Czy da się nadrobić stracony czas? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » Czy da się nadrobić stracony czas?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 12 ]

Temat: Czy da się nadrobić stracony czas?

Do napisania pierwszego własnego tematu zabierałem się od dawna, dzisiaj jednak coś we mnie pękło i w rozmowie z rodzicami znowu wygarnąłem im wszystko co zwykle w "sobie duszę".  Cóż prawda jest taka, że ciągle nie mogę pogodzić się z momentami w swoim życiu, które mogłem załatwić inaczej, szczególnie nie mogę darować sobie, że tak późno zbuntowałem się przeciwko rodzicom i zacząłem żyć sowim życiem i myśleniem (nie ma to jednak nic wspólnego z wyprowadzeniem się w domu, bo z takowego wyprowadziłem się w wieku 19 lat). Czemu tak dręczy mnie tak to wszystko? Otóż wszystko wynika to pewnie z mojego upośledzenia kontaktów towarzyskich, a z tego wszystkiego także damsko-męskich. Mam już 26 lata, a w przyszłym będę miał 27 lat i nigdy nie miałem dziewczyny i teraz mam niesamowicie trudno z tego powodu, bo są takie rzeczy, na które przychodzi czas i miejsce, tak jak pierwsze randki, miłości, związki. W wieku 15 lat dużo łatwiej poderwać dziewczynę niż kobietę w wieku 26 lat, inna jest psychika wymagania, a także szczerość. Inne jest moje doświadczenie i poziom niż mężczyzn żyjących nazwijmy to "normalnie". Nie wspomnę tu nawet o takich banał jak liczba szans na zdobycie jednej kobiety w wieku 15 lat i 26 lat. W wieku 15 lat miłością stają się najczęściej koleżanki z klasy, szkoły, podwórka, które widzimy kilkanaście razy w miesiącu i w krótkim okresie, na studiach kończy się ten wspaniały okres, potem ma się tylko 1 szansę, tylko jedno spotkanie na poderwanie kobiety (chyba, że to koleżanka z pracy (tylko, że wszyscy dziwnie na to patrzą, siostra znajomych). Rośnie więc prawdopodobieństwo porażki. Jak jeszcze dodać dodatkowe kryteria jak np. ateizm partnerki szansę maleją drastycznie. Czy boję się porażki, tak od zawsze bałem się porażki i nie umiałem się z nimi godzić)

Spytacie czemu tak to wyglądało i czy nigdy wcześniej nie próbowałem tego zmienić, próbowałem, tyle, że nie miałem takiej siły i pewności siebie jaką mam teraz w sobie.

Zacznę od początku, jak już niektórzy wiedzą, moi rodzice to ultra-katolicy, którzy biorą na poważnie te bzdety z księgi zła (Biblia). Jako dzieciak byłem niezwykle towarzyski i otwarty miałem wielu kolegów i koleżanek, którzy sami do mnie legli, byłem pewny siebie i niczego mi nie brakowało. Nie zmienił tego nawet wstrząs mózgu (poświnkowe zapalenie opon mózgowych) jakie przeszedłem w wieku 5 lat, niby nic się nie stało, ale już nie byłem taki pewny siebie i otwarty na ryzyko, cały czas miałem jednak dobre kontakty z innymi dziećmi. Po tym doświadczeniu stałem się też mniej odporny i przechowałem prawie całą zerówkę, miałem ogromne zaległości w nauce i pogorszyły mi się kontakty z innymi dziećmi, nie mniej jednak w miarę sobie radziłem.

Szczerze mówiąc wszystko zmieniło się w raz z przyjściem nowej koleżanki w trzeciej klasie podstawówki, Pani wychowawczyni, powiedział, żeby zapoznać się z nową koleżanką i na moje nieszczęście wypowiedziałem te słowa na przerwie i poszedłem do nowej koleżanki, dzieci opacznie podchwyciły znaczenie tekstu i zaczęły mnie przezywać, jako, że reagowałem bardzo nerwowo (widzieli, że się denerwuję), zaczęło się moje piekło, które trwało przez całe gimnazjum, jako, że rodzice, kazali mi być grzecznym dzieckiem nie oddawałem ciosów przeciwników, dzieci podchwyciły, że można mnie uderzyć, gdy Ojciec mówił żebym oddał jak ktoś mnie uderzy wyszło, że jestem dużo chudszy i słabszy od pozostałych dzieci, wyszło, mimo tego wszystkiego byłem najlepszym uczniem w klasie (ojciec z matką ciągle mówili, że mam być najlepszy), nie mniej w sporcie byłem cienki (często towarzyszył mi strach przed powtórką z zapalenia mózgu (mając świnkę stanąłem na głowie), tyle, że nie była to moja wina, dzieci były nauczone na podwórku przez rodziców, a mnie nikt niczego nie nauczył. W międzyczasie Ojciec zaproponował, że jego kolega uczy Kravmagi to moje problemy znikną, obiecał zapisać tak jak do klubu piłkarskiego, jednak zawsze obiecywał, a nigdy nie dotrzymał słowa, w międzyczasie zaczęło się dręczenie ideologią katolicką i innymi bzdetami z tym związanymi (nie picie alkoholu, brak mięsa w piątek, okropne danie postne w Wigilię, posty w Środę popielcową i Wielki Piątek, czy ganianie na te wszystkie durne nabożeństwa). Najciekawsze, w tym wszystkim jest to, że mimo wszystko ciągle chodziłem na dyskoteki szkolne, klasowe,  jednak pojawiał się u mnie strach przed oceną mojego tańczenia, który mam do dziś, mimo, że w Gimnazjum tańczyłem z kilkoma różnymi koleżankami, dręczenie i przemoc zrobiły swoje.

W gimnazjum miałem tych samych oprawców w klasie, co ciekawe wszyscy koledzy odwrócili się od Mnie (co uznałem za zdradę i podważyło moje zaufanie do innych ludzi), jednym moim kolegą był kolega co doszedł do nas w gimnazjum z innej szkoły. Rodzice może ich chodzili do szkoły i się starali jednak nigdy nie opowiedziałem im o moich obawach i przeżyciach (wiedzieli tylko o kilku bójkach, a dręczony nie byłem codziennie, ale stale), co ciekawe byłem na tyle inteligentny, że na matematyce rozwiązywałem w ciągu 15 minut 6 kartkówek i ciągnąłem klasę za sobą, wszyscy chcieli siedzieć obok mnie, ale wiedziałem, że tylko dla zysku, podobnie, zawsze wszystkie dzieci przychodziły do mnie jak miałem chrupki żelki czy inne lepsze dla dzieci żarcie. Co o kontaktach z kobietami mogę w tym czasie powiedzieć? Cóż o dziwo interesowały się mną dziewczyny z klasy, jedyne co musiało je przyciągać to inteligencja i zachowanie inne niż reszty dzieci, nie mogłem jednak uwierzyć, że chcą mnie mimo, że byłem w tym czasie ofiarą klasową, uważałem, że chcą być ze mną z listości, bądź żartu (w ostatniej klasie każdy chłopak w klasie dostał taką żartobliwą walentynkę), więc na podstawie swoich doświadczeń odtrącałem je po kolei.  W końcu przyszedł przełomowy moment, dostałem jedynkę za podpowiadanie na angielskim, rozpłakałem się i wybuchłem takim gniewem, że podobno moje oczy zapłonęły płomieniem i zaatakowałem nauczycielkę krzesłem (nic jej nie zrobiłem, ale do dziś pamiętam, że  miała strach i przerażenie w oczach).  Jako, że byłem do tej pory kryształowy, wszystko zamieciono pod dywan i obniżono mi ocenę ze sprawowania i odesłano do psychiatry, z którym nie chciałem współpracować i odmówiłem chodzenia po jednym spotkaniu. Po tych wydarzeniach zostałem bohaterem osiedla, oprawcy zamienili się znowu w kolegów, bo zrobiłem coś czego oni nigdy by się nie odważyli, dostałem "ochronę" na całym osiedlu i stałem się znany, po tym wszystkim zamiast spaść, wzrosło zainteresowanie płci przeciwnej, jednak w międzyczasie odkryłem, że mam stulejkę i moje samopoczucie opadło znowu do zera. Spytacie czemu nie powiedziałem rodziców, jako, że mój brat miał to samo i poszedł z tym do Ojca i miał zrobiony zabieg (obrzezanie całkowite, nie dało się zrobić plastyki).  Brat wrócił do domu z ogromnym płaczem i dziś wiem, że to nie był płacz tylko z bólu. Brat opowiedział mi co się stało u lekarza, jak mój Ojciec oburzył się na zastosowany zabieg, bo mu z syna żyda zrobią, nie muszę mówić co czuł mój brat. Po tych wydarzeniach rodzice spytali mnie czy u mnie wszystko w porządku, skłamałem, że tak (tutaj chciałbym dodać, że nasz ojciec zaniedbał te sprawę i zamiast nauczyć nas jak dbać o "sprzęt" wolał nam wciskać religijne bzdety). W między czasie moje życie nie ograniczało się tylko do szkoły, ale miałem znajomych w ministrantach (gdzie zaprowadzili mnie rodzicie) plus kolegów i koleżanki z podwórka (mnie więcej od podstawówki do liceum, tam też był mój jedyny związek (jeśli tak można nazwać to co robią dzieci z podstawówki). A i jako, że dla kobiet wygladałem na nieśmiałego zaczęły krążyć za mną w moim miejscu zainteresowane mną kobiety, matka chyba wiedziała co się święci, bo powiedziała cytuję: "Te pasztety chodzą tu tak jakoś dziwnie za M. (tu moje imię big_smile)) i pomimo tego, że chciałem się z nimi umówić, straciłem zainteresowanie po takim podsumowaniu, powiedziałem grzecznie, że nic z tego nie będzie...

Po przyjściu do liceum postanowiłem się zmienić, znajomi mówili: "coś ty się taki odważny stał" (odtąd nie jestem już nieśmiały, nie mniej dalej mam w sobie ostrożność co do ludzi, moje zaufanie wymaga czasu, zostałem także mistrzem asertywności). Zdobyłem kolegów i dzięki przebywaniu na podwórku zostałem liderem takiej małej grupy i to były najwspanialsze lata w moim życiu. Wtedy też jedyny raz zakochałem się (zainteresowanie przeszło mi po 2 latach smile) w zajętej dziewczynie i zbierałem ciągłe od niej kosze smile. W międzyczasie dowiedziałem się, że seks ze stulejką zwiększa u kobiet ryzyko szyjki macicy, więc znowu pojawiły się u mnie kompleksy, ale tylko w kontekście kobiet W międzyczasie przegapiłem zainteresowane mną dziewczyny, a kiedy przeszła mi "moja miłość" było już za późno, bo im też przeszło.:D  Zdobyłem jednak podstawowe doświadczenie o zainteresowaniu swoją osobą. W liceum było cudownie jednak nie idealnie rodzice nie pozwalali mi chodzić na imprezy (bo w piątki nie wolno), pić alkohol itd, nie poszedłem ani na półmetek, ani na studniówkę (paniczny strach przed tańcem zrobił swoje).  Później były studia i długie unikanie picia i imprez (nie mniej miałem chyba najwięcej kolegów i koleżanek na całym roku), aż w końcu nowo poznani koledzy wyciągnęli mnie na piwo i na bilard i mi się spodobało smile Dzięki Nim trochę nadrobiłem zaległości, zauważyli też moją nieśmiałość w stosunku do kobiet i zaczęli zmuszać do rozmów z Nimi, dzięki temu znowu się czegoś nauczyłem. W wieku 20 lat z własnej kasy poszedłem do chirurga i gdyby nie to, że zemdlałem podczas pobierania krwi (wstałem specjalnie rano by odwieść brata na praktyki i jako, że poprzedniego dnia czułem się bardzo słaby, dodatkowo Pani wybrała bardzo małą żyłę i pobieranie trwało bardzo długo) zemdlałem w czasie badania krwii i Panie nie chciały mnie puścić do domu i się rodzice dowiedzieli (gdyby nie to nigdy by się nie dowiedzieli), to było najlepiej wydane 1000 zł w moim życiu! No i na ostatnim roku studiów  poznałem na angielskim śliczną blondynkę, która w 100% odpowiadała mojemu ideałowi piękna, niestety nie wyszedłem poza etap filtru, gdy padło pytanie o kluby i taniec i powiedziałem, że nie chodzę tam, widziałem ogromne rozczarowanie w jej oczach, potem jak mi jeszcze powiedziała o tym, że uwielbia tańczyć zacząłem się wycofywać ze znajomości, widziałem, że jest jej bardzo przykro i cierpi, nie mniej uznałem, że zasługuję na kogoś lepszego, ja nawet w tym czasie nie potrafiłem znaleźć pracy i wpadłem w załamanie nerwowe, wiem jedno, gdybym dostał wtedy pracę na pewno bym się nie wycofywał, nie mniej  nie chciałem jak to mówi się w małym księciu "oswoić i porzucić".

Cóż jak się okazał miałem idealne wyczucie, przez prawie pół roku nie mogłem znaleźć pracy w zawodzie, oprócz pracy w zawodzie postanowiłem nie godzić się na pracę poniżej 2500 netto. Znajomi jednak nie odwrócili się od Mnie, ale załatwili mi rozmowę o pracę jednak nie była to do końca wymarzona praca, jako, że obiecali mnie przyjąć w innym zakładzie odrzuciłem ofertę, niestety okazało się, że się rozmyślili i znów zostałem na lodzie. W końcu znajomy Hindus poradził mi bym spróbował pracy na północy, tak trafiłem do Bydgoszczy, gdzie poznałem wielu ludzi i do końca pozbyłem się wszystkich kompleksów oprócz tańca, to jest jedyna rzecz, która mnie blokuję, nie jestem jednak w stanie jej zniszczyć, bo nie ma kto mnie otworzyć na taniec, a najbliższe kursy dla singli są 100 km ode Mnie. Teraz mieszkam  w Jeleniej Górze i coraz bardziej czuję, że mimo, że osiągnąłem wszystko co chciałem (projektuję części samochodów, mam całkiem dobrą pracę (płaca, socjal), stać mnie na wynajęcie własnego mieszkania, mam wymarzony samochód) czuję, że to wszystko to ułuda szczęścia, a w międzyczasie przegapiłem coś czego braki coraz bardziej zaczynam odczuwać.

Spytacie czemu mam takie pretensje do rodziców? Bo zawsze źle wychodziłem na ich radach, ciągle wybierali mi co powinienem robić (chciałem pójść na mechanika samochodowego, a poszedłem do liceum), na-okrągło wbijali mi bzdety do głowy i zepsuli młodość, a ostatnia przegięła się miara. Otóż nie mogę sobie wybaczyć, że dałem się przekonać im co do wyboru weterynarza dla naszego psa, moje przeczucia co do jego partactwa były słuszne, i gdybym był tak asertywny jak w pracy, to moja psinka by żyła, a tak umarła w cierpieniu (zatrucie na skutek ustania pracy nerek), ja wprawdzie nie widziałem tego, jako, że mieszkam daleko (mój brat wpadł w depresję), ale do dziś nie mogę się z tym pogodzić. Ciężko się rozstać z kimś kogo znałeś przez połowę swojego życia (12 lat miała). Wtedy też definitywnie odciąłem się od religii moich rodziców...

Czy ktoś może dać mi rady jak mogę nadrobić stracony czas? Już dwa razy tego dokonałem, więc mam nadzieję, że uda mi się 3 raz i wreszcie będę w pełni szczęśliwy.

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."
Reklama
Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-12-20 23:11:59)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Jak możesz nadrobić stracony czas? Jak ponownie możesz mieć dziesięć lat i mieć świetnych kumpli? Jak urodzić się na nowo w rodzinie, w której będziesz akceptowany? Nie znam sposobu i podejrzewam, że taki nie istnieje a szukanie go skazuje Cię na kolejną frustrację.


Jeśli człowiek nie upora się z własną przeszłością, traumami, nie ma szans być szczęśliwym?
- Przeszłość jest w nas obecna, nie ma sensu kwestionować związku między tym, co „wczoraj” a tym, co „dziś”. Ale w Pani pytaniu interesuje mnie, co znaczą słowa „uporać się”? Co znaczą dla konkretnej osoby. Czy kryje się za nimi chęć zaakceptowania siebie, szczera próba pokonania zranień z przeszłości? I wcale nie jest tak, że jeśli ktoś miał szczęśliwe dzieciństwo i rodziców, którzy mu na wszystko pozwalali, będzie mu świetnie w życiu. I odwrotnie: są ludzie, którzy mieli tak zwane trudne dzieciństwo, a bardzo dobrze sobie radzą w dorosłości. W terapii mówimy, że każdy ma swoją opowieść. Ważne jest to, czy ta historia nas osłabia, czy umacnia. I kiedy nas osłabia albo kreuje konflikty, to mamy problem. I z takimi opowieściami zgłaszają się ludzie do terapii.

źródło: prof. Bogdan de Barbaro w rozmowie z Katarzyną Kachel, Dziennik Polski

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

3 Ostatnio edytowany przez AloneWolf90 (2016-12-20 23:27:47)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?
Wielokropek napisał/a:

Jak możesz nadrobić stracony czas? Jak ponownie możesz mieć dziesięć lat i mieć świetnych kumpli? Jak urodzić się na nowo w rodzinie, w której będziesz akceptowany? Nie znam sposobu i podejrzewam, że taki nie istnieje a szukanie go skazuje Cię na kolejną frustrację.


Jeśli człowiek nie upora się z własną przeszłością, traumami, nie ma szans być szczęśliwym?
- Przeszłość jest w nas obecna, nie ma sensu kwestionować związku między tym, co „wczoraj” a tym, co „dziś”. Ale w Pani pytaniu interesuje mnie, co znaczą słowa „uporać się”? Co znaczą dla konkretnej osoby. Czy kryje się za nimi chęć zaakceptowania siebie, szczera próba pokonania zranień z przeszłości? I wcale nie jest tak, że jeśli ktoś miał szczęśliwe dzieciństwo i rodziców, którzy mu na wszystko pozwalali, będzie mu świetnie w życiu. I odwrotnie: są ludzie, którzy mieli tak zwane trudne dzieciństwo, a bardzo dobrze sobie radzą w dorosłości. W terapii mówimy, że każdy ma swoją opowieść. Ważne jest to, czy ta historia nas osłabia, czy umacnia. I kiedy nas osłabia albo kreuje konflikty, to mamy problem. I z takimi opowieściami zgłaszają się ludzie do terapii.

źródło: prof. Bogdan de Barbaro w rozmowie z Katarzyną Kachel, Dziennik Polski

Jestem sfrustrowany, bo dzisiaj dowiedziałem się, że jestem "egoistą", bo chciałem byśmy zrezygnowali z kupowania prezentów i wmuszania czegoś na siłę. Zapomnieli o wszystkim co dla nich zrobiłem, z powodu jakiś głupich nikomu niepotrzebnych prezentów, o tym, że co miesiąc wydaje 300 zł by się tylko z Nimi zobaczyć i tracę 8 godzin z życia, o pomocy jakiej wielokrotnie im udzieliłem, dostaję odpowiedź, że wszystko przeliczam na swój zysk co jest nieprawdą. Ciekawe jakbyś się czuła, gdybyś tak jak ja starała się być idealna i najlepsza całe życie, wypełniając ich chore ambicje, a oni w ogóle tego nie dostrzegli i zauważyli poświęcenia i wysiłku jaki w to wszystko włożyłaś. To boli, rodzice powinni być wsparciem, a nie ciężarem. Zawsze bałem się z nimi o wszystkim rozmawiać, bo w domu nie było dyskusji, tylko konfrontacja i te ich chore morały, że ni mogą dyskutować, bo to było "tolerowanie zła", zero postawy otwartej ręki z ich chorej religii. Pewnie dlatego odżyłem po wyprowadzce z domu...

Ten post to moje rozliczenie z przyszłością i pytanie jak mogę wykonać ostatni skok by dorównać moim równolatkom, nie chce współczucia, zawsze dostawałem je, a ono tylko osłabia, ja potrzebuję rady, jak mogę osiągnąć mój cel.

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."
Reklama

4 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-12-20 23:36:17)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Jak możesz osiągnąć swój cel?
Odpłakując to, czego nie dostałeś, odpluwając to, co dostałeś a było negatywne, pożegnawszy się z marzeniami o tym, czego nie dostałeś, a chciałeś. Nie napisałam nic o współczuciu, cytat był propozycją podjęcia psychoterapii, byś to co napisałam mógł zrobić w bezpiecznych warunkach i przy boku życzliwej osoby zastanowić się nad tym, jak zrealizować marzenia tyczące Twego życia.


Rodzice powinni być wsparciem. Jasne. Każdego swego dziecka. Tyle tylko, że Ty już dzieckiem nie jesteś, jesteś dorosłym mężczyzną. Twoje zaś marzenia to marzenia kilkuletniego dziecka. Wybacz, ale tego, czego oczekujesz od osób, których nazywasz swymi rodzicami, nie dostaniesz. Nie mają tego, czego chcesz od nich, albo nie potrafią tego okazać. Stąd, moim zdaniem, wskazana byłaby terapia.

Jak możesz osiągnąć swój cel?
Dzieląc go na mniejsze etapy i realizując swe marzenia. Czego do tego potrzeba? Wiary w siebie i determinacji.


Mistrz Zen Seung Sahn napisał/a:

Mówisz, że możesz - to możesz.
Mówisz, że nie możesz - to nie możesz.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

5

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?
Wielokropek napisał/a:

Jak możesz osiągnąć swój cel?
Odpłakując to, czego nie dostałeś, odpluwając to, co dostałeś a było negatywne, pożegnawszy się z marzeniami o tym, czego nie dostałeś, a chciałeś. Nie napisałam nic o współczuciu, cytat był propozycją podjęcia psychoterapii, byś to co napisałam mógł zrobić w bezpiecznych warunkach i przy boku życzliwej osoby zastanowić się nad tym, jak zrealizować marzenia tyczące Twego życia.


Rodzice powinni być wsparciem. Jasne. Każdego swego dziecka. Tyle tylko, że Ty już dzieckiem nie jesteś, jesteś dorosłym mężczyzną. Twoje zaś marzenia to marzenia kilkuletniego dziecka. Wybacz, ale tego, czego oczekujesz od osób, których nazywasz swymi rodzicami, nie dostaniesz. Nie mają tego, czego chcesz od nich, albo nie potrafią tego okazać. Stąd, moim zdaniem, wskazana byłaby terapia.

Jak możesz osiągnąć swój cel?
Dzieląc go na mniejsze etapy i realizując swe marzenia. Czego do tego potrzeba? Wiary w siebie i determinacji.


Mistrz Zen Seung Sahn napisał/a:

Mówisz, że możesz - to możesz.
Mówisz, że nie możesz - to nie możesz.

Ale ja już dawno pożegnałem się z tym czego nie mogę zmienić i wiem czego chce, co chce osiągnąć, zawsze kieruję się metodą małych kroczków dających w sumie wielki krok.

Owszem, ale ja jedynie od rodziców oczekuję akceptacji moich poglądów, obiektywności i nienarzucania swoich poglądów, czy to aż tyle? Nie chce rozgrzebywać przeszłości, tylko oni nie rozumieją, że to co się dzieje teraz ze mną to efekt przeszłości i doświadczeń z przeszłości.

To co piszesz o celu to wiem, tylko jak mam pozbyć się mojego ostatniego bastionu strachu-strachu przed tańczeniem i oceną przez innych, bez partnerki, bez kursów dla singli? Jakby to Ci wytłumaczyć, czuję muzykę, ale mam nałożoną na siebie blokadę, taką jak masz na początku, gdy zaczynasz używać przekleństw, a potem idzie Ci coraz łatwiej... Po za tym przyznaję się, że jako, że wszyscy oceniają i uważają mnie za normalnego faceta zaczną mnie uważać za dziwaka... zwłaszcza kobiety....  No i ja nie umiem prosić o pomoc w normalny sposób, chyba jestem zbyt dumny, zwykle staram się zaciekawić rozmowcę moim problemem jakby on sam chciał mi pomóc.:D

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."
Reklama

6 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-12-21 00:03:57)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?
AloneWolf90 napisał/a:

(...) ja jedynie od rodziców oczekuję akceptacji moich poglądów, obiektywności i nienarzucania swoich poglądów, czy to aż tyle? (...)

Dla nich? Tak, to aż tyle. Oni nie dadzą tego Tobie, bo nie akceptują Twych poglądów, bo wedle ich sposobu myślenia nie mogą patrzeć bezczynnie na swe dziecko, które marnuje sobie zycie (marnuje, czyli żyje lub próbuje żyć po swojemu). Ich i ich sposobu myślenia nie zmienisz. Możesz, swoje. Stąd moja propozycja psychoterapii, podczas której pożegnasz nierealne marzenia, pogodzisz się z brakiem ich akceptacji i dowiesz się, dlaczego tak usilnie, będąc dorosłym człowiekiem, o nią zabiegasz. Oni pewnie narzucać swe poglądy dalej będą. Ty możesz żyć wedle swoich reguł, nie stosując się do ich zaleceń.


(...) Nie chce rozgrzebywać przeszłości, tylko oni nie rozumieją, że to co się dzieje teraz ze mną to efekt przeszłości i doświadczeń z przeszłości. (...)

Do czego ich rozumienie jest Ci potrzebne? Przecież możesz żyć 'po swojemu'. Możesz? Jeśli nie, to sposobem jest... psychoterapia.

(...) jak mam pozbyć się mojego ostatniego bastionu strachu-strachu przed tańczeniem i oceną przez innych, bez partnerki, bez kursów dla singli? Jakby to Ci wytłumaczyć, czuję muzykę, ale mam nałożoną na siebie blokadę, taką jak masz na początku, gdy zaczynasz używać przekleństw, a potem idzie Ci coraz łatwiej... (...)

Jak się pozbyć strachu? Spojrzeć mu w oczy z bliska. Co w tym pomoże? Psychoterapia.


(...) Po za tym przyznaję się, że jako, że wszyscy oceniają i uważają mnie za normalnego faceta zaczną mnie uważać za dziwaka... zwłaszcza kobiety....  (....)

Zaczną Cię uważać? Kiedy? Wiesz to czy wyobrażasz sobie?


(...) No i ja nie umiem prosić o pomoc w normalny sposób, chyba jestem zbyt dumny, zwykle staram się zaciekawić rozmowcę moim problemem jakby on sam chciał mi pomóc.:D

Zbyt dumny powiadasz? Czyżby? Ten, kto prosi o pomoc jest ułomnym? Nienormalnym? Nieodpowiedzialnym? Gorszym?
To, co robisz to manipulacja. I to jest, według Ciebie, cacy?

Możesz tego kiepskiego myślenia o innych się pozbyć. Możesz swój strach zmniejszyć. Możesz. Czy podejmiesz tę decyzję?

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

7 Ostatnio edytowany przez AloneWolf90 (2016-12-21 00:21:39)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?
Wielokropek napisał/a:
AloneWolf90 napisał/a:

(...) ja jedynie od rodziców oczekuję akceptacji moich poglądów, obiektywności i nienarzucania swoich poglądów, czy to aż tyle? (...)

Dla nich? Tak, to aż tyle. Oni nie dadzą tego Tobie, bo nie akceptują Twych poglądów, bo wedle ich sposobu myślenia nie mogą patrzeć bezczynnie na swe dziecko, które marnuje sobie zycie (marnuje, czyli żyje lub próbuje żyć po swojemu). Ich i ich sposobu myślenia nie zmienisz. Możesz, swoje. Stąd moja propozycja psychoterapii, podczas której pożegnasz nierealne marzenia, pogodzisz się z brakiem ich akceptacji i dowiesz się, dlaczego tak usilnie, będąc dorosłym człowiekiem, o nią zabiegasz. Oni pewnie narzucać swe poglądy dalej będą. Ty możesz żyć wedle swoich reguł, nie stosując się do ich zaleceń.


(...) Nie chce rozgrzebywać przeszłości, tylko oni nie rozumieją, że to co się dzieje teraz ze mną to efekt przeszłości i doświadczeń z przeszłości. (...)

Do czego ich rozumienie jest Ci potrzebne? Przecież możesz żyć 'po swojemu'. Możesz? Jeśli nie, to sposobem jest... psychoterapia.

(...) jak mam pozbyć się mojego ostatniego bastionu strachu-strachu przed tańczeniem i oceną przez innych, bez partnerki, bez kursów dla singli? Jakby to Ci wytłumaczyć, czuję muzykę, ale mam nałożoną na siebie blokadę, taką jak masz na początku, gdy zaczynasz używać przekleństw, a potem idzie Ci coraz łatwiej... (...)

Jak się pozbyć strachu? Spojrzeć mu w oczy z bliska. Co w tym pomoże? Psychoterapia.


(...) Po za tym przyznaję się, że jako, że wszyscy oceniają i uważają mnie za normalnego faceta zaczną mnie uważać za dziwaka... zwłaszcza kobiety....  (....)

Zaczną Cię uważać? Kiedy? Wiesz to czy wyobrażasz sobie?


(...) No i ja nie umiem prosić o pomoc w normalny sposób, chyba jestem zbyt dumny, zwykle staram się zaciekawić rozmowcę moim problemem jakby on sam chciał mi pomóc.:D

Zbyt dumny powiadasz? Czyżby? Ten, kto prosi o pomoc jest ułomnym? Nienormalnym? Nieodpowiedzialnym? Gorszym?
To, co robisz to manipulacja. I to jest, według Ciebie, cacy?

Możesz tego kiepskiego myślenia o innych się pozbyć. Możesz swój strach zmniejszyć. Możesz. Czy podejmiesz tę decyzję?

Wielokropku chce z nimi dobrych kontaktów, bo mój brat o podobnych poglądach jak ja, mieszka z nimi i mi mówi co oni mu mówią, wypominają, nie mogę go zostawić (jestem starszym bratem), już jest w depresji, boję się co będzie, jak wpadnie w głębszą, mimo kilkukrotnych moich propozycji nie chce się wyprowadzić i mieszkać ze mną. Poza tym to on powiedział mi, że chce by jakoś wzajemnie mogli ze sobą koegzystować. Dlatego staram się unormować sytuację między nimi, a nami, bo jak tu żyć na co dzień w domu wariatów?

Oni twierdzą, że są konsekwentni, chce by wypili piwo, które sami nawarzyli (patrz dalej mój brat)

To, że uważają mnie za normalnego  to WIEM, to co napisałem to moje obawy, strach przed utratę tego co mi udało się osiągnąć.

Dlaczego chcesz mnie wysłać na psychoterapię, skoro metodą mały kroczków mogę sam to przezwyciężyć? Potrzebujemy jedynie życzliwej i wyrozumiałej osoby, która mnie wprowadzi. Problem jest taki, że tego problemu nie można rozwiązać w jedną osobę, a jedynie w dwie. Te co dało się rozwiązać samemu już dawno rozwiązałem...

Tak, uważam, że nieumiejętność poradzenia sobie samemu to słabość, ułomność, świadczy o tym, że jestem gorszy, bo ja zawsze byłem idealny, najlepszy uczeń, najlepszy pracownik, najbystrzejszy  pracownik, najlepszy kolega, najlepszy mechanik, diagnosta to ja zawsze pomagałem innym i ciągnąłem ich za uszy do góry...

Prawie zawsze odmawiałem też pomocy, jak mi ktoś jej chciał udzielić, zawsze wolałem radzić sobie sam.

Inni ludzie mnie tylko rozczarowują... Ludzi, którzy mnie pozytywnie zaskoczyli, mogę policzyć na palcach, zwykle nie umieją dochować prostych tajemnic, jak więc mogę im zaufać?

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."

8 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-12-21 00:34:01)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Twój brat, tak podejrzewam, jest osobą dorosłą. Nie możesz pomóc człowiekowi, który tej pomocy przyjąć nie chce.
To, co możesz zrobic, to zaproponować mediacje z sobą jako mediatorem (jeśli dasz rade oddzielić swoje problemy i być bezstronnym, neutralnym). Rzecz w tym, że na to muszą (tak, muszą) wyrazić zgodę i rodzice, i brat.
Twoi rodzice żadnego piwa nie wypiją, mimo że tego chcesz. A Twoja chęć jawi mi się jako marzenie o odwecie.


AloneWolf90 napisał/a:

(...) Dlaczego chcesz mnie wysłać na psychoterapię, skoro metodą mały kroczków mogę sam to przezwyciężyć? (...)

Po pierwsze, nie chcę tylko proponuję.
Po drugie, dlatego:

(...) uważam, że nieumiejętność poradzenia sobie samemu to słabość, ułomność, świadczy o tym, że jestem gorszy, bo ja zawsze byłem idealny, najlepszy uczeń, najlepszy pracownik, najbystrzejszy  pracownik, najlepszy kolega, najlepszy mechanik, diagnosta to ja zawsze pomagałem innym i ciągnąłem ich za uszy do góry...

Prawie zawsze odmawiałem też pomocy, jak mi ktoś jej chciał udzielić, zawsze wolałem radzić sobie sam.


Przypominasz mi człowieka, który pokazuje swój popsuty zaropiały ząb i pyta, jak może sobie z tym problemem poradzić. Jednak na propozycje skorzystania z usług stomatologa, odpowiada, że nie chce w zębie grzebać. Na pewno znajdą się mądrzejsi ode mnie (bo życzliwą i wyrozumiałą jestem), którzy Cię wprowadzą (cokolwiek przez to rozumiesz).


Edycja:
Brak zaufania do innych jest trzecim powodem zaproponowania Ci psychoterapii.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

9 Ostatnio edytowany przez gojka102 (2016-12-21 13:07:29)

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Hejka,
Napiszę Ci co mnie-jako kobietę uderzyło w Twoim wyznaniu i co w związku z tym trzymałoby mnie z daleka od Ciebie.
Przede wszystkim-księga zła.Nie jestem katoliczką,wychowałam się w żydowskim domu ale od dawna traktowałam to wyłącznie jako sympatyczną,oryginalną tradycję-nic więcej.
Moja córka wychowywana jest w duchu katolickim bo zgodziłam się na to ze względu na męża.A wiesz dlaczego? Bo nic złego w byciu empatycznym,uczciwym,prawdomównym,cierpliwym,kochającym,wiernym,troskilwym nie widzę.A do tego nakłania religia katolicka-zresztą jak każda.

To,kim są i jak zachowują się "prawdziwi" katolicy to inna bajka ale mnie to nie obchodzi z jaką pieśnią ustach biegnie czub,chcący zarzynać drugiego człowieka za to,że ma inne niż on poglądy.
Napisałeś,że byłeś "niezwykle towarzyski" jako dzieciak-czyli do piątego roku życia-bo potem przeszedłeś zapalenie opon mózgowych.Otóż,ja jak i wielu moich znajomych NIE PAMIĘTAMY po prostu jacy byliśmy w wieku lat pięciu.Widzę to też po mojej córce-ona zna siebie tylko z moich i męża opowieści.Myślę wiec,że takie stwierdzenie nie jest Twoją opinią tylko powieloną opinia kogoś dorosłego. Jeżeli też  o "towarzyskość" pięciolatka chodzi-w tym wieku rozwój społeczny dopiero się zaczyna-dzieciaki nawiązują kontakty,dogadują się bądź nie a Ty piszesz,że do piątego roku życia byłeś towarzyski.
Wybacz-kolejna historyjka,którą uraczyli Cię dorośli:)

Jak dzieci w trzeciej klasie zinterpretowały fakt,że powiedziałeś,że chcesz się zapoznać koleżanką? W tym wieku moja córka co tydzień miała innego "narzeczonego"-z klasy smile Bo taka moda była.
Nie wierzę,że od trzeciej klasy podstawówki przez całe gimnazjum byłeś dręczony z tego powodu,że w trzeciej klasie nerwowo zareagowałeś.
Mam ucznia,w szóstej klasie,który wpada w dziki szał gdy ktoś z niego zażartuje,schowa mu plecak.Widać,że totalnie do dorósł,że jego rozwój społeczny zatrzymał się gdzieś tak na poziomie siedmiolatka.Widzą to inne dzieciaki i maja używanie.Rozmawiałam też z nim-bo te jego ataki szału przeszkadzają mi na lekcji-że dla reszty jest to atrakcyjne,że go wkurzą,więc niech nie daje się wkurzać,niech reaguje tak jak inni w jego wieku na takie zaczepki reagują.
Niestety, nie pomogło.On winą za swoje zachowanie obciąża wszystkich dookoła.

To co piszesz o sytuacji na lekcji anglika-to zupełnie jak sytuacje z tym chłopaczkiem na mojej lekcji kiedy zwrócę mu uwagę albo zrobię kartkówkę akurat wtedy gdy się nie nauczył.Chłopak jest bardzo dobrym uczniem i wpada w szał jak dostanie mniej niż pięć.
Z tym,że chłopaczek nie zdobywa uznania takim zachowaniem,raczej dzieciaki opowiadają to w formie njusa: a wiecie znowu czub dostał szału...

AloneWolf90 napisał/a:

W gimnazjum miałem tych samych oprawców w klasie, co ciekawe wszyscy koledzy odwrócili się od Mnie (co uznałem za zdradę i podważyło moje zaufanie do innych ludzi), jednym moim kolegą był kolega co doszedł do nas w gimnazjum z innej szkoły. Rodzice może ich chodzili do szkoły i się starali jednak nigdy nie opowiedziałem im o moich obawach i przeżyciach (wiedzieli tylko o kilku bójkach, a dręczony nie byłem codziennie, ale stale), co ciekawe byłem na tyle inteligentny, że na matematyce rozwiązywałem w ciągu 15 minut 6 kartkówek i ciągnąłem klasę za sobą, wszyscy chcieli siedzieć obok mnie, ale wiedziałem, że tylko dla zysku, podobnie, zawsze wszystkie dzieci przychodziły do mnie jak miałem chrupki żelki czy inne lepsze dla dzieci żarcie.

Trochę zaprzeczasz sobie,nie widzisz tego? To w końcu koledzy z gimnazjum byli oprawcami czy przestali się z Tobą kumplować i uznałeś ich za zdrajców?
Osoba pisząca "mnie"- z dużej litery nie wygląda raczej na zakompleksioną smile - to tak na marginesie smile

Co do całej reszty-mam wrażenie,że szukasz winnych Twoich porażek.To Ty jesteś winien bo to Twoje życie.
Jestem Żydówką,cześć zycia spędziłam w Izraelu,cześć w Polsce.Byłam często, a właściwie do czasów studiów z tego powodu szykanowana.Nie tylko przez kolegów z klasy ale też przez paru nauczycieli.Dziewczyny jakoś mnie polubiły i nie było ataków.Byłam inna pod wieloma względami-nie chodziłam na religię,nie jadłam tego co wszyscy,miałam drugą,bardzo absorbującą szkołę a z powodu tego,że grałam na skrzypcach przezywano mnie Teklą-w Pszczółce Mai była taka wredna pajęczyca-skrzypaczka.
Właściwie dopiero w liceum moje środowisko mnie doceniło-bo mogło sobie przyjść na mój koncert. Jak ktoś z mojej orkiestry szukając mnie w szkole pytał czy mnie znają-to zaraz wszyscy krzyczeli,że tak i prowadzili zainteresowanego do mnie choćbym akurat w tym czasie w kiblu siedziała:)

Gdybym po każdej akcji gdzie zostałam sponiewierana za pochodzenie wycofywała się z życia to dziś siedziałabym dziesięć metrów pod ziemią.

W jaki sposób nadrobiłeś już dwa razy stracony czas?

Wszyscyśmy płazy w gwiazd kałuży.

10

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Nie wiem jak odpowiedzieć Wam obu w jednym poście big_smile.

@Wielokropek


Tak brat również jest dorosły, jest rok młodszy ode mnie. Mój brat nie chce przyjąc pomocy, ale ciągle mi wypomina, że ja mam same pozytywne cechy (przydatne do pracy), a on nie ma żadnych, zarzuca mi, że przez moje chwalenie studiów, poszedł na kierunek, którego nienawidzi (informatyka) i zepsuł sobie życie. A ja czuję się po części winny, tylko, że ja mu proponowałem jedynie ten kierunek ze względu na dobrą pracę po tym, nie kazałem mu kończyć studiów za wszelką cenę, jak mu nie szło mówiłem żeby przeniósł się, żeby zaczął inny humanistyczny kierunek...

Tak, masz mnie wielkokropku, nigdy nie zapominam krzywd  i zawsze dążę do wyrównania poniesionych strat, taki jestem od zawsze, także gimnazjum i starsze klasy podstawówki to wcale nie była jednostronna przemoc bez kontrataków i odwetów z mojej strony big_smile

Nie porównuj mojej sytuacji do zepsutego zęba, nie mam żadnych problemów, żeby chodzić do lekarza z problemami, tyle, że muszą one być odpowiednie by się on nim zajął, ale to wydaję mi się błahą sprawą, którą jestem w stanie sam (albo mi się tak wydaję) pokonać.

Mój brak zaufania do ludzi, wynika z doświadczenia, chodzi mi, że zawsze wyciągam wnioski i nie popełniam nigdy dwa razy tego samego błędu, dlatego moja rozmowa z ludźmi jest coraz bardziej ostrożna, a  Ci, którzy raz nadwyrężyli moje zaufanie (jak moi obecni znajomi), nigdy nie otrzymają już ode Mnie 100% zaufania, max 80%.

@gojka

Wiesz, zwykle podchodzę do dziewczyny mówię, czy znasz najstarszą księgę zła? big_smile Żartuję tylko w przypływie emocji tak mówię, a już kiedyś mówiłem dlaczego tak uważam, ta księga miesza ludziom w głowach, daję złudną nadzieję! Wzywa do rzeczy, które mi się nie podobają, do ciągłego sprowadzania na świat biednych nieszczęśników, którzy przestaną istnieć, w międzyczasie zabrania badań nad nieśmiertelnością (bo Bóg jest "Panem Życia"), bo ta chora ideologia gloryfikuję masochizm, każe kochać sprawcę wszelkiego zła (tak to też Bóg, Szatan wg Biblii to jego sługus, straszak dla zaaprobowania jego chorych rządów), bo propaguję terror i władzę silniejszego Boga, który rzekomo kocha, widać, to zwłaszcza na oddziałach paliatywnych, gdzie leżą często okaleczeni i cierpiący ludzie, Chrześcijaństwo to chora ideologia uznająca cierpienie za niezbędną część życia, z czym się stanowczo nie zgadzam, żaden człowiek nie zasługuję na cierpienie. Jednym słowem, chrześcijaństwo nie różni się od innych bzdetnych religii z dawnych czasów, które tłumaczyły ludziom w prymitywnym sposób funkcjonowanie świata i ich cel życia. Mój stosunek do religii najlepiej opisuje zdanie Seneki "Religia jest mądrością dla głupców, głupotą dla mędrców, użyteczna dla władców".

Zapalenie opon mózgowych to wydarzenie, które sprawiło, że zacząłem mieć blokadę podczas uprawiania sportów (tak jak napisałem), nie miało on nic wpływu na moją "społeczność", tym wydarzeniem było czepianie się każdego mojego słówka i wykorzystywanie mojej nadwrażliwości od tej słynnej 3 klasy podstawówki. Wydarzenie z koleżanka opisałem tylko dlatego, że wtedy inne dzieci odkryły mój słaby punkt i zaczęły go wykorzystywać ciągle przeciwko mnie by mieć radość.

Wyraziłem się nieprecyzyjnie nie dręczyła mnie cała klasa, miałem 2 czy 3 kolegów zawsze. I to oni się od mnie odwrócili nie ja od nich, ja nigdy nie opuszczam "swoich", dlatego uznałem ich za zdrajców. Nie mam kompleksów, to jeden z moich sukcesów, choć chyba przesadziłem, bo z uważającego się za "gorszego od innych", co raz bliżej mi do uważającego się za "lepszego od innych"

Pierwszy to był jak w podstawówce nadrobiłem zaległości z zerówki (nie umiałem nawet pisać liter big_smile) i zostałem najlepszym uczniem, drugi, gdy zostawiłem cała przeszłość po przyjśicu do Liceum i przestałem być nieśmiałym praktycznie z dnia na dzień! (jestem z tego dumny z dnia na dzień się tak odbudowałem po okropnościach gimnazjum). Trzeci, gdy poszedłem na studia i trochę nadrobiłem u kobiet i w zabawach młodzieży oraz pozbyłem się dręczącego mnie kompleksu stulejki.:D

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."

11

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?

Widzę dużo podobieństw w Twoim i moim życiorysie, dlatego zdecydowałam się napisać te parę słów.

Pytanie, które zadałeś to - Czy da się nadrobić stracony czas? Moja odpowiedź brzmi: nie, jedyne co powinieneś to moim zdaniem zaakceptować przeszłość, docenić zebrane doświadczenia (po mimo braku tych jeżeli chodzi o związki, trochę tego doświadczenia się pewnie nazbierało wink). Natomiast najważniejsze czym powinieneś się teraz zając to teraźniejszość. Nie uważasz, że nakładasz na siebie za dużą presję? Właśnie żeby gdzieś zatrzymać czas, który przecieka Ci przez palce. Pytanie też, czy umiesz cieszyć się teraźniejszością? Nawet jeżeli ona jest daleko od ideału, który zbudowałeś w głowie. smile

12

Odp: Czy da się nadrobić stracony czas?
Hypatia napisał/a:

Widzę dużo podobieństw w Twoim i moim życiorysie, dlatego zdecydowałam się napisać te parę słów.

Pytanie, które zadałeś to - Czy da się nadrobić stracony czas? Moja odpowiedź brzmi: nie, jedyne co powinieneś to moim zdaniem zaakceptować przeszłość, docenić zebrane doświadczenia (po mimo braku tych jeżeli chodzi o związki, trochę tego doświadczenia się pewnie nazbierało wink). Natomiast najważniejsze czym powinieneś się teraz zając to teraźniejszość. Nie uważasz, że nakładasz na siebie za dużą presję? Właśnie żeby gdzieś zatrzymać czas, który przecieka Ci przez palce. Pytanie też, czy umiesz cieszyć się teraźniejszością? Nawet jeżeli ona jest daleko od ideału, który zbudowałeś w głowie. smile

Mam nadzieję, że Panie Moderatorki wybaczą mi miesięczny odkop, ale jak autor tematu chyba mogę odpowiedzieć w swoim własnym temacie, nawet z miesięcznym opóźnieniem. big_smile Nie wiem jak mogłem przegapić odpowiedź we własnym temacie. smile

Jeżeli chodzi o presję, to jestem osobą niesamowicie ambitną (kiedyś nawet rodzice powiedzieli, że "Mam chore ambicje") i faktycznie może czasami nakładam na siebie zbyt dużą presję, ale bez presji nie mam motywacji do niczego... Poza tym pod presją pracuję lepiej nie tylko w pracy, ale i lepiej radzę sobie w życiu (presja mnie mobilizuję).

Jeżeli chodzi o teraźniejszość to jest to sinusoida jak chyba u każdego człowieka, raz jestem bardzo zadowolony i dumny z siebie, gdy następnego dnia potrafię znów zastanawiać się czy uda mi się w życiu osiągnąć choć połowę  z tego co chciałbym i pojawia się marazm, zwątpienie.

Co do ideału zbudowanego w głowie, osiągnąłem 75% z tego co sobie założyłem, jedyną porażką jest życie osobiste, wszędzie poza tym obszarem odnoszę sukcesy i mogę być z nich dumny. Nie mniej często chciałbym je wymienić (i wiele bym oddał), żeby zamienić je na sukces w życiu osobistym, bo ta pustka boli najbardziej.

Może problemem jest to, że po osiągnięciu jednego celu od razu wyznaczam sobie, następny cel (trudniejszy, bardziej ambitny) i zeruję osiągnięcia, tzn staram się do nich wracać by skupić się na osiągnięciu nowych celów. Nie znaczy, że nie pamiętam swoich osiągnięć, tyle, że widzę je jako odległe i bardzo dalekie, przez co stają się dla Mnie mniej istotne niż bieżące problemy.

"Nie trzeba być superbohaterem,żeby wygrać życie i pannę. Właściwa panna wydobędzie z ciebie bohatera."

Posty [ 12 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » Czy da się nadrobić stracony czas?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016