszeptałem Słowo Oczyszczenia. Znów byłem czysty i świeży, ponadto, gdy tylko ostatnia sylaba opuściła me usta, poczułem się jakbym nigdy nie tułał się po świecie, a zawsze był Roegnerem Templarem, Strażnikiem Germanii. Jakby Cesarz nie cofnął nam uprawnień ,,bogów narodu”.
Poczułem w sobie siłę i moc, jak za dawnych dni. Podszedłem do manekina, na którym wisiał mój templarejski mundur zakonny, i założyłem go na siebie, samą wolą jak dawniej. Pas jednak zapiąłem ręcznie, by przypomnieć sobie dotyk skóry tura.

Już w pełni odnowiony, jako Templar nie włóczęga, wyszedłem z mej kwatery, i skierowałem się do hallu. Tam właśnie pojawił się brat Dietrich.
-Tak wyglądasz dużo lepiej, Roegnerze, bracie. Jesteś Templarem, ja też. Powinniśmy nosić nasze szaty z dumą.
-Jestem dumny, i zachwycony, że znów możemy się spotkać. Dajcie Bogowie walkę z wrogiem… Idziemy się zameldować?
-Idziemy.
Ruszyliśmy Czarnymi Schodami w górę, dalej Korytarzem Chwały w stronę Sali Tradycji, gdzie, jak podpowiadało nam Błogosławieństwo, spotkamy Wielkiego Mistrza.
I był. Stał przy oknie, spoglądając na kładący się do snu Berlin.
-Chwała ci, Wielki Mistrzu Zakonu Templarów! Meldują się bracia Roegner i Dietrich.
-Witajcie, bracia. Ile to już lat?
-Jedenaście. Jedenaście, co do dnia, Wielki Mistrzu.
-Jedenaście lat tułaczki, pogardy i wyrzeczeń dobiegło końca. Cesarz Wilhelm II Hohenzollern wzywa Zakon do służby, tym razem na stałe. Na dowód dobrej woli, dodał do Uprawnień bezwzględne prawo miecza, prawo ognia i wody. A Uprawnienia… Na biurku leżą wasze medaliony i sygnety, załóżcie je. Od dziś, znów jesteście Templarami. Znów jesteście ponad wszystkimi, lecz poniżej mnie i Cesarza. Bracie Dietrichu?
-Tak, Wielki Mistrzu?
-Chciałem cię mianować moim przedstawicielem u Cesarza. Co ty na to?
-To dla mnie zaszczyt, Wielki Mistrzu.
-A więc od jutra będziesz pełnił tę funkcję. Natomiast ty, Roegnerze… wrócisz na stanowisko Ojca Miecza walecznej Armii Cesarstwa?
-Tak, Wielki Mistrzu. Z całym szacunkiem dla brata Dietricha, wolę akcję od reakcji. Na dworze bym się zanudził.
-A tego bym nie chciał. Zatem, bracia, rozkołyszcie Dzwon Teutoburski, niech Berlin wie, że Templarowie powrócili do Ognia. Potem, jesteście wolni. Czy brat Leopold naciął polan?
-Tak, Wielki Mistrzu, ma ich wielką stertę.
-Zatem, niech je ułoży w kominku Refektarza. Czas na pierwszą wspólną wieczerzę od 11 lat…
-Tak, Wielki Mistrzu.

Na wieczerzy wielu z nas, Templarów, popłakało się śpiewając nasz Hymn, Pieśń Teutoburską. I ja byłem wśród płaczących. Później było wesoło, żartowaliśmy, śmialiśmy się, piliśmy piwo i wino, pogryzaliśmy mięsiwa. Wróciłem na swoje miejsce, zaraz za Seneszalami, czyli jako czwarty od Wielkiego Mistrza. Naprzeciwko mnie siedział brat Georg, przełożony medyków Zakonu, a uśmiech nie schodził mu z wąsatego oblicza. Teraz naprawdę poczułem że jestem w domu.

Następnego dnia rano zerwałem się wcześnie, odświeżyłem, założyłem mundur i pas, przypiąłem sztylet, założyłem medalion i sygnet. Byłem gotów.
Udałem się do Sali Ognia, gdzie na środku huczał dwumetrowy płomień. Pokłoniłem się, a po wyprostowaniu zasalutowałem podnosząc prawą dłoń. Wycofałem się twarzą do ognia, i skoczyłem przez przestrzeń na dziedziniec kwatery sztabu Kaiserliches Heer.

Momentalnie usłyszałem lecące pociski. Wyskoczyłem w górę na jakieś trzy metry, i zawisnąłem w miejscu.
-Powiedzcie generałowi Kaerowi, że przybył Ojciec Miecza. Pędem!
Jeden z żołnierzy zarzucił karabin na ramię i zniknął w drzwiach do środka. Ja wisiałem, oni celowali we mnie. I mieliśmy napiętą sytuację.
Po chwili żołnierz wrócił.
-Herr Templar, groBe Enschuldigung! Herr Generaloberst von Kaer sagt: herzlich willkomen, Roegner Templar!
-To rozumiem.
Wylądowałem z gracją i wszedłem do budynku. Wewnątrz posuwałem się pewnie, dumnym krokiem, świadom swej mocy i siły. Już nie byłem tym wydrwiwanym cywilem, a Templarem. Stoję wyżej od kogokolwiek poza Cesarzem i Wielkim Mistrzem.
-Generale von Kaer, panowie…
-Witaj, Roegnerze. Cieszę się, że znów będziemy walczyć ramię w ramię z Templarami.
-Wróg też może mieć Templarów… A na kogo uderzamy?
-Francja. Drażnią nam warty graniczne, zbroją się na potęgę, słowem szykują się do walki. Raporty naszych wywiadowców mówią jasno- dwunastego marca uderzą.
-Rozumiem, że przeprowadzamy ofensywę zapobiegawczą?
-Tak, i zaczynamy walkę. Warto zająć choć część ziem francuskich, to są czarnoziemy. Oczywiście przystąpimy do rokowań et cetera, ale nasze wojska zajmą teren i nie puszczą bez rozkazu.
-Zatem, mamy wojska gotowe. Armia ma pełne składy osobowe?
-Regimenty ze wszystkich landów meldują gotowość… poza Lippe.
-A cóż robi Lippe?
-Lippe ma 1 regiment piechoty, i kilka szwadronów kawalerii. Stany osobowe mają opłakane, pacyfiści z bożej łaski…
-Załatwię sprawę.
-Dziękuję, Roegnerze.
Skoczyłem przez przestrzeń do gabinetu dowódcy garnizonu Lippe-Detmold.

Zastałem go pijanego w sztok, śpiewającego Die Wacht am Rhein. Mundur rozpięty, koszula zarzygana, buty brudne… obraz nędzy i rozpaczy.
-Baczność! Ojczyzna potrzebuje żołnierzy z Lippe, a dowódca garnizonu zachowuje się jak żul w burdelu?
Koniec końców, 1. Lippenland Infanterie-Regiment oraz szwadrony kawalerii osiągnęły 100% stanu w ciągu 2h. Skoczyłem zatem z powrotem.
-Generale von Kaer, oto raport z Lippe.
-Sto procent stanu? Pełna obsada, tylko proszą o amunicję? W 2h?
-Dokładnie, generale. Templar rzekł, Templar zrobił, słowo Templara cenniejsze dlań od złota.
-Gdyby nie wasz Kanon, to bym cię na piwo zaprosił! Dwie godziny i Lippe stoi w szeregu, patrzcie panowie, tak działają Templarzy… Dobrze. Zapraszam do mapy…

-… I za nimi pójdą wozy bojowe. Data czwarty marca. Wojska gotowe, Wielki Mistrzu, ale Zakon Templarów oczekuje Twej decyzji.
-Wyruszamy czwartego, kwadrans po północy. Każdy niech zna punkt zborny: Schloss Rothren 30 kilometrów od Trewiru. Tam się przemieszczamy, tu pozostają tylko dwaj Strażnicy, których będziemy zmieniać co 2 tygodnie, na początek bracia Zygfryd i Balgruf. Pamiętajcie, nie jesteśmy byle rzeźnikami. Nie mordować śpiących, bezbronnych i poddających się, ale w przypadku gdy wróg chce was zabić- macie prawo go zabić. Zresztą, co wam będę mówił, wszyscy zaprzysięgaliśmy Kanon. A teraz rozejdźmy się, przygotujmy się do drogi, mamy 1 dzień. Bracia, jutro będzie tu Jego Cesarska Mość. Około dziesiątej, więc zdążymy się posilić. Pokażmy mu przyjazną twarz Zakonu. Wykonać.
-Tak, Wielki Mistrzu!

Wróciłem do kwatery, i zacząłem szykować się do ,,wymarszu”. Miecz uległ zaostrzeniu i wypolerowaniu, umundurowanie bojowe też, odkurzyłem płaszcz i kaptur, wyglansowałem buty. Na koniec zostawiłem sobie czyszczenie sprzętu specjalnego, czyli horg i mogirów, a dla laików- broni awaryjnej klasy białej.
Gdy zakończyłem szykowanie wyposażenia, zameldowałem się do Seneszala Dierga, przełożonego naszych zielarzy, po leki, opatrunki i resztę. Teoretycznie Templar może się leczyć lekami zwykłych ludzi, ale mają one wtedy osłabione działanie.
-Hej, Roegner!
-Tak, Terog?
-Udajemy się odwiedzić seniora, grafa von Lutzow, zaprosił sześciu Templarów na poczęstunek, i Wielki Mistrz kazał mi zebrać ekipę. Rynsztunek gotów?
-Gotów, tylko odniosę medykamenty i mogę iść.
-To widzimy się w hallu. Załóż pokojowy.
-Jasne.

U grafa…
Nasze pojawienie wywołało mały huragan, gdyż młodzi gwardziści myśleli, że przyjedziemy automobilem, konno lub powozem, a nie ni stąd, ni zowąd pojawimy się na dziedzińcu pałacu grafa.
-Meine Herren, Graf von Lutzow.
-Herzlich wilkommen, meine alte Freunde!
W drzwiach pałacu stał opierając się na lasce staruszek. Posmutniałem, pamiętam go z dawnych lat,  jako bitnego, błyskotliwego dowódcę, pełnego życia i wigoru… A tu stał przede mną co prawda elegancki, lecz siwy, wychudły staruszek.
-Grafie von Lutzow, dziękuję za zaproszenie w imieniu Zakonu.
-Miałem nadzieję, że będziecie to wy, Roegnerze, Dietrichu, Terogu, Eugene, Friederichu i Wilhelmie. Niegdyś walczyliśmy ramię w ramię, a teraz… Wy wciąż jesteście młodzi i silni, a ja… Ja jestem wrakiem…- staruszek popłakał się.
Nie mogłem tego znieść. Po raz pierwszy w życiu nagiąłem Kanon, podchodząc do staruszka i obejmując go. Widać, że pozostali wpadli na ten sam pomysł. Ustawili się w ogonku za mną, i kolejno przytulaliśmy grafa.
-Dziękuję… Wejdźcie, wejdźcie do środka… Mam dobre mięsiwa i piwo, jak za dawnych dni… Wypijmy raz jeszcze razem, jak dawniej, jakbyśmy wciąż siedzieli w tamtym namiocie pośród burzy…
Weszliśmy, zasiedliśmy do stołu, chwyciliśmy kufle, wznieśliśmy toast za Rzeszę i Cesarza, później za gospodarza i jego rodzinę, później za braterstwo, a potem zaczęliśmy wspominać stare czasy, słynny Czarny Rajd, potem graf nieśmiało zanucił PreuBens Gloria, podchwyciliśmy murmurando.
-Widzicie, przyjaciele… Dziękuję wam. Pozostało mi niewiele życia, a marzyłem by jeszcze raz zasiąść w Waszym gronie, jeszcze raz powspominać i pośpiewać, a później niech mnie szlag trafi.
-Gerhardt, co ty mówisz?
-Mam już 89 lat, jestem stary… Nie jestem Templarem, jak wy, nie będę żył bez końca…
-Ale to jeszcze nie powód by umierać!
-Wolę umrzeć wyprostowany niż żyć sparaliżowany. A to mi wróżą medycy.
Nagle ktoś wszedł. Zerwaliśmy się z miejsc, by zobaczyć młodą pannę.
-Dziadku, powinieneś już spać, masz już swoje lata… A panowie kim są?
-To Templarzy, moi starzy druhowie… Roegner, Dietrich, Terog, Eugene, Friederich i Wilhelm. Ci, z którymi przelewałem krew.
-T...Templarzy? To ja przepraszam, już znikam…
Widać było że panna jest przerażona. Postanowiłem coś z tym zrobić.
-Panno Henrietto, nie jesteśmy wrogami. Nie musisz się nas bać, nie skrzywdzimy ani ciebie, ani twojego dziadka, a naszego przyjaciela. Gdyby nie Kanon, zaproponowałbym byś do nas dołączyła, my lubimy opowiadać, a młodzi podobno lubią słuchać. Ja nie mogę, ale ty, Gerhardt…
-Usiądź tu z nami, wnuczko. Nikt cię nie skrzywdzi…- graf zaklaskał w dłonie.
Wszedł służący.
-Tak, Grafie?
-Przynieś kielich i antałek soku dla panny. Piwo jej się nie godzi.
-Tak, Grafie.
Wróciliśmy do Świątyni o północy.

Rano buchnęła petryfikująca informacja- Graf Gerhardt von Lutzow strzelił sobie w serce, napisawszy list pożegnalny. Natychmiast olaliśmy Cesarza i w sześciu udaliśmy się do Pałacu Weteranów,  by zgodnie z jego życzeniem spopielić jego ciało.
Gdy wróciliśmy do Świątyni, Cesarza już nie było. Przygotowaliśmy się do podróży i czekaliśmy. Każdy z nas wyrzucał sobie samobójstwo grafa.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Przeprószam, ale czas na Templara

4 marca, minutę po północy, wszyscy byliśmy już na dziedzińcu w pełnym wyposażeniu. Nie obciążaliśmy się, każdy brał tylko swój ekwipunek, garnki i resztę planowaliśmy zdobyć na wrogu.
Kwadrans po północy, Wielki Mistrz rzekł jedno słowo.
-Już.
Skoczyłem przez przestrzeń do Trewiru, pod nakazany zamek… gdzie przywitał mnie właściciel, z którym wszystko omówiłem mentalnie.
-Freiherr von Bergow, witam. Jestem Roegner Templar, a naokoło pojawiają się moi bracia.
-Witam, Mistrzu. Zapraszam do środka, mój dom waszym.
-Dziękuję w imieniu Zakonu. Bracia, wchodzimy.
Ledwo zajęliśmy kwatery (mi przypadła w udziale wieża zachodnia, pokoik na poddaszu) a już jacyś piechociarze chcieli zarekwirować nam pałac. Wypadliśmy na zewnątrz, 300 Templarów w strojach do walki i płaszczach z kapturami, i dalejże krok po kroku zbliżać się do intruzów.
-Coście wy za jedni?
-Mistrzowie Germańskiego Zakonu Templarów!'
-Osz… Dobra, zuruck!
-Bracia, nakazuję Tempus trzygodzinny, później każdy przemieszcza się do swojej jednostki.

Moją jednostką był 69. Infanterie-R. Gdy pojawiłem się przed budynkiem zaanektowanym przez dowództwo, najpierw powitał mnie bagnet wymierzony w pierś, potem salut i otwarcie drzwi.
-Herr Oberst, herr Templar sind hier.
-Herzlich willkomen, herr Templar. Jakie są pańskie plany na operację Świt Cherusków?
-Chciałem pójść z żołnierzami, w pierwszej linii.
-Doskonały żart.
-Ale ja mówię poważnie, Oberst. Chcę pójść z żołnierzami.
-Ale pan jest Templarem!
-My, Templarzy, wojnę mamy we krwi, oddychamy nią jak zwykłym powietrzem, a w walce czujemy się jak we własnym łożu. Chcę pójść z żołnierzami.
-Oczywiście, Herr Templar. Hauptmannie Vogele, zaprowadzi pan naszego gościa do Pierwszej Kompanii.
-Zur Befehl, Herr Oberst!
Ruszyłem za kapitanem. Po drodze żołnierze wstawali, salutowali, i znów siadali na miejsca.
-Oberlieutenant Berger!
-Zur Befehl?
-Ktoś pójdzie z wami. Herr Templar.
Oblicze młodego oficera rozpogodziło się.
-Zostawiam pana zatem, Herr Templar.
-Jesteś wolny, Hauptmannie.
Gdy kapitan odszedł, porucznik odezwał się.
-Jak mam się zwracać?
-Jestem Roegner. Wolę, by postronni nie dowiedzieli się, że idę z wami. Nie chcę być celem dla wszystkich strzelców wyborowych wroga naraz.
-Zatem, Herr Roegner, czy mogę powiedzieć żołnierzom?
-Oczywiście. Ale niech nie kłapią dziobami.
-Zur Befehl!

Godzina piąta…
Po kompaniach poleciało hasło „Zaraz ostrzał pozycji wroga, potem myśliwiec zrzuci bombę na ich radiostację, gdy ta eksploduje, ruszamy!”
Stałem przy żołnierzach, milcząc. Widziałem, że się boją.
-Chłopcy, nie każda kula zabija. Walczyłem już na kilku wojnach… i mówię, że nawet przy pierwszym ataku jednostka szturmująca nie zawsze jest wybijana. Nie ma się czego bać, najwyżej spotkamy nasze przeznaczenie. No, otrzeć łezki, i szykować się, bo powietrze już bulgocze!
Nad głowami leciały pociski artyleryjskie. Spadały na francuską stronę granicy, budząc popłoch i przerażenie. Wtem ucichły.
-Aeroplan!- syknąłem.
Rzeczywiście, przeleciał nam nad głowami aeroplan, a po chwili eksplodowała bomba.
-Vorvarts! Vorvarts zum Teufel!
Ruszyliśmy do boju.

Pierwsza linia broniła się uparcie, ale gdy metodą propozycji nie do odrzucenia (miecz na tchawicy dowódcy pozycji) przekonałem ich do kapitulacji, sytuacja zaczęła się uspokajać. Jednostki II rzutu zabrały rozbrojonych jeńców, a my parliśmy naprzód.
Kilka pierwszych dni spędziliśmy na potyczkach z Francuzami, ale to nie było wyzwanie. Nudziłem się. Skakałem do dowódców wroga tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymagała. W ten sposób dotarliśmy na przedpola Metzu, dziewiątego marca o 3 rano. Byłem zmęczony i głodny, inni też, ale dostaliśmy informację by rozpoznać teren bez otwierania ognia. Wtedy to się stało.
Dotarliśmy do Glatigny, i już mieliśmy ją minąć gdy blisko nas usłyszałem parskanie koni.
-Kawaleria…- powiedział cicho porucznik- Wszyscy w dół! Roe, ilu ich?
-Dwustu…
-Jesteśmy w czarnej dupie… Nie ruszać się, broń w pogotowiu!
-Odjeżdżają!- szepnąłem.
Dotarliśmy tylko do Glattigny, gdzie był ewidentnie francuski punkt oporu. Wioska otoczona przykopami, zatoczone działa i karabiny szybkostrzelne. Rozpoczęliśmy kontrolowany odwrót.
Gdy wróciliśmy do sztabu pułku, wraz z porucznikiem poszedłem zgłosić wyniki rozpoznania.

-A więc to bastion? Zmieciemy go artylerią.
-Nie wydam zgody.- powiedziałem- Tam są cywile!
-Ale to francuscy cywile!
-ALE CYWILE!!!
Ostatecznie, postanowiono wysłać parlamentariuszy. Francuzi nie dość, że nie zgodzili się na opuszczenie wsi przez cywilów, to jeszcze zaczęli strzelać do parlamentariuszy z białą flagą!
Nasz batalion miał otoczyć wieś i wziąć ją w oblężenie, odpoczywając przy okazji. I tak zrobiliśmy.  Byłem zbyt zmęczony by skakać przez przestrzeń. Zaanektowałem sobie kawałek podłogi w leśniczówce, i poszedłem spać.

Szesnastego marca wciąż trzymamy ich w kleszczach. Nikt się nie prześliźnie, a na gołębie pocztowe mamy sokolników. W pewnym momencie przybiegł drugi obserwator ze wzgórza, Gefreiter.
-Herr Templar, herr Oberlieutenant… jakieś poruszenie we wsi. Krzyki i płacz.
-Na pozycje!-powiedział porucznik.
Chwyciłem miecz i popędziłem na wzgórze. Wyglądało na to, że Francuzi wypuszczają kogoś ze wsi. Jedną, małą dziewczynkę.
Pobiegła w stronę naszych pozycji.
-NICHT SCHIESSEN!- zawołałem.
Jednak, francuski oficer podrzucił do ramienia karabin i wycelował w dziewczynkę.
-Strzeli jej w plecy! Zdjąć go!
Salwa ze wszystkich naszych luf. Skoczyłem do małej, pojawiłem się za jej plecami, chwyciłem ją, zapłakaną i wierzgającą, i skoczyłem do naszego obozowiska.
Gdy dostała bułkę z konserwą, uspokoiła się i zaczęła mówić. Na szczęście tylko ja i porucznik znaliśmy francuski.
We wsi panuje absolutny głód. Całe jedzenie mają żołnierze. Gdy mama małej poprosiła o możliwość poproszenia NAS o jedzenie dla cywilów, została zgwałcona i rozstrzelana. Małego braciszka dziewczynki, z opowieści wynikało że niemowlaka, żołnierze francuscy ,,dali pieskom do zjedzenia”. A ją chcieli przedstawić innym wieśniakom jako przykład że za bunt będą karać na gardle. Włos się jeżył…
-Chłopcy, na pozycje. Każdy dostanie Francuza do zabicia, i ma to zrobić choćby miał go wykałaczką zakłuć.
-Tak jest!
Porucznik wyznaczył każdemu żołnierzowi jednego Francuza z bronią do zabicia, a ja miałem dać znać. Pokażę tym bestiom co to znaczy zadzierać z Templarem…
Gdy ja zacząłem ,,bieg zakonny” czyli 50 km/h w stronę wsi, ze wszystkich karabinów niemieckich wyfrunęła śmierć.
I spadła na Francuzów.

Gdy wpadłem do wsi, zobaczyłem leżących na ziemi, bezsilnych cywilów.
-Nicht schiessen…- powiedział z wysiłkiem pewien staruszek- Nie zabijac… My bezbronne ludzie- kontynuował łamaną niemczyzną- Pan oficer, nie zabijac…
-Żołnierze!
Biegli za mną, więc podbiegli.
-Nakarmić, ale uważać, mogą mieć broń.
-Jawohl!
Poszedłem rozejrzeć się po miejscowości. W pewnym momencie usłyszałem myśli oficera dowodzącego Francuzami. Był w pełni żyw, i czekał za winklem z granatem i pistoletem.
Skoczyłem do niego, przerzuciłem granat na dno morza, a pistolet przystawiłem mu do skroni.
-Nie możesz mi nic zrobić, jestem oficerem!
-Jesteś zwierzęciem, bestią która skazała cywili na śmierć głodową! O, żołnierze… Prawem Templara nakazuję powiesić.
-Jawohl, powiesić. Sofort?
-Najchętniej.
-Herr Templar, ta miała broń. Raniła naszego.
-W jakiej sytuacji raniła?
-Podchodził do niej z konserwą i kawałkiem chleba. Dostał kulę poślizgiem po skórze.
-Co masz na swoje wytłumaczenie?
-Szedł mnie zgwałcić!
Zdziwiłem się.
-Z konserwą i chlebem?
-Przynęta!
-Ach, błędne rozumowanie. Związać, nakarmić, nie będzie jeść to zostawić związaną, nie tykać.
-Jawohl!
-Co z rannym?
-Opatrzony.

Jakieś 18 dni później znów schodzimy z pierwszej linii, zmęczeni co do jednego, ale w szyku trójkowym, 66 z 99 żołnierzy, 1 oficer i 1 Templar. Znaczy się ja.
Metz zdobyty, rzeka pokonana, okopy porobione. Przechodzimy do walki pozycyjnej. A w rejonie Sponville, gdy odpoczywamy sobie w lesie, nagle pojawia się mała dziewczynka. Prowadzi ją nasz strzelec wyborowy.
-Herr Templar, herr Oberlieutenant, ich verstehe Sie nicht.
Podszedłem do dziewczynki w pełnym mundurze bojowym, a ona…
-Proszę, pomóżcie nam, bo wybiją całą wieś… Napili się i zabijają… Błagam, wiem że wy Germanie, ale pomóżcie…
-Poruczniku, oddział do wymarszu?- zagadnął feldwebel.
-Tak, Egon. Szykuj wszystkich, lecimy wlać łamiącym rozkazy.
-Zur Befehl!
Oddział szybko się zgrupował, i ruszyliśmy za małą. Prowadziła nas prosto na Latour-en-Voevre.
-Żebyśmy tylko zdążyli…
Im bliżej byliśmy wsi, tym głośniejsza była palba. Rzuciłem krótkie hasło:
-Mgła!
I rozproszyliśmy się. Podchodziliśmy do osady od całej południowo-wschodniej strony naraz. Tamci byli podpici solidnie, nawet nie spostrzegli gdy rozstawiliśmy naszą świeżą zabawkę (karabin Maxima) przy ich proporcu. Wtedy użyłem po raz pierwszy od dawna Słowa Nieugiętej Woli. Vos'h, czyli Rozbrojenie.]
Cała broń wypadła tamtym z rąk, by ,,przykleić” się do ziemi. Wtedy dopiero spostrzegli, że cisnęliśmy ich proporzec w błoto, zdjąwszy z niego insygnia niemieckie.
-So tu się tsieje?- zawołał ich podporucznik- Co fy som za jetni?
-Pozdrowienia od Germańskiego Zakonu Templarów, bydlaki.
-Oprasiłeś mnie psie!
-O nie, ja obraziłem bydlęta… Soldaten der 69. Inf-Reg, Erste Kompanie! Spędzić tę hołotę w jedno miejsce i pilnować, któryś się ruszy, pal mu w łeb!
-Zur Befehl, Herr Templar!
-A teraz- powiedziałem gdy rozkaz został wykonany- co wyście tu narobili? Rozkaz mówi jasno, nie tykać cywilów!
-Ale to żabojadzkie dupodajki i żigolaki, nie żadni cywile!
-Ernst, erschiesst es.
Pojedynczy strzał.
-A teraz, jeszcze raz, dlaczego prześladujecie cywilów?
-To nie żadni cywile, to Francuzi!
-Ernst…!
Jeszcze jeden.
Podbiegł obergefreiter.
-Herr Templar, to nie wszystko… Bitte, komm zu mir…
-Poruczniku, trzymać ich na muszce, rozkaz Templara. W razie próby ucieczki lub obrony zastrzelić jak psa, też rozkaz Templara. Verstehen?
-Jawohl! Mit Spass!
Poszedłem za szeregowym, a on pokazał mi… pole egzekucji. Stanowisko strzeleckie na górce, a na polu wiodącym do lasu dziesiątki ciał z ranami postrzałowymi z tyłu.
-Suczy syn! Strzelnicę sobie urządzili! Oto mój rozkaz… Zbierz z 12 kolegów i sprawdźcie czy ktoś jeszcze żyje…
-Jawohl!
Popędził wykonać rozkaz, a ja wróciłem na główny plac.
-Poruczniku, chorąży, jesteście świadkami doraźnego sądu polowego w imieniu Rzeszy. Oficera który mordował cywilów skazuje się na śmierć, a kompanię na… decymację poczwórną. Nadanym mi prawem miecza wyrok zatwierdzam! Co wy na to?
-Nauczyłem się, Herr Templar, że pan nie robi nic bez powodu, a zmusić pana do takiego wyroku to trzeba coś naprawdę przeskrobać.
-Widzisz, Roegner, po tym co meldowali moi żołnierze, mam ochotę zerwać mu te pagony.
-Ale zatwierdzasz?
-Jesteś zbyt łagodny. Ale zatwierdzam.
-Więc zerwij temu czemuś medale, ordery i dystynkcje. Friederich!
-Ja, Herr Templar?
-Masz informacje na raport?
-Ja, Herr Templar.
-To pisz. Znajdź sobie spokojne miejsce, napisz raport, przynieś nam do sprawdzenia i podpisu.
-Jawohl!
Podporucznikowi ,,bandytów” mój porucznik zerwał wszystko z munduru, a ja go ściąłem. Oddział zdecymowano cztery razy. Z 120 ludzi zostało 80, bo jeden przeznaczony do decymacji był tylko 16-letnim smarkaczem, za którym wstawiła się miejscowa dziewczyna. Zrobiło mi się go żal.
-Herr Templar, dein Befehl bist fertig. Żadnych żywych…
-Panie Templar?- powiedziała po francusku jedna z dziewczyn- Może ona jeszcze żyje…
-Kto?
-Claire Bailles. Niemcy pochowali ją żywcem, bo broniła się przed gwałtem…
-Gdzie, na litość bogów?
-Dokładnie pod panem…
Odskoczyłem jak oparzony.
-Bandyci do łopat, kto chce przeżyć kopie szybko w tym miejscu!
Rzucili się do łopat jak stado wygłodniałych szakali. Szybko ukazała się trumna. Zabita gwoździami trumna. Wyrwałem gwoździe wolą, i odrzuciłem wieko. Zamarłem olśniony.
Dziewczyna która leżała w trumnie, miała śliczne blond włosy, delikatną cerę, łagodnie zarysowany nosek i usteczka… Wyglądała tak słodko i niewinnie… Uległem jej czarowi jeszcze bardziej, gdy zaczerpnęła słabiutki oddeszek, i otworzyła swe piękne, lazurowe oczy. Byłem zgubiony. Pokonała mnie nieświadomie, nawet nie dobywając broni. Nie mogłem się powstrzymać, coś mnie do niej ciągnęło… Pocałowałem jej czółko. Po raz pierwszy w życiu pocałowałem kobietę.
-Erm… Herr Templar, alles gut?
-Ja. Gib mir Wasser mit Honig.
-Jawohl!
Podsunąłem tej cudnej istocie do ust manierkę zawierającą wodę z miodem (zdobycznym, ale nie zatrutym). Nie wiedziałem co robię, szepnąłem…
-Pij, aniele. Pij, poczujesz się lepiej…
Ostrożnie wypiła łyczek, i zakrztusiła się. Wypiła kolejny, i znów. Słowem Oczyszczenia oczyściłem jej drogi oddechowe, więc trzeci łyczek zamienił się w serię łyczków.
-Merci…- szepnęła.
Miała taki jedwabisty głos, że byłem pewny, iż nie mogę go uchwycić dłonią, tak był zwiewny i eteryczny.
-Roegner?
-Tak, Willi?
-Jakie rozkazy?
-Pogrzebać zamordowanych, spalić ciała zdecymowanych, oficera potraktować jak wampira.
-A ty zaopiekujesz się tą panną?
-Taki jest zarys planu.
Nastawiłem się na komunikację mentalną.
Wielki Mistrzu, tu brat Roegner. Nie przeszkadzam?
Nie, Roegnerze. Cóż to za sprawa cię sprowadza do kontaktu z frontu? Jesteś ranny?
Nie, Wielki Mistrzu. Chciałem poprosić o opiekę nad moją zdobyczą. Była pochowana żywcem, a ja nie chcę jej tu zostawić.
Masz prawo do zdobyczy, bracie. Wojna się kończy, Francuzi paktują z bratem Lotharem i Generalicją, wkrótce będziesz mógł się nacieszyć zdobyczą. Powiedz tylko, ładna?
Zaporowo piękna, Wielki Mistrzu.
Zaopiekuję się nią osobiście. Liczę że wrócisz żyw i zdrów, inni bracia skarżą się że nie bywasz wieczorami dostępny do komunikacji.
Wieczorami szturmowaliśmy pozycje francuskie.
Ach, rozumiem. Wytłumaczę braciom. Oczekuję twej zdobyczy w Kwaterze Polowej.
Wtem ta śliczna istota szepnęła coś, o czym nie śmiałem śnić.
-Proszę, zabierz mnie ze sobą… Zabierz, bo oni znów mnie zakopią… Wolę być twoja niż czyjakolwiek…
-Willi?
-Tak?
-Wracam za kwadrans, postarajcie się ich nie pozabijać w za dużej ilości.
-Rozkaz!
Wzbiłem się do lotu, z tą śliczną istotą w ramionach. Mknąłem jak błyskawica, a ona tuliła się do mojej piersi. Szybko dotarłem do Kwatery Polowej, czyli pałacu w którym kwaterowaliśmy. Na dziedzińcu czekał na mnie Wielki Mistrz. Ukłoniłem się po wylądowaniu.
-Wielki Mistrzu, oto moja… przyjaciółka.
-Rozumiem, co w niej widzisz, Roegnerze. Wybrałeś lepiej niż pozostali. Wyjaśnisz jej sytuację?
-Oczywiście. Mademoiselle, mamy wojnę. Nie jesteś bezpieczna, zresztą sama wiesz. Jedynym miejscem, gdzie nikt cię nie tknie, jest Kwatera Polowa Zakonu Templarów. Tu zaopiekuje się tobą mój przełożony, Wielki Mistrz. Tu jesteś bezpieczna, ale nie uciekaj. Ja też wkrótce tu przybędę, ale najpierw muszę zakończyć szlak bojowy. Przybędę do ciebie. Pamiętaj o tym…
-Jestem… Claire… a pan… monsieur?
-Roegner. Miło mi cię poznać. Zostań teraz tu i bądź posłuszna Wielkiemu Mistrzowi, on nie pozwoli cię skrzywdzić.
-Ale… wrócisz?
-Wrócę, Claire.
-Będę czekała…
Zerwałem się do lotu i wróciłem do porucznika Wilhelma. Obecnie kończył chować zmarłych, a zdecymowani już się kopcili.
-Dobrze, rozbijamy tu obóz, takie są rozkazy- powiedział czytając rozkaz przywieziony przez huzara.
Spocząłem, mając obraz ślicznej Francuzeczki pod powiekami.

Tymczasem w kwaterze polowej…
-Chodź za mną. Ani słowa.
Claire ruszyła z lękiem za tym mężczyzną. Poprowadził ją aż na wieżę.
-To pokój mistrza Roegnera. Tu kwateruje podczas tej wojny, i ty również tu pozostaniesz aż on nie zdecyduje co z tobą zrobi. Są dwie drogi- albo będziesz jego branką, albo zostaniesz oddana wszystkim do podziału. Zapewne rozumiesz co mam na myśli. Płacz pomaga, ale nie tu.
Rzeczywiście, dziewczyna płakała.
-Pamiętasz, co ci mówił? Nie uciekaj. Wszędzie naokoło żołnierze niemieccy, nie zawsze trzeźwi. A z tak śliczną osóbką postąpiliby w jeden sposób. Pamiętaj jednak, że możesz zostać uznana za brankę mistrza, a wtedy twój los będzie zależał od niego. Roegner jest dumny i władczy, ale nie okrutny. To jeden z najdelikatniejszych mężczyzn jakich znam. Ma wyczucie i intuicję. Roegner może cię i zabić, i zachować przy życiu, wybór jest jego. Nie wolno ci się odzywać bez pytania lub pozwolenia do Braci-Templarów ani Mistrzów, ani do mnie. Ale teraz masz okazję, mów…
-Monsieur, czy ja… Czy ja kiedykolwiek będę mogła stąd wyjść?
-Stąd tak, wkrótce. Odejść od mistrza Roegnera, uwolnić się? Tylko za jego zgodą. A wątpię, czy on cię szybko wypuści. Aż tak ci jest nienawistną twoja łagodna niewola?
-Pardon, monsieur… Nie jest mi nienawistną, a jedynie boję się o swój los…
-Do czasu decyzji mistrza Roegnera jesteś bezpieczna, będziesz otrzymywać jedzenie i będziesz miała dostęp do łazienki i kąpieli. O kontakt fizyczny TEGO typu ze strony innych Templarów się nie martw, gdyż twój brankołowca jest Mistrzem Zakonu, z tytułem Ojca Miecza. Niewielu jest mu równych, zasadniczo dwóch tylko. Mistrz Dietrich i Brat-Klucznik Terog. Mistrz Dietrich bardzo go lubi i szanuje, nigdy nie wejdzie Roegnerowi w paradę jeżeli Roegner nie wejdzie w paradę jemu, w co wątpię, a brat Terog jest w Berlinie, i też się z Roegnerem bardzo szanują. Co do twojego wyżywienia, nie oczekuj frykasów, ale nie pozwolę ci umrzeć z głodu. Dbasz o linię?
-Oui, monsieur.
-Zatem będziesz otrzymywać rozsądne porcje pozwalające zachować i linię, i siły. Nikt nie ma prawa cię tknąć, tylko ja. Ale pamiętaj, że każdy z Templarów ma prawo odpowiedzieć na atak, nawet jeżeli miałby cię uderzyć gdy go zaatakujesz. Dlatego nie atakuj Templarów, radziłbym ci ich wręcz unikać. Wyznaczę ci pory kąpieli i posiłków, z toalety korzystaj kiedy potrzebujesz. Chodzi mi o twoje bezpieczeństwo, dopóki Roegner nie orzeknie co z tobą. Pamiętaj, możesz być jego branką, albo niewolnicą wszystkich Braci, albo być martwa. Jeżeli popełnisz samobójstwo, wskrzesimy cię i ukarzemy. A kara będzie sroga i bolesna. Rozumiesz mnie?
-Oui, monsieur. Monsieur?
-Tak?
-Kiedy wróci Mistrz Roegner?
-Gdy Cesarz ogłosi koniec wojny. Czy coś jeszcze? Jesteś może głodna albo spragniona…?
-Ociupinkę głodna…
-Chodź zatem ze mną, pokażę ci jadalnię branek. Nie wolno ci jeść z Templarami dopóki Roegner się nie zgodzi. I, bez jego zgody, nie wychodź poza obręb terenów pałacu. To będzie niemiłosiernie boleć, tak bardzo że nie będziesz w stanie wrócić. Tu masz wszystko, co zgodnie z Kanonem ci przysługuje. Jeżeli Roegner zechce zapewnić ci więcej, otrzymasz więcej .Na chwilę obecną otrzymujesz minimum.

Wojna trwała jeszcze około miesiąca. Nadszedł piękny maj, było święto Pruskiego Orła, gdy skontaktował się ze mną mentalnie Wielki Mistrz. Leżałem spokojnie pod drzewem, wcinałem jabłko, i prawie się zakrztusiłem. Zerwałem się do pionu i wrzasnąłem na cały głos:
-DER KRIEG IST ENDET!!!
-Hurra!!!- odpowiedzieli żołnierze zrywając się z miejsc. Oddział stopniał do 50 ludzi plus oficer plus Templar, ale wszyscy czuliśmy już zapach przepustki. Dla mnie koniec wojny miał też śliczne oczka i imię. Byliśmy w rejonie przedwojennej granicy, w okolicy Manderen. Z tego, co przekazał mi Mistrz, byliśmy na ziemi niemieckiej. Linia Strasbourg-Nancy-Delle wyznaczała nową granicę.
-Jakie rozkazy, Roegner?
-Nasza kompania ma wracać do Trieru, gdzie czekają na was długie przepustki, a na mnie bracia.
-To co, łowimy pociąg?
-Kompania, powstań! Żołnierze, dokończcie jabłka czy co wy tam jecie, i idziemy na stację w Manderen, gdzie łapiemy eszelon do Trieru!
-Ja niestety muszę wracać. Odwiedźcie mnie w Świątyni Ognia Germańskiego, albo ja odwiedzę was w Trierze. W Berlinie pytajcie o mistrza Roegnera albo Ojca Miecza.
-Jawohl! Szkoda się już żegnać, ale mam nadzieję że się jeszcze spotkamy. Prawda żołnierze?
-Prawda! Chwała Wiecznemu Płomieniowi!
-Na zawsze, od zawsze! Chwała i wam!
Odmeldowałem się w sztabie regimentu i skoczyłem na dziedziniec kwatery polowej. Akurat dostrzegłem, że jeden z braci młodszych jest w dybach.
-Co zrobiłeś, Hans?
-Mistrzu Roegnerze, ja nie chciałem! Proszę nie zabijaj!
-Powiedz co zrobiłeś, a się zastanowię…?
-Uderzyłem stojącą spokojnie brankę… Szedłem korytarzem, a ona nie odsunęła mi się z drogi, tylko dalej gapiła się przez okno!
-Jak wyglądała ta branka?
-Nie wiem, zobaczyłem ją dopiero zalaną krwią… Wielki Mistrz powiedział, że jak wrócisz to Ty mnie zabijesz, mistrzu!
-Roegnerze.
-Chwała ci Wielki Mistrzu! Dlaczego miałbym zabić Hansa?
-Uderzył twoją brankę tak, że poszła krew…
-Nie zabiję go- warknąłem- Ale ma u mnie grubą krechę w rejestrze. Naprawdę grubą.
-Znów jesteś łaskawy, Roegnerze.
-Wielki Mistrzu… jak ona się czuje?
-Zemdlała na wieść o zakończeniu wojny. Wie, że nadchodzi jej czas. Że ty zadecydujesz. Oto mój rozkaz… Jeżeli jej nie zechcesz, oddaj ją mi, nie do wspólnego użytku. Jestem stary, i nie stanowię dla niej zagrożenia, a będę miał się do kogo przytulić…
-Wybacz Wielki Mistrzu, ale prawdopodobnie zachowam ją dla siebie.
-Rozumiem. Idź do niej, położyliśmy ją z Egonem na kocu u ciebie. Na podłodze, rzecz jasna.
-Odmeldowuję się cały i zdrów.
-I dobrze. Wieczorem uczta zamknięta, rankiem wracamy do Świątyni.

Skoczyłem przez przestrzeń pod drzwi swojego pokoju, i wziąłem kilka głębokich wdechów, by się uspokoić. Śniła mi się co noc, od kiedy ją spotkałem. Zamykałem oczy, i widziałem ją tak, jak za pierwszym razem, gdy wyciągnąłem ją z trumny, świeżo odkopaną, po zakopaniu żywcem. Czy ona mnie polubi? Czy raczej znienawidzi? Bogowie wiedzą.
Wszedłem do kwatery, i rozejrzałem się. Ona wciąż była nieprzytomna, leżała pod ścianą na grubo złożonym kocu. Pod głową miała jakiś zwinięty ręcznik. Postanowiłem jej jeszcze nie cucić, skoro oddychała stabilnie. Wygląda tak słodko i niewinnie…
Podszedłem do łoża, odpiąłem pas bojowy z mieczem i sztyletami, zdjąłem horgi i mogiry, zdjąłem na chwilę medalion by zdjąć kaptur od munduru bojowego, zdjąłem mundur bojowy, przebrałem się w pokojowy i założyłem nowiutki, biały kaptur Mistrza, po czym zawiesiłem na szyi medalion. Mundur bojowy oberwał Słowem Oczyszczenia, buty też, a czyszczenie miecza i broni było zbyteczne, gdyż zrobiłem to przed nadgryzieniem pamiętnego jabłka.
Uklęknąłem na środku pokoju, założyłem kaptur i rozpocząłem modlitwę do Praojców. Gdy podziękowałem im za zwycięstwo i życie, odrzuciłem kaptur i wolą ocuciłem Claire.
Przez chwilę leżała bez ruchu, by po owej chwili skulić się w kuleczkę. Trzęsła się przerażona.
-Claire, czy to ja cię tak przerażam? Wiedz, że nie po to ratowałem ci życie, by cię teraz zabić. Wiem, że nie jestem najprzystojniejszym mężczyzną na Ziemi, ale proszę, nie uciekaj wzrokiem, nie chcę cię karać.
-Mistrz Roegner?- szepnęła cichutko- Mistrzu, cieszę się że cię widzę…
-Uwierz mi, Claire, ja też się cieszę, że cię widzę żywą i w jednym kawałku. Czy wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
-Wspaniale, mistrzu… Tu mam jedzenie, toaletę i ciepłą wodę, nikt nie krzyczy i prawie nie bije…
-Hans został ukarany. Nikt nie ma prawa cię uderzyć, ale o tym zapewne Wielki Mistrz ci powiedział?
-Tak, mistrzu. Zostałam szczegółowo poinstruowana.
-Wiesz zatem, co muszę zrobić.
-Podjąć decyzję, mistrzu.
-Powiedz, jakie mam opcje.
-Możesz zachować mnie dla siebie, albo oddać wszystkim, mistrzu Roegnerze.
-Dokładnie. Co ty byś wolała?
-Ja, Mistrzu? Ja jestem branką… Nie do mnie należy decyzja…
-Czyli wolisz być wszystkich. Zatem…
-Litości, Mistrzu! Proszę, zlituj się… Zachowaj mnie tylko dla siebie, będę najlepszą niewolnicą jaką mógłbyś mieć… Tylko mnie nie oddawaj… Zrobię co każesz, spełnię każdy twój rozkaz… Tylko mnie nie oddawaj, Mistrzu…
Serce mi się krajało, gdy widziałem w tych niebiańskich oczętach łzy. Była taka przerażona…
-A więc, zostaniesz ze mną. Niechaj tak będzie… Claire, opowiedz mi o sobie. To twoje pierwsze zadanie.
-Kiedyś byłam Claire Bailles. Miałam despotycznego ojca, z zawodu rzeźnika, i okrutną mamę, która często mnie karała. Gdy wybuchła wojna, obchodziłam 17 urodziny. W dzień później miałam wyjść za sąsiada ze wsi, ale on poszedł w kamasze… Bardzo nie chciałam tego ślubu. On był bardzo brutalny, gdy byliśmy młodsi wyrywał mi włosy i wbijał szpilki w brzuszek. Nie tęsknię, wybacz mi Boże, gdy przyszła informacja że zmarł, cieszyłam się. Jednak następnego dnia przyszli tamci Niemcy, matka i ojciec przehandlowali mnie za alkohol, a ci żołnierze… Te bestie chciały… One chciały mnie zgwałcić. Broniłam się, raniłam jednego, to zakopali mnie żywcem. Gdy się ocknęłam, zobaczyłam pochylającą się nade mną męską twarz. Bałam się, że znów ktoś zechce mnie skrzywdzić. Ale on pocałował mnie w czółko, i dał pić. Takiej słodziutkiej wody jeszcze nie piłam… Istna ambrozja. Potem pojawił się pan, mistrzu… I trafiłam tu. Unikałam innych przez cały pobyt, monsieur Grande Maestro ustalił mi pory jedzenia i kąpieli, poinstruował co i jak, i powiedział że mam czekać. I czekałam.
-Zatem uważasz, że kto inny cię pocałował i podał wodę, a ja jestem kimś innym?
-Monsieur… Ja przepraszam…
-Mylisz się. To ja wyrwałem gwoździe z trumny. To ja cię pocałowałem. Pocałunek Templara zostawia ślad, w formie małego płomyka. Na czółku masz taki symbol. I to ja podałem ci wodę z miodem. To była jedna i ta sama osoba, znaczy się ja.
-To byłeś ty, mistrzu? Dziękuję…
-Nie masz za co dziękować… straciłbym szacunek do siebie gdybym pozwolił damie umrzeć w ten okrutny sposób. Powiedz, gdzie spałaś przez czas zakwaterowania w tym pałacu?
-O tutaj, mistrzu, tu gdzie leżę. Wiem, że łoże jest twoje.
-Powiedz, jak tam twoje plecki? Bolą po przebudzeniu?
-Są sztywne, mistrzu, i nie mam czucia. Dopiero później pojawiają się mrówki.
-Powiedz, może zamienimy się miejscami? Na tę jedną noc? Ja sobie pośpię na kocyku, a ty na materacu? Nie chcę byś cierpiała…
-Ale ja jestem branką, mi nie wolno…
-Milcz. Dla mnie jesteś kimś więcej, nie tylko branką. Ale o tym sza. Sądzę, że od teraz to ja będę decydował, co dla ciebie dobre. A spanie na podłodze nie służy twojemu delikatnemu ciałku. Zatem, tą noc spędzisz na łóżku, pod kołderką, SAMA. Ja będę sobie spał na kocu. Bez dyskusji.
-Tak, Mistrzu. Czy mogę jakoś  pomóc, Mistrzu?
-Potrafisz masować?

Potrafi masować… Gdy zszedłem na dół, do sali balowej w której stały już stoły, przywitałem braci  i Wielkiego Mistrza, po czym zająłem miejsce.
-Mistrzu Roegnerze- powiedział Wielki Mistrz- Decyzją moją wspartą radami Mistrzów, mianuję cię Seneszalem. Od dziś twoje miejsce jest bliżej mnie, dołączasz do Wewnętrznego Kręgu Rady. Czy przyjmujesz nowe obowiązki?
-Przyjmuję, Wielki Mistrzu, na chwałę wielkiej Germanii.
-Mistrzu Dietrichu, również zostajesz Seneszalem. Podobnie jak Roegner, od dziś siedzisz bliżej mnie, i masz głos- jak Roegner- w Wewnętrznym Kręgu Rady. Czy przyjmujesz obowiązki?
Dietrich przyjął, zaraz za nim obowiązki przyjął Georg, tylko że jego Wielki Mistrz mianował Mistrzem Medycznym Zakonu, co było stanowiskiem równym seneszalom. Wyznaczyłem brata Leopolda na swojego zastępcę (przyjął, co równało się dla niego z awansem warunkowym na Mistrza). Dietrich mianował swoim zastępcą brata Mirfingona (znam go z bitew, zawsze był dobry w dyplomacji i mieczu), a mistrz Georg podniósł do godności Przełożonego Medyków Zakonu swojego zastępcę sprzed awansu, brata Gustawa. Przyjąłem nową spinkę do płaszcza, mizerykordię i nowiutki płaszcz z herbem Orła Germańskiego w Płomieniach, czyli symbole seneszala. Zasiedliśmy do stołów i zaczęła się biesiada.
-Gratulacje, Arcymistrzu Roegnerze.
-A wzajemnie, Arcymistrzu Dietrichu.
-Powiedz, dlaczego złowiłeś sobie tylko jedną brankę? Wielu złapało sobie po dwie. Ja nawet trzy.
-Moja jedna mi wystarczy. Nie jestem głodny senoryki, wolę ją wielbić jak królową niż wykorzystywać jak kurtyzanę.
-Wielbić? Ty? Brankę?- zdziwił się Georg.
-Tak, Mistrzu Medyczny. Tobie też gratulacje. Wolę ją wielbić, choć nie przeczę, że z czasem… kto wie? Po prostu nie chcę jej skrzywdzić. Jest taka młoda i delikatna…
-Ja tam z kolei mogę ci jedną swoją odstąpić, przyjacielu.
-Dziękuję za ofertę, Dietrich, ale zostanę przy swojej.
-Mogę ją poznać? Honorowo, nic niewłaściwego.
-Oczywiście, ale to w Berlinie. Jest dość… nieśmiała.
-Rozumiem. Jest dla ciebie kimś więcej, prawda?
-Prawda- pokiwałem głową w zamyśleniu- Kimś bardzo więcej…
-Roegner.
-Tak, Wielki Mistrzu?
-Bądź łaskaw pójść ze mną, przywieziono piwo z Bawarii.
-Oczywiście.
Poszedłem z Wielkim Mistrzem. Rzeczywiście, piwo było. Ale mistrz zatrzymał mnie między bramą pałacu a automobilem z beczkami.
-Roegner, martwię się.
-Dlaczego, Wielki Mistrzu? Cóż zaprząta twe myśli?
-Ty i twoja branka. Wiem, jak rzadko ktokolwiek z Braci podnosi brankę do godności żony, ale wiesz, że w momencie Przysięgi, ona zyska nieśmiertelność? Nim się oświadczysz, nim stawisz czoła Braciom, bądź pewien że to ona jest tą jedyną. Ja się na to nie odważyłem, a teraz… Teraz nikt nie zechce mężczyzny który mimo że jest nieśmiertelny i sprawny, wygląda na przejrzałego. Nie popełnij mego błędu, ale nie popełnij też swojego. Jesteście dla mnie jak synowie, szkoliłem was, formowałem, prowadziłem do walki, chroniłem i leczyłem. I nie chcę, byście niepotrzebnie cierpieli. Rozumiemy się?
-Tak jest. Jesteś dla mnie jak ojciec, Weynarossie, Wielki Mistrzu Zakonu. Cenię twą opinię, rady i  doświadczenie, i masz moje słowo Templara, że nie oświadczę się, nie złożę Roty, dopóki nie będę absolutnie pewny.
-To się rozumiemy. Chodźmy po to piwo.
Przelewitowaliśmy cztery 500litrowe beczki do sali balowej, i wróciliśmy za stół. Wzrok Dietricha pytał, czy Mistrz zmył mi głowę. Pokręciłem głową.
Uczta trwała do późna w noc. Gdy wróciłem do swojego pokoju, nie było ode mnie ani znać, ani czuć piw ni win. Claire siedziała na łóżku, na brzeżku, i trząsła się.
-Claire. Dlaczego nie śpisz?
-Nigdy nie spałam w łóżku…
Te proste, ale ujawniające smutną przeszłość panny słowa wstrząsnęły mną do głębi. Podszedłem do niej, i ukląkłem przed nią. Ująłem jej dłonie w swoje.
-Spokojnie, Claire. Łóżko cię nie skrzywdzi, możesz spokojnie się położyć i pójść spać… Ja też idę spać, tylko się oczyszczę i przebiorę. Nie chcę być podglądany. Szanujmy swoją intymność. Ja nie podglądam ciebie, ani nie naruszam twej strefy komfortu, i oczekuję tego samego. Rozumiemy się?
-Tak, Mistrzu.
Pocałowałem jej delikatne dłonie, i po raz kolejny zdziwiłem się, jak delikatna jest jej skóra.
-No już, Claire… Masz moje słowo, że cię nie skrzywdzę. Połóż się.
-Tak, Mistrzu.
Położyła się, przykryłem ją przykryciem i opatuliłem. Następnie… znów pocałowałem w czółko.
-Śpij… Jestem tu, i nie pozwolę cię skrzywdzić.
Zasnęła. Ja rzuciłem Słowo Oczyszczenia, przebrałem się w szatę nocną i położyłem na jej kocu, na podłodze. Pachniał nią, to był bardzo przyjemny aromat… Też zasnąłem.

Obudziło mnie łagodne stukanie do drzwi.
-Arcymistrzu Roegnerze?
-Taak? Kto tam?
-Brat Firtzgerald. Wielki Mistrz kazał Cię obudzić, arcymistrzu, i powiedzieć że za pół godziny masz być na dole wraz z branką, gotów do powrotu. Z uwagi na przemęczenie wielu Templarów, podobno czeka na nas eszelon. Wrócimy koleją. Czy jesteś przytomny, Arcymistrzu?
-Jestem. Powiedz Wielkiemu Mistrzowi, że będę na czas.
-Tak, Arcymistrzu.
Zauważyłem że łóżko jest puste. Podszedłem do przyległej łazienki, i zapukałem.
-Mistrzu, kąpiel gotowa.
-Dziękuję ci Claire. Naprawdę, nie musiałaś…
Uśmiechnęła się słodko.
-Wiem, Mistrzu, że zapewne kąpiel w ciepłej wodzie sprawi ci przyjemność… Już wychodzę, chyba że mam zostać?
-Jestem ci wdzięczny, ale pamiętaj moje wczorajsze słowa. Wyjdź proszę.
-Oczywiście.
Wziąłem szybką kąpiel, ubrałem się i wyszedłem do sypialni.
-Co mam zabrać, Mistrzu? Wielki Mistrz powiedział, że branki noszą część dobytku łowcy.
-Wiesz, zasadniczo mogłabyś wziąć ten plecakoworek. Jest w nim mój strój bojowy, trochę ubrań, jest leciutki. I jest w nim prezent dla Ciebie, na samym wierzchu…
-Pudełeczko? A co w pudełeczku, Mistrzu?
-Otwórz.
-Jaki śliczny wisiorek… Dziękuję Mistrzu!
-Osobiście uważam że tak piękna dama nie potrzebuje ozdób, ale dzięki temu wisiorkowi inni Templarzy cię nie tkną.- powiedziałem ciepło.
Założyłem pas z mieczem, kordzik, płaszcz i kaptur, założyłem medalion i sygnet-od razu poczułem się jak Templar.
-Żebyś nie drażniła innych Templarów… idź za mną, nie obok i nie przed. Gdybym mógł, nosiłbym Cię na rękach, ale jak widzisz, muszę mieć szybki dostęp do miecza. Ale o tym, co powiedziałem, też sza.
-Tak, Mistrzu…
Zeszliśmy na dziedziniec. Inni już byli prawie w komplecie, branki stały oddzielnie.
-Claire, za mną.
-Tak, Mistrzu.
Podszedłem do Wielkiego Mistrza, zasalutowałem.
-Witaj, Seneszalu Roegnerze. Każ swej brance dołączyć do innych, lub stanąć na uboczu.
-Rozkaz! Claire, stań gdzieś z boku, choćby pod tamtym łukiem.
-Tak, Mistrzu.
Odeszła, a ja zwróciłem się do Wielkiego Mistrza.
-Czym wracamy do Berlina?
-Pięć minut marszu cywilnego stąd jest bocznica kolejowa, na niej czeka pociąg przeznaczony specjalnie dla nas. Zawiezie nas na stację Berlin-Tiergarten. Stamtąd do Świątyni pójdziemy pieszo, kolumną.
-Wedle rozkazu, Wielki Mistrzu. O, witaj Dietrich.
-Witaj, Roegner. Jak tam? Wyspałeś się?
-Jak nigdy. Mówiłeś że chcesz poznać moją brankę… za pozwoleniem, Wielki Mistrzu, mogę podkraść seneszala Dietricha?
-Oczywiście. Ale bądźcie gotowi w każdej chwili do wymarszu.
Przedstawiłem Dietrichowi Claire, zdecydowanie się zawstydziła, a później mój druh ponowił ofertę oddania mi jednej branki. Odmówiłem w języku francuskim. Dietrich uśmiechnął się i przeprosił za natarczywość.
Wyruszyliśmy w chwilę po przeprosinach Dietricha. Mimochodem rzuciłem Słowo Odnowienia na ubrania Claire. Anioł powinien wyglądać jak anioł, nie jak byle ulicznica.
Rzeczywiście, pięć minut marszu później staliśmy pod składem klasy Orient-Expressu. Powoli zaczęliśmy dobierać się grupkami do wagonów.
-Roegner.
-Zur Befehl, Grossmeister?
-Czy twoja branka dołączy do innych w ich wagonach?
-A czy mam wybór?
-Jako Seneszal możesz wydać jej rozkaz… znasz Kanon.
-Zatem, Claire, pojedziesz ze mną. Noch etwas, Grossmeister?
-Nein. Seneszale jadą ze mną w wagonie parcelowym. Znajdzie się dla was oddzielny przedział.
-Zur Befehl!
Wsiadłem do wagonu podzielonego na przedziały dwuosobowe, otworzyłem drzwi jednego z nich przed Claire. Uśmiechnęła się nieśmiało i weszła.
-Claire, inne branki jadą w wagonach do przewozu bydła. Doceń proszę to, że nie pozwoliłem ci tam jechać.
-Doceniam, mistrzu Roegnerze, bardzo doceniam. Czy mogę usiąść?
-Oczywiście, odłóż tylko worek. O bogowie… Twoje dłonie są poranione do krwi… dlaczego nic nie rzekłaś?
-Bo mi nie wolno…
Delikatnie ująłem jej nadgarstki, i wolą wygoiłem jej dłonie.
-Strasznie cię przepraszam… Zapomniałem że ten worek jest z juty. Zapomniałem że twoje dłonie mogą się pokaleczyć… Przepraszam że przez moją głupotę cierpiałaś…
-Nie musisz przepraszać, Mistrzu, jesteś Templarem, ja twoją branką…
-Ale poza tym, jestem- a przynajmniej mam nadzieję- dżentelmenem, a ty damą. I boli mnie serce gdy przypominam sobie twoje dłonie, poranione workiem…- ucałowałem jej dłonie, i dopiero wtedy usiadłem.
Jakiś czas później pociąg gnał po torach. Rozmawiałem z moim aniołem, zabawiałem żarcikami… W pewnym momencie ktoś zapukał w szybę. Kelner z obsługi.
-Arcymistrzu, Grossmeister kazał mi podać wszystkim pasażerom wagonu posiłek. Rzecz jasna, pasażerom nie bydlętom.
Momentalnie wpadłem w zimną furię.
-Kogo nazywasz bydlęciem?- warknąłem trzymając kordzik na tętnicy szyjnej kelnera.
-Tę francuską dziwkę…
-Pożałujesz swych słów! Wynoś się, i przyślij tu człowieka nie bydlaka.
Wycofał się przerażony, po chwili podszedł młody chłopak.
-Herr Templar, co pan zamawia?
-A co macie na śniadanie?
-Świeże pieczywo, wiejskie masło, szynkę, kiełbaski gotowane, ponadto możemy dać słoiczek miodu lub konfitur.
-Na co masz ochotę, Claire?
-Coś malutkiego, żeby nie przeszkadzać…
-Das ist doch Unsinn. Nie pogardzę niczym poza kiełbaskami. Konfitury, jakie macie?
-Mamy i niemieckie, wiśniowe czy jabłkowe, ale i zdobyczne francuskie, winogronowe.
-Dajcie francuskie, i nie śpieszcie się.
-Jawohl!
Pięć minut później na stoliku w naszym przedziale chłopak wyłożył talerz z pieczywem, maselniczkę, ćwierćmisek wędlin, słoiczek miodu i drugi, błękitny winogronowy.
-Kawy, Herr Templar? Czy może rumu lub piwa?
-Preferuję czarną kawę. Claire…?
-Tak, Mistrzu?
-Co chcesz do picia?
-Jeżeli mogę, to coś bezalkoholowego.
-Macie sok?
-Wedle rozkazu, Arcymistrzu, od truskawek przez winogrona po maliny. Choć, za przeproszeniem, dla Francuzki polecałbym gorącą czekoladę na świeżym mleku. Ale to pan musi wyrazić zgodę.
-Claire, chciałabyś czekoladę?
-Mhm…
-Zatem czekolada dla panny, dla mnie mocna czarna kawa.
-Wedle rozkazu, już przynoszę!
I przyniósł.
-No, Claire, smacznego. Jedz, ja nie będę zły. Będę zły, jeżeli nic nie zjesz. Tu masz jedną łapkę, tu masz drugą, tu nożyk i widelczyk do mięs… Pałaszuj. Nie przejadaj się, ale najedz.
-Merci…
Zaczęła powoli smarować bułeczkę konfiturą, więc ja zabrałem się za robienie 2 kanapek z mięsiwem. Przyglądałem jej się ukradkiem, i zauważyłem że tęsknie zerka w stronę filiżanki z czekoladą.
-Chcesz, to możesz pić. Czekolada jest twoja…
Powoli pokonaliśmy tę porcję śniadania. Przejeżdżaliśmy przez pola, wsie, miasteczka, nie zwracałem uwagi. Całą uwagę miałem skupioną na tym prześlicznym aniele, który siedział naprzeciwko. Gdy zakończyła posiłek, podziękowała takim słodkim, delikatnym głosikiem…
Oczarowała mnie po raz kolejny. Zauważyłem że ma pod noskiem i na wargach czekoladę. Poprosiłem ją by wstała, chciałem otrzeć te ślady ściereczką, ale… cóż, znów Bogowie się wtrącili.
Pocałowałem ją. Pocałowałem Claire. W usta.
Ja, stary Templar, pocałowałem młodą, śliczną, niewinną dziewczynę. Nim gryzące mnie sumienie zdążyło mnie wycofać, Claire zrobiła coś, o czym przez całe życie śniłem.
Założyła mi ramionka na szyję, i oddała pocałunek. Nie byłem na siłach… nie byłem w stanie być tak okrutny, by ją odepchnąć.
Wargi miała wspaniałe. Smakowały czekoladą, winogronami… i czymś jeszcze. Były bardzo miękkie i delikatne, i tak jakby nieco nieśmiałe.
Gdy pocałunek się skończył, Claire miała zamknięte oczy, stała bez ruchu…
-Bogowie, co ja narobiłem…- szepnąłem.
Wtem na jej twarz wypłynął łagodny uśmiech. Taki subtelny, kobiecy, nasycony przyjemnością.
-Claire… Ja przepraszam, nie wiem co mnie opętało… Nie powinienem był cię całować, obiecałem… Bogowie, za co?… Obiecałem że uszanuję ciebie, twoją intymność i strefę osobistą. A teraz ją naruszyłem bez pytania… Co mnie opętało? Poprzysiągłem sobie, że cię uszanuję, że będę cię ubóstwiał jak na to zasługujesz, że zwrócę ci wolność gdy tylko zechcesz mnie opuścić… A teraz złamałem przysięgę daną samemu sobie… Bogowie!
-Nie przepraszaj, Mistrzu Roegnerze… To było bardzo przyjemne, i bardzo mnie ten gest ucieszył… Dziękuję Ci za twoje postanowienia, ale wiedz, że nie chcę cię opuszczać. Uszanowałeś mnie. Uszanowałeś moją intymność, nie zmusiłeś do fizycznego aktu, choć masz takie prawo. I jestem za to wdzięczna. Jesteś wyjątkowo przystojny, wręcz śliczny, poza tym taki czuły, delikatny, miły i wrażliwy… Nie mogłabym marzyć o lepszym Łowcy. Usiądź proszę, Mistrzu…- uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Oniemiałem, gdy z ust tej cudnej istoty płynęły komplementy pod moim adresem. Ja przecież nie zrobiłem nic szczególnego…

Gdy dotarliśmy do Berlina, sam wziąłem cały ekwipunek. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby moja głupota poraniła tę delikatną pannę. Powiedziałem jej, żeby szła za mną. Na dworcu Tiergarten się zatrzymaliśmy, gdyż stąd do Świątyni były tylko dwie przecznice. Inne branki wyładowano z wagonów bydlęcych, a moja śliczna istotka szła grzecznie za mną. Wielki Mistrz uśmiechnął się do nas, odpowiedziałem tak samo.
Ruszyliśmy zwartą kolumną do Świątyni. Szedłem w pierwszej linii, wśród seneszali, na prawym skrzydle, a dwa kroczki za mną  szła Claire. Za nią zaczynały się linie Mistrzów, a na końcu szli bracia w porządku starszeństwa. W pewnym momencie w Claire poleciał kamień. Nim zdążył ją trafić, wypowiedziałem słowo Odwrócenia i Przyspieszenia. Ten, który rzucił, padł z rozbitą głową.
Gdy doszliśmy do Świątyni, Brat-Klucznik i Bracia-Wartownicy już czekali. Wpuszczono nas, i wtedy się zaczęło.
-Arcymistrzu Roegnerze, zapominasz o regułach Kanonu.- powiedział jeden z Braci wychodząc przed szereg.
-W jakim zakresie zapominam?
-W sprawie twojej branki. One są tylko rzeczami, przedmiotami służącymi zabawie, a Ty, Arcymistrzu, traktujesz swoją jak człowieka, ba, jak damę. Kanon mówi wyraźnie…
-Kanon mówi wyraźnie, że sposób traktowania Branki przez Łowcę zależy od Łowcy- wciął się Wielki Mistrz spokojnie, choć w jego tonie czuć było ostrzegawczą nutę.- Kanon nie wymaga ani ubóstwiania, ani okrucieństwa. Nawet jeżeli Arcymistrz Roegner podniesie tę Brankę do godności małżonki, to będzie jego suwerenna decyzja, i wtedy oponentom pozostaje Sąd Bogów. Ale  zapewniam, że do Sądu Bogów stanę u boku Arcymistrza bez wahania.
-I ja!- dodał Dietrich.
Po nim zgłosili się Leopold i Franz, nawet Hans wyszedł z szeregu Braci i powiedział że pomoże.
-Czy wy, Bracia Templarzy, sądzicie że ja, Wielki Mistrz Zakonu, pozwoliłbym łamać Kanon? Że podniósłbym łamiącego do godności Seneszala? Wierzcie, obserwuję Arcymistrza i jego Brankę od początku, i nie widzę nic, co łamałoby Kanon.
-Tak, Wielki Mistrzu.- powiedział pokornie tamten Brat, wracając do szeregu. Oznaczało to, że został przekonany.
-Nie jestem zły na nikogo, kto popełnił błąd myśląc że łamię świadomie Kanon.- powiedziałem.
Po krótkiej ceremonii rozeszliśmy się do komnat. Ja dostałem nową, większą, jako Seneszal.
-Wejdź, Claire. To twój nowy dom- to pomieszczenie. Powiedz, czy chciałabyś mieć swój materac?
-Mistrzu, ja… Ja wolałabym spać wtulona w Ciebie, lecz wiem, że mi nie wolno…
-Któż powiedział, że nie wolno? Ale… Co jeżeli zaoferuję ci oddzielne, miękkie łóżko? Zaraz każę auksyliarzom przynieść. Mów, zapraszam.
-Wiem, Mistrzu, że jestem ohydna, ale tak się staram… Tak się staram być jak najładniejsza…
-Nie o to chodzi Claire. Jesteś oszałamiająco piękna, ale nie czułbym się… czysty, gdybym pozwolił by tak cudna istota spała razem ze mną. To byłaby skaza na twej opinii…
-Jestem twą Branką, mistrzu, i jestem ci wdzięczna za twą dobroć, ale… Tak mi się nagle smutno  zrobiło… Nawet mój Łowca mnie nie chce, bo dba o moją nieistniejącą już opinię…
-Jestem już stary, Claire. Widzisz ten Krzyż Żelazny na ścianie? Nadał mi go Fryderyk Wielki za bitwę pod Leistau. Jestem dla ciebie za stary. Gdy jestem przy tobie, cierpię, gdyż wiem, że nie zasługuję na ciebie. Chcę byś któregoś dnia odeszła, znalazła godnego ciebie męża, założyła rodzinę i była tak szczęśliwa, jak ze mną nie byłabyś w stanie.
-Cieszę się bardzo, Mistrzu, że pragniesz mojego szczęścia. Ale nie chcę byś cierpiał… Oddaj mnie innym. Oddaj, a wkrótce zniknę… A ty będziesz spokojny i szczęśliwy, wrócisz do swego życia… a ja poczekam tam, gdzie wiek nie ma znaczenia.
-Nie oddam cię innym, ale skoro pragniesz się ode mnie uwolnić… od dziś zaopiekuje się tobą sam Wielki Mistrz. Dla niego jesteś jak wnuczka, on zadba byś była szczęśliwa…
-On nie da rady, Mistrzu, gdyż szczęśliwa nie będę już nigdy.
-Tęsknisz za domem, prawda?- szepnąłem.
-Nie, nie tęsknię za domem, Mistrzu. Ale już zaczynam tęsknić za tobą, ty głupku. Nie chcesz mnie, rozumiem… Mówisz że jesteś stary, za stary- rozumiem, masz prawo uważać się za starego. Ale pozwól mi spędzić tę noc tu, w tej komnacie… Później uwolnisz się ode mnie. Tylko jedna noc…
-Dobrze, zostań do rana.

3

Odp: Przeprószam, ale czas na Templara

Miesiąc później…
Ja, Wielki Mistrz Germańskiego Zakonu Templarów, który wiodę Zakon od wieków, stwierdzam że od kiedy Arcymistrz Roegner oddał mi swą Brankę, śliczną dziewczynę o imieniu Claire, sam zaczął obumierać. Z dnia na dzień jest coraz bardziej posępny, rozgoryczony i smutny. Na uczty nie chodzi, modli się sam, trzech Templarów to dla niego tłok, a z Rady Zakonu wypada jak oparzony. Wciąż pełni funkcję Ojca Miecza Armii Cesarstwa, lecz on powoli traci blask, traci ten żar, który prowadził go do niesamowitych nawet jak na Templara osiągnięć. On się sam zabija, idzie kursem na zagładę.
A Claire… całymi dniami siedzi w swoim kąciku, płacze, coraz mniej je, chudnie i opada z sił. Od samego początku jej uśmiech widziałem tylko raz, gdy Roegner spojrzał na nią przez chwilę podczas składania raportu. Jest dla mnie jak wnusia, nie krzywdzę jej, ma wiele udogodnień, oddzielne łóżko, suknie i wiele innych rzeczy, ale ona wciąż uparcie ubiera tę samą, zniszczoną sukienkę w jakiej przybyła z Roegnerem do Kwatery Polowej. Gdy raz ją zapytałem, dlaczego ciągle nosi jedną rzecz, rozpłakała się rzewnie i pisnęła, że to jedyne ubranie, w którym była szczęśliwa. Ona też umiera powoli.
32 dni od powrotu do Świątyni, wpadłem w gniew, i kazałem Gardzie przyprowadzić do mnie Roegnera. Żywego i nieuszkodzonego.
Przywlekli go. Nie miał już siły iść. Kazałem go posadzić w fotelu i odejść, wykonali.
-Roegner, martwię się o ciebie.
-Nie masz powodu, Wielki Mistrzu. Jestem zdrów i cały.
-Właśnie widzę- warknąłem- Widzę żeś zdrów jak ryba w strumieniu i silny jak tur w puszczy. Wiedz, że twój czas się zbliża, jeżeli nie zaczniesz walczyć to zamienisz się w kamień…
-Ja? Ja miałbym walczyć? Po co? Nie, Wielki Mistrzu, ja chcę zostać kamieniem. Kamień nie czuje… nie cierpi.
-A ty cierpisz.
-Tak… cierpię, bo kocham kogoś, kto nie spojrzy na mnie jak na potencjalnego partnera, a jak na siwego starca, niegodnego uwagi, wręcz ohydnego. Nie jestem godzien tak młodej, tak niewinnej, tak… subtelnej istoty. Ja umieram, bo wolę umrzeć wyprostowany niż żyć zgorzkniały. Myślisz, Wielki Mistrzu, że nie wiem, dlaczego inni schodzą mi z drogi? Dlaczego oficerowie Sztabu się mnie boją? Bo zgorzkniałem. Zrobiłem się nieprzewidywalny. A teraz na szczęście wszystko się kończy. Mam nadzieję, że znalazłeś tej cudownej istocie godnego małżonka, że jest szczęśliwa… Żałuję tylko że na wesele nie zaprosiła… Ale cóż, po co jej na weselu stary, zgorzkniały Templar?
Nie mogłem się powstrzymać. Strzeliłem Roegnera w twarz wierzchem dłoni.
-Oprzytomnij!
Podszedłem do małego ,,namiociku”  w kącie mojego gabinetu, gdzie dni spędzała ta Claire. Podniosłem dach, i podniosłem ją z podłogi. Była chorobliwie lekka, skulona obejmowała się ramionami i miarowo kiwała, jak dziecko z chorobą sierocą. Posadziłem ją na fotelu naprzeciwko Roegnera.
-Powiedz mi, moja droga, jak się dziś czujesz?
-Jestem radosna i szczęśliwa- powiedziała pustym głosem.
-A dlaczego?
-Bo mam na sobie moje szczęśliwe ubranko.
-Czemu to ubranko jest szczęśliwe?
-Bo gdy je nosiłam, on… On mnie przytulił i pocałował, więc może gdy zobaczy to ubranko zechce zrobić to ponownie?
-On tu jest, Claire.
-Jest? Ale ja już nie mam siły by otworzyć oczka… Dobij mnie, proszę… Poczekam na niego tam, gdzie wiek nie ma znaczenia…
-Nie- powiedziałem stanowczo.- Roegner, otwórz oczy.
Otworzył je powoli i spojrzał na mnie bez energii.
-Tak, Wielki Mistrzu?
Wskazałem mu Claire.
-O, witaj Claire… Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, że Wielki Mistrz znalazł ci godnego męża…
-Claire odmówiła siedmiu. Dalej nie szukałem. Ona czeka na mężczyznę, który jej nie chce.
-Na kogo?
-Na ciebie, Roegner. Od miesiąca dzień w dzień zakłada to szczęśliwe ubranie, a ty omijasz jej jak zarazy. Albo natychmiast się pogodzicie, albo pożałujesz!
-Ale ja nie jestem na nią zły… Po prostu pragnę jej szczęścia za wszelką cenę, nawet kosztem mego życia.
-Czy ty naprawdę myślisz, że ona będzie szczęśliwa w świecie, gdzie cię nie ma?
-Tak sądzę. Po co jej stary, wyniszczony Templar, skoro może mieć kogo zechce?
-Ale ona chce CIEBIE I TYLKO CIEBIE, Roegnerze!
Ostatecznie przekonałem tego osła by przyjął Claire z powrotem. Aż miło było patrzeć, jak ona jest przez niego całowana. Troszkę mi będzie smutno, ale wolę by ona żyła i była zdrowa u boku Roegnera, niż smutna i zgaszona dogorywała z dala od niego. Poza tym, obiecała że będzie mnie odwiedzać…

Gdy Wielki Mistrz strzelił mnie w twarz, poczułem że coś jest nie tak, jak powinno. Gdy zobaczyłem Claire, wynędzniałą i zmizerniałą, miałem ochotę ochrzanić Wielkiego Mistrza, choć go kocham i szanuję jak rodzonego ojca. Obiecał że Claire będzie szczęśliwa, że znajdzie jej dobrego męża, a tu próbuje mnie przekonać że ona… bardzo mnie lubi. Tak bardzo, że nie może beze mnie żyć. Że to przez brak mnie w jej życiu ona prawie umarła z wycieńczenia. Nie zniósłbym tego. Byłem takim idiotą, Bogowie miejcie litość… Gdy Claire wymsknęły się te nieco naiwne słówka, że może wreszcie jej szczęśliwy ubiorek zadziała, i on (czyli ja) przyjdzie do niej i ją znów pocałuje, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wróciły mi siły. Wstałem jak oparzony, podszedłem do niej, padłem na kolana i pocałowałem najpierw jej nosek, potem te drobne usteczka.
Przeszedł mnie dreszcz, gdy ona się poddała. Taka mięciutka i słodka…
-Nareszcie przejrzałeś na oczy, Arcymistrzu- szepnął wtedy Wielki Mistrz.

Zaniosłem ją do swojej komnaty i położyłem na moim łożu. Wciąż była słabiutka, ale wiedziałem że kilka słabych medykamentów Zakonu postawi ją na nogi. Precyzyjnie odmierzyłem krople z fiolek do szklanki, pomogłem jej usiąść i podsunąłem szklankę.
-Za każdy łyczek, który wypijesz, dostaniesz całusa. To nie będzie smaczne, ale to też nie trucizna. Pamiętaj, za każdy łyczek dostaniesz całusa.
Wypiła całą porcję.
-Ile łyczków?
-Dziewięć!
Pocałowałem ją delikatnie dziewięć razy. Uśmiechała się i mruczała kolejne cyfry. Wreszcie pocałowałem ją porządnie.
-To 10…
-Nie, 9 i bonus- odpowiedziałem.

Następnego dnia rano (a był to już czerwiec) obudziłem się pierwszy, i z wysokości podparcia na łokciu przyjrzałem śpiącej koło mnie Claire. Pozwoliłem jej spać ze mną, bo powiedziała że wciąż tego pragnie. Zatem, położyła się koło mnie, jak żona.
Żona…
Piękna sprawa, ale czy… Czy ja powinienem? Wiem, że ofiaruję jej nie tylko siebie i swoje serce, ale i nieśmiertelność. Czy ja powinienem?
Bogowie, skarciłem sam siebie, nie jestem w stanie patrzeć jak ta śliczna istota starzeje się i umiera. Przez wieki nie wybaczyłbym sobie, że na to pozwoliłem. Nagle ona otworzyła oczka, a ja dostrzegłem w nich łzy.
-Aniele, co się stało?
-Śniła mi się tamta trumna… Że znów mnie zakopują…
-To już przeszłość, teraz ja jestem przy tobie, i teraz ja nie pozwolę by ktokolwiek cię skrzywdził. Spokojnie, ukochana, odpręż się…
-Co powiedziałeś, Mistrzu?
-Że to już przeszłość. Że jesteś bezpieczna. Że nie pozwolę Cię skrzywdzić nikomu. Żebyś się odprężyła. Pominąłem coś?
-Tak… Użyłeś takiego ślicznego słówka…
Postanowiłem wziąć atak na pierś.
-Powiedziałem ukochana, bo Cię kocham, i chcę dla Ciebie jak najlepiej.
-To… To prawda?
-Tak- odparłem z mocą.- Jesteś moim cudem, moją miłością i przyszłością.
-A...Ale ja jestem branką…
-Powiedz, czy minął miesiąc?
-Minął.
-Zgodnie z Kanonem, po miesiącu bycia branką mam prawo cię uwolnić. Dziś staniemy przed Wielkim Mistrzem, i będziesz wolna. Będziesz mogła odejść, lub zostać. To zależy od ciebie.
-Co Ty byś wolał, Mistrzu?
-Jeżeli moje zdanie ma dla ciebie wartość, rozważ proszę opcję pozostania tu, w Świątyni, jako moja partnerka. Należymy do siebie. Ja do ciebie, ty do mnie. Pamiętasz, jak się skończył pomysł rozłąki.- byłem morderczo poważny.
Nie zniosę, jeżeli ona odejdzie. Będę wtedy wrakiem Seneszala, nie seneszalem.
-Zatem zostanę…

Na śniadanie zeszliśmy razem. Claire co prawda nie mogła zasiąść u mego boku przy stole Templarów, ale zadbałem by auksyliarze postawili dla niej stolik za moim krzesłem. Wielu zdziwiła obecność branki na śniadaniu Templarów, ale wystarczyło bym wstał, i cała brać ucichła.
-Wielki Mistrzu, Seneszale, Mistrzowie i Bracia-Templarzy, dziś minął miesiąc od powrotu do Świątyni po wojnie. Prawem Seneszala ogłaszam na dzień dzisiejszy, na godzinę dwunastą, Pierwsze Liberium. Wszyscy wiecie, co to znaczy.
Wstał brat Hans. Wstał i zasalutował.
-Arcymistrzu, wybacz pytanie, ale kłębi się ono w głowach wielu obecnych… Czy ty uwolnisz swą Brankę, oddasz ją wszystkim czy zabijesz?
-Uwolnię. I proszę tych, których branki błagają o wolność, by ją im dali. Czy ktoś jest naprzeciw mojemu ogłoszeniu?
Wstał Wielki Mistrz.
-Nie jestem przeciw, wręcz przeciwnie, lecz widząc brak chętnych do kontry, zatwierdzam ogłoszenie. Usiądźmy, trzeba mieć siłę na nowy dzień.
Wszyscy zaczęli posiłek od toastu za Ogień i Zakon, drugi za Wielkiego Mistrza, trzeci za braterstwo. Ja wziąłem ze stołu półmisek drobiu i podsunąłem Claire. Wzięła sobie troszkę z wdzięcznym uśmieszkiem, potem podsunąłem jej słoik konfitur i pieczywo. Na końcu wezwałem auksyliarza i kazałem podać jej gorącą czekoladę na mleku. Przyjął zamówienie bez mrugnięcia okiem. Ja życzyłem Claire smacznego i dołączyłem do rozmowy seneszali o nowych osiągnięciach w dziedzinie mechaniki. Seneszal Dietrich, mój stary druh, był podczas Rozproszenia mechanikiem, a obecnie rozwijał to jako pasję.
Nagle ktoś delikatnie dotknął mego ramienia.
-Czy mogę wyjść, Mistrzu?- szepnęła Claire- Muszę…
-Idź, Claire.
Gdy długo nie wracała, zaniepokoiłem się. Przeprosiłem Wielkiego Mistrza i seneszali, po czym odszedłem od stołu. Wyszedłem do bocznego korytarza, w którym zniknęła Claire, by zastać ją otoczoną przez inne Branki. Podszedłem bezszelestnie, i dopiero gdy stałem za ich plecami warknąłem Słowo Nieugiętej Woli, Słowo Obciążenia. Upadły na ziemię, a ja przypadłem do Claire. Była skulona i przerażona. Trzęsła się ze strachu.
-Claire, mon amour… Ca va?
-Źle… Rzucały mną jak lalką… Byłam za słaba, by się obronić… Brzuszek mnie boli…
W tym momencie pojawił się Seneszal Dietrich.
-Dietrich, bądź łaskaw zaordynować karę za napaść u tych ośmiu Branek, ja zajmę się moją śliczną Claire…
-Oczywiście, wręcz z przyjemnością. Zaatakowały tego anioła?
-Tak. Podejrzewam że z zaskoczenia.
Zaopiekowałem się czule Claire. Była potłuczona od upadku na posadzkę, miała złamaną rękę… Musiałem się bardzo pilnować by tych suk nie wymordować. Uleczyłem Claire i wróciliśmy do jadalni.
-O, Arcymistrz Roegner… Powiedz, jak się czuje twoja branka?
-Lepiej, Wielki Mistrzu. Była połamana… I tego nie wybaczę. Za pozwoleniem, Dietrich jaką karę zaordynowałeś?
-Po znajomości, zostaną sprzedane do domu publicznego. Ich Łowcy się zgodzili, podobno im się znudziły. Zgadzasz się?
Spojrzałem na Claire. W jej oczkach dostrzegłem dwie kryształowe łezki. Było mi bardzo trudno ich nie scałować, tu i teraz, przy całym Zakonie. Delikatnie pokręciła główką.
-Nie, Dietrich. Proponuję coś łagodniejszego… -mój ton nie spodobał się nawet mi.
-To jest wyjątkowo łagodne, bracia żądali dla nich KS-u! A co proponujesz, zatem?
-Wyjmijmy je spod ograniczeń Kanonu…
-O taką perfidię cię nie podejrzewałem… Ale dobrze, popieram.

Godzina 11.30. Właśnie wróciłem do swej komnaty z Sali Zebrań, gdzie auksyliarze szykowali ceremonię Liberium. Zastałem Claire przerażoną, skuloną na moim (naszym?) łożu. Podszedłem zatem do niej i delikatnie pogłaskałem jej drżące ramię.
-Co się dzieje…? Ukochana, kto cię skrzywdził?
-N-nikt, Mistrzu. Po prostu boję się, że zmienisz zdanie. Że każesz mnie zabić albo oddasz wszystkim…
-Aniele…- poczułem łzy w oczach- Dlaczego mnie tak ranisz? Dlaczego mi nie wierzysz? Kocham cię i za nic nie pozwolę skrzywdzić… Zraniłaś mnie, Claire… Ale wiedz, że będziesz wolną. Będziesz wolną i będziesz mogła odejść.
Opadłem załamany na łoże, i ukryłem twarz w dłoniach. Ja, Arcymistrz Templarów! Poczułem że moje dłonie wilgotnieją.
-Bogowie, za co zsyłacie mi rozpacz i ranicie me serce? Jestem Templarem, wojownikiem, ale nie mam siły by odrzucić tę, która mnie zraniła… Litości… Bogowie, litości… Nie wyrywajcie mi serca… Zabijcie, ale nie wyrywajcie mi serca… Co chcecie? Mojej krwi? Oddam całą, oddam życie… Tylko… tylko niech ona będzie szczęśliwa…- z moich ust padały niepohamowane słowa.
Poczułem że dwie delikatne dłonie odsłaniają mi twarz, a po chwili poczułem łaskotanie na twarzy i te delikatne, anielskie usteczka na moich ustach… Starałem się nie złamać, zachować się ostro i odepchnąć ją, ale gdy otworzyłem oczy, i zobaczyłem jej zamknięte oczka, a w ich kącikach łezki, rozczuliłem się. Raczej bardzo. Odpowiedziałem na pieszczotę najmilej jak potrafiłem.
-Nie rań mnie tak więcej… Proszę… nie… Ja błagam…
-Nie zranię Cię, Mistrzu. Proszę, wybacz…
-Ja nie potrafię. Nie potrafię ci nie wybaczyć, moja umiłowana Claire. Kocham cię, i nie chcę istnieć bez Ciebie. Niechcący mnie w sobie rozkochałaś, anieliczko, i teraz jedyna droga na wolność prowadzi po moim grobie…
-Zatem nie chcę być wolna, Mistrzu, chcę być Twoja… Na zawsze. Jak długo żyć będę.
Uśmiechnąłem się  jakby nieśmiało.

Godzina 11.55, zająłem miejsce za Stołem Seneszali. Claire miała wejść na salę na samym początku, właściwie jako czwarta, zaraz za brankami Dietricha. Sam Dietrich siedział koło mnie, a inni Bracia i Mistrzowie czekali za linią ze swoimi brankami. Tylko my, Seneszale, i nasz Wielki Mistrz mieliśmy zatwierdzać lub odrzucać wnioski Łowców.
Gdy dzwon zegara wybił dwunaste uderzenie, podeszły do nas trzy Branki Dietricha.
Mój druh uwolnił wszystkie trzy, a ja to z uśmiechem zatwierdziłem. Pozostali Seneszale również potwierdzili zgodę.
Jako następna podeszła Claire. Widać było, że się boi, ale uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco. Jej lęk jakby opadł.
-Arcymistrzu Roegnerze, opisz swoją relację z twą Branką.
-Ubóstwiam ją. Nie skrzywdzę, ani dopóki mogę utrzymać klingę w dłoni, skrzywdzić nie pozwolę. Nie nawiązałem głębokiego kontaktu fizycznego w żaden sposób, choć zdarzyło mi się całować Claire.
-Zadowoliła cię?
-Samym swym istnieniem…
-Czyli nie wnioskujesz o karę śmierci?
-Nie.
-Czy oddajesz ją Braciom?
-Nie, nigdy nie oddam mego serca na pohańbienie.
-Czy chcesz ją uwolnić?
-Wyrażam szczerą wolę uwolnienia Claire.
-Jednak, twoja Branka pragnie coś powiedzieć… Mów.
-Ja nie chcę być uwolniona.
Te słowa zdziwiły Seneszali i Mistrza.
-Nie chcesz być wolna? Dlaczego oponujesz decyzji swego Łowcy?
-Powiedział mi, że moja droga na wolność biegnie po jego grobie… A ja nie chcę by cierpiał. Sprawiłam mu dość, wręcz aż nadto cierpienia, i nie chcę by cierpiał. Chcę być jego tak długo, jak długo będzie mnie chciał. Mistrzu Roegnerze, proszę nie odrzucaj mnie…
-Ja mówię… uwolnić, i słowa nie zmienię. Decydujcie, Bracia-Seneszale. Liczę na twą opinię, Wielki Mistrzu.
-Mistrzu?
-Znam sytuację głębiej niż to być powinno. Mistrz Roegner ją miłuje, i jest miłowany zwrotnie. To, że chce ją uwolnić, jest częścią większego planu, czyż nie Roegnerze?
-Prawda. -powiedziałem krótko.
-Przyjaciele, znamy Arcymistrza Roegnera jako człowieka honoru, bitnego Templara i świetnego druha, który nigdy nas nie zawiódł. Jego odwaga i honor są nam znane. Proponuję zastosować wariant specjalny.
-Jaki, Wielki Mistrzu?
-Uwolnić brankę wbrew jej woli, i pozwolić jej zostać w Świątyni z Arcymistrzem Roegnerem, jeżeli wyrażą taką wolę. Rzekłem.
-Chętnie bym się podroczył z Roegnerem- powiedział Dietrich- Ale nie chcę ranić tej delikatnej istotki celem żartu. Popieram wariant specjalny.
Wszyscy poparli.
-Roegner, co ty na wariant specjalny?
-Zgoda, jak długo Claire się zgodzi.
-Branko Claire…?
-Zgadzam się… Dziękuję!
-Nie ma za co. Roegner, dokonasz Uwolnienia? To twoja dama.
-Oczywiście.- wyszedłem zza stołu, chwyciłem jedną z Bransoletek Wolności, i podszedłem do zapłakanej, ale szczęśliwej Claire.
-Podaj mi prawą dłoń.
Podała. Zapiąłem jej srebrzystą bransoletkę na nadgarstku, wypowiadając ceremonialną formułkę.
-Oto ja, Arcymistrz Roegner z Germańskiego Zakonu Templarów czynię cię wolną, na dowód czego daję ci tę bransoletkę ze szlachetnego srebra, pochodzącego spod Góry Nerihor, gdzie uwolnione zostały branki rzymskie po bitwie w Lesie Teutoburskim. Oddaję ci tożsamość, Claire Bailles, oddaję status wolnej i prawo samostanowienia o sobie. Ufam, że nie masz mi za złe, jako swemu Łowcy, traktowania podczas niewoli. Jesteś wolna.
Cofnąłem się o krok, lekko ukłoniłem, po czym ująłem jej dłoń i ucałowałem ją.
Wróciłem za stół.
-Cóż mam teraz robić?
-Garda odprowadzi cię do mej komnaty. Zastanów się, czy chcesz własną, mniejszą i w innym skrzydle, czy chcesz zostać ze mną, Claire, w mej komnacie. Przyjdę gdy tylko skończymy.
-Dobrze, Mistrzu.
-Nie nazywaj mnie już Mistrzem. Mów jak chcesz, ale nie nazywaj mnie Mistrzem jak branka.
-Dobrze, mon ami.
Odeszła pod ochroną Gardy. Mistrzowie i Seneszale uwolnili swe branki co do jednego, ale gdy nadszedł czas Braci, wiele branek wylądowało ,,na wspólnocie” albo w domu publicznym. Nieliczni swe uwalniali. Jednym z uwalniających był brat Hans. Stał bardzo blisko swej branki, patrząc na nią czule. Zapytałem go o to.
-Arcymistrzu, wiem że jestem zaledwie Bratem, a nie Arcymistrzem, ale mi też wolno się zakochać. Wiem, że jestem zaledwie Bratem, nie Arcymistrzem jak ty, ale ja również pokochałem swą Brankę i chcę uczynić ją wolną, by później podnieść do godności małżonki Templara. Czy macie serce zabronić mi być szczęśliwym?
To wywołało mały szum wśród Seneszali. Zastanawiali się co zrobić z taką deklaracją.
-Nie oddam Monique ani innym Braciom, ani nikomu obcemu, nie chcę dla niej hańby i śmierci, pragnę by została moją małżonką. Nie pozwolę jej skrzywdzić, dopóki jestem w stanie utrzymać klingę, dopóki moje serce bije będę jej bronił za cenę bytu.
-Milcz, Hans, daj nam się zastanowić.
-Zur Befehl!
Umilkł.
-Roegner, do ciebie się odwołał brat Hans, i to ty wydajesz decyzję.- powiedział stanowczo Wielki Mistrz.
Chciałem odmówić tak ważkiej decyzji, lecz gdy ujrzałem te dwie pary oczu, stalowe Hansa i zielone jego Monique, wpatrzone z nadzieją w moje usta, ich złączone dłonie, pomyślałem co zrobiłby Hans na moim miejscu, gdyby to on był Arcymistrzem a ja zwykłym, zakochanym Bratem.
-Roegner?
-Zezwalam na ten związek. Od dawna obserwuję brata Hansa, ja go nie wprowadzałem ale obserwuję go i patrzę jak się zmienia. Ostatnio, pod wpływem branki Monique zapewne, stał się kawalerem godnym awansu. Proponuję  zatem, by awansować brata Hansa na stanowisko zastępcy zarządcy auksyliarzy, i dać mu się wykazać. Co do jego płomiennego uczucia, to jestem go świadom, i jak długo Hans zachowuje się jak honorowy Templar, nie będę stał mu na przeszkodzie. Zezwalam. Hans… Weź to ode mnie, znasz formułkę.
Podałem mu Bransoletkę Wolności, a on wyszeptał tylko jedno słowo, i to bezgłośnie.
-Dziękuję…
Za bratem Hansem był brat Loed. On zaś zrobił coś, co spowodowało wrzenie mojej krwi.
Uderzył pięścią w lekko zaokrąglony brzuszek swej Branki, tak że upadła ona w konwulsjach na posadzkę.
-Co to ma znaczyć, Loed?
-Żądam dla niej kary śmierci przez palowanie. Śmie mi się przeciwstawiać, śmie się osłaniać gdy ją karzę, śmie kłamać. To wystarczy na KS, a wy, Seneszale, nie możecie podważyć mojej woli. To moja Branka, i mogę robić co chcę.
-Takiś pewien?- warknąłem ostro.- Georg, sprawdź co z nią.
-Dobrze, Roegnerze.
Po chwili…
-Jest bardzo ciężko pobita, ponadto ma rozległe obrażenia wewnętrzne. Wnioskuję o karę śmierci przez rozerwanie końmi…
-Proszę, nie…-szepnęła słabo branka- Pozwólcie nam żyć…
Wszystko zrozumiałem. Zaokrąglony brzuszek, konwulsje, słowo ,,nam”…
-Georg, chodzi ci o KS dla Loeda?
-Dokładnie.
-A tylko spróbujcie!- zawołał delikwent i sięgnął po miecz. Nie zdążył się zamachnąć, a już Garda go skuła.
-Wiesz, co jeszcze odkryłem, prawda Roegnerze?
-Wiem. Wielki Mistrzu, bracia seneszale, ta branka jest w ciąży.
Zamarli wszyscy. Pierwszy otrząsnął się Wielki Mistrz.
-Zatem, podważam decyzję Loeda, skazuję go na śmierć przez rozerwanie, a brankę…
-Celine, panie…
-Brankę Celine otaczam troskliwą opieką Zakonu, i nakazuję medykom dbać o jej zdrowie.
Mistrz dokonał Uwolnienia, a bracia medycy zabrali ją do Ambulatorium.
Później nie było już fajerwerków. Kilku Braci zachowało Branki jako branki, część swoje uwolniła, część oddała. Nic szczególnego… aż do samego końca, gdy do Sali wszedł pomocnik brata klucznika.
-Arcymistrzu Roegnerze, jesteś zaproszony na niedzielę, na bal z okazji promocji oficerskiej rocznika 1906 Cesarskiej Akademii Wojennej.
-Wielki Mistrzu, za pozwoleniem, chciałbym udać się na ten bal.
-Zezwalam. Pokażesz światu ludzkie oblicze Zakonu. Oczekuję że będziesz uczęszczał na takie wydarzenia, wraz ze swą Claire.
-Wedle rozkazu Wielkiego Mistrza…

Wróciłem do mojej komnaty, by zastać w niej śpiącą  Claire. Buciki zdjęła, i położyła się na pościelonym łóżku. Zapewne znużyło ją oczekiwanie… Podszedłem do niej, wiedząc że za chwilę obiad, i delikatnie pocałowałem ją w uszko.
-Claire, mon amour… Obiadek prześpisz!
-Mon ami… Dziękuję… Tak bardzo ci dziękuję…
-Ależ to była czysta przyjemność. Podoba ci się bransoletka?
-Tak… Taka subtelna i delikatna… Dziękuję… Pierwsza biżuteria w życiu, i to taka śliczna… czuję się kochana- wyznała.
-Jesteś kochana, moja najdroższa Claire. Powiedz, umiesz tańczyć?
-Troszkę…
-To jutro poćwiczymy. Otrzymałem zaproszenie na Bal Chorążych Akademii Wojennej, i pytam cię, czy uczynisz mi ten zaszczyt i udasz się na ten bal ze mną, jako moja partnerka?
-Byłabym zaszczycona, ale nie. Boję się, że przyniosę  ci wstyd moim brakiem umiejętności…
-Odmawiasz? A jeżeli nauczę cię tańczyć jak mistrzyni, tu i teraz?
-To pójdę.
Podzieliłem się z Claire, a dokładniej z jej umysłem, wiedzą o tańcu, a z jej mięśniami umiejętnościami.
-Chciałabym wyglądać choć troszkę ładnie…
-Będziesz najpiękniejszą damą na tym balu, zaufaj mi. Jutro udamy się do krawcowej.

Nazajutrz rano, obudziłem się jako drugi. Byłem bacznie obserwowany przez te dwa lazurowe oczęta, których prześliczna właścicielka czesała swoje długie, złociste włosy siedząc obok mnie.
-Witaj, Claire.
-Przespałeś śniadanie, mon ami. Jednak mistrz Dietrich kazał waszym pomocnikom ci przynieść… Mogę zjeść z tobą?
-Oczywiście, anieliczko.
Zasiedliśmy do stolika, i zaczęliśmy konsumpcję. Dietrichowi należy się uścisk, doskonale wiedział co dać. I wyczułem w aromacie konfitury nie tylko truskawki, ale i suvilorum. Ta drobna roślinka powodowała u ludzi wydzielanie substancji odpowiedzialnej za radość… Tak mi to klarował mistrz Georg.
Po śniadaniu przygotowałem kąpiel dla Claire, dolałem do wody nieco ekstraktu kwiatowego, i wyszedłem. Claire ma piękny głosik, stwierdziłem po raz enty, i potrafi śpiewać.
Gdy obydwoje byliśmy gotowi, wyszliśmy na dziedziniec, gdzie o dziwo czekał powóz, na koźle którego siedział auksyliarz.
-Arcymistrzu, Wielki Mistrz kazał by ten powóz był do twojej dyspozycji, i ja też.
-Jak masz na imię?
-Jestem Toran.
-Toranie, jedziemy na Długi Targ Mervira, gdzie zamierzam zrobić zakupy dla mej damy. Pamiętaj, komu służysz, to TY masz pierwszeństwo na ulicy.
-Służę Zakonowi z radością.- auksyliarz otworzył nam drzwiczki, podałem rękę Claire (przyjęła pomoc z lekkim rumieńcem), i ruszyliśmy. Moją twarz skrywał kaptur, a Claire promieniała urodą.
Jechaliśmy około kwadransa, po drodze konni ustępowali nam z drogi, kilku dandysów próbowało przesłać całusy Claire, ale  wystarczył jeden mój ruch, by delikwent przypominał sobie że ma w domu chorego szczurka. Gładziłem mianowicie medalion dłonią z sygnetem, a Claire opierała się o moje ramię z łagodnym uśmieszkiem. W pewnym momencie natknęliśmy się na patrol cesarskiej żandarmerii- ten sam patrol który oszukałem pod Berlinem.
-Herr Archmeister Templar- podoficer zasalutował mi- Radzę omijać Johannnes-strasse, automobil zatkał całą.
-Toran, słyszałeś?
-Tak. Arcymistrzu, pojedziemy objazdem.
Żandarmi odmeldowali się z uśmiechem (młody gefreiter uśmiechnął się nieśmiało do Claire, odpowiedziała uśmieszkiem) i pojechaliśmy.
Dokładnie o dziesiątej zajechaliśmy na pobocze Długiego Targu. Momentalnie podeszło do nas dwóch Stadtwachmanów.
-Herr Archmeister Templar- zasalutowali- Czy mamy zwrócić baczną uwagę na ten powóz, gdy pan będzie na zakupach?
-Jeżeli chcecie, to przypilnujcie.- powiedziałem.
Nie znosiłem Stadtwache jak psów. Gdy nadeszło Rozproszenie, szczuli nas, Templarów, psami. Ale teraz byli całkiem uprzejmi, więc nie uzewnętrzniałem uczuć.
Dostrzegłem szyld krawca kobiecego. Tam też skierowałem Claire i Torana, a sam postanowiłem sprawdzić jak ją potraktują. Claire weszła do krawca, Toran za nią, kazałem mu zasłonić herb Auksyliarzy na piersi płaszczem, by nie wiedzieli z kim mają do czynienia.
-Witam…- zaczęła Claire po francusku (słyszałem jej uszkami)- Przyszłam zakupić suknię.
-Nie obsługujemy tanich dziwek-odpowiedział jej pochylony nad rejestrem klerk.
Wszedłem cicho do sklepu, po czym rzuciłem ostro…
-A Arcymistrzów Germańskiego Zakonu Templarów?
-Sscheisse… Herr Archmeister, to sklep krawca damskiego, jeżeli chce Pan złożyć zamówienie na jakąś suknię to jestem gotów przyjąć każde zamówienie, ale nie sądzę by Templar znalazł tu coś godnego siebie, to krawiec damski…
-Wiesz, że powinienem rozpłatać ci tchawicę za to, jak zelżyłeś moją jedyną? Patrz na mnie, człowieku!-warknąłem- Albo nie, lepiej nie patrz. Zamówienie warte tysiące marek właśnie zeszło wam z horyzontu. Pozwól, mon amour, pójdziemy do konkurencji.
Chlasnąłem klerka przez twarz, i podałem ramię Claire.
-Toran, otwórz drzwi. Idziemy dalej. Zapamiętaj proszę adres tego sklepu, Rada Rzemieślników Berlińskich będzie zachwycona jakością obsługi.
Ruszyliśmy w głąb Targu. Ludzie się kłaniali, panie dygały, mundurowi salutowali…
Po chwili znaleźliśmy drugiego krawca damskiego. Znów puściłem Claire i Torana przodem, ale tym razem momentalnie podeszła do nich młoda dziewczyna, ewidentnie krawcowa.
-Czym mogę pomóc? Jakaś letnia sukienka, sukienka codzienna, czy życzy sobie Fraulein coś innego?
-Szukam sukni balowej… Może jakiejś na co dzień, albo kilku na różne okazje…
-Ma panienka u nas kredytowanie albo pieniądze?
-Ja niestety nie…
-Zatem, niestety nie możemy usłużyć.
Wtedy wszedłem do środka.
-Ale ja mam pieniądze. Im bardziej wasze dzieła spodobają się pannie Claire, im szybciej się uwiniecie, im bardziej spodobają się mi, tym więcej zapłacę.
-Kim pan jest? Proszę się przedstawić, Herr…
-Gottermard. Roegner Gottermard, Arcymistrz- Seneszal Germańskiego Zakonu Templarów. Prywatnie, opiekun tej oto damy i wasz zleceniodawca.
-Te-Templar? Heilige Mutter! Już zabieram się do pracy. Cóż jest potrzebne? Mamy tu różne suknie i sukienki, ponadto inne typy ubrań dla dam… Herr Templar, czy mógłby pan opuścić sklep? Peszy pan klientkę.
-Toran, idziemy. Ty zaczekasz przed wejściem, a ja pójdę dalej poszukać. Claire, wybierz co ci się spodoba, nie dbaj o pieniądze.
-Oui, mon ami.
Wyszedłem.
-Toran, nie pozwól nikomu uzbrojonemu wejść. W razie czego, użyj pierścienia, a natychmiast się zjawię.
-Zur Befehl!
Poszedłem dalej, rozglądając się. Znalazłem warsztat modystek, i wszedłem doń. Wywołałem tym lekkie poruszenie w środku.
-Herr Templar, czym możemy służyć?
-Czy macie jakieś ładne kapelusze na obwód głowy ES?
-Proszę, cała witryna. Do wyboru, do koloru. Kapelusze na zamówienie robimy w godzinę. Rozmiar ES?
-Tak.
-Pańska głowa wygląda na GS…
-Ale to nie dla mnie. Ja mam swój strój Arcymistrza, i to mi wystarcza. Osoba, dla której poszukuję kapeluszy, właśnie przymierza suknie.
-Branka?
-Nie, wolna dama.
-Rozumiemy, i zapraszamy pana, Herr Templar, jak i ową damę. Jesteśmy pewne, że coś eleganckiego znajdziemy.
Wyszedłem, i zobaczyłem jak Toran z wyciągniętą bronią broni dostępu do drzwi szóstce żołnierzy. Podszedłem do nich, ludzie rozstępowali się na boki.
-Hab acht, soldaten!
-Herr Templar, to pan…
-Wy z 69. Inf-Reg, 1 Kompania?
-Tak jest!
-Co was przyniosło do Berlina?
-Pociąg. Postanowiliśmy w ramach tygodniowej przepustki zwiedzić stolicę, postanowiłem odwiedzić siostrę, która tu pracuje, a ten tu mężczyzna nie chce nas przepuścić i szachuje klingą.
-Toran, klinga do pochwy. To swoi. A dlatego was szachuje, że wewnątrz jest nie tylko twoja siostra, Feldwebel, ale i osóbka, której kazałem mu strzec.
-Rozumiem. Herr Templar, czy to prawda? Cały Berlin huczy że wczoraj było u was Liberium. Czy mademoiselle Claire… Czy ona jest do wzięcia? Bardzo ją lubię…
-Obawiam się, feldwebel, że ja też ją bardzo lubię. Wczoraj ją uwolniłem, i chcę z niej uczynić małżonkę, ale o tym sza.
-Zatem, będzie wiodła dostatnie życie jako małżonka wysokiego stopniem Templara. Cóż, znajdę inny obiekt westchnień.
-O, chyba chcą byśmy weszli…
Weszliśmy. Claire miała na sobie śliczną kreację z jedwabiu i delikatnych jak skrzydło motyla koronek.
-Jak wyglądam, mon ami?
-Doskonale nawet nie zaczyna oddawać istoty twego piękna, najdroższa…
-Czyli nie wyglądam źle?
-Wręcz przeciwnie.  Czy dobrałaś inne suknie?
-Tak, mon ami. Kilka na różne okazje. Powiedziałeś żebym nie zwracała uwagi na fundusze…
-Tak powiedziałem. Mogę zobaczyć pozostałe kreacje?… Cudne. Dobrze, czy po tysiąc marek za jedną część ubioru wystarczy?
-Ale to fortuna…
-Pytałem o coś.
-Tak, Herr Templar.
-Zatem, ile?
-28 tysięcy…
-Proszę- położyłem na ladzie 56 banknotów po 500 marek, w równym rządku.- Prosze zapakować, a tę boską kreację, mon amour… zachowaj na bal.
-Zapraszam do przebieralni, mademoiselle.
Gdy wyszła, była w ślicznej sukni codziennej o barwie morskich fal. Poszliśmy do modystek, Claire wybrała sobie kilka kapeluszy. Wszystkie były niezwykle ładne. Moja anieliczka ma gust.
Gdy wyszliśmy od modystek, mój cudny aniołek zasmucił się.
-Co się stało, mon amour?
-Widzisz, mon ami, chciałabym kupić sobie jeszcze kilka kobiecych drobiazgów, ale nie mogę  cię wykorzystywać finansowo…
-Aniołku, ty mnie nie wykorzystujesz. Wręcz przeciwnie, sprawiasz mi przyjemność robiąc sobie sprawunki… Ja płacę, i jestem szczęśliwy. Powiedz, co jeszcze chciałabys sobie kupić?
-Zawsze marzyłam o prawdziwych pantofelkach…
-Toran, znasz tę aleję?
-Jawohl!
-Gdzie znajdę najlepszego szewca?
-Jakieś dziesięć metrów stąd, o tam jest szyld. Zawsze damy u niego zamawiają.
-Zatem złożymy mu wizytę.
I złożyliśmy. Gdy dostrzegł sygnet i medalion, ukłonił się głęboko i uniżonym tonem zapytał:
-Czym mogę służyć, Arcymistrzu?
-Poszukuję kilku par damskich bucików, takich najwyższej jakości.
-Oczywiście. To będzie dla pani, madame?
-Mademoiselle.
-Pardon. Dla pani, mademoiselle?
-Tak.
-Od czego zaczynamy?
Mój aniołek szybko wybrał cztery pary cudnych bucików, w tym kapcie, balerinki, pantofelki i lekkie kozaczki na słotę. Bardzo mi się podobał jej wybór. Bardzo.
Wyszliśmy (zapłaciłem z górką, bo obuwie było wyjątkowo delikatne i ewidentnie trwałe), i odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów. Toran nosił sprawunki (trochę ich już było), ja też zarzuciłem kilka pokrowców na plecy, aż wreszcie Claire się zarumieniła.
-Mon ami, to… Nie powinnam ci o tym mówić, ale chciałam… Chciałam kupić sobie nieco niewymownej bielizny. Czy mógłbyś dać mi nieco pieniędzy?
-Proszę, kup sobie co ci się najbardziej spodoba. Masz tu 50 tysięcy, a ja i Toran odniesiemy zakupy do powozu. Za chwilę będziemy z powrotem.
I byliśmy. Stadtgardyści stali na warcie, wszystko grało, więc wrócilićmy. Bardziej poczułem niż usłyszałem że moja umiłowana jest w niebezpieczeństwie. Wpadłem do sklepu z bielizną, Toran za mną, broń w ręku. Jakiś dandys macał Claire.
Nie wahałem się. Wbiłem mu hogir w mózg, i wyrzuciłem truchło na ulicę.
-Mon amour, czy wszystko w porządku?
-Czuję się zbrukana…
-Podejdź, przytul się…- olałem zasady i przytuliłem ją, siłą woli sprawiając by zapomniała ten ohydny incydent. Schowałem miecz i wyszedłem, a Toran za mną.

Niedziela, ranek…
Po porannych modlitwach przy Ogniu i śniadaniu, nadszedł czas by się szykować na bal.
Oczyściłem pokojowy mundur zakonny, usunąłem z niego nawet kurz, wyczyściłem buty i założyłem pas z mieczem. Moja umiłowana Claire była w ,,celi”, a właściwie komnacie Hansa, i Monique pomagała jej z kobiecymi szczegółami przygotowań. Ze mną był Hans- pieczołowicie czyścił moją broń, czyli miecz i kordzik. Oboje, Hans i Monique, mieli pojechać z nami. Hans jako osoba której oddam miecz gdy ruszę do tańca, a Monique zadba o korekty u Claire. Bardzo ich polubiłem, znaczy się Monique i Hansa.
Wpadł mi do głowy pomysł.
-Hans!
-Tak, Arcymistrzu?
-Poinformuj twą wybrankę, że ma założyć ładną sukienkę, gdyż będziecie tańczyć.
-Ale Arcymistrzu, to Ty zostałeś zaproszony…
-Wiesz, że cię lubię. Po Libero nawet bardziej niż przed. Gdy ja ruszę do tańca, będziesz pilnował mego miecza, ale gdy ty ruszysz w tan, by uszczęśliwić Monique… ja popilnuję twego. Rozmawiałem o tym z generałem von Kaerem, i naszym Wielkim Mistrzem, obaj się zgodzili. Wykonaj!
-Sofort!
W ten sposób gdy jechaliśmy konno do Akademii, towarzyszyły nam jadące karetą z herbem Zakonu na drzwiczkach,  dwie cudnej urody damy. Ja jechałem po stronie Claire i bawiłem ją rozmową, po drugiej stronie karety Hans nie był w stanie wydusić słowa, porażony urodą Monique. Byłem już pewien, że on ją kocha czystą miłością, i że zasłoni ją sobą… jakby co. Oby nie.
Gdy zajechaliśmy na dziedziniec Szkoły, zeskoczyliśmy z siodeł, i podaliśmy wodze gefreitrom kawalerii. Ja podałem dłoń mej umiłowanej Claire, a po mnie Hans zaoferował dłoń Monique.
-Panny zapraszam ze sobą, niezaproszonym mężczyznom dziękujemy. -powiedział jakiś feldwebel.
Zmarszczyłem brwi.
-Jest generał von Kaer?
-Jest.
-Powiedz mu, że kazałeś się wynosić Arcymistrzowi Roegnerowi z Germańskiego Zakonu Templarów, a potem od razu uciekaj, może cię nie zastrzeli jak uciekniesz.
-To pan… jest Templarem?
-Tak. Brat Hans też.
-A to przepraszam… Panny są proszone o przejście na salę balową, służba wskaże drogę, a panów Templarów mam rozkaz zaprowadzić do generała Von Steinberga.
-Za mną, Hans!
-Zur Befehl!
Generał przywitał się ze mną salutem i podaniem ręki, powtórzył to z Hansem, i zapytał czy mamy partnerki, bo jak nie to on nam znajdzie.
-Mamy partnerki, generale. Dwie damy o nieposzlakowanej opinii.
-Rozumiem. Erich!
-Melduje się porucznik Manteuffel!
-Zaprowadź Arcymistrza Roegnera i brata Hansa na salę wstępną. Tylko… Nie wiem, co z mieczem…
-Nie będziemy tańczyć obaj naraz… Jak ja tańczę, Hans pilnuje miecza. Jak on, to ja pilnuję. Bez obaw, generale von Steinberg.
Zostaliśmy zaprowadzeni do sali, gdzie było wielu oficerów różnych rang wraz z partnerkami, plus spora ilość gefreitrów roznoszących wino i przekąski.
-Hans?
-Tak, Arcymistrzu?
-Kieliszek reńskiego dla kurażu? Przyda ci się. Widziałem, że mowę ci odjęło przy twojej ślicznej Monique.
-Przyznaję, Monique zapiera mi dech w piersiach, ale pozwolę sobie zauważyć, że mademoiselle Claire wygląda również cudnie.
-Ja tu jestem służbowo, Hans, Claire jest tu jako partnerka przedstawiciela Zakonu. Musimy się prezentować. Ty i Monique stanowicie dobraną parę… Nie zaprzeczaj, nie obrażaj moich zdolności obserwacji. Skoczyłbys za nią w ogień, prawda?
-W ogień i na śmierć! By tylko była cała i zdrowa!
-Spokojnie. Jesteśmy tu we dwóch, i nie pozwolimy by partnerce drugiego stała się krzywda, prawda Hans?
-Tak jest!
-O, herr feldmarschal von Mackensen…
-Witaj, Arcymistrzu, witaj, bracie. Widzę, że jesteście samotni. To byłaby skaza na dumie Kaiserliches Heer, by dwaj goście honorowi byli samotni na balu z okazji promocji oficerskiej.
-Feldmarszałku, obaj mamy partnerki, ale poszły na salę balową, tam je pokierowano. Czekamy zatem na otwarcie drzwi, popijając to  reńskie wino…
-Rozumiem. Zatem, chcę was ostrzec, że będzie tu panna Hohenzollern. Byłoby miło, gdyby ktoś wysoki rangą zatańczył z nią, a nie ma nikogo wyżej Templarów.
-Rozumiemy. O, otwierają się drzwi… Wejdźmy na salę balową, feldmarszałku.
Weszliśmy. Panny stały szeregiem pod jedną z dłuższych ścian, śmiejąc się nerwowo, a po drugiej stronie stali absolwenci, którzy jutro zostaną oficerami. Rozbrzmiał gong, i absolwenci ruszyli do panien.
-Za pozwoleniem, feldmarszałku, chcielibyśmy odzyskać nasze partnerki. Ustawiono je z innymi pannami.
-To zapewne te dwie lilie, jedna w lazurze, druga w zieleni?
-Tak.
-Proszę bardzo.
Poszliśmy w stronę naszych dam, i zauważyliśmy że kilku absolwentów uparcie próbuje je wyciągnąć na parkiet.
-Z drogi, podchorążaki!- warknął Hans- Przed lepszymi stoicie!
-Nikt nie jest lepszy od niemieckich oficerów!
-Primo, stulcie ryje, secundo, nie promowano was jeszcze, a tertio, salutować debile, stoicie przed Templarami!- warknął jakiś głos z boku.
-Generale von Steinberg.
Podeszliśmy do naszych dam.
-Czy zaszczycą nas panny tańcem?
-Oczywiście…
Absolwenci otworzyli bal walcem, a ja i Hans odpięliśmy miecze.
-Hans, kto pierwszy?
-Pan, Arcymistrzu. Jest pan wyższy szarżą, stażem i dokonaniami.
-A co powiesz, byśmy ruszyli obaj naraz?
-A miecze?
-Nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy ich oddać pod opiekę generała-seniora von Steilena. On ma wystarczające dokonania, byśmy mogli to zrobić, oraz wystarczającą rangę, by nie pozwolić ich tknąć.
-Zgoda, Archmeister.
Podeszliśmy z naszymi aniołami do siedzącego z boku staruszka w mundurze generała Todtritterei.
-Herr General von Steilen… pozdrowienie i szacunek.
-Roegner! Witaj przyjacielu! Powiedz, jak się czujesz, gdy Cesarz was permanentnie przywrócił?
-Wspaniale, przyjacielu. Jestem tym, do czego mnie stworzono- Templarem. Jak twoje zdrowie?
-Nie narzekam, choć czasem męczy mnie romantyzm.
-Reumatyzm?
-Dokładnie. Czy wasi, templarejscy medycy mają na to jakiś lek?
-Mistrz Georg coś znajdzie, zapraszamy do Świątyni.
-Cóż to za anioły wam towarzyszą? Przedstawicie je staruszkowi?
-Oczywiście. Hermann, ta młoda dama w lazurze to moja partnerka, Claire Bailles. Claire, ten weteran to generał von Steilen, mój stary druh, dowódca korpusu Huzarów Śmierci.
-To dla mnie zaszczyt poznać tak piękną pannę.
-Cała przyjemność po mojej stronie, Herr General.
Hans przedstawił Monique, i zauważyliśmy że walc wstępny wchodzi w końcowe figury.
-Hermann?
-Tak, przyjacielu?
-Chcielibyśmy zabrać nasze słodkie aniołki na parkiet, a wiesz, że miecz w tańcu przeszkadza.
-Odepnijcie miecze, i połóżcie je na stole. Przypilnuję. Czy mógłbym w zamian liczyć na szansę na menueta z którąś z tych piękności?
Zerknąłem na Claire. Zgodziła się. Położyliśmy miecze przed generałem.

Moja wiedza umieszczona w ciele Claire procentowała. Tańczyła, jakby nic innego nie robiła całe życie. Byłem zachwycony że mi towarzyszy, nawet odrzuciłem kaptur z głowy.
Kilka tańców później wróciliśmy do generała. Miecze leżały jak je zostawiliśmy, a generał popijał sok z kieliszka.
-Claire, moja jedyna, czy możemy was z Hansem zostawić w towarzystwie generała? Przyniesiemy coś na ochłodę, widzimy że jesteście zmęczone.
-Zostaniemy zatem z panem generałem, prawda Monique?
-Oczywiście, Claire.
Ucałowaliśmy dłonie naszych dam, i razem z Hansem poszliśmy po sok dla panien i słabe wino dla nas. Gefreiter nalał zgodnie z życzeniem, i wzięliśmy kieliszki w drogę powrotną. Gdy podeszliśmy do stolika, gdzie zostały nasze damy, zauważyliśmy pojedynczego podchorążego, rozmawiającego uprzejmie z moją umiłowaną Claire. Podaliśmy damom kieliszki, i zapytałem...
-Claire, mon amour, czy ten podchorąży ci się naprzykrza?
-Nie, mon ami. Jest miły i dobrze wychowany, poza tym podobno znałeś jego dziadka…
-Nazwisko, podchorąży?
-Roegner von Lutzow.- podchorąży uśmiechnął się i zasalutował.
-Przykro mi z powodu twojego dziadka, istotnie go znałem.
-Dziadek wybrał godną śmierć nad wegetację. Żałuję że nie żyje, ale cieszę się, że go pan odwiedził przed śmiercią, Herr Templar. On zawsze był taki miły, tak ciepło się wyrażał o Templarach z którymi miał zaszczyt walczyć ramię w ramię… Przez całe dzieciństwo miał dla nas opowieści z wojen, które odbył. Dlatego poszedłem na Akademię. By służyć krajowi, jak mój dziadek.
-Podoba mi się mentalność tego podchorążego- szepnąłem do Hansa po templarejsku- A co cię sprowadza do stolika?
-Zauważyłem dwie piękne damy stojące skromnie na uboczu, postanowiłem wybadać sprawę, i oto zauważyłem dwa miecze Templarów spoczywające na stole. Szybko pojąłem sytuację, i za zgodą pana generała, zabawiam owe damy rozmową. Ale skoro panowie już wrócili, to ja znikam.
-Nie musisz znikać. Masz partnerkę?
-Tak, ale musiała na chwilę opuścić salę balową.
-Rozumiem. Panie generale, Hans… proponuję zaprosić tego absolwenta do stolika. Jego damę też.
-Zgoda- powiedział generał.
-Zgoda, Arcymistrzu.
-Mon amour? Monique?
-Będzie nam miło gdy tak elokwentny i dobrze wychowany kawaler dotrzyma nam towarzystwa.
Zasiedliśmy zatem do stolika, i zaczęła się lekka oraz przyjemna pogawędka. Generał sypał żarcikami, my dwaj go wspieraliśmy wiernie, a absolwent von Lutzow wyglądał czy jego partnerka nie wraca. W pewnym momencie przeprosił nas na chwilę i wstał. Poszedł w stronę wejścia…
-Heilige Flamme!- jęknąłem- Elwira von Mackensen!
-Ma pan zupełną rację, Arcymistrzu. Nasz absolwent ma nieziemskie szczęście.
Gdy wrócił, wstaliśmy obaj, i ja i Hans.
-Roegner, dokonasz stosownego przedstawienia?
Dokonał, my też. Zasiedliśmy do stolika.
Rozmowa potoczyła się dalej, a w pewnym momencie podszedł do nas gefreiter z orkiestry.
-Meine Herren, generał-komendant kazał zapytać co sobie panowie życzą za taniec jako następny.
-Menueta. Spokojnego menueta dla generała von Steilen.
-Menueta, tak jest, sofort.
Generał wstał, i podszedł do Claire.
-Czy zaszczyci panna starego wiarusa tańcem?
-Tak- odpowiedziała.
Generał ucałował jej dłoń i zaprosił na parkiet. Gdy rozpoczął się menuet…
-Herr Archmeister?
-Tak, Hans?
-Nie ma się czego obawiać, panna Claire nie ucieknie z generałem…- powiedział wesoło Hans- Ona widzi tylko pana, Arcymistrzu.
-Mam taką nadzieję, gdyż bez niej będę wrakiem Seneszala, nie seneszalem.
Obserwowałem ich przez całego menueta. Generał trzymał się doskonale i honorowo, nie robił nic niewłaściwego, a ten jego uśmieszek… Claire też się uśmiechała. Tak delikatnie, słodko… Zastanawiałem się czy…
-Przy panu uśmiecha się jeszcze piękniej, Herr Archmeister.
-Skąd wiesz, co pomyślałem?
-To była tylko myśl? Myślałem, że to było na głos?- zdziwił się von Lutzow.
-Wiedziałem, twój dziadek też czytał najbardziej wyraźne myśli jakby to były słowa. Ale dziękuję.
Gdy generał odprowadził Claire, odsunąłem jej krzesło, i zapytałem generała wzrokiem o coś.
-Jestem zaszczycony, panno Claire. Od bardzo dawna nie tańczyłem… A zwłaszcza nie z takim aniołem.
Generał poczekał aż Claire usiądzie, potem usiadł. Przez chwilę nie rozmawialiśmy w ogóle. Claire była lekko zarumieniona, spoglądała tęsknie na pusty kieliszek.
-Roegner.
-Tak, Arcymistrzu?
-Idziesz ze mną. Zaraz wrócimy.
Poszliśmy po sok…

Gdy jakiś czas później spacerowałem z Hansem korytarzami koło sal balowych, a nasze damy poprawiały fryzurki w łazience, nagle usłyszałem dobrze znany dźwięk- pocałunku. Postanowiłem wybadać sprawę. Powiedziałem najciszej jak umiałem do Hansa:
-Skaczemy!
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to młody von Lutzow całuje pannę von Mackensen… w usta.
-Mhm.
-Herr Archmeister, ja…
-Na to nie ma wytłumaczenia. Ale dam ci szansę. Dlaczego postąpiłeś niehonorowo, całując tę pannę?
-Ponieważ ją kocham, i nie chcę żyć bez niej. Jutro jest oficjalne ogłoszenie jej… zaręczyn… z Majorem von Bergow… moja promocja… Ale po promocji, mnie już nie znajdą żywego… Nie chcę żyć w świecie, w którym panna Elwira jest skazana na małżeństwo z okrutnym, zwyrodniałym  satyrem. Nie chcę żyć w świecie, w którym musimy cierpieć rozłąkę. Odmówi pan skazanemu ostatniego pocałunku, Herr Archmeister?
-Emocje aż się z ciebie wylewają, Lutzow. Ale powiedzmy, że wezwę do siebie ojca panny Elwiry, tu i teraz. Czy postawisz mu się, czy będziesz posłuszny randze?
-Mogą mnie rozstrzelać, ale nie pozwolę pannie Elwirze cierpieć!
-Panno von Mackensen, pani opinia?
-Jutro słońce straci blask w mych oczach… Nie dam się wziąć żywcem… Kocham Roegia całym serduszkiem, i jak nie mogę być jego i z nim, to nie będę z nikim i będę niczyja. Arcymistrzu, ja… Ja jestem młoda. Nie chcę umierać, ale honor jest dla mnie ważniejszy od życia, nie pozwolę się zhańbić. Wiem, jestem tylko panną, nie mam prawa do obrony… Ale mogę wybrać śmierć nad hańbę. I wybiorę śmierć.
-Hans?
-Ja?
-Wezwiesz do mnie z szacunkiem feldmarszałka von Mackensena, generała Stirza, i tego majora… Jeżeli go znajdziesz, to też ojca panny von Mackensen. Sofort?
-Sofort, Arcymistrzu.
Przyszli. Major przybiegł, generał Stirz i feldmarszałek przyszli statecznie. Na końcu pojawił się oberst von Mackensen.
-O, Roegner… Powiedz mi, przyjacielu, co tu się dzieje? Czemu oderwałeś mnie od wina?
-Widzisz, feldmarszałku, jest sprawa.
-Dotycząca?
-Twojej wnuczki.
-Co zbroiła ta dziewucha?
-Oberst, morda!- warknąłem i wyjaśniłem sprawę.
-Od kiedy to panna może kochać bez pozwolenia rodziny?
-Oberst, drugie ostrzeżenie, za trzecim podetnę ci karierę… Co sądzisz, feldmarszałku?
-Zastanawiam się co powinien sądzić oficer, a co dziadek, senior rodu… Dochodzę do wniosku, że skoro młody von Lutzow zechce oficjalnie wystąpić o jej rękę, to ja go przyjmę. Czytałem raporty na temat absolwentów, i von Lutzow jest godny nazwiska. A zatem, także ręki mojej wnuczki. A ty, Kuno, siedź cicho, albo bez ostrzeżenia mogę cię wysłać do Obersalzbergu. Ty, synu… Jestem z ciebie wysoce niezadowolony. Zadbam, byś miał co najmniej pięć lat bloku awansowo-orderowego. Teraz pytanie do młodego von Lutzowa… chcesz coś powiedzieć?
-Tak jest. Oficjalnie, przy Templarach, występuję z prośbą o rękę pańskiej wnuczki, Herr Feldmarschal. Kocham ją, nie skrzywdzę, i nie chcę żyć w świecie, gdzie musimy cierpieć rozłąkę. Może nie jestem jeszcze generałem, czy nawet majorem… Ale nie pozwolę pannie Elwirze cierpieć.
Feldmarszałek udał, że się waha. Patrzyłem na to z uśmieszkiem.
-Roegnerze von Lutzow, przyjmuję twój akces. Oficjalnie przyjmuję zaręczyny imieniem rodu von Mackensen. Ogłoszę je zaraz, nie czekajmy.\
-Vielen Dank, Herr Fieldmarschal!
-O nie, Oberst- warknąłem- Skrzywdzisz ją, ukarzesz w jakikolwiek sposób, potraktujesz niewłaściwie czy ona będzie choćby minimalnie smutna przez ciebie… znajdę i zabiję, jasne?
-Mam prawo karać nieposłuszeństwo!
-Feldmarszałku?
-Trzy lata Obersalzbergu. Potem i tak pięć lat blokady.

Wróciliśmy na salę balową, by znów zastać nasze anioły oblężone. Tym razem przez generalicję.
-Meine Herren…?
-Herr Roegner, herzlich wilkommen… Te dwie śliczne damy były zaniepokojone waszą nieobecnością, więc postaraliśmy się je pocieszyć i uspokoić.
-Rozumiem, generale von Kaer. Teraz, za przeproszeniem, chcielibyśmy podejść bliżej.
-Przejście!
Generalicja utworzyła żartobliwy szpaler. Ja i Hans podeszliśmy do naszych aniołów, ucałowaliśmy ich dłonie i przeprosiliśmy. W tym momencie Feldmarszałek ogłosił zaręczyny wnuczki, wywołując burzę w szklance wody. Za zgodą poinformowanego telepatycznie Wielkiego Mistrza, pospieszyliśmy z gratulacjami dla narzeczonych.

Gdy bal skłaniał się ku końcowi, wróciliśmy do Świątyni. Podziękowałem Hansowi, życzyłem dobrej nocy, a po wejściu do komnaty pospieszyłem przygotować kąpiel dla Claire.
-Rozpieszczasz mnie- szepnęła.
-Jesteś tego warta.- odpowiedziałem
Po kwadransie zrozumiałem, że pojawił się mały problem… Claire zasnęła w wannie. Postanowiłem nie wchodzić, ale całą noc trzymać wolą temperaturę wody. Wiedziałem, że jej delikatna skóra się nie zmarszczy od wody (suvilorum i kilka innych ekstraktów robiło swoje), ale nabierze jeszcze gładkości i blasku.
Zasiadłem zatem w fotelu, i zacząłem czytać od nowa starą korespondencję wojenną. Co pięć minut sprawdzałem wolą temperaturę wody, i gdy się obniżała, podnosiłem ją.
Po północy usłyszałem kroki na korytarzu. Wyszedłem za drzwi podgrzawszy wodę.
Po dywanie spacerował sobie nasz szanowny Wielki Mistrz, o dziwo w piżamie.
-Roegner, ty nie śpisz?
-Nie, Wielki Mistrzu. Nie śpię, pilnuję by woda nie ostygła.
-Przecież od tego są auksyliarze przy piecach?
-Ale ta woda jest już nalana do wanny, a Claire… zasnęła podczas kąpieli.
-Rozumiem- Mistrz uśmiechnął się szczerze- Co porabiasz?
-Czytam listy z dawnych wojen. Zapraszam, zagramy w szachy.
Graliśmy długo. Nagle Wielki Mistrz zamknął oczy.
-Śpisz? Znużyłem Cię?
-Nie, ale twoja dama się obudziła, i przyszła do nas…
-Claire, mon amour, ca va?
-Tres bien. Dlaczego mnie nie obudziłeś, mon ami? Brałam kąpiel, nagle mnie coś uśpiło, budzę się w parującej wodzie, i brakuje mi twoich silnych ramion… W nich czuję się bezpieczna…
-Byłaś naga, Claire. Nie mogłem cię dotknąć ani zobaczyć w tym stanie.
-Chlip. Teraz też jestem naga. Powiedz, jestem choć troszkę ładna?
-Jesteś oszałamiająco piękna, Claire. Gdy cię widzę, z trudem mogę się skoncentrować na czymkolwiek poza kontemplacją Twej urody. Ale proszę, pozwól mi otworzyć oczy- załóż coś, proszę…
Rozległ się szelest materiału. Po jego ustaniu…
-Proszę bardzo, założyłam coś. Otworzysz oczka?
Otworzyłem oczy. Claire miała na sobie długą koszulę nocną, a raczej coś co wydawało się koszulą nocną, dopóki nie rozpoznałem w tym własnej tuniki treningowej.
-Jesteś piękna, Claire… Tak piękna…
-Dziękuję… Wielki Mistrzu, czy ten słodziak mówił, że mnie rozpieszcza?
-Nie, nie przyznał się. Mogę jeszcze chwilę zostać, czy wolicie zostać sami?
-Zostań- powiedziała Claire.
I ni z tego, ni z owego, umościła się na moich kolanach. Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałem co zrobić z rękoma. Po chwili postanowiłem prawicę oprzeć na podłokietniku, a lewą ręką przestawiać pionki. I zrobiłem coś szalonego.
Pocałowałem jej nagie ramię. O dziwo, nie oberwałem w twarz, wręcz przeciwnie… Uśmiechnęła się do mnie.
Rankiem, około siódmej, poszedłem do Kaplicy, po modlitwie znalazłem Claire siedzącą grzecznie przy stoliku za moim krzesłem. Zjadłem śniadanie, i udałem się ,,do pracy” czyli do Sztabu.
Dzień z życia wolnej damy w Świątyni Ognia Germańskiego, czyli Claire myszkuje…

W pół godziny po śniadaniu poczułam się zdecydowanie samotna. On już wcześniej znikał na pół dnia, ale zawsze wracał. Postanowiłam założyć suknię codzienną, buciki i pójść na spacerek po tym kompleksie. Jestem wolna, mam tę śliiczną bransoletkę, czyli chyba mi wolno. W razie czego zapytam kogoś.
Gdy byłam gotowa, wyszłam z komnaty Roegnera, i rozejrzałam się. Po lewej był ślepy korytarz, zakończony drzwiami do kwater Wielkiego Mistrza, a po prawej korytarz prowadził w głąb. Ruszyłam w prawo.
Przyglądałam się obrazom na ścianach. Z tego, co wiedziałam, przedstawiały poległych Templarów. Bardzo nie chcę, by zawisł tu portret Regisia. Ale on jest takim dobrym wojownikiem, więc raczej tu nie dołączy.
W pewnej chwili dostrzegłam stojącego przy oknie mężczyznę. Miał płaszcz i był w kapturze, ale nie byłam w stanie zobaczyć herbu.
Zobaczyłam go dopiero gdy się obrócił. Orzeł w Płomieniach, czyli seneszal, czyli z szacunkiem.
-Witam, panno Claire. Mniemam, że dobrze spałaś?
-Dziękuję, nie narzekam. Z kim rozmawiam? Wiem, że z Seneszalem, ale z którym?
-Jestem Erton. Odpowiadam za Świątynię.
Co ja o nim wiem? Lubi Regisia czy się gryzą?
-Spokojnie, wiem kim jesteś, i twoja obecność w Świątyni budzi moje najszczersze poparcie. Nie skrzywdzę cię, słowo Templara. Czy masz ochotę na zwiedzanie Świątyni?
-Chętnie… Jestem tu długo, a znam tylko drogę do łazienki i jadalni… Nawet niezbyt zapamiętałam tę plątaninę wiodącą na dziedziniec.
-Pozwoli pani zatem, panno Claire?
Zaoferował mi ramię, przyjęłam.
Był miły. Pokazał mi cały kompleks, od pralni dla auksyliarzy do gabinetu Wielkiego Mistrza. Na końcu otworzył jakieś duże drzwi.
Oniemiałam. Znajdowaliśmy się w najcudowniejszym, najbardziej romantycznym ogrodzie jaki kiedykolwiek widziałam. Był tu strumyk, polanki, kwietniki, mały wodospadzik z altanką oplecioną kwiatami, i oczywiście duże oczko wodne z altanką i mostkiem na środku.
-Jak tu pięknie…
-Wiedziałem że się spodoba. Jeżeli chcesz, możesz tu zostać, a tam o kręci się brat Eligiusz, odpowiedzialny za ten ogród. Polecałbym usiąść sobie gdzieś i się odprężyć, Eligiusz nie przeszkodzi. O, tam jest panna Monique i brat Hans…
-Dziękuję, Seneszalu Ertonie, za miłe towarzystwo i oprowadzenie po Świątyni.
-To była tylko część  dostępna dla ciebie jako ciebie, jest jeszcze część treningowa gdzie nawet jako wolnej damie nie wolno ci wejść bez Roegnera czy innego Templara.
-Dziękuję raz jeszcze.
Seneszal odszedł, a ja ruszyłam w głąb tego magicznego miejsca. Rzeczywiście, byli tu Hans i Monique, siedzieli w altanie na jeziorku. Podeszłam do nich ostrożnie.
-Przepraszam… Mogę z wami pobyć? Roegner jest poza Świątynią, a ja jestem nieco samotna…
-Zapraszam- powiedział Hans.
Usiadłam naprzeciwko nich, i zerknęłam. Monique trzymała Hansa pod ramię, jej główka spoczywała na jego ramieniu. Poczułam się nieco bardziej samotna.
-Panno Claire, ja sądzę, że rozumiem… Jest pani smutna, bo Arcymistrz jest poza Świątynią, a pani tęskni, prawda panno Claire?
-Prawda…
-Powiem tak… Znam Arcymistrza od kiedy wstąpiłem do Templarów jak on, i jest pani pierwszą damą którą on wybrał. Miał po drodze Branki, ale nie nawiązywał kontaktu i szybko je uwalniał.
-Powiedział pan, Hans, że wstąpił do Templarów jak on. Jak mam to rozumieć?
-Bardzo prosto… Pochodzimy z tej samej rodziny. Tylko że ja jestem 200 lat młodszy. W naszej rodzinie przekazywany był z pokolenia na pokolenie list akcesyjny od Wielkiego Mistrza, przekazywany jak relikwia. Od dziecka wiedziałem, że chcę służyć Cesarstwu jako Templar. I oto jestem. Od 130 lat jestem Bratem, to dość krótko, a teraz Arcymistrz dał mi awans i szansę by się wykazać. Jestem mu za to wdzięczny, i jeszcze bardziej wdzięczny że nie rozerwał mi serca, choć mógł. Monique daje mi szczęście, daje mi powód do istnienia… ja mam nadzieję, że ten śliczny kwiatuszek jest przy mnie szczęśliwy…
-Bardzo szczęśliwy…- szepnęła w półśnie Monique.
Uśmiechnęłam się.
-Kim w zasadzie jest Roegner? Czym się zajmuje?
-Arcymistrz jest Ojcem Miecza Cesarskiej Armii, czyli nadzoruje armię z ramienia Templarów, wspomaga swym doświadczeniem, szkoli i prowadzi wykłady mentalne dla oficerów. Gdy oficerowi grozi degradacja, a on czuje się niewinny, może się odwołać do Arcymistrza. Gdy jakiś żołnierz zdezerteruje, jedyną osobą mogącą go uratować jest właśnie Arcymistrz. I jeszcze prawo opiniowania oficerów dowolnej rangi… Jest dla oficerów Bogiem, bo może im ułatwić drogę do generalskiego kłosa, jak i zepchnąć w szeregowce. Boją się go i szanują równocześnie.

Reklama

4

Odp: Przeprószam, ale czas na Templara

Hej,

podczas czytania przeszlam chyba caly katalog emocji - od przerazenia, przez wzruszenie az po smiech - dzieki temu, ze zastososwales wzmianki z jezyka wspolczesnego, tekst, mimo trudnej (przynajmniej dla mnie) tematyki, czyta sie w miare lekko. I ciesze sie, ze ktos na swiecie rowniez uzywa zwrotu "czarna dupa", myslalam ze tylko ja big_smile big_smile big_smile

5

Odp: Przeprószam, ale czas na Templara

Nio, to zacieszam.

Reklama

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Przeprószam, ale czas na Templara

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016